Dodaj do ulubionych

Narzywo z Mysłowic

08.08.08, 15:54
Owóż, sam jestem jak palec Buddy na razie, bo koleżeństwo skrewiło
przeokrutnie, tłumacząc się wykrętnie. Lawirując między rozpoznawalnymi na
pierwszy rzut oka fan(kami) Heya i okolic oraz zasmuconymi młodzieńcami
ciągniętymi za kuśki przez wyszczekane narzeczone zapodałem sobie najpierw
występ Afro Kolektywu.

Basy były tam przeokrutne, nawet nie wiem, czy do końca o to chodziło. Afro
szalał w (jeno) gustownych różowych bokserkach, które w pewnym momencie
rozchylił ukazując zawartość perkusiście. Ogólnie brzmienie było mocarne,
zakrawające chwilami na hejwimetal (i te zajebasy :(( ), a repertuar
zdecydowanie premierowy - po "Nikt tego nie wiedział", "Seksualnej
czekoladzie" poszły jeno "Mężczyźni są odrażająco brudni i źli" i inne kamingsuny.

Niestety, po pół godzinie Afro zapodał cześć i czołem i tłuszcza obrzydliwa
ruszyła do wyjścia, a ja za nią. Nastąpiła ewakuacja na New York Crasnalsy, bo
to une krakowskie som nasze (po części przynajmniej) i w ogóle. Jako
nadwiślański Tool spisali się całkiem przyzwoicie, i do tego prawie bez
odgłosów paszczą w języku średnio znanym, za co składam osobne podziękowania.
Ładny transowy nastrój złamali co prawda na sam koniec zapodając jakiś
pseudoregał, dzięki czemu nie miałem wyrzutów sumienia ewakuując się z big
bomba naświetlonego trawnika przed sceną główną (jutro będzie masa
poparzonych) w zbawienny cyfrowy cień w budynku dawnej remizy, skąd zapodaję
niniejszy palcany bełkot.

CD ->
Obserwuj wątek
    • grimsrund cede 08.08.08, 16:00
      Za chwilę ruszam znów na Off Scenę (na szczęście jest po sąsiedzku) na Budynia i
      jego nowych przydoopasów (oby tylko nie zaczął odstawiać Igi Popa, bo jebnę tu
      chyba na serce). Byt o nazwie Transkapela se darowałem, bo idącfszy już w jego
      kierunku na scenę leśną, usłyszałem nasze przaśne skrzypecki na pełny regulator
      - na szlachetne inspiracje muzyką eskimoską itepe brzmiało to mocno średnio.

      A tera mesydż na zakończenie - samemu jest zajekijowo w takim miejscu ja to :(
    • hennessy.williams Re: Narzywo z Mysłowic 08.08.08, 16:29
      Idem do ciebie. Juz jestem na Rynku. Tylko piwo wypije.
      • grimsrund cede 2 08.08.08, 19:51
        To cuś kurna duże Kolega ma to piwo, bo nadal go ohuhu :(

        Fskrucie, bo mie wyganiają z kafejki już: Budyń spoko, Homo Tłist zajebioza, a w
        czasie Lutosphere (super) jebło takim deszczem, że widownia wiała gdzie popadło.

        A teraz dylam na Of Montreal.
        • janek0 Re: cede 2 09.08.08, 02:20
          grimsrund napisał:

          > To cuś kurna duże Kolega ma to piwo, bo nadal go ohuhu :(
          A ta kiełbaska coś ją tak pracowicie pochłaniał dobra chociaż była ? ;)

          A on topic Caribou rządzi. Nie myślałem, że może tak brudno wypadać na
          koncertach. Dobre był też Of Montreal zapowiadany przez kolegę Grima tudzież
          Możdżer. Byłem jeszcze na Homo Twistach (przynudzali) i Muchach bo padało a oni
          byli w namiocie (żenuaaa, wyszedłem po 15 minutach mimo że wciąż lało) tudzież
          na Heyu bo nie dało się wbić na Kammerflimmer Kollektief (zmilczę) i przez
          chwilę na Mogwai (kiepsko to wychodzi na dużej przestrzeni).
          • hennessy.williams Re: cede 2 09.08.08, 10:55
            To teraz ja mam głos:

            1/ Kawałek Kulki - słyszałem tylko kawałek, więc nie ma co mówić.
            2/ Afro Kolektyw - full wypas single edit. No tylko 30 minut? Część publiki była chyba trochę zdezorientowana - czyżby nie znali? Pozostała rzesza humanistów bawiła się grzecznie (tak, jak można się bawić o 14.00). Hajlajtem były spodenki Afrodżaksa.

            Zmęczyłem się i poszedłem w miasto.

            3/ Homo Twist - stały poziom. Tylko biednemu akustykowi się oberwało.
            4/ Dick 4 Dick (scena Majspejs) - plażowo. Taka rozpędówka przed pełnym (he, he - 45 min.) koncertem na scenie Off. Ale wyszło dobrze. Siadłem na ławeczce, słuchałem, przeglądałem program. Taki piknik. Brakowało mi tylko rozgrywek w piłkę plażową kobiet.

            Na piwo poszedłem w strategicznym momencie. Stanąłem po parasolem i rzuciło żabami na dobre pół godziny. Lało jak w Wietkongu, ale parę osób wolało opuścić swoje bezpieczne schronienia, bo rzucili peleryny Trójki. Ktoś to kuma? Stoisz suchy, ale biegniesz przez ulewę, by dostać gadżet w którym będziesz do połowy suchy.
            Deszcz się trochę zmęczył, więc poszedłem na...

            5/ Muchy - koncert jakieś 1000 razy lepszy (w przybliżeniu) niż open'erowy. Wersje bliskie płytowym (nie licząc intra do "21 dni"). Koleżeństwo może sobie jaja ze mnie robić, ale mi się podobało.
            6/ Of Montreal - niezły szoł. Muzycznie super. Naładował mnie ten koncert (a wcześniej bałem się czy dotrwam do 23.00). Dużo grali z ostatniej płyty i tę gawiedź znała najlepiej. Obok mnie szalał koleś, który walił wszystkie teksty wraz z formacją. Który to z was - przyznać się.

            Tu nastąpiła przerwa gastronomiczna, bo w końcu dotarł Brejnu z Carem. To zintegrowało pozostałych forumersów (tak Grim, naprawdę wcześniej próbowałem Cię znaleźć), więc na ciąg dalszy części artystycznej przyszło nam czekać do 22.30. Po długiej dyskusji nt. wyższości muzyki zagranicznej nad polską wybraliśmy się na...

            7/ Hey - i wszystko było dobrze do momentu, gdy zabrzmiało "Angelene". Raz by wystarczyło (na anplagd).
            8/ Caribou - i to był dla mnie koncert dnia. Cytując klasyka: "Nie myślałem, że może tak brudno wypadać na koncertach."

            Na Mogwai już mi nie starczyło sił.
            • sss9 Re: cede 2 09.08.08, 11:14
              hennessy.williams napisał:

              > Na Mogwai już mi nie starczyło sił.

              i bardzo dobrze jest odpaść tuż przed clou wieczoru, bo to chyba najsłabszy
              koncert Offu był. spokojnie można było właśnie ich umieścić na "scenie"
              Structura Experimental, a Kammerflimmer Kollektief dać na główną. nie to, żeby
              Mogwai jakoś eksperymentowali (chyba, że z usypianiem publiki), ale przynajmniej
              zobaczyłbym K.K.
              • braineater Re: cede 2 09.08.08, 11:42
                Człowiek jest stworzeniem fotelowym. Łóżkowym ostatecznie, a na pewno nie
                stojącym. I to jest jakby standardowe odkrycie festiwalowe. Wjazd na festiwal
                cudo, zero spoconych rąk macających po jajach w poszukiwaniu używek i od razu,
                jeb w błoto, żeby żywioł był. Gnój w butach jest, to można na Clinic. 10 minut -
                ładne brzmienie, chłopcy ślicznie pajacują, ale w ciągu tych 10 minut zagrali 3
                kawałki, które się niczym od siebie nie różniły. Kiełbach, browar, życie
                towarzyskie, dysonans poznawczy, Henny.W nie jest 35 letnim łysiejącym panem z
                wąsem. Reszta forum wygląda zgodnie z postami, Ess ma nawet 100% identyfikację,
                a Grima okazuje się zjawiskiem. Pojedli, popili, poopowiadali, gdzie byli, co
                widzieli, poszli na Kammerflimmer Kolektif. I chuj. Kolejka. No, dobra, to jest
                wreszcie okazja, po 14 latach przerwy, zobaczyć Hey na żywo. Rum Essesa pomaga
                czuć się młodo, inne używki pomagają zapomnieć, że Nosowska jest stara i się
                wyraźnie męczy. Oprawa wizualna wali po oczach zestawem remizowych kolorofonów,
                ale wszystko brzmi perfekcyjnie, prawie jakbym se pałerpleja z radia puścił.
                Moment krytyczny - Angeline. Henny W i Ess odwracają się do sceny tyłem by
                okazać swój niesmak i z wyraźnymi objawami zapaści mentalnej domagają się
                ucieczki. Uciekamy. Na tyle wcześnie by się ustawić pod w miarę blisko. I
                najpierw wychodzi zwierzak, then pojawia się trzech niewyraźnych kolesi. Już
                wiem - będzie smutno, rzewnie i żałośnie - w końcu jeden ma koszulę z
                kołnierzykiem, a taki, co wygląda na prowodyra, niebezpiecznie przypomina
                Dziadka Smętka, co w Radiohead przewodzi wokalnie. JEB!JEB!JEB. Dwa pierwsze
                numery i leżę. Nie wiem, gdzie jestem, nie wiem, co się wydarzyło, dwóch gości
                napierdala w dwie perkusje, koleś z gitarą wyczynia cuda, siekąc po uszach
                pasażami przesterowanych dźwięków, jak potrwa to jeszcze chwilę, to znów będę
                pisał najlepszy koncert w życiu, ja jebe. Nic z tego. Dziadek Smętek zaczął
                śpiewać. I tak już do końca. Serie zajebistej instrumentalnej rzeźni, z
                genialnie ustawionym brzmieniem, kolesie sypiąc szesnastkami po werblach i jak
                już ma byc apogeum i kosmiczny wytrysk, wchodzi koleś głosem i się męczy. Też
                bym się męczył, jakbym jebał w bęben i jednocześnie śpiewał, ale przynajmniej
                nie bawiłbym się The Beatles, a on niestety tak. W sumie 7/10, boję się sięgnąc
                po płytę. Kark najebia od rytmicznego kiwania główką, kręgosłup od stania, ale
                Mogwai. Co to Mogwai? Boh znajet, znam może 3 kawałki. Teraz już więcej. Brakło
                aury na taki koncert, bo niezbędna by była fajka wodna, suche podłoże i
                możliwość bezsensownego wgapiania się w niebo, w czasie gdy chłopaki budowali
                swoje wielominutowe konstrukcje. Kołysanki dla przejechanych i potrąconych.
                Zrobiła się druga w nocy. Do dom. Odkrycie - XXI wiek to łgarstwo. GPS w
                samochodzie Janka łże jak z nut. Automaty wyprowadzą nas na manowce.

                CDN
                • noida Re: cede 2 11.08.08, 10:58
                  Też by mi się Caribou podobało znacznie bardziej bez wokalu. Wokal, jak się
                  okazuje, jest w ogóle pomysłem mocno zbędnym. Karpaty magiczne bez tej beczącej
                  jak koza pani (i tego smutnego pana we flaneli) też dałyby się słuchać. Mogwai
                  bez wokalu był cudny, aczkolwiek leżenie na trawie i gapienie się w kosmos
                  faktycznie dodałoby mu jeszcze uroku :)
    • mallina Re: Narzywo z Mysłowic 08.08.08, 17:13
      grimsrund napisał:
      zasmuconymi młodzieńcami
      > ciągniętymi za kuśki przez wyszczekane narzeczone

      ekhm nie wiem czy dobrze to rozumiem"=)
      • grimsrund Re: Narzywo z Mysłowic 09.08.08, 22:48
        Nieno, to mętafor taki, niech sie Koleżanka nie obawia. Myslovitz to nie Berlin
        na szczęście jeszcze ;)
    • sss9 Re: Narzywo z Mysłowic 09.08.08, 11:18
      grimsrund, kiedy cię już zlokalizowałem, to po chwili pitłeś gdzieś z
      kiełbasą... może dziś urwę ci tę... pytę. Mogwai ofkors. ;)
      • grimsrund Re: Narzywo z Mysłowic 09.08.08, 19:42
        Wy pijanice zacharchane, kutwa mówiłem, że idę tylko do kibla, plecak nawet
        zostawiłem, wracam za pięć minut, a tu został jeno Carmody z damą, bo się nie
        wybierali na KK. I wtedy było już po herbacie, teraz pewnie się budzicie dopiero ;)

        Od siebie zatem - Of Montreal zayebisty, prawdziwe disco pandemonium. Największy
        hicior poszedł na bis, jak tłuszcza szeroka popędziła już na Clinic, więc wtedy
        dopiero zdołałem dopchć się blisko sceny - było super.

        Clinic - na szczęście dwie ostatnie płyty były pankowe, więc i koncert żwawszy,
        niż można się było parę lat temu spodziewać.

        Kammerflimmer - upiornie tłoczno i parno, jak w hodowli pieczarek, ludziska
        wpełzali przez okna albo wrzucali przez nie narzeczone. Ochrona wpuszczała
        drzwiami tylu tylko ilu wypuszczała, ale na szczęście pod koniec się trochu
        przerzedziło i sam finał zaliczyłem wewnątrz. Cudnie było, choć niektórzy
        kręcili nosami na dysonanse psujące takie ładne melodyje - no ale to znak
        firmowy KK jest zasadniczo.

        Caribou - z baardzo daleka, ale dźwiękowo znacznie lepiej, niż na płytach.
        Świadkowie blisko będący potwierdzili fantastyczną zabawę, na dowód demonstrując
        łydki całkowicie pokryte tanecznym błotem.

        A z tymi, co jem sie Mogwai nie podobał, to nie chce mi sie nawet gadać. To była
        bomba termonuklearna odpalona na sam koniec, pozamiatali po prostu i już.

        A potem było zapierdalanie z wiadomym plecakiem na butach z Katowic do Chorzowa,
        zaś rano petarda powrotna bez wątpliwości - co za dużo to nie zdrowo. Żeby tak
        jeszcze zamienili wczorajszy Clinic z dzisiejszą Menomeną... No ale.
    • jazzkam Re: Narzywo z Mysłowic 09.08.08, 12:10
      no, to ja się reaktywuję specjalnie z krótkim komentarzem.

      Jerzy Buzek był na konferencji prasowej i powiedział, że bardzo lubi muzykę,
      szczególnie wskazał Hey, Homo Twist i nie wiedzieć czemu Snowmana.

      Muchy - ciągle grają to samo
      Hey - ciągle gra to samo, chociaż jak na 62. koncert jaki widziałem, to nawet
      ciekawa tracklista

      Of Montreal przyjemny koncert, chociaż krótki, jak wszystkie praktycznie - albo
      się mylę, albo tylko Mogwai grali sobie ile im dusza podpowiadała, a może to po
      prostu połączenie ich muzyki z późną porą - w sensie nie mówię, że się dłużyło.
      OM zagrali faktycznie dużo ostatniej płyty, co mi się tak średnio podobało, ale
      też nie zaniedbali Sunlandic Twins w miarę. i teraz nie wiem - może dla nich
      Satanic Panic ma takie znaczenie jak każda inna płyta? fajne show w każdym
      razie, trochę jednak wokalnie nie daje rady tak bardzo Barnes

      Caribou - nawet ciekawe aranżacje, inne niż na płycie, nie myślałem też, że taka
      duża energia będzie przekazywana, raczej spodziewałem się czegoś kameralnego,
      ale fajnie pasowało do sceny leśnej

      Kammerfliemmer Kollektiew - tu z kolei był problem z wchodzeniem, chyba jednak
      nie do końca organizatorzy dobrze zaplanowali liczbę osób, które będą chciały
      być pod sceną eksperymentalną.

      Mogwai - taka klasa zespołu, że w sumie paradoksalnie nie zaskoczyli. solidny
      koncert, zagrali trochę 'hitów'. pozytywny był ten pijany koleś, co wskoczył
      jako samozwańczy frontman na samym początku, ale szybko został spacyfikowany.

      podoba się z jednej strony to, że nie ma nachodzenia na siebie występów jak na
      openerze, co jest fajne, ale ma dwa negatywne skutki:

      a) wszystko trwa dłużej i ciężko wytrzymać, tzn. nie wierzę że dużo osób od Afro
      Kolektywu z 14 jednym ciągiem słuchało koncertu do ostatnich brzmień Dat
      Politics o 4; a oba zespoły jednak mają markę pewną i mogłyby w innych
      okolicznościach grać bardziej w prime-timie

      b) koncerty są chyba jednak krótsze, trochę ciężko się w nie wkręcić na dobre

      ale ogólnie - bardziej kameralnie niż na openerze, nie mniej profesjonalnie i
      całkiem przyjemnie; jakże szkoda, że ominę drugi dzień
      • tomash8 Re: Narzywo z Mysłowic 09.08.08, 12:39
        jazzkam napisał:


        > Jerzy Buzek był na konferencji prasowej i powiedział, że bardzo lubi muzykę,
        >

        Buzka widziałem kiedyś na koncercie Gangu Olsena w Chorzowie:)

        W sumie chciałem jechać wczoraj ale obudziłem się około 22:00 wczoraj(w czwartek
        byłem na ajron mejden we Stolycy) więc to już sensu raczej nie miało.
    • braineater Re: Narzywo z Mysłowic day cwaj 10.08.08, 12:05
      Dzień drugi na pełnym lajcie. Pogoda wyluzowała akurat wtedy, kiedy powinna,
      czyli na pierwszym koncercie Czesława błoto było tylko pod nogami, nie spadało z
      góry. Otwarcie żenujące, maestro Tymański jako przedstawiciel szerokiej grupy
      wyznawców zasady rockmani na sterydach wyskoczył w samych majtach, udając
      Kiedisa i przez chwilę coś pobredził, że fajnie i super, na szczęście szybko sam
      się spacyfikował i wyszedł pan Czesław. Pierwszy raz widziałem go live z innym
      składem niż One Man Band i ma to swoje plusy i minusy. Plusy takie, że jest
      zdecydowanie więcej zabawy muzyką, minusy zaś takie, że kontakt z publiką siada.
      Choć to może i wina samych okoliczności, bo i Czesław lekko się zdawał zdziwiony
      gęstością tłumu pod sceną. Poszło hiciakami z płyty, przy Maszynce do świerkania
      zrobiło się rzewnie jak w Opolu na benefisie Maryli Rodowicz a hajlajt to
      tubista śpiewający jestem Polakiem i mówię płynnie po polsku (dwa metry Duńczyka
      w kapeluszu z koszmarnym akcentem i basowym wokalem z czeluści piekieł).

      Pozamiatane - Czesław jest gwiazdą, wchodzi już chyba na zupełnie inny poziom,
      niż był parę miesięcy temu jeszcze. Tym razem to już nie niesmiały solista, co
      odczapową nawijką pokrywa braki wokalne i zamiast śpiewać w kółko o tym samym,
      woli gadać z ludźmi, co przyszli na koncert, a w pełni profesjonalny kierownik
      maszyny do rozrywania ludzi wesołymi dźwiękami.

      Bardzo w porządku koncert, rozbujani poszlim więc na Izrael. I z jednej strony
      tak - legenda. Kapela, co ją zawsze chciałem live zobaczyć, żeby mi braciak
      przestał wypominać swoje śmierdzące jabolem i przepoconymi onucami Jarociny i
      szyderczo się uśmiechać, że widział Brygadę i Izrael i Siekierę i inne takie
      rzeczy istotne, a z drugiej miałem obawę, że mnie wkurwią. Obie rzeczy się
      sprawdziły. Po dwóch minutach kudły same mi się zaczęły skręcać w dredy,
      rozbujałem się regałowym drajwem jak las na wietrze, Kiniorski szalał na bębnach
      przeszkadzajkach i saksie jak pan buk przykazał, bas z perkusją leciały
      afrobitowym drajwem, no w ogóle cudny klimat, prawie jak z Africa 70 Feli
      Kutiego. Tyle, że do czasu - bo chłopaki włączyli przekaz polityczny. I wyszło
      nam potem z Ess9, że im się ten przekaz polityczny nie zmienił od 25 lat, wciąż
      marudzą w kółko o tym samym, szukając swoich Babilonów, jadąc po politykach,
      agitując za free Tibet i płacząc za utracona olimpiadą. I spoko, rozumiem, że to
      wiernośc własnej tradycji, tyle, że jakoś kompletnie płasko to wypada,
      szczególnie połączone z wizualami na których migały mordy Olszewskiego, Urbana,
      Milera, Kaczyńskiego czy Tuska.

      Nic to, Izrael zobaczony i naprawdę jest to przyzwoita koncertowa maszyna, co
      przy takiej średniej wieku na scenie jest już w ogóle wydarzeniem.

      Po polskich żydach z Jamajki zrobił się dylemat, czy amerykańskie post-rocki z
      Menomeny czy drugi raz Czesław tym razem w kwartecie. Amerykańskich post-rocków
      posłuchałem profilaktycznie przed wyjściem przez chwilę i już wiedziałem, że
      pójście na to może być poważnym błędem, bo zasnę, więc 4 red bull i wio do
      piasku na Czesława 2.

      I na dzień dobry error, bo trafiłem na ostatnie 25-30 minut Karpat
      Magicznych/The Band of Endless Noise. Rzyg, męczarnia, spotęgowana jeszcze przez
      koszmarne nagłośnienie i dźwięki dobiegające z pozostałych scen. Przed
      mikrofonem wije się jedna z najbrzydszych kobiet jakie w życiu widziałem, na
      dodatek wcale jej nie słychać, starszy pan z brodą stara się bez skutku wydobyć
      jakieś dźwięki z przeszkadzajek rozlicznych, a tak naprawdę słychać tylko nudny
      bass idący krautowymi pochodami i perkusistę, który zdecydował się na losową
      metodę grania - gdzie pałeczka spadnie, na tego bęc. Oprócz tego jeszcze dwóch
      studentów akademii akonomicznej robiących hałas na maszynkach do ping i
      wymęczona publika zakopana po biodra w piasku, której pod koniec nie chciało się
      już nawet reagować tradycyjnym wypierdalać.Zajebista szkoda, zwłaszcza jak się
      pamięta koncerty Karpat choćby z początku lat 00, kiedy to potrafili zrobić
      totalne, szamańskie show, nawet na chwilę nie bawiąc się w kompromisy.

      Then - Czesław, tym razem z akordeonistą, który wreszcie dotarł, Drugi koncert
      na poziomie pierwszego, choć rozpieprzony ciągłymi problemami z nagłośnieniem,
      przekształcił się bardziej w koncert życzeń i wymyślanie piosenek na żywca. Tu,
      jako że przestrzeń była mniejsza, pokazał się Czesław z najlepszej strony,
      non-stop gadając z publiką i zespołem, który zresztą od czasu do czasu płatał mu
      różne figle, widocznie znając te grepsy na pamięć. Tak czy tak - dwa koncerty w
      jeden dzień i żadnego znużenia materiałem. Repertuar się lekko powtórzył, tyle,
      że tu jest tak, że oni chyba nigdy jednego numeru nie grają dwa razy tak samo.
      Czesłław pozamiatał po raz drugi i w sumie jako jedyny z festowych wykonawców
      wylazł na bisa (przynajmniej z tych, co widziałem).

      Potem nastąpił półtorej godzinny spisek, mający na celu utrzymanie Williamsa z
      dala od British Sea Power, co udało się załatwić przy pomocy piwa, a potem The
      God Himself - James Chance. Na którego oczywiście się po chuju spóźniliśmy,
      załapując się tylko na połówkę koncertu. Nie szkodzi - potwierdziło się
      wszystko, gość, który funkcjonuje od dobrych kilkunastu lat na mega wysokiej
      pozycji w panteonie moich bogów, pokazał, że nadal mu się to miejsce należy, że
      nawet ze sztucznie stworzonym zespołem, nawet na mocno festyniarskiej imprezie,
      potrafi zapodać najżywszym ogniem, pełnym syfu, wrzasku i funka. 3 minuty i już
      pląsałem w błocie, bo nie dało się nie, wykop Les Contortions jest po prostu
      niesamowity, a ściany hałasu generowane saksem Chance'a wyrywają nowe bruzdy w
      zwojach. Po prostu religia, tu już nie ma się co bawić w racjonalizowanie, po to
      każdy katol dyma w niedzielę do kościoła i tego tam właśnie nie dostaje. James
      Chance, narkotyczno-wódczane zombie z zapuchłą twarzą i gajerem z Las Vegas, tak
      naprawdę jako jedyny z tych, co widziałem, pokazał, gdzie jest off.

      Potem z dala rozległy się dźwięki jak z pikniku nazioli, znak to, że gdzieś się
      pojawiło Lao Che, czyli sygnał powrotu na chatę, bo do Maxa Tundry i tak już bym
      nie dotrwał, niezależnie od ilości red bulli i kawy w organizmie.

      Ogólne podsumowanie festiwalu - w porzo. Za dużo liceum, za dużo trójki, za dużo
      niepotrzebnej polskiej muzyki dla nikogo, ale dzięki tym dwóm legendom dnia
      drugiego, wszystko mam ustawione in plus. Wkurw na scenę eksperymentalną, na
      którą wejść można było tylko na chujnie z grzybnią typu Karol coś tam all stars,
      a na żadną z porządnych kapel już nie, no ale to, to sobie mogę posłuchać na
      Unsoundzie, więc wkurw nie jest jakiś dojmujący. Najciekawsze zjawisko
      socjologiczne - Namiot Offensywy, w którym grała chyba ciągle ta sama kapela
      przez dwa dni, a tłum się nie zmniejszał. Musi jakiś rekord Guinessa.

      P:)
      • noida Re: Narzywo z Mysłowic day cwaj 10.08.08, 13:58
        Rany, że ci się chciało to wszystko napisać. Ja spałam 10 godzin w sumie przez
        te dwa dni i chyba zaraz zdechnę.
        Dobra, bo nie na temat gadam jak zwykle.
        Fajnie było was poznać, chłopaki :)
        • hennessy.williams Re: Narzywo z Mysłowic day cwaj 10.08.08, 14:06
          noida napisała:

          > Rany, że ci się chciało to wszystko napisać. Ja spałam 10 godzin w sumie przez
          > te dwa dni i chyba zaraz zdechnę.
          > Dobra, bo nie na temat gadam jak zwykle.
          > Fajnie było was poznać, chłopaki :)

          Przepraszam za pominięcie, ale nie znałem nika. Też jesteś moją byłą koleżanką.
      • hennessy.williams Re: Narzywo z Mysłowic day cwaj 10.08.08, 14:02
        Dnia drugiego miałem prosty plan. Zobaczyć British Sea Power.
        Ale jak się ma karnet, to trzeba go jakoś wykorzystać, więc:
        1/ Kawałek Kulki (scena majspejs) - Na dziędobry dwa numery zagrały Wakacje (drugi to "Taka pani", pierwszego nie pomnę), a resztę czasu wypełnił KK. Ciągła walka z nagłośnieniem położyła koncert (jak się potem okazało położone były wszystkie koncerty na tej scenie). Kolektyw robił co mógł, ale techniki nie przeskoczył. Stałem na tyle blisko, że łykałem wersję anplagd i na mojej liście fajnych (głosów) pań Karotka pnie się do góry.
        2/ Czesław Śpiewał - przechodziłem obok.
        3/ Karol Schwarz All Stars - nie jarzyłem co to, więc postanowiłem skosztować. Czerstwa konferansjerka przyprawiła mnie o zgagę. Trza mi było wyjść z Jankiem. Uciekłem dopiero po piętnastu minutach.
        4/ Izrael 'ileśtam - czas się zatrzymał? Mógłby, gdyby nie cudnej urody projekcje wideło i gadka o Gruzji i Tybecie.
        5/ Czesław Śpiewał (na scenie majspejs) - przechodziłem obok.

        I tu zaczął się mój życiowy dramat. Najpierw wpadłem na Esesesa, wypiliśmy po oranżadce, potem wpadliśmy na Brejna, wypiliśmy po oranżadce, potem pojawił się Car, wypiliśmy po oranżadce. No i koncert BSP poszedł się odbyć beze mnie. Moi byli koledzy byli tym faktem wyraźnie rozbawieni.

        Potem nastąpił półgodzinny spisek, mający na celu utrzymanie Brejna, Cara i Esesesa z dala od...
        6/ Jamesa Chance'a - zdążylim na trzy ostatnie numery a i tak byłem zmieciony. Niestety organizatorzy powiedzieli mu "spieprzaj dziadu", a ten okazał się grzecznym chłopczykiem i posłuchał. Urok festiwali.

        Oddaleniu memu z terenu Słupna Park towarzyszyły dźwięki Lao Che.
        Rezime będzie jutro, bo zostaję jeszcze na Iron & Wine.
        • noida Re: Narzywo z Mysłowic day cwaj 11.08.08, 10:52
          Zasadniczo pobieżnie nie masz czego żałować. Znaczy, że się ten koncert odbył
          bez ciebie. Był on albowiem nudny flakowo. Ja wyszłam po 3 piosenkach i poszłam
          spożywać alkohol.
        • sss9 Re: Narzywo z Mysłowic day cwaj 11.08.08, 21:00
          jest jutro, ale nie ma Hennia.W.
          mam nadzieję, że z tymi byłymi kolegami, to jeno żarcik.
          • hennessy.williams Narzywo z Mysłowic dzień czy 12.08.08, 20:47
            1/ Iron & Wine - najlepszy koncert festiwalu. Skromny kościół, nastrojowe oświetlenie, niezła akustyka. Najsampierw był secik kameralny (dwu i czyosobowy), potem doszedł band i dołożył dołów, a na koniec znów zostało ich dwoje. Raz już byłem na koncercie I&W, ale wtedy grali jakieś 40 minut i głównie materiał ze wspólnej płyty z Calexico i z Woman King. Tym razem setlista była bardziej przekrojowa (z oczywistym naciskiem na ostatnią płytę). Rozwaliła mnie koncertowa wersja Woman King połączonego z Wolves.

            Podsumowanie małe takie:
            Wymietli: Iron & Wine i Caribou.
            Nieźle dali: Of Montreal, James Chance (tyle ile widziałem) i Afro Kolektyw.
            Miło było: poznać koleżeństwo.
            To co, za rok?
    • kwiat_paproci Re: Narzywo z Mysłowic 11.08.08, 19:46
      to i ja w przerwie między braniem leków napiszę jakieś chaotyczne refleksje:
      - najlepszy koncert to oczywiście of montreal, świadczy o tym chociażby fakt, że
      nawet trochę poskakałam i pośpiewałam, czego z natury unikam
      - w czasie ich koncertu przestał padać deszcz, myślę, że posiadają również moce
      zatrzymywania wojen, likwidowania głodu na świecie, tylko nie mają jak ich
      pokazać na koncercie
      - ku mojemu zaskoczeniu ludziska znali teksty of montreal na blachę, choć
      możliwe, że stanęłam w jakimś wyjątkowym miejscu
      - na następnym miejscu stawiam koncert menomeny, do tej pory nie byłam jakąś
      szczególną ich fanką, ale ponieważ są: młodzi, zdolni i przystojni, to chyba zostanę
      - clinic zagrał strasznie monotonnie i jednostajnie, a mimo to mi się podobało
      ale możliwe, że byłam jeszcze pod wpływem poprzedniego koncertu
      - wreszcie miałam okazję zetknąć się z unikalnymi zjawiskami pod nazwą: ania
      gacek na żywo (moc!) plus koncert dick4dick, co w połączeniu dało wstrząsającą
      dawkę doznań. Ach, no i zjawisko pod nazwą sebastian z rotofobii też wreszcie
      zobaczyłam ;)
      - british sea power też w porządku, głównie za sprawą pani skrzypaczki, od
      której nie mogłam oderwać wzroku
      - nie byłam na koncertach mogwai i caribou, bo mnie nerki bolały jak jasna cholera
      - nie byłam też na całej masie innych koncertów, głównie nocnych, na których być
      chciałam, z powodów jak wyżej
      - mimo to nakoncertyzowałam się na co najmniej parę miesięcy dzięki budyniowi,
      bajzlowi, rentonowi, poise rite, snowmanowi, lutosphere i jeszcze kilku występom
      obejrzanym fragmentarycznie. Nie będę pisać szczegółowo o koncertach, ale w
      większości moje wrażenia są pozytywne, choć brak możliwości bisowania dokuczał
      wielokrotnie
      - nawet ulewa nie zmusiła mnie do pójścia na koncert much - jakieś zasady trzeba
      w życiu mieć ;)
      - scena leśna to świetny wynalazek, choć chwilami zagłuszały ją inne sceny
      - po raz kolejny dochodzę do wniosku, że takiemu tymonowi, maciowi, czy innemu
      buniowi, to pewnie nikt nie podskakiwał na podwórku
      - zajęłam drugie miejsce w spontanicznie zorganizowanym przez sąsiadów z sektora
      konkursie na największą ilość wody w namiocie
      - generalnie jestem bardzo zadowolona i za rok pewnie też pojadę, bo stosunek
      ceny wyjazdu do jakości koncertów jest jak dla mnie szokujący
      • janek0 Re: Narzywo z Mysłowic 11.08.08, 23:11
        No cóż, moje spostrzeżenia podsumowujące są takie:

        1. W sprawie najlepszego koncertu: Najlepszym koncertem były Caribou i Iron &
        Wine - oba na poziomie "rewelacja", chociaż z zupełnie różnych powodów. Caribou
        urywało głowę, Beam głaskał po niej. W następnej kolejności Of Montreal, BSP,
        Możdżer i James Chance - wszystkie na poziomie "wery profeszjonał" (kretyn
        redaktor w Der Dzienniku napisał dzisiaj że Możdżer był infantylny a BSP
        patetyczne - rotfl, rotfl). Potem długo nic i Clinic wraz z Singapore Sling -
        oba poprawne ale bez szaleństwa. Co do reszty którą widziałem - Hey i Muchy były
        żenujące, nie dla tego że ich koncerty akurat były słabe ale dlatego, że owe
        zespoły w całokształcie są żenujące i potwierdziły to w pełni (Czy ktoś mi może
        wyjaśnić po co Muchy występowali w tych prezerwatywach ? W namiocie nie padało).
        Koncertu Menomeny to nie załapałem - po **** im był ten saksofon ? Nic z niego
        nie wynikało a pan grał na nim momentami zupełnie obok. Podobnie z So So Modern,
        którzy moim zdaniem grali zupełnie do dupy - w sensie jak najbardziej
        technicznym. Mogwai i Homo Twist były nudne, podobnie jak okrzyczani panowie z
        Karol Schwarz All Stars - zagrali parę kawałków (wyszedłem po 15 min jak napisał
        Heniek ale potem wróciłem bo So So Modern było jeszcze gorsze) które niczym się
        od siebie nie różniły. Urozmaicili to jakimiś beznadziejnymi gadkami (tekst o
        rzyganiu na odległość pobił rekordy debilizmu). Czesława i Lao Che programowo
        olałem, a oglądanie Izraela sprawiało mi fizyczny ból. Jednak koledzy powinni
        się zająć wychowywaniem wnuków już. Reszty nie oglądałem bo albo się nie dało
        (Kammerfliemer) albo wolałem nie ryzykować (większość młodych polskich) albo z
        powodu przygotowania kondycyjnego albo mrozu w nocy.

        2. W sprawie Iron & Wine - naprawdę warto było zostać dzień dłużej. Koncert był
        bardzo kameralny (kościółek w którym to się odbywało jest malutki) i przez to
        naprawdę klimatyczny. Zagrali dużo z Sheperd's Dog i Woman King ale były też
        starsze kawałki. Beam pokazał że jest kapitalnym muzykiem i świetnym wokalistą -
        obyło się praktycznie bez żadnych pomyłek, brzmiał tak dobrze jak na płytach.
        Jedyne co to to, że mimo *bardzo* ciepłego przyjęcia kontakt z publicznością
        miał prawie zerowy a raczej udowodnił że jest introwertykiem na pograniczu
        autyzmu - robił wrażenie jakby oklaski po każdym kawałku mu sprawiały dużą
        przykrość. (Chociaż chyba herb Mysłowic mu się podoba, heh) Mimo standing
        ovation była też tylko jedna piosenka na bis i to był to kawałek który już
        wcześniej zagrali (!). W sumie 90 minut i do domu - zresztą okazało się że Beam
        chodzi spać z kurami - ok. 21:30 powiedział że muszą już kończyć, bo on musi w
        końcu iść spać :D

        3. W sprawie organizacji itp - oprócz paru naprawdę drobnych obsuw (największą
        była "scena" Experimental) było naprawdę w porządku, min. z ochroną którą już
        chwalił brain. Z gastronomii prawie nie korzystałem więc się nie wypowiem, kibli
        rzeczywiście nikt nie przewracał. Zgadzam się z kwiatem że relacja cena/jakość
        była wybitna a za każdy z tych dobrych koncertów warto było zapłacić cenę
        karnetu. Dobór zespołów też był sprytny, kol. Rojek wyraźnie przemyca
        wartościowe rzeczy obok popularnych i chwała mu za to (ludność i tak była
        zachwycona najgorszymi rzeczami, ale to już inna sprawa - może się wychowa).
        Szkoda tylko że momentami nie było wyjścia - trzeba było albo słuchać Izraela
        albo Dick4Dick albo iść pić.

        4. Jeszcze w sprawie publiczności to różne sceny miały wyraźnie różne przedziały
        wiekowe. Na scenie experimental i leśnej średnia wieku była najwyższa, na exp
        wyraźnie widoczny był typ "łysy informatyk z brodą w polarze", natomiast na
        offensywnej ciągnięcie za kuśkę odbywało się z najwyższą częstotliwością. Ale
        fakt, nie było bydła, nawet niedużo było pijanych w trzy dupy, byli za to ludzie
        z małymi dziećmi. I na koncercie I&W była naprawdę kultura - nagłośnienie było
        dość łagodne ale nie słyszałem ani dzwoniącej komórki ani nawet ludzi głośno
        gadających podczas koncertu.

        5. W sprawie tego co za rok, to jeśli Rojek utrzyma ten poziom to ja już się
        deklaruję, że jadę. Bym sobie życzył żeby w kościele zagrał The Mountain Goats
        (za Sufjana też się nie obrażę), a w Słupnej Bishop Allen (powinni być tani),
        dEUS, Destroyer, może Belle and Sebastian, Mission of Burma, Pram albo i Silver
        Jews, Frames czy Magnetic Fields...

        6. W sprawie chorób - coś ta młodzież to chorowita jakaś...
        • grzespsychol Re: Narzywo z Mysłowic 12.08.08, 00:08
          A i ja wsadzę garść swoich obserwacji, co je już zaserwowałem na forum na
          stronce off festiwalu, ale nie zaszkodzi jeszcze raz.

          PCHEłKI - podobało mi się, chociaż ostro zrzynają z Islandczyków. Ale
          różnorodnie, świeżo jak na polskie warunki, no i plus za flet :-)

          KAWAłEK KULKI - nie moje klimaty, więc nie wypowiadam się.

          AFRO KOLEKTYW - tych widziałem już wcześniej, cenię ich. Poprawnie, ale bez porywów.

          NEW YORK CRASNALS - po prostu gitarowy post rock w klasycznym, trzyosobowym
          składzie. Skojarzyli mi się z Gasoline (tam też grają bracia), ale Krasnale nie
          korzystają z elektroniki. Prochu nie wymyślają, ale zwyczajnie lubię takie granie.

          TRANSKAPELA - przyjema muzyka klezmerska, ze elementami etnicznymi, z przytupem.
          Szkoda, że zagłuszały ich gitary z głównej sceny. Liczyłem też na trochę więcej
          dysonansów, więcej tytułowego transu, a to było takie bardziej easy-listening.
          No i Możdżer leżący na trawie wśród publiki - bezcenne.

          Potem moi znajomi poszli na BUDYń, a ja poszedłem na łazanki i placek
          ziemniaczany. Btw, wie ktoś, dlaczego placki podrożały drugiego dnia? Za duży popyt?

          LUTOSPHERE - najdziwniejszy koncert, niestety nie z winy muzyków. Pierwszy utwór
          był świetny. Każdy artysta dodawał inną jakość. Wirtuozeria Możdżera
          (nonszalancko wygrywane świetne pasaże), świeżość, poczucie humoru, no i te
          sample Bunia złożone z fragmentów czyjegoś monologu. Poezja. Potem
          czteropalcówka-popisówka, jakby z Emerson, Lake & Palmer, no i klops. Zaczęło
          padać. Zostałem do końca licząc na to, że muzycy jakoś wyjdą do ludzi, postarają
          się rozgrzać publiczność... Ale następne utwory były wg mnie już nie tak dobre.
          Duży niedosyt.

          Popędziłem pod namiot, gdzie właśnie wychodziły grać MUCHY. Peany wygłaszane
          przed koncertem przez Metza nijak się jednak miały do ich muzyki, bardzo w sumie
          bezbarwnej. Muchy znałem z płyty, gdzie również nie powalają. Nie rozumiem tego
          wszechobecnego zachwytu - ot, przeciętny polski zespół.

          Rozpoczęły się koncerty na scenie eksperymentalnej. REUBER zaczął od dźwięków
          gardłowych. Na widowni lekka konsternacja. Później odpalił sprzęt. Ciepłe,
          leniwe drony jak ze Stars of the Lid płynnie przeszły w ciężkie, cyfrowe bity
          aż, nakładając się na siebie, w noise. Podobną dynamikę miał koncert duetu
          KLANGWART, przy czym była to muzyka bogatsza brzmieniowo. Oprócz Reuberowskich
          dronów mogliśmy usłyszeć całe bogactwo trzasków i cyfrowych zakłóceń. Oba
          koncerty oceniam bardzo pozytywnie.

          Z braku laku poszedłem na DICK 4 DICK. Dicki słyszałem miesiąc wcześniej w
          Cieszynie. Nie jest to moja muzyka, ale teraz odebrałem ich nieco lepiej.
          Zagrali chyba bardziej rockowo, mniej było tego chamskiego dicho.

          KAMMERFLIMMER KOLLEKTIEF - miało być trio, był duet. Ich oniryczne, leniwe
          ballady wyraźnie sprzyjały drzemce. Wszystkie utwory mieli raczej na jedno
          kopyto: leniwy podkład, dwa akordy na krzyż na gitarze akustycznej i mamrotanie
          wokalistki. Całkiem przyjemna muzyka tła, ale lekkie rozczarowanie.

          CARIBOU - największa niespodzianka in plus pierwszego dnia. Zaintrygowali mnie
          od razu ustawieniem instrumentów na scenie: dwa zestawy perkusyjne z przodu i
          gitarzyści z tyłu; poza tym muzycy stanęli blisko siebie na środku sceny.
          Skojarzenie z Holy Fuck widzianym w Cieszynie. Sama muzyka bardzo energetyczna,
          ciepła, pełna improwizacji. Jedyne, co mnie uwierało, to wokale: zbyt eteryczne,
          ale też po prostu słabe - ciche i słabo oddające melodię. Najlepsze były za to
          partie z dwoma perkusistami. Miazga. Do tego duży plus za fajne wizualizacje.

          MOGWAI - wiadomo. Potęga dźwięku, trzy gitary, show. Na pewno nie zawiedli.
          Największy aplauz publiczności po "Hunted by a freak".

          Drugi dzień zacząłem od RENTONA. Nie spodziewałem się niczego specjalnego, ale
          zagrali, jak dla mnie, dobrze. Prosta, energetyczna muzyka, fajne melodie, dobry
          wokal.

          Na BAABIE cały czas stałem z bananem przyklejonym do twarzy. Widać było, że
          muzycy doskonale bawią się grając, a publiczność bawiła się razem z nimi.
          Genialne pomysły, świetne wykonawstwo. Wstyd, że dopiero teraz widziałem ich na
          żywo.

          CZESłAW to nie moja bajka, postałem chwilę i poszedłem na KAROLA SCHWARZA i jego
          ALL STARS. Czteroosobowy zespół roztaczał przed publicznością pejzaże dźwiękowe,
          czasem melancholijne, z rozwichrzonymi plamami dźwięku, czasem apokaliptyczne, z
          ekspresyjnie szarpanymi gitarami. Do tego dochodziły dzikie melorecytacje
          poetyckich tekstów. Całość przypominała mi nieco Ewę Braun z elektronicznym
          bitem zamiast perkusji.

          Jedyny raz odwiedziłem scenę Myspace, aby zobaczyć KARPATY MAGICZNE i BAND OF
          ENDLESS NOISE. Niestety połowę czasu przewidzianego na koncert zajęły próby.
          Połączenie post rocka BAND'u i korzennych dźwięków KARPAT wyszło całkiem
          ciekawie. Szkoda, że tak krótko.

          Postałem chwilę na MENOMENIE, ale ten zespół mnie niczym nie zainteresował. Dużo
          lepsze było SINGAPORE SLING. Ciężka, brudna, monotonna muzyka. Echa cold wave,
          Bauhaus, Swans, My Bloody Valentine, Joy Division. Nurt dosyć zapomniany, i w
          Polsce w ogóle mało popularny. Ale aplauz publiczności świadczył o tym, że się
          podobało.

          BRITISH SEA POWER - muzyka grana z rozmachem, może i fajna, ale nie porwała mnie
          zanadto. Chyba po prostu I don't like rock music so much. Byłem też na chwilę na
          POLPO MOTEL, ale nie przemówiło do mnie to, co usłyszałem.

          JAMES CHANCE wyglądał jak na zdjęciach sprzed 25 lat, tylko dwa razy szerszy.
          Chyba nawet ten sam garnitur założył. Jego muzyka również pozostała taka sama,
          choć wydaje mi się, że z wiekiem nieco złagodniał i odpłynął w kierunku
          standardowego jazzu. Mniej było punka, a więcej kawiarni. Muzyka Chance'a, ze
          swoimi czarnymi, funkowymi korzeniami, wyraźnie odcinała się od innych
          wykonawców na festiwalu.

          Na koniec JACASZEK. Skromny mężczyzna z towarzyszeniem rodzeństwa Wesołowskich
          na smyczkach. Bardzo spójny program, przywołujący na myśl nagrania Murcofa,
          trochę Johanna Johannssona. Elektroakustyczne granie, które bardzo lubię.

          Grzesiek
    • carmody Re: Narzywo z Mysłowic 11.08.08, 23:54
      Moje wrażenia z koncertów są nic nie warte. Z różnych powodów. Więc nie będę ich
      opisywał.
      Może tylko 4 rzeczy, dla których warto było nie spożywać alkoholu, wchłaniać
      substancji nieobjętych akcyzą i zamiast snu wypalać paczkę fajek na noc:

      Caribou - musiałem wyjść z tego koncertu, bo wydawało mi się, że bolszewickie
      świnie szykują na mnie zamach. Żałuję potwornie, bo to co słyszałem bardzo mi
      się podobało. Nazwę to przypadłością cara - albo syndromem cara... na Dj Vadimie
      na Openerze miałem to samo. Z tym, że wtedy nie wiedziałem co robiłem przez
      następne 4 godziny. Tutaj grzecznie siedziałem na ławeczce. Szkoda.

      Czesław - jakoś mi się nie podobało na początku, przyzwyczaiłem się do koncertów
      w klubach, brakowało tego klimatu. Ale nie byłem też na żadnym jego wystepie po
      wydaniu płyty jako Czesław śpiewa. Naprawdę zrobiło na mnie wrażenie uwielbienie
      jakim Mozila darzą tłumy. Nie lazłem pod scenę bo błoto było, może powinienem,
      bo ludzie świetnie się tam bawili: śpiewanie piosenek, klaskanie - wielki fan.
      Tak niby zawsze było na małych koncertach, więc respekt dla Czesława, że to
      udźwignął. Mimo to, za krótko, a Mozil za trzeźwy - legendarna konferansjerka
      mieszająca się z piosenkami nie była tak pojechana jak zwykle. Zagrał za to "Pop
      song", o którego darłem ryja na każdym koncercie. Wreszcie przypomniał sobie tekst.

      Menomena - podoba mi się, że tyle w tym jest powietrza. Że to takie niepohytane,
      że ledwo się kleją te fragmenty melodii, wybuchy perkusji, jakieś bzdety
      śpiewane przez wokalistów i tu klawisz, tam jakiś akord. Na koncercie było
      fajnie. Wokalista blondyn za przystojny, powinien zacząć ćpać bo nie pasuje mi
      do tych piosenek i jeszcze mi dziewcze rozprasza.

      Iron&Wine - nie znałem. Chyba poznam. Nie doznam. Ale ukoiło w ten ostatni
      wieczór me obesrane serce i zgniłą duszę i bardzo mi się podobało.


      No i oczywiście to nie koncerty były najważniejsze na festiwalu. Nie dla nich
      tam pojechałem.
      Strasznie fajnie było Was zobaczyć. Pogadać chwilę, wypić soku. Mnie co prawda
      elokwencja gubiła często elo, ale spędziłem miło czas. Błyskać fajnością mogę w
      sieci, następnym razem będę wypoczęty:D
      I jeszcze raz wielkie przepraszam do Janka i Kubasy. Komplitlifakap.
      A dzięki przeogromne dla Braineatera!
      A idę spać, bo wyjeżdżam się wyspać.
      • carmody Re: Narzywo z Mysłowic 12.08.08, 00:17
        Kurde, ale ze mnie sklerotyk.
        Oczywiście James Chance, do kurwypipy!
        Koleś był bogiem. Rządził. Uwielbiam.

        Przed koncertem myślałem - stary już jest, w ogóle się rusza jeszcze? Nie będzie
        bijatyk z publiką ani polewania jej moczem. Choć, nie - to ostatnie to może mu
        wyjść. Przecież zawsze może odpiąć sobie cewnik...

        Okazało się, że ma niezłych konowałów tam gdzie mieszka, bo jeszcze bił od niego
        pałer.
        Przynajmniej z płuc. No bo w stare garnitury to on się już na pewno nie mieści,
        a i z publiką nie leci w bijatyki.
        Ale zamiótł. Wygrał oczywiście.
        • ihopeyouwilllikeme Re: Narzywo z Mysłowic 12.08.08, 18:33
          Najlepsze koncerty: BSP ( pozdrowienia dla Ilhana, który mnie
          rozpoznał w tłumie :D ), James Chance ( wiedziałem, że będzie
          fajnie, ale że aż tak będzie fajnie, to bym nie przypuszczał ),
          Menomena ( jedyne słowo, jakie przychodzi mi do głowy gdy wspominam
          ten koncert to słowo: pięknie ), Czesław Śpiewa ( wiem, że to
          obciach, ale dla mnie gość wymiótł BTW to był mój pierwszy z nim
          kontakt, płyty nie znam i nie poznam, nie odczuwam potrzeby ) i Of
          Montreal ( żałowałem, że nie miałem " wspomagaczy " pod ręką, ale
          może to i lepiej ). No i AK, tyle, że za krótko. I So So Modern ( co
          to jest ?? )

          Najgorsze koncerty: Muchy ( ludzie, przecież to jest GŁUPIE, to jest
          po prostu głupie, nie wiem, to ta głupota jest taka fajna ??
          odpadłem już wtedy, gdy zobaczyłem gościa uprawiającego crowd
          surfing podczas Zapachu Wrzątku, " najlepiej na obcasach, i po dużej
          wódce !! " - aaaaaaaaaaaaaaaa, no nie dało się tego wytrzymać ),
          Dick4Dick ( rozdęty ponad miarę image + ZERO piosenek ), i Renton (
          tu już było lepiej, goście się nie rozbierają, ani nie śpiewają o
          domach kultury, tylko po prostu grają typowe indie numery z
          angielskimi tekstami o niczym - da się to wytrzymać, i nawet
          poklaskać, ale jednak jest to bardzo przeciętne ).
          • kwiat_paproci Re: Narzywo z Mysłowic 12.08.08, 23:28
            A ja jeszcze na offie z zaskoczeniem wielkim odkryłam, że dzisiejsza młodzież
            uwielbia być na rękach noszona, podczas koncertów zwłaszcza. Próbowałam sobie
            nawet przypomnieć koncerty, na których nie było crowd surfingu (oczywiście te,
            na których byłam) i to były chyba tylko te pod leśną. Do tej pory nie notowałam
            tego zjawiska na taką skalę.

            P.S. A ja dla odmiany nie poznałam ilhana z odległości jakichś 20 cm. Jak to się
            mówi w Warszawie, sooooooooooory ;)
    • sss9 Re: Narzywo z Mysłowic 13.08.08, 20:35
      było mi baaardzo miło was widzieć i pomimo obawy, że kolejny Off będzie już jeno
      Offensywą, to o ile zadeklarujecie swoje ponowne się na nim pojawienie,
      przybędę, żeby wychylić z wami kolejną oranżadkę i odbić się od coraz bardziej
      obleganej bramki coraz mniejszej sceny "eksperymentalnej".
      • noida Re: Narzywo z Mysłowic 13.08.08, 22:26
        I aż trzy dni myślałeś nad tym dyplomatycznym wyznaniem? :)
        • sss9 Re: Narzywo z Mysłowic 15.08.08, 15:17
          noida napisała:

          > I aż trzy dni myślałeś nad tym dyplomatycznym wyznaniem? :)
          >
          >

          ach, nie. zbierałem się do gruntownej recenzji Offu, głębokiej analizy zagadnień
          z dziedzin wszelakich, mód, trendów, kulinariów, oferty płytowej, etc. w końcu
          miałem zająć się prognostyką pogody i kierunków rozwoju przyszłorocznego festu
          (nowe sceny tematyczne, rozwój strefy gastronomicznej, jeszcze więcej
          organizacji niezauważalnych), a także prorokować następną listę artystów, jej
          zwycięzców i przegranych, pożytki i straty z obfitych opadów deszczu, itd...
          dopiero po tym wszystkim miałem napisać to co w poprzednim poscie. ale mi
          przeszło. :)
    • sss9 Re: Reportaż z Mysłowic w TVP 2 25.08.08, 22:12
      dziś jeszcze, o 23:30.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka