Dodaj do ulubionych

Homilie, czytania na każdy dzień...

    • iktoto Homilia 7.01 08.01.11, 14:55
      1 J 3,22–4,6;

      Mt 4,12–17.23–25

      Kto wypełnia Jego przykazania, trwa w Bogu, a Bóg w nim (1 J 3,24).

      Słuchanie przykazań Bożych i wypełnianie ich jest dla św. Jana tożsame z miłością Boga! Czy to możliwe? O co chodzi? Przecież faryzeusze dokładnie przestrzegali przykazań, a Pan Jezus tyle groźnych słów powiedział na ich temat!

      Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że „przykazania” to właściwie „polecenia”, osobiste nakazy. Istotna jest tutaj osobista relacja między Bogiem a człowiekiem. Wówczas zachowanie Jego przykazań jest tożsame z czynieniem tego, co się Jemu podoba. Pełnienie Jego woli wprowadza nas w żywą więź, przez to trwamy (właściwie: mieszkamy) w Bogu. To posiada także swoją drugą stronę, mianowicie: Bóg trwa (mieszka) w nas! Relacja staje się wzajemna. W Ewangelii Pan Jezus mówi: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje (J 16,23). Ta relacja wzajemności pozwala się przenikać. I o taką więź w istocie chodzi. Podkreśla to jeszcze stwierdzenie: to, że trwa (mieszka) On w nas, poznajemy po Duchu, którego nam dał (1 J 3,24). Ten sam Duch, który jest u Boga, przenika do nas i nami kieruje. On jest najpewniejszym świadectwem, że rzeczywiście trwamy (mieszkamy) w Bogu.

      Dlatego też niezmiernie ważne jest rozeznanie ducha – czy pochodzi od Boga. Nie wystarczy sama deklaracja, dobre chęci, a nawet formalne wypełnianie przepisów prawa, ducha trzeba rozpoznać po owocach:

      Po tym poznajecie Ducha Bożego:
      każdy duch, który uznaje,
      że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga (1 J 4,2).

      Święty Jan w ten sposób odpowiada na zagrożenia ze strony pierwszych herezji, które się pojawiły pod koniec pierwszego wieku. Wiara w przyjście Syna Bożego, Jezusa Chrystusa „w ciele” wiąże się z przyjęciem wielkiego uniżenia Boga, co wydaje się nie do uwierzenia. Bóg, który pozostaje zawsze ponad nami, jest łatwiejszy do przyjęcia, bo nie wymaga tak jednoznacznie i realnie wewnętrznej przemiany. Można Go czcić jako Boga w niebie, ponad nami. Takiemu Bogu wystarczy właściwie wyrazić cześć w postaci zewnętrznego kultu oraz okazać posłuszeństwo jego nakazom. Natomiast Bóg, który stał się Człowiekiem, wzywa do prawdziwego pójścia za Nim i to jest niebezpieczne, bo wymaga całkowitej przemiany serca.

      Zawsze mnie zdumiewało to, że istota wiary polega właściwie na wierze w imię Jezusa Chrystusa i że ta wiara jest świadectwem posiadania Ducha. Dla nas imię jest mianem, którym zwra­ca­my się do kogoś. Ma ono charakter formalny. Natomiast dla Żydów imię wyrażało istotę osoby, jej misję i znaczenie. Zatem wierzyć w imię Jego Syna znaczy mniej więcej: wierzyć, że Jezus jest Mesja­szem i Synem Bożym, że ma moc nas zbawić, że w Jego rękach spoczywa władza. Wierzyć w Jego imię oznacza po prostu wierzyć w Niego. Jednak określenie „wierzyć w imię” ma przy takim ro­zu­mie­niu imienia charakter dynamiczny – oznacza zawierzenie misji, Jego mocy i działaniu. Jednocześnie ma ono bardzo osobisty cha­ra­kter. Imieniem posługujemy się wtedy, gdy się osobiście zwracamy do kogoś. Wierzyć w imię Jezusa – to znaczy osobiście się zwrócić do Niego.

      Świętemu Janowi chodzi o bardzo konkretną, bliską więź z Bogiem. Ewangelia, oznajmiając wypełnienie się zapowiedzi Izajasza, odnoszącej się do światła, które oświeca krainę pogan, wskazuje, że to światło jest w Osobie i nauczaniu Jezusa. Jego pierwsze orędzie brzmi: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię (Mk 1,15). Oto królestwo jest blisko, już tu na wyciągnięcie ręki, nie gdzieś daleko, tak żeby trzeba było na nie jeszcze długo czekać. Ono jest tuż-tuż i dlatego trzeba się nawracać. W Apokalipsie Chrystus mówi: Oto stoję u drzwi i kołaczę... (Ap 3,20). Właśnie bliskość bezpośrednio wzywa i zobowiązuje. Taki właśnie Bóg przychodzi do nas: bliski, pragnący żywej więzi z nami.


      • iktoto Re: Homilia 8.01 08.01.11, 14:55
        1 J 4,7–10

        Mk 6,34–44



        Święty Jan, umiłowany uczeń Pana, w swojej starości pisze jak gdyby testament. W liście stara się wskazać to, co jest najważniejsze. Właściwie cały list mówi o jednej prawdzie: Bóg jest miłością i poznaje Go tylko ten, kto trwa w miłości, kto sam kocha. To jest to jedyne przykazanie, jakie zostawia nam Pan. Do niego się wszystko sprowadza. Święty Jan kieruje do nas gorące wezwanie: Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga (1 J 4,7).

        Jest to tak proste, a jednocześnie tak trudne do zrealizowania w naszym życiu. Dlaczego? Bardzo ważne wydaje się wskazanie, które św. Jan daje w dalszej części tekstu:

        W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy (1 J 4,9n).

        Miłość ma swój porządek: Bóg pierwszy nas umiłował, nasza miłość jest odpowiedzią na Jego miłość, a właściwie na Jego miłosierdzie. Aby prawdziwe kochać, trzeba wpierw samemu doświadczyć tej prawdy. Wydaje się, że największa trudność związana z miłością łączy się z naszym wyobrażeniem o niej. Myślimy, że wiemy, na czym ona polega i staramy się ją realizować według przyjętych wzorów. Miłość w sensie chrześcijańskim widzimy przede wszystkim jako zadanie moralne. To my mamy kochać, okazać się miłosiernymi, umieć dawać się ludziom itd. Oczywiście, miłość niewątpliwie jest obowiązkiem, domaga się czynów miłosierdzia, gestów miłości wobec innych. Ale jeżeli się do tego sprowadza, to zawiera w sobie zasadniczą słabość: mniemanie, że jest ona z nas. A to jeszcze nie jest ta miłość, o jakiej mówi Pan Jezus. Z Ewangelii pamiętamy, że mówił kilkakrotnie: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem (J 15,12). Nasza miłość ma być nie tylko wzorowana na Jego miłości, ale ma być po prostu Jego miłością. Nie ma innej możliwości, bo miłość jest z Boga, a nawet więcej – sam Bóg jest miłością (1 J 4,7n).

        Miłość należy całkowicie do Boga, jest Jego życiem. My jedynie jesteśmy uczniami w szkole miłości. Jeżeli wydaje się nam, że sami musimy miłość w życiu realizować, to będzie ona nosiła na sobie piętno naszej słabości i ostatecznie jej nie zrealizujemy.

        Obserwujemy w życiu bardzo wiele przykładów rozmijania się w miłości. Osoby szczerze pragnące kochać potrafią dotkliwie ranić innych, nie rozumiejąc, że to, co uznają za miłość, w istocie nie daje drugiemu tego, czego potrzebuje, a nawet może go niszczyć i dotkliwie boleć.

        Prawdziwa miłość jest pokorna, o czym wspaniale pisze św. Paweł w hymnie o miłości. Pokora bierze się z doświadczenia swojej niegodności, a jednocześnie miłosierdzia Bożego. Święty Benedykt bardzo mocno przypomina to w Regule:

        Tacy ludzie, pełni bojaźni Pańskiej, nie wpadają w zarozumiałość, gdy widzą, że dobrze postępują. Uważają bowiem, że nawet to dobro, jakie w nich jest, nie z własnej ich mocy, lecz od Pana pochodzi (RB Prol 29).

        I w 4. rozdziale:

        Widząc w sobie jakieś dobro, przypisywać je Bogu, nie sobie (RB 4,42).

        Wszelkie dobro, a zatem przede wszystkim miłość, pochodzi od Boga, nie jest moją zasługą! Ta trudna do przyjęcia prawda wymaga pokory. Ale dopiero mając w sobie pokorę, możemy prawdziwie kochać, bo miłość, która z nas wówczas wychodzi, nie jest nasza, ale Boża.

        Wydaje się, że dzisiejsza Ewangelia daje obraz działania miłości. Uczniowie słusznie zauważyli, że ludziom brak chleba, że są głodni i utrudzeni. Po ludzku się tym martwili i wykazali nawet inicjatywę, aby zaradzić tej biedzie. Kiedy Pan Jezus powiedział im: Wy dajcie im jeść, myśleli po ludzku: Mamy pójść i za dwieście denarów kupić chleba, żeby im dać jeść? (Mk 6,37). To mogliby zrobić. Na to Pan Jezus poleca, by rozmieścili ludzi gromadami, błogosławi to, co mieli i przekazuje uczniom, a ci rozdają ludziom. W ten sposób oni dają jeść wszystkim. Porządek jest jednak następujący: On daje, a oni są jedynie przekazicielami. Tak dzieje się podczas Eucharystii, której obrazem jest to cudowne rozmnożenie chleba. Kapłani mają dawać ludowi pokarm, ale nie własną mocą, lecz pokarm, który daje Chrystus, a właściwie jest nim On sam. Tak powinno być we wszystkich relacjach międzyosobowych: mamy dawać innym miłość, która jest z Boga, konkretnie jest z Ducha Świętego, a właściwie jest dawaniem Chrystusa w tym Duchu. Wezwanie na końcu Mszy św.: „Idźcie w pokoju Chrystusa!” jest wezwaniem do pójścia i zanoszenia Chrystusa innym.


    • iktoto Homilia 1 Nd Chrztu Pańskiego 09.01.11, 14:38
      Niedziela Chrztu Pańskiego A-B-C
      Iz 42,1–4.6–7

      Dz 10,34–38

      A: Mt 3,13–17

      B: Mk 1,7–11

      C: Łk 3,15–16.21–22

      To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przy­cho­dzisz do mnie? (Mt 3,14).

      Zdumiewa nas pokora Jezusa, który przychodzi do św. Jana Chrzciciela, aby przyjąć chrzest nawrócenia. Dla wyjaśnienia: chrzest (gr. baptein, baptidzein) znaczy ‘zanurzyć, obmywać’. Był to starożytny religijny obrzęd służący oczyszczeniu. U Żydów istniało wiele obrzędów oczyszczenia. Musieli obmywać się, gdy przystępowali do czynności religijnych, np. przed Paschą. Nawet po powrocie do domu z miasta obmywali ręce, aby mogli przystąpić do posiłku. Jednak chrzest Jana miał inny charakter, nie był jednym z obmyć rytualnych, ale wiązał się z nawróceniem, to znaczy ze zmianą dotychczasowego grzesznego życia na życie zgodne z wolą Bożą. Wiązał się z wyznaniem grzechów i przyjęciem pokuty. I takiemu chrztowi poddał się Pan Jezus, On, który zawsze był posłuszny woli Ojca i był z Nim jedno. Jemu taki chrzest nie był potrzebny. Więc dlaczego go przyjął?

      Jezus nie potrzebował chrztu Janowego, ale nam był potrzebny chrzest z Ducha Świętego. Jezus jako nasz Przewodnik do domu Ojca otworzył nam tę drogę przez chrzest. Oto chrzest z pragnieniem nawrócenia otrzymał od tego momentu nowy wymiar i znaczenie. Jezus przyjął chrzest w solidarności z nami, a kiedy wychodził z wody, oto otworzyły Mu się nie­bio­sa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębica i przy­cho­dzącego na Niego (Mt 3,16). Jego chrzest otworzył niebo i sprowadził Ducha Świętego na Jezusa-Człowieka. To, co się dokonało podczas Jego chrztu, teraz powtarza się przy naszym chrzcie. Nie jest on już jedynie znakiem naszej woli zerwania z grzechem i pragnienia życia zgodnie z Bożą wolą, ale otwierają się podczas niego niebiosa i Duch zstępuje na nas zgodnie z zapowiedzą św. Jana: Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym (Mk 1,8). Podczas chrztu zostają otwarte wrota, które zamknął grzech Adama, odcinając nas od Boga. Teraz Bóg nie jest już tylko daleko w niebie, ale jest także blisko, całkiem blisko, bo w nas samych.

      Jezus chce być konsekwentnie Człowiekiem, być solidarnym z nami, doświadczyć wszystkiego, co ludzkie, oprócz grzechu. Dlatego, widząc zdziwienie Jana, odpowiedział: Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co spra­wie­dli­we (Mt 3,15). Jako Człowiek wybrał to, co człowiek w Jego sytuacji może wybierać. Jak wierny żyd przyjął chrzest nawrócenia, solidaryzując się z tymi, którzy pragną nawrócenia. W Jego przypadku ten akt, który dla każdego żyda był właściwie rodzajem wołania do Boga o oczyszczenie i dar bliskości z Nim, był objawieniem prawdziwej bliskości Boga i obecności łaski. Ojciec nie mógł Mu odmówić Ducha, który był Ich wspólnym Duchem-Miłością. Podczas chrztu w Jordanie to nie wody obmyły Jezusa, ale On uświęcił wodę, dając jej moc uświęcania.

      A z nieba odezwał się głos: «Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie» (Mt 3,11). Słowa z nieba wskazały na słowa pierwszego dzisiejszego czytania z proroka Izajasza, proroctwa o Słudze Jahwe. Wskazują na Jezusa, który ma wypełnić to proroctwo. Do Niego Bóg kieruje słowa:

      Ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi,
      światłością dla narodów,
      abyś otworzył oczy niewidomym,
      ażebyś z zamknięcia wypuścił jeńców,
      z więzienia tych, co mieszkają w ciemności (Iz 42,6n).

      Jego chrzest otworzył niebo, aby dotarło do nas światło prawdziwe. Otwarło się ono jednak ostatecznie w momencie Zesłania Ducha Świętego jako owoc Jego miłości do końca. Dlatego podczas naszego chrztu niebo się otwiera i Bóg udziela nam Ducha, oznajmiając, że jesteśmy Jego dziećmi umiłowanymi w Chrystusie, w których ma upodobanie. Pisze o tym wyraźnie św. Paweł w Liście do Efezjan (1,3–14, zob. szczególnie 13). Chrzest w Jordanie był potrzebny nam, a nie Jezusowi. On przez ten chrzest wprowadził nas w misterium Bożego synostwa, otworzył przystęp do Ojca i do udziału w życiu samej Trójcy Świętej, która w całości się objawiła w tym momencie.

      Zauważmy jednak, że tak jak w życiu Jezusa chrzest rozpoczął Jego życie publiczne i misję, podobnie i w naszym życiu chrzest rozpoczyna wchodzenie w misterium Boga. Jednocześnie w życiu Jezusa ten chrzest zapowiada inny chrzest, chrzest we krwi. W ten sposób życie Jezusa rozgrywa się pomiędzy dwoma chrztami: chrztem w Jordanie i chrztem krwi. Święty Jan powie, że na krzyżu z przebitego boku Jezusa wypłynęła „krew i woda”. Są one symbolami sakramentu chrztu i Eucharystii, która jest przymierzem we krwi wylanej na odpuszczenie naszych grzechów, czyli chrztu z krwi. O ile pierwszy chrzest było wyrażeniem woli, o tyle drugi był pieczęcią i ostatecznym świadectwem ofiarowania się Bogu.

      W naszym życiu musi być podobnie jak w Jego życiu. Chrzest z wody musimy nieustannie potwierdzać chrztem z krwi, czyli z naszego życia, nieustannego wysiłku, w którym dokonuje się umieranie i oddawanie siebie Bogu w bliźnich, aż do ostatniej kropli krwi. Wtedy jedynie naprawdę stajemy się Jego uczniami i trwamy w Nim. Eucharystia jest sakramentem, w którym On się nam daje, ale po to, byśmy dawali siebie Jemu w braciach.


    • iktoto Homilia 1 Pn 1 09.01.11, 23:22
      Hbr 1,1–6

      Mk 1,14–20



      Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię (Mk 1,15).

      – to jest w Ewangelii św. Marka pierwsze zdanie wypowiedziane przez Pana Jezusa. Ono streszcza całe Jego orędzie. Oto nadszedł sposobny czas do nawrócenia, bo królestwo Boże jest tu obecne. Scena powołania pierwszych uczniów, która następuje po tym orędziu staje się wzorem ludzkiej odpowiedzi na to Chrystusowe orędzie. Obie pary braci: Piotr i Andrzej oraz Jakub i Jan natychmiast rzucają wszystko i idą za Jezusem. Jeszcze nie znają całej Jego nauki i jej skutków, ale zawierzyli, pozostawili wszystko i wybrali więź z Jezusem. Taka jest prawdziwa odpowiedz na Chrystusowe wezwanie. Wiara jest wpierw i przede wszystkim zawierzeniem, przylgnięciem do Osoby Jezusa, a w Nim do Boga. Jest ona odpowiedzią na Boże słowo.

      Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna (Hbr 1,1).

      Dotychczasowy sposób przemawiania Boga do ludzi był przez proroków i przez wydarzenia. Teraz Bóg przemówił przez Syna. Jego Słowem staje się Syn, który stał się Człowiekiem. Jego zasadniczym orędziem nie są słowa wypowiadane podczas trzyletniego nauczania, choć są one ważne i bez nich nie wiedzielibyśmy w ogóle, czego nasz naucza. Jego słowem jest miłość do końca wpierw przez wcielenie, czyli solidarność z nami, wejście z nami w zażyłą więź rodzinną. Staje się On naszym Goel, najbliższym krewnym, który bierze odpowiedzialność za nas. Potem wypełnia obowiązek owego najbliższego krewnego w dziele odkupienia przez oddanie za nas swojego życia. Właśnie te dwa gesty: wcielenie i odkupienie są Jego słowem do nas skierowanym. Nie są to idee, nie jest to jakiś mądry przekaz, ale miłość wyrażająca się w czynie. Na takie słowo prawdziwą odpowiedzią może być podobnie czyn z naszej strony. Tym czynem jest zawierzenie i pójście za Nim.

      W liturgii, w którą wchodzimy, urzeczywistnia się taka „pełnia czasu”. Właśnie tutaj jak nigdzie „blisko jest królestwo”. Eucharystia też w sposób szczególny staje się sposobnością do dania naszej osobistej odpowiedzi i przemiany serca.


    • iktoto Homilia 1 Wt 1 11.01.11, 16:53
      1. wtorek 1
      Hbr 2,5–12

      Mk 1,21–28

      Czym jest człowiek, że pamiętasz o nim, albo syn człowieczy, że się troszczysz o niego (Hbr 2,6 zob. Ps 8,5).

      Odkrycie własnej godności otrzymanej w darze stało się podstawą prawdziwego poznania Boga. Tak było w historii narodu wybranego i tak jest w historii każdego z nas. „Chrześcijaninie poznaj swoją godność” wołał św. Grzegorz Wielki. Jeżeli nie odkrywamy własnej wielkości jako daru, jakiś smutek wypełnia nasze serce, a razem z nim żal i pretensja, które nie pozwalają się cieszyć życiem i patrzeć na nie z nadzieją. Psalmista, który odkrywa zdumiewającą wielkość człowieka, mówi: mało co mniejszym uczyniłeś go od aniołów (Hbr 2,7; Ps 8,6). Natomiast to zdumienie psalmisty nie dorosło do rzeczywistości, jaka objawiła się w pełni wraz z przyjściem Jezusa Chrystusa na ziemię. Człowiek został nazwany bratem Syna Bożego! Stało się tak, bo Bóg się uniżył, urodził jako człowiek, wszedł w jego historię i przez mękę krzyża został „ukoronowany chwałą i czcią”. I dlatego wszystko zostało Mu poddane. Godność braci Syna Bożego niepomiernie przerosła zdumienie psalmisty. Jest ona tak niewyobrażalna, że po dwóch tysiącach lat od tych wydarzeń ciągle nie rozumiemy jeszcze, co się naprawdę w Betlejem wydarzyło. Niemniej zdumienie nad tą tajemnicą powinno nieustannie nas pobudzać do wnikania w święte sprawy Boże. Syn Boży stał się człowiekiem po to, abyśmy zostali uświęceni, czyli wprowadzeni w krąg Bożej rodziny.

      Pan Jezus pokazuje tę nowość swojej nauki całym sobą. W Ewangelii wszyscy się dziwią, bo uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie (Mk 1,22). Nie sama wykładnia prawdy Prawa i Pisma w ogóle, nie mądrość rad, jak człowiek ma postępować, ale moc przemieniająca są istotą Jego nauki. Wiem, kto jesteś: Święty Boży (Mk 1,24) – woła duch nieczysty bojąc się Jego mocy. Dlatego też Jego zasadniczym dziełem będzie zwyciężenie Złego. Całe nauczanie ma pokazać sens Jego działania. Pierwszy znak, jaki Pan Jezus dokonuje, podobnie jak pierwsze słowa z Ewangelii według św. Marka, streszczają Jego dzieło: wyrzucenie duchów nieczystych, abyśmy mogli na nowo poznać całą prawdę o Bożym powołaniu i abyśmy za nim poszli. I tak, jak On przyszedł do nas w ciele i w tym ciele całkowicie się z nami zsolidaryzował, tak i my mamy się z Nim całkowicie zjednoczyć przez tego samego Ducha i konkretne czyny.


    • iktoto Homilia 1 śr 1 11.01.11, 21:00
      Hbr 2,14–18

      Mk 1,29–39

      Dopiero po latach od narodzenia Pańskiego i Zmartwychwstania Pana Jezusa stopniowo kształtuje się myśl teologiczna, w której uczniowie Pana i ich następcy odkrywają to, kim był Jezus i czego w istocie dokonał. List do Hebrajczyków jest jedną z takich już dojrzałych refleksji opartych na całej tradycji Starego Testamentu. Wczoraj czytaliśmy w lekcji refleksję nad wielkością człowieka: czym jest człowiek, że o nim pamiętasz?... mało co mniejszym uczyniłeś go od aniołów (Hbr 2,7; Ps 8,6). Dzisiaj Autor mówi więcej: Zaiste bowiem nie aniołów przygarnia, ale przygarnia potomstwo Abrahamowe (Hbr 2,16). Bóg jest solidarny z człowiekiem! Przedziwne jest to, że właśnie z człowiekiem! Dlatego przyszedł na ziemię podejmując cały ciężar ludzkiego życia. Chcąc nam pomóc przyjmuje na siebie cierpienie i śmierć:

      W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom (Hbr 2,18).

      Niezmiernie ważny jest fakt, że Bóg nie chce nam pomagać z zewnątrz, ale stając w jednym szeregu z nami i podejmując naszą biedę.

      Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem wobec Boga dla przebłagania za grzechy ludu (Hbr 2,17).

      Przede wszystkim jest to przejaw Jego solidarności z nami. Ale także wskazanie, że jednak człowiek może pokonać diabła, o ile jest całkowicie pokorny i posłuszny Bogu. Właśnie droga pokory jest najpewniejszą drogą od pokonania Złego. Ten gest solidarności Boga z nami ukazuje Jego ogromną pokorę, którą potem wspaniale uczcił św. Paweł hymnem o kenozie z 2 rozdziału Listu do Filipian. Bóg jest pokorny i dlatego Jego gest miłosierdzia nie jest ochłapem rzuconym z litości i jako gest pokory nie może być w sumieniu odrzucony. Odrzucenie wobec takiej pokory byłoby niegodziwością. Bunt, jaki lansowali egzystencjaliści, był reakcją na Boga, który patrzy na człowieka z piedestału Sędziego. Wobec takiego Boga można by się zbuntować i odrzucić jego miłosierdzie. Ale wobec pokory, bunt jest nadętą pychą.

      Orędzie, z jakim przychodzi Pan Jezus, odnosi się do najważniejszej prawdy o Bogu, do Jego bezwarunkowej i pokornej miłości do nas, jest ono wezwaniem do zawierzenia i przyjęcia życia wiecznego. Cuda, jakich dokonywał, były znakami Jego obdarowania życiem. Ale ludzie niestety pragną skorzystać z tej mocy i stale ratować swoje aktualne życie. Nie rozumieją, że w Jego misji chodzi o coś o wiele głębszego. Dlatego chcą wykorzystać do końca Jego moc uzdrawiającą. Brak im refleksji i odpowiedniej perspektywy. A On nie chce się dać zamknąć w tej perspektywie. Nie chce także by Jego lecząca moc została ograniczona jedynie do wybranego kręgu ludzi, ale pragnie nieść swoją pomoc „gdzie indziej”, czyli wszędzie. Taki jest niezmienny zamysł Jego serca.

      Od nas oczekuje jedynie, abyśmy otwierali się na Jego pomoc w pełnym zakresie. Dlatego swoją postawą uczy nas odchodzenia na osobność na modlitwę. Jedynie tutaj jesteśmy w stanie odkryć dla siebie prawdziwy wymiar życia, w którym chce nam dać udział. Eucharystia jest miejscem przyjęcia tego daru. Niech nasze „Amen” będzie autentyczne.


    • iktoto Homilia 1 Czw 1 12.01.11, 22:05
      Hbr 3,7–14

      Mk 1,40–45

      Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych jak w buncie (Hbr 3,7).

      Często słyszymy to stwierdzenie podczas Liturgii godzin przy recytacji Wezwania. Dzisiaj słyszymy przed Eucharystią. Otwartość serca jest warunkiem przyjęcia Bożego błogosławieństwa. Ona pozwala nam wewnętrznie rozpoznać obecność Boga, który działa w naszym sercu i przez to spotkać się z Nim. Jest ona łatwo uchwytna dla człowieka, który się nawraca. Czuje wówczas w sobie łatwość modlitwy, obecność Boga i Jego łaska są niejako namacalne. Świat jest prześwietlony Bożym spojrzeniem. Zazwyczaj jednak okres takiej przejrzystości mija i stopniowo pojawiają się problemy z odnajdywaniem Boga w codzienności. Problemy życiowe nabierają większej mocy i Bóg powoli niejako się oddala. Stopniowo zbliża się kryzys. Ale wtedy też dokonują się zasadnicze wybory w sercu człowieka. Jeżeli bliskość Boga była przeżywana tylko w emocjonalnej euforii i człowiek ciągle pragnie tylko takiego przeżywania, łatwo zwątpi w zderzeniu z rzeczywistością. Stąd ostrzeżenie:

      Uważajcie, bracia, aby nie było w kimś z was przewrotnego serca niewiary, której skutkiem jest odstąpienie od Boga żywego, lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co dziś się zwie, aby żaden z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu (Hbr 3,12n).

      Nasza wiara wymaga zdecydowanie i świadomej walki ze złymi skłonnościami, jakie w nas drzemią. Trzeba mocno zawierzyć Bogu nie na podstawie przeżycia, ale mądrego wyboru. Autor Listu do Hebrajczyków pisze: Jesteśmy bowiem uczestnikami Chrystusa, jeśli pierwotną nadzieję do końca zachowamy silną (Hbr 3,14). To, co się ukazało nam w chwili nawrócenia, musi otrzymać kształt konkretnej hierarchii wartości i wynikającej z niej zasady wyborów dokonywanych w życiu. Właściwie w perspektywie doświadczenia Boga żywego wybór rozgrywa się pomiędzy posłuszeństwem Bogu, a pragnieniami odnoszącymi się do życia doczesnego. Nie zawsze takie wybory rozgrywają się pomiędzy obiektywnie dobrymi i złymi wartościami. W Ewangelii mamy dobrą ilustrację takiej sytuacji.

      Człowiek trędowaty miał dobre pragnienie: odzyskanie zdrowia. Otrzymał je. Ale dalszy tekst Ewangelii wskazuje na to, że mimo tak wielkiego daru, nie był w stanie głębiej spojrzeć i otworzyć się na Bożą obecność. Jezus pozostał dla niego cudownym lekarzem w wymiarze doczesnym. Otwartość serca, to wewnętrzna otwartość, która nie ma nic wspólnego z rozgadaniem, szukaniem potwierdzenia siebie wobec innych ludzi. Taka otwartość prowadzi raczej do utraty cennego daru spotkania z Bogiem. Dlatego właśnie Pan Jezus zaleca milczenie po doświadczeniu cudownego uzdrowienia.

      Eucharystia także potrzebuje naszego zamilknięcia, abyśmy wewnętrznie potrafili sobie uświadomić ogrom łaski, jakiej podczas niej otrzymujemy.
    • iktoto Homilia 1 Pt 1 13.01.11, 19:37
      Hbr 4,1–5.11

      Mk 2,1–12

      Odpuszczają ci się twoje grzechy – te słowa Pana Jezusa skierowane do paralityka odsłaniają Jego zasadnicze zatroskanie odnośnie człowieka: pragnie odpuszczenia grzechów, abyśmy mogli osiągnąć pełnię życia. My niestety tak jak ten paralityk bardziej oczekujemy pomocy według naszego wyobrażenia i upodobania. Nie zawsze jest ono właściwe, a nawet trzeba powiedzieć, że z zasady jest ono inaczej ukierunkowane niż Boży zamysł nas dotyczący.

      Taki konflikt naszych oczekiwań z orędziem Pana Jezusa do nas skierowanego właściwie mamy na każdym kroku w Ewangelii. Dzisiejsza scena jest tego ilustracją. W naszym spotkaniu z Jezusem najważniejsza jest przemiana naszego myślenia na spojrzenie takie, jak On patrzy. I trzeba powiedzieć, że w Ewangelii nie zawsze ten konflikt wyrosły z naszego oczekiwania zostaje przełamany przez nowe spojrzenie ze strony człowieka. A do zupełnej rzadkości należy scena, gdy człowiek przychodzi do Pana Jezusa z właściwym oczekiwaniem. Dzisiejsza scena sugerowałaby, że uzdrowiony człowiek coś zobaczył, skoro Pan Jezus chwali jego wiarę. Natomiast raczej należy wątpić, czy obserwujący Jezusa „uczeni w Piśmie” nawrócili się. Ich sceptycyzm w odniesieniu do Jezusa opierał się na przyjętych przez nich normach: Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga?, które dawały im kryterium oceny drugiego. Natomiast to, czego dokonuje Jezus czerpie swoją moc z pragnienia uzdrowienia, obdarowania pełnią życia. Samo uzdrowienie z choroby fizycznej jest jedynie znakiem potwierdzającym dar życia. Był on na tyle wymowny, że człowiek otwarty na prawdę, powinien go łatwo odczytać. Jednak, jak wiemy z dalszej części opowiadania Ewangelii, tak się nie dzieje. Uczeni w Piśmie i faryzeusze raczej szukają powodu, aby można było Mistrza z Nazaretu postawić przed sądem i skazać.

      Wobec takiej zatwardziałości serca Bóg dopuszcza czasem trudne doświadczenia załamania się oczekiwań, nadziei. Czasem prowadzi to do zwątpienia i buntu, ale własne cierpienie jest czasem jedyną szansą żeby człowiek coś zrozumiał. Autor Listu do Hebrajczyków najbardziej lęka się, abyśmy nie popadli w ducha zwątpienia, że jesteśmy pozbawieni udziału w życiu wiecznym. To zwątpienie niszczy wszystko, niszczy prawdziwą wiarę rodząc zwątpienie i rozpacz. Człowiek pozbawiony nadziei staje się stopniowo bezwolnym narzędziem w ręku Złego i nie tylko siebie samego niszczy, ale przyczynia się walnie do niszczenia innych. Stąd gorący apel: śpieszmy się więc wejść do owego odpoczynku (Hbr 4,11). Czas jest krótki i nie warto go marnować na niepotrzebne zajęcia, które nie prowadzą do jedności z Bogiem.


    • iktoto Homilia 1 Sob 1 14.01.11, 22:13
      Hbr 4,12–16; Ps 19,8–10.15
      Mk 2,13–17

      Żywe jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca (Hbr 4,12).

      Ta prawda bez dopowiedzenia, że Bóg parzy na nas miłosiernie i Jego słowo jest nam dane dla naszego zbawienia, mogłoby wprowadzić nas w paraliżujący lęk. Bóg nie jest po prostu wszechwiedzącym Sędzią, a Jego słowo nie jest normą przed nami postawioną, ale On sam przychodzi do nas jako lekarz, co wypowiada wprost Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii, a Jego słowo ma moc uzdrawiania. Połączenie obu tych prawd, a właściwie odkrycie prawdy o przenikaniu słowa Bożego do naszego serca w świetle zrozumienia Jego zamysłu doprowadzenia nas do pełni życia w Nim, jest zasadniczym odkryciem dla rozwoju prawdziwego życia duchowego. Jeżeli patrzymy na głębokie wnikanie Boga w nasze serce lękając się Jego sądu, pozostajemy przerażeni i staramy się pokazać się przed Nim jak najlepiej. Sami jednak nie jesteśmy w stanie wszystkiego wykonać, stąd niepewność i często rozpaczliwa obrona siebie. Odkrycie, że to słowo przenikające serce jest Jego darem dla nas, aby wzbudzić w nas życie, staje się źródłem nowej nadziei. Żywe jest słowo Boże oznacza, że jest to słowo dające życie, jeżeli je jako takie przyjmiemy. Ono daje moc przemiany życia, ale jedynie wtedy, gdy dopuszczamy je do serca i pozwalamy w nim działać. Przyjęte jako zewnętrzna norma, nie ma takiej mocy w naszym życiu.

      W Ewangelii Lewi, celnik, doświadczył owego żywego słowa. Usłyszał słowo Jezusa swoim sercem i dlatego został zupełnie przemieniony. Uczeni w Piśmie, którzy się oburzali na wspólne biesiadowanie Pana Jezusa z celnikami, ciągle jeszcze nie pozwolili, by to słowo w nich samych tak mocno zaczęło działać. Nie dopuścili by słowo Boże „osądziło pragnienia i myśli ich serca”. Ta ich zatwardziałość potem stanie się zasadniczym powodem niezrozumienia i odrzucenia Jezusa.

      Te prawdy dotyczą nas wszystkich. W zależności od tego, czy dopuścimy słowo Boże by przeniknęło do naszego serca i osądziło je, czy też będziemy je trzymali z dala od swojego wnętrza, utrzymując, że „jesteśmy zdrowi i nie potrzebujemy lekarza”, da nam ono zdrowie i życie albo pozostaniemy martwi wewnętrznie. Bóg się nie narzuca ze swoją łaską. Otrzymują ją ci, którzy jej pragną.


    • iktoto Homilia 2 Nd A 15.01.11, 18:11
      Iz 49,3.5–6; Ps 40

      1 Kor 1,1–3

      J 1,29–34

      Oto Ten, który chrzci Duchem Świętym (J 1,33).

      W zeszłym tygodniu obchodziliśmy uroczystość „Chrztu Pańskiego”, pamiątkę chrztu Pana Jezusa w Jordanie. Dzisiaj wracamy do tej samej sceny, ale czytania koncentrują się na sensie tego chrztu dla nas. W Ewangelii św. Jan Chrzciciel daje świadectwo: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata (J 1,29). Jego słowa nabierają pełnego sensu w kontekście czytanie z Księgi Proroka Izajasza: Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi (Iz 49,6). Warto sobie uświadomić, że chrzest Pana Jezusa ukazał Jego wybranie przez Boga do tego dzieła i to wybranie było przewidziane i zapowiedziane, między innymi przez usta proroka Izajasza, a ponadto, co wydaje się bardzo ważne dla nas od strony praktycznej, oczekiwane przez wieki!

      Bóg ma swój plan zbawienia człowieka i stopniowo go realizuje, ale nie realizuje go bez naszego udziału w nim. Przede wszystkim nie daje nam zbawienia niezależnie od tego, czy go chcemy, czy też nie, ale odpowiada na pragnienie serca. Wpierw ukształtuje nasze serca tak, abyśmy dojrzeli do przyjęcia tego, co chce nam dać. Warto o tym pamiętać w naszych niecierpliwych czasach, kiedy wszystko chcemy dostać od razu, bez zwłoki, a nawet uważamy, że się nam to od razu należy. Abyśmy mogli prawdziwie otrzymać dar, i to dar od Boga (!), musimy być na to przygotowani, bo dar ten nas przerasta. I zobaczmy nawet po tylu latach przygotowania Izraela – od czasów proroctwa z Iz 49 minęło ok. 500 lat! – Żydzi nie zrozumieli sensu przyjścia Pana Jezusa, choć Prorok wyraźnie mówił: To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi (Iz 49,6). Czekali oni na innego mesjasza, takiego, który ich nie tylko wyzwoli od pogan, ale ponadto da władzę nad nimi. Później szczególnie św. Paweł doświadczy odrzucenia przez Żydów dobrej nowiny przeznaczonej także dla pogan. Dzisiaj także wielu katolikom trudno przyjąć, że Pan Jezus jest także światłością dla pogan, co znaczy dla nas: jest światłością dla wszystkich, którzy nie należą do naszego Kościoła!

      Nie wystarczy zatem jedynie czekać, ale trzeba także umieć otworzyć się na nowość, na dar, który przerasta nasze wyobrażenia. Bóg przychodząc zawsze zaskakuje, bo przychodzi z łaską według swojej, a nie ludzkiej, miary.

      Przyjrzyjmy się samemu proroctwu Izajasza. Tyś Sługą moim, Izraelu, w tobie się rozsławię (Iz 49,3). Wybrańcem, Sługą jest Izrael, czyli lud wybrany. Ale dalej Bóg mówi do konkretnej osoby, bo mówi, że ów Sługa ma podźwignąć pokolenia Jakuba i sprowadzić ocalałych z Izraela (Iz 49,6). Tutaj spotykamy się z dziwnym dla nas łatwym przechodzeniem w Starym Testamencie od podmiotu indywidualnego do zbiorowego, a czasem wręcz z ich utożsamieniem. Takie teksty spotykamy np. w psalmach. Wiele z nich odnosi się jednocześnie do jednostki i do narodu wybranego. I tutaj właśnie spotykamy się z takim przykładem. Sługą jest Izrael jako lud wybrany i Mesjasz jako konkretna postać.

      Zobaczmy jednak jak to zgadza się z realizującym się (po 500 latach i do dzisiaj!) zamysłem Boga. Jan Chrzciciel wskazał na Jezusa jako tego, którego Bóg posłał by chrzcił Duchem Świętym. On jest światłością, które oświeca każdego, gdy na świat przychodzi (zob. J 1,9). On przynosi dobrą nowinę dla całego świata, jest tym ostatecznym Słowem Bożym do nas skierowanym. Ale jednocześnie Pan Jezus, jak to sam o sobie powiedział, został posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela (Mt 15,24). I rzeczywiście nie widzimy, by starał się nawracać pogan. Zatem zapowiedź z Księgi Proroka Izajasza pozostaje do wypełnienia. Nie wypełnia jej Chrystus jako konkretna osoba żyjąca 2000 lat temu w Palestynie! Czyżby zatem nie był owym zapowiedzianym Mesjaszem? Nie, jest nim, ale Jego dzieło musi się jeszcze dopełnić. I tutaj wspaniale realizuje się ów podwójny wymiar mesjasza: konkretnej osoby i ludu wybranego. Jedynym Mesjaszem jest Chrystus, ale Chrystus cały, nie tylko jako Jezus z Nazaretu żyjący przed 2000 laty lecz i dzisiaj: Chrystus obecny w sowim Ciele, czyli w Kościele. Właśnie w tym wymiarze wypełnia się ta druga część proroctwa Izajasza: Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi (Iz 49,6).

      Chrystus żyje i działa w swoim Kościele i przez Kościół, a to konkretnie znaczy w nas i przez nas. Pozostawił to nam jako swój testament: aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał (...) Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował, tak jak Mnie umiłowałeś (J 17,21.23). Zbawienie, jakie zapowiada Izajasz polega właśnie na owej jedności Boga z człowiekiem i ludzi pomiędzy sobą. I to się dokonuje poprzez Kościół, Mistyczne Ciało Chrystusa. Tutaj znowu odnajdujemy wspomnianą Bożą pedagogikę: Bóg nie chce nas zbawić bez naszego udziału.

      Zobaczmy co Jan mówi o Jezusie: Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym (J 1,33n). Wydaje się, że ta wypowiedź św. Jana Chrzciciela odsłania właściwy sens całej sceny: Oto Ten, który chrzci Duchem Świętym!, czyli zanurza w Duchu Świętym. Co to znaczy? Udziela Ducha, który jest duchem Boga. Kiedyś na początku Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia (Rdz 2,7). Oto Jezus jest Tym, który zanurza nas w Duchu, a tym samym daje nam udział w sobie, bo daje udział w tym samym Duchu! Zobaczmy czym jest duch w żywym organizmie? Duch jest tym, co daje życie, co powoduje, że dana istota jest żywa, jest czynnikiem nadającym dynamizm życiowy, a tym samym oznacza to, czym dana istota jest w najgłębszym sensie. Co zatem znaczy chrzest w Duchu Świętym? Otóż to, że mamy udział w życiu, jakie jest w Chrystusie, otrzymaliśmy ten sam dynamizm życiowy, ale tym samym mamy to samo zadanie, jakie On otrzymał od Ojca. Przytoczona przed chwilą Jego modlitwa wyraźnie o tym mówi. To w naszych rękach obecnie spoczywa zadanie stawania się światłością dla pogan, aby zbawienie Boże dotarło aż do krańców ziemi (Iz 49,6). Pan Jezus wyraźnie nam mówi o tym na innym miejscu: Wy jesteście światłem świata (Mt 5,14).

      Chrzest Pana Jezusa w Jordanie jest ważny dla nas, Pan Jezus go nie potrzebował dla siebie (!), mówi on nam, że On jest tym, który daje Ducha, a tym samym daje życie, ale i wzywa abyśmy mieli udział w Jego życiu, byśmy żyli tak, jak On nam to pokazał, abyśmy dalej pełnili Jego zadanie na świecie. Będąc uczniem Chrystusa nie można się zamykać i żyć dla siebie. Oto otrzymawszy Ducha od Niego, w Jego Duchu mamy stawać się świadkami życia, jakie On przynosi. Otrzymawszy mamy je dalej przekazywać. To wyraża św. Paweł we wstępnym pozdrowieniu w Liście do Koryntian, które odnosi się także do nas: którzy zostaliśmy uświęceni w Jezusie Chrystusie i powoła­ni do świętości wespół ze wszystkimi (1 Kor 1,2).

      Eucharystia, przed którą stajemy, jest pokarmem wzmacniającym nasze siły szczególnie przez komunię, na koniec jednak kapłan mówi: „Idźcie w pokoju Chrystusa”. Jest to rozesłanie z poleceniem niesieniem tego pokoju w świat – dopełnianie mesjańskiego posłannictwa Chrystusa.
    • iktoto Homilia 2 Pn 1 16.01.11, 21:26
      Hbr 5,1–10
      Mk 2,18–22

      Pan Jezus zupełnie inaczej ustawia swoją relację z uczniami niż to było w zwyczaju u ówczesnych rabinów. O ile tamci byli przewodnikami na drodze do Boga przez to, że sami szli tą drogą i osiągnęli już jakieś zrozumienie. Uczyli ich tego, czego sami się nauczyli i zrozumieli. Post należał do stałych praktyk duchowych, które wprowadzał w głębię duchową. Niestety ta praktyka niezmiernie istotna została dzisiaj w dużym stopniu zaniechana ze szkodą dla nas. Pan Jezus nie podważa wartości postu, sam przecież pościł czterdzieści dni na pustyni i swoim uczniom wskazuje na konieczność modlitwy i postu, gdy nie mogli wyrzucić złego ducha z człowieka (zob. Mk 9,29).

      Niemniej wobec zarzutu, że Jego uczniowie nie poszczą odpowiada: Czy goście weselni mogą pościć, dopóki pan młody jest z nimi? (Mk 2,19). Obecność Jezusa wśród uczniów jest sytuacją wyjątkową: oto jest z nimi Oblubieniec. Dla Żydów jest to jednoznaczne wskazanie na obecność Boga. W Starym Testamencie Oblubieńcem jest Bóg, a oblubienicą Izrael. Uczta oblubieńcza jest obrazem mesjańskiego królestwa. Jezus nie jest zwykłym rebinem, który przekazuje swoim uczniom, to, czego się sam nauczył, ale jest Bożym Oblubieńcem obecnym wśród swojego ludu. Zapowiada jednak swoje odejście i wówczas nastanie czas stosowny do poszczenia.

      List do Hebrajczyków z koleki wskazując na arcykapłańską godność Pana Jezusa podkteśla jego człowieczeństwo i pełną życiową solidarność z ludźmi:

      Każdy arcykapłan z ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy. Może on współczuć z tymi, którzy nie wiedzą i błądzą, ponieważ sam podlega słabościom (Hbr 5,1n).

      Dalej Autor Listu pisze o trudnym doświadczeniu, które jest jednym z najtrudniejszych doświadczeń ludzi – dramat „niewysłuchanej modlitwy”. Autor pisze:

      Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał (Hbr 5,7n).

      Tą modlitwą była modlitwa w Ogrójcu, która po ludzku wtedy nie była wysłuchana, bo Ojciec nie oddalił od Niego kielicha cierpienia. Ale po zmartwychwstaniu widać, że była ona wysłuchana, bo przyniosła wyzwolenie i osiągnięcie celu całej Jego misji. Podobnie bywa i w naszym ludzkim doświadczeniu, coś, co wydaje się przegrane, okazuje się w ostatecznej perspektywie zwycięstwem. Każda autentyczna modlitwa jest wysłuchana, ale w Bożej, a nie naszej doczesnej perspektywie. Ponadto jeżeli o samym Jezusie napisano, że nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał, to tym bardziej my przez to, co nie zgadza się z naszą wolą mamy się czegoś nauczyć.

      Przyjście Syna Bożego na ziemię całkowicie zmienia perspektywę patrzenia na życie, na wartości w nim obecne. Pan Jezus mówi o tym wprost w błogosławieństwach, gdzie nazywa szczęśliwymi ludzi, których my uważalibyśmy za nieszczęśliwych. Ta perspektywa wymaga całkowitej zmiany myślenia. Dlatego to, co pozostawi swoim uczniom nie może wejść w te same torowisko, jak dotychczasowa pobożność. Obraz nowych bukłaków i nowego ubrania jest tutaj wymowny. Mocno doświadczył tego św. Paweł, który musiał z całej siły walczyć ze starymi formami pobożności u chrześcijan: z obrzezaniem, z przestrzeganiem prawnych przepisów odnoszących się do jedzenia i innych czynności. Walczył z tym właśnie dlatego, że widział w nich zagrożenie dla autentycznej nowości wiary uczniów Chrystusa.

      To ma zawsze swoją aktualność. Boga można prawdziwie czcić jedynie „w Duchu i prawdzie”. Nie wystarczy porządność, ortodoksyjność, uczoność itd. Prawda może rozsadzić wszelkie porządne ubranka. Trzeba o tym bardzo dobrze pamiętać! Szkoła pokory przez posłuszeństwo jest drogą, którą szedł sam Jezus i na tej drodze zwyciężył.






      Hbr 5,1–10
      Mk 2,18–22

      Pan Jezus zupełnie inaczej ustawia swoją relację z uczniami niż to było w zwyczaju u ówczesnych rabinów. O ile tamci byli przewodnikami na drodze do Boga przez to, że sami szli tą drogą i osiągnęli już jakieś zrozumienie. Uczyli ich tego, czego sami się nauczyli i zrozumieli. Post należał do stałych praktyk duchowych, które wprowadzał w głębię duchową. Niestety ta praktyka niezmiernie istotna została dzisiaj w dużym stopniu zaniechana ze szkodą dla nas. Pan Jezus nie podważa wartości postu, sam przecież pościł czterdzieści dni na pustyni i swoim uczniom wskazuje na konieczność modlitwy i postu, gdy nie mogli wyrzucić złego ducha z człowieka (zob. Mk 9,29).

      Niemniej wobec zarzutu, że Jego uczniowie nie poszczą odpowiada: Czy goście weselni mogą pościć, dopóki pan młody jest z nimi? (Mk 2,19). Obecność Jezusa wśród uczniów jest sytuacją wyjątkową: oto jest z nimi Oblubieniec. Dla Żydów jest to jednoznaczne wskazanie na obecność Boga. W Starym Testamencie Oblubieńcem jest Bóg, a oblubienicą Izrael. Uczta oblubieńcza jest obrazem mesjańskiego królestwa. Jezus nie jest zwykłym rebinem, który przekazuje swoim uczniom, to, czego się sam nauczył, ale jest Bożym Oblubieńcem obecnym wśród swojego ludu. Zapowiada jednak swoje odejście i wówczas nastanie czas stosowny do poszczenia.

      List do Hebrajczyków z koleki wskazując na arcykapłańską godność Pana Jezusa podkteśla jego człowieczeństwo i pełną życiową solidarność z ludźmi:

      Każdy arcykapłan z ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy. Może on współczuć z tymi, którzy nie wiedzą i błądzą, ponieważ sam podlega słabościom (Hbr 5,1n).

      Dalej Autor Listu pisze o trudnym doświadczeniu, które jest jednym z najtrudniejszych doświadczeń ludzi – dramat „niewysłuchanej modlitwy”. Autor pisze:

      Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał (Hbr 5,7n).

      Tą modlitwą była modlitwa w Ogrójcu, która po ludzku wtedy nie była wysłuchana, bo Ojciec nie oddalił od Niego kielicha cierpienia. Ale po zmartwychwstaniu widać, że była ona wysłuchana, bo przyniosła wyzwolenie i osiągnięcie celu całej Jego misji. Podobnie bywa i w naszym ludzkim doświadczeniu, coś, co wydaje się przegrane, okazuje się w ostatecznej perspektywie zwycięstwem. Każda autentyczna modlitwa jest wysłuchana, ale w Bożej, a nie naszej doczesnej perspektywie. Ponadto jeżeli o samym Jezusie napisano, że nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał, to tym bardziej my przez to, co nie zgadza się z naszą wolą mamy się czegoś nauczyć.

      Przyjście Syna Bożego na ziemię całkowicie zmienia perspektywę patrzenia na życie, na wartości w nim obecne. Pan Jezus mówi o tym wprost w błogosławieństwach, gdzie nazywa szczęśliwymi ludzi, których my uważalibyśmy za nieszczęśliwych. Ta perspektywa wymaga całkowitej zmiany myślenia. Dlatego to, co pozostawi swoim uczniom nie może wejść w te same torowisko, jak dotychczasowa pobożność. Obraz nowych bukłaków i nowego ubrania jest tutaj wymowny. Mocno doświadczył tego św. Paweł, który musiał z całej siły walczyć ze starymi formami pobożności u chrześcijan: z obrzezaniem, z przestrzeganiem prawnych przepisów odnoszących się do jedzenia i innych czynności. Walczył z tym właśnie dlatego, że widział w nich zagrożenie dla autentycznej nowości wiary uczniów Chrystusa.

      To ma zawsze swoją aktualność. Boga można prawdziwie czcić jedynie „w Duchu i prawdzie”. Nie wystarczy porządność, ortodoksyjność, uczoność itd. Prawda może rozsadzić wszelkie porządne ubranka. Trzeba o tym bardzo dobrze pamiętać! Szkoła pokory przez posłuszeństwo jest drogą, którą szedł sam Jezus i na tej drodze zwyciężył.
    • iktoto Homilia 2 Wt 1 18.01.11, 16:55
      Hbr 6,10–20
      Mk 2,23–28

      Życie jest szkołą trwającą aż do ostatniej chwili. Ojcowie Pustyni mówili o konieczności walki duchowej aż do końca, do samej śmierci. Fundamentem te walki jest nadzieja. Kiedy tracimy nadzieję, tracimy motyw do dalszej walki i łatwo się poddajemy. Dlatego doprowadzenie do rozpaczy jest podstawowym celem strategii szatana w odniesieniu do człowieka. List do Hebrajczyków zachęca i wzywa do pielęgnowania swojej nadziei:

      my, którzyśmy się uciekli do uchwycenia zaofiarowanej nadziei. Trzymajmy się jej jako bezpiecznej i silnej kotwicy duszy, /kotwicy/, która przenika poza zasłonę (Hbr 6,18n).

      Ale o jaką nadzieję chodzi? Czego ona dotyczy? Oczywiście dotyczy słowa Bożego, Jego obietnicy. W Ewangelii mamy do czynienia z klasycznym konfliktem dotyczącym tej nadziei. Faryzeusze niewątpliwie trzymali się nadziei związanej ze słowem Bożym i obietnicy z nim związanej. Problem polegał jednak na tym, że trzymali się obietnicy literalnie związanej ze słowem nie wnikając w sens i cel owej obietnicy. Dlatego Pan Jezus mówi im: To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu (Mk 2,23). Właściwym sensem Bożej obietnicy jest zamysł miłości względem stworzenia ze szczególnym uwzględnieniem człowieka. Jego obietnica dotyczy miłości i jej służy. Dlatego interpretacja literalna, która nie zgadza się z miłością, nie jest właściwa.

      Dlaczego jednak literalna interpretacja? Jest ona łatwiejsza do przyjęcia, ponieważ jest bardziej jednoznaczna i nie wymaga ciągłej weryfikacji wartości i sensu. Jeżeli uwzględnia się Boży zamysł miłości, to trzeba nieustannie wsłuchiwać się, w każdej sytuacji w ten zamysł. Potrzeba nieustannej czujności, a to jest trudne i nigdy nie daje człowiekowi pewności, że się jest całkowicie w porządku.


    • iktoto Homilia 2 śr 2 19.01.11, 21:19
      Hbr 7,1–3.15–17
      Mk 3,1–6

      O co chodzi w naszej relacji z Bogiem w ogóle? Chodzi o życie i dlatego dobre jest to, co prowadzi do życia, a to, co się nie liczy z życiem, jakkolwiek miałoby pozory dobra, jest złe. Scena opisana w Ewangelii jest znakomitą ilustracją tej prawdy. Szabat został dany Izraelowi, aby pamiętali, że są synami Bożymi, że powinni oddawać Bogu cześć szczególnie w szabat, który jest dniem na to poświęconym. Jednocześnie ten dzień jest wyrazem wolności. Człowiek nie jest niewolnikiem świata i tego, co na tym świecie się dzieje, pieniędzy, pracy, zabiegania o rozmaite dobra. Czas poświęcony Bogu jest jednocześnie czasem poświęconym sobie w najgłębszym sensie tego słowa. Szabat jest czasem szczególnego spotkania się z Bogiem, źródłem życia.

      Na czym polega konflikt Jezusa z Żydami? W synagodze mamy do czynienia z konkretną sytuacją: jest szabat, odbywa się nabożeństwo, na którym czyta się słowo Boże i je komentuje. Jednocześnie jest na nim obecny człowiek z uschłą ręką. Żydzi śledzili Go[czyli Jezusa], czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. W Prawie było napisane, żeby w szabat nie wykonywać żadnej pracy. W tym kontekście pada pytanie z ust Pana Jezusa: Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie uratować czy zabić? (Mk 3,4). Odsłania ono sens całego konfliktu. O co chodzi w szabat i w ogóle w relacji do Boga? Żydzi trzymając się przepisu Prawa rozumianego literalnie chcieli „oskarżyć Pana Jezusa” za uzdrowienie w szabat. Pragnienie literalnego zachowania Prawa czasem występuje w Piśmie Świętym w kontekście pozytywnym jako wyraz wierności Bogu. Tak np. jest np. w Księgach Machabejskich, gdzie wierność przepisom Prawa aż do męczeństwa jest heroicznym wyrazem wiary w Boga Jedynego. Zatem nie taka literalna wierność jest przyczyną zasmucenia się Pana Jezusa, ale to, co się dzieje w sercu, co Ewangelista nazywa zatwardziałością serca.

      Co nosimy w naszym sercu? Otwartość, wrażliwość na cierpienie i pragnienie dobra dla siebie i innych, czy złość? Co prawdziwie istnieje w naszym sercu możemy rozpoznać po owocach: „Po owocach poznacie”, „z obfitości serca mówią usta”. Nie wystarczą nasze dobre chęci, przyjęta idea dobra. Prawdę odsłaniają konkretne czyny i rodzące się uczucia. Agresja często wyrasta z pragnienia bycia sprawiedliwym przed sobą, przed innymi i przed samym Bogiem. Takie pragnienie jest dobre, jeżeli wyrasta ze świadomości swojej grzeszności i pobudza do szukania pomocy u Boga. Staje się natomiast wielką przeszkodą w życiu duchowym, gdy koncentruje się na zewnętrznym przejawie samego pragnienia, to znaczy na tym, by uchodzić za sprawiedliwego. Do dzisiaj jest ono ogromną pokusą w życiu człowieka religijnego. Takie nastawienie w obliczu spotkanej autentyczności drugiego człowieka budzi agresję, bo prawdziwość drugiego obnaża grę pozorów, we własnym sercu. Prawdę, której nie chcę i pragnę ją stłumić. Najlepszą drogą do tego jest udowodnienie drugiemu, że jest winny, jest grzesznikiem. To pozwala utrzymać poczucie własnej sprawiedliwości.

      Ale właśnie taka postawa jest zaprzeczeniem szabatu i jego sensu. Natomiast Pan Jezus uzdrawia, wyzwala z choroby, co stanowi znak łaski Bożej, znak zwycięstwa nad złem i śmiercią. Zobaczmy jak istotnie jest to, co widzimy w tym, co się wydarza. Żydzi widzą pracę i tym samym złamanie szabatu. A Pan Jezus przynosi ze sobą działanie Bożej łaski. To, co widzimy zależy od sposobu patrzenia, a to z kolei od tego, co nosimy w sercu, jakie mamy nastawienie zasadnicze, jakiego ducha. Właśnie serce pozostaje dla nas najważniejszym miejscem pracy. Tak było u mnichów, ich cały wysiłek ascetyczny odnosił się do kształtowania własnego serca, czego nie da się dokonać przez proste postanowienia woli. Samo poznanie tego, co nosimy w swoim sercu, dokonuje się przez rozpoznanie owoców. Agresja w obliczu prawdy świadczy o głębokiej przewrotności, co wymaga skruchy i modlitwy łez. Zasadnicza praca duchowa polega na przyjmowaniu Ducha Świętego i Jego darów. Cały wysiłek skierowany jest na otwieraniu się na misterium Boga obecnego w sakramentach, w Jego słowie, w spotkaniu z drugimi.

      Eucharystia jest miejscem szczególnego spotkania z misterium Boga działającego. Niech Jego łaska otwiera i przemienia nasze serce.




    • iktoto Homilia 2 Czw 2 19.01.11, 21:19
      Hbr 7,25–8,6
      Mk 3,7–12

      Takiego bowiem potrzeba nam było arcykapłana: świętego, niewinnego, nieskalanego, oddzielonego od grzeszników, wywyższonego ponad niebiosa, takiego, który nie jest obowiązany, jak inni arcykapłani, do składania codziennej ofiary najpierw za swoje grzechy, a potem za grzechy ludu (Hbr 7,26n).

      Kapłan jest pośrednikiem pomiędzy ludźmi i Bogiem. On w imieniu ludzi staje przed Bogiem by zanieść Mu ich ofiary. Jednocześnie przynosi ludziom od Boga błogosławieństwo. Tak widzą kapłana właściwie wszystkie religie. Można powiedzieć więcej, że najgłębszą istotą człowieka jest jego funkcja kapłańska wobec całego świata. Stworzył go bowiem Bóg z prochu ziemi ale obdarzył swoim tchnieniem. W ten sposób posiada z natury swojej funkcję pośredniczenia pomiędzy niebem i ziemią.

      Ale jaki kapłan prawdziwie może spełnić taką funkcję? Który może prawdziwie stanąć przed Bogiem? Dla człowieka jest to niemożliwe, bo każdy z nas zgrzeszył i nie ma nikogo wolnego od grzechu. Wszyscy kapłani z ludzi brani są nieczyści, to znaczy niegodni stanąć przed Bogiem. Trzeba w związku z tym całych rytuałów oczyszczających, które miały by ich przygotować do stanięcia przed Bogiem. Ale to jedynie jakieś zastępcze czynności. Istotny jest fakt, że funkcja kapłana właściwie we wszystkich religiach wskazuje na potrzebę kogoś takiego, prawdziwego Kapłana, który mógłby w naszym imieniu stanąć przed Bogiem.

      Dlatego trzeba było, aby dokonał tego sam Bóg. Ale nie mógł On sam stanąć przed sobą w naszym imieniu pozostając Bogiem. Dlatego „Syn Boży ogołocił samego siebie przyjąwszy postać sługi i stał się człowiekiem” (zob. Flp 2,6). Jezus Chrystus przychodzi na świat, aby stać się Kapłanem na wieki, wypełnić w ten sposób odwieczne ludzkie pragnienie kapłana. Jest On jedynym kapłanem. Warto sobie zdać z tego sprawę. Osoby, które nazywamy kapłanami, to prezbiterzy i biskupi (presbyteros i episkopos). Natomiast jedynie do Jezusa List do Hebrajczyków używa określenia takiego jak do kapłanów w świątyni: hereus a właściwie archiereus, co oznaczało wówczas arcykapłana, członka rodu arcykapłańskiego. W Nowym Testamencie nie ma innego kapłana wśród uczniów Jezusa. Jedynie On jest Kapłanem, a my jedynie mamy udział w Jego kapłaństwie.

      Dlatego też wszystko, co należy do funkcji kapłańskiej, możemy dokonywać w Nim i Jego mocą. Powinniśmy zatem także całkowicie być zależni od Jego woli. Nie możemy nosić w sobie ambicji „pokazania się” w wymiarze kapłańskim. On pozostaje dla nas normą. Jest tym „wzorem widzianym na górze”, którego musimy się dokładnie trzymać. Trzeba się trzymać Jego sposobu realizacji kapłaństwa. Najważniejsze w tym wydaje się przede wszystkim całkowite posłuszeństwo Ojcu i przede wszystkim ofiara nie z czegoś, ale z siebie. Do Boga nie możemy przychodzić z czymś, choćby to coś było bardzo wspaniałe, wyjątkowe, ale zawsze jedynie z sobą samym i dopóki nie oddamy Mu siebie samych, nasza ofiara a także nasza misja pozostaje niespełniona.


    • iktoto Homilia 2 Pt 1 20.01.11, 18:18
      Hbr 8,6–13
      Mk 3,13–19



      Jezus wyszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego (Mk 3,13).

      To krótkie zdanie streszcza sens powołania: Jezus wzywa, kogo chce, a on przychodzi do Niego. Tak było z apostołami. Tak samo jest z każdym autentycznym uczniem Jezusa. Powołanie jest życiem wyrastającym z dialogu pomiędzy Wzywającym i Wezwanym. Pierwszym powołanym w historii był Abraham, który stał się ojcem wierzących. Później Mojżesz i za jego pośrednictwem cały naród wybrany, który przez długie lata musiał się uczyć odczytywać Boże wezwanie i zrozumienia, że niesie ono w sobie pełnię życia nie według wyobrażeń ludzkich, ale na zupełnie inną miarę. Kiedy patrzyli na Boże wezwanie w swoich własnych kryteriach, nieustannie upadali szukając czegoś „lepszego” dla siebie. Ich oczekiwania powodowały, że Bóg pozostawał na zewnątrz ich serca. Warunkiem było wypełnienie przepisów Prawa. Ale już prorocy dobrze widzieli, że nie na tym polega istota przymierza zawartego na Synaju. Sprowadzone do prawnego układu nie dawało życia. Potrzeba było „nowego przymierza”, przymierze Ducha w odróżnieniu od przymierza litery Prawa.

      Dam prawo moje w ich myśli, a na sercach ich wypiszę je, i będę im Bogiem, a oni będą Mi ludem (Hbr 8,10).

      Jest to przymierze otwartego serca. Otwiera się ono przez słuchanie i odpowiedź na Boże wezwanie. Święty Jakub nazywa to w swoim liście „zrodzeniem ze słowa prawdy” (zob. Jk 1,18).

      I nikt nie będzie uczył swojego rodaka ani nikt swego brata, mówiąc: Poznaj Pana! Bo wszyscy Mnie poznają, od małego aż do wielkiego (Hbr 8,11).

      Pan Jezus zapowiedział, że do takiego poznania doprowadzi nas Duch Prawdy, którego nam prześle (zob. J 16,13). To właśnie On jest zapisem przymierza w naszym sercu, jest także poznaniem i nowym życiem, które rozwija się w komunii z Bogiem w Trójcy Jedynym. Nowe narodzenie z Ducha stwarza w nas nowe życie. To co minęło, przestaje mieć znaczenie, bo oto wszystko staje się nowe. Przede wszystkim przemija bezpowrotnie nasz grzech i pamięć o nim:

      Ponieważ ulituję się nad ich nieprawością i nie wspomnę więcej na ich grzechy (Hbr 8,12).

      To jest owoc „lepszego przymierza”, jakie nam Bóg zaoferował w Jezusie Chrystusie. Ale staje się ono w nas czynne jedynie wtedy, gdy usłyszymy Jego osobiste wezwanie i pójdziemy za nim, kiedy pozwolimy sobie wypisać je na swoim sercu.
    • iktoto Homilia 2 Sob 1 21.01.11, 21:44
      Hbr 9,1–3.11–14
      Mk 3,20–21



      Jezus był źle widziany przez swoją własną rodzinę. W Ewangelii jest kilka fragmentów, które wskazują na taki stosunek do Niego. Poza odwiedzinami Nazaretu, gdzie nie znalazłszy wielu wierzących powiedział gorzko: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie (Łk 4,24). Potem nawet chcieli Go strącić ze skały. Także jego bracia zachęcali Go ironicznie: Wyjdź stąd i idź do Judei, aby i uczniowie Twoi ujrzeli czyny, których dokonujesz (J 7,3). Zamysł powstrzymania Go wynikał z polityki klanu rodzinnego. Obawiali się bowiem jakiegoś skandalu. Jeżeli jeszcze powiązać te fragmenty z wątpliwością odnośnie do Jezusa z Nazaretu: Czyż może być co dobrego z Nazaretu? (J 1,46), którą wypowiedział Natanael, o którym Pan Jezus powiedział, że to Izraelita, w którym nie ma podstępu, to rysuje się niezbyt wspaniały obraz samej rodziny Pana Jezusa i Nazaretu w ogóle.

      Jezus był sam ze swoją misją od Ojca i podobnie Maryja była sama pozostawiona ze swoją tajemnicą. Cierpienie osamotnienia było jednak jednym ze znaków zupełnie nowego rodzaju więzi, jakie wprowadza Jezus. Powie o tym nieco dalej w tej Ewangelii: kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką (Mk 3,35). Podobnie jak przy stworzeniu człowieka Bóg ustanawia więź małżeńską, dla której mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem (Rdz 2,24). Warunkiem wejścia w nową więź jest opuszczenie dawnej. Więzią, jaką wprowadza Pan Jezus, jest więzią życia w Bogu. Więzią żywą w przeciwieństwie do więzi formalno-religijnej. Autor Listu do Hebrajczyków przeciwstawia stare przymierze nowemu. Stare widzi jako ziemskie niezdolne do udzielenia prawdziwego życia. Co najwyżej wyrażało ono jedynie odwieczną tęsknotę za życiem. Natomiast Jezus przez swoją śmierć wszedł nie do na tym świecie – uczynionego przybytku, ale wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego, zdobywszy wieczne odkupienie (Hbr 9,11n). Dokonało się to przez całkowite oddanie się Ojcu w posłuszeństwie aż do śmierci. Dzięki temu Jego krew oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu (Hbr 9,14).

      Nie jest to zewnętrzne oczyszczenie na kształt popiołu z krów, którego według Prawa używano do rytualnych oczyszczeń, ale oczyszczenie sumienia, czyli nas samych w samym centrum naszego istnienia, oczyszczenie naszego życia. Dokonać się to może podobnie jak ofiara Jezusowa przez całkowite oddanie się Jemu samemu, w posłuszeństwie wiary. Jest to postawa przeciwna tej, której Jezus doświadczył od swoich krewnych.
    • iktoto Homilia 3 Nd A 22.01.11, 20:21
      Iz 8,23b–9,3; Ps 27

      1 Kor 1,10–13.17

      Mt 4,12–23



      Pan moim światłem i zbawieniem moim (Ps 27,1a)

      To wspaniałe odkrycie i radość, którego trzeba w swoim życiu dokonać. Pan, czyli Bóg dla psalmisty, a według Ewangelii Jezus Chrystus. Jak jednak osoba może być światłem?! Zwykle kojarzymy światło z czymś, co nam oświeca przestrzeń wokół nas, pozwala widzieć drogę, którą możemy kroczyć. Zarówno światło, jak droga jest czymś. Natomiast zarówno dla Izajasza, proroka żyjącego 8. wieków przed Jezusem Chrystusem jak i dla Ewangelisty światłem jest osoba. W Ewangelii św. Jana czytaliśmy w dniu Bożego Narodzenia: Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi (J 1,9). Te słowa św. Jan odnosi do Jezusa – Słowa, które przyszło na świat. Światło jest metaforą odsłonięcia się prawdy, widzenia prawdziwej rzeczywistości, którą daje Chrystus jako Logos, Słowo niosące prawdę ostateczną.

      Nieco dalej w tej samej Ewangelii sam Jezus mówi o sobie: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem (J 14,6). Chrystus sam jako Osoba jest światłem, światłem-prawdą! Jednocześnie nie oświeca On niczego na zewnątrz, ale drogę, którą jest On sam i cel, czyli życie jakim jest także On. Co jednak znaczy, że Jezus jest światłem?

      Pierwsze i drugie czytania ukazują swoisty dramat światła i ciemności (cienista kraina śmierci). Światło rozjaśnia mroki, jakie zapanowały nad krainą ludzi. W Biblii światło stanowi także metaforę życia, a ciemność metaforę śmierci. Szeol, miejsce przebywania zmarłych, jest krainą mroku i braku życia, co dla Żydów było równoznaczne z brakiem dostępu do Boga. Dlatego też obszar zamieszkały przez pogan jest nazwana u Izajasza krajem mroków, bo nie znali oni Boga prawdziwego. Święty Paweł w słynnej przemowie na areopagu ateńskim nawiązał do tej metafory mówiąc o zamyśle Bożym odnoszącym się do pogan: Określił właściwie czasy i granice ich zamieszkania, aby szukali Boga, czy nie znajdą Go niejako po omacku. Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas (Dz 17,26n).

      Człowiek osamotniony w swoim życiu, pozbawiony prawdziwej więzi ze źródłem swojego istnienia, błąka się nie znając prawdziwego sensu swojego życia i jego celu. Rzuca się wówczas na to, co uchwytne szukając w tym swojego szczęścia, ale to wszystko przemija, a wraz z tym przemijaniem w rękach pozostaje pustka. W takiej dramatycznej sytuacji nie jest dla człowieka światłem naga prawda o beznadziejności, jak to przedstawił Kohelet: Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko marność (Koh 1,2). Prawda, która ma być dla człowieka światłem, musi zawierać w sobie nadzieję na wyjście z mroków, czyli nadzieję zbawienia, nadzieję na „nowość”. Kohelet jest smutnym mędrcem, bo nic zgoła nowego nie ma pod słońcem (Koh 1,9). U Izajasza natomiast światło niesie z sobą nowość, którą jest wyzwolenie i wynikająca z niej radość: Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemiężcy (Iz 9,2n).

      Proroctwo Izajasza odnosiło się bezpośrednio do ciężkiej sytuacji politycznej w tym czasie, ale było powtarzane przez wieki jako zapowiedź przyszłego wyzwolenia ostatecznego, mesjańskiego. I właśnie to w perspektywie tak rozumianego proroctwa św. Mateusz mówiąc o obecności Jezusa w Kafarnaum i jego okolicach: I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu (Mt 4,23). W tym kontekście padają słowa Jezusa: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie (Mt 4,17). Jezus przynosi prawdę o ostatecznym wyzwoleniu, o nadejściu oczekiwanego od wieków królestwa Bożego. Taka prawda, ewangelia – dobra nowina, staje się światłem, bo niesie w sobie nadzieję i bliską perspektywę wyzwolenia. Taka nadzieja pobudza serce do przemiany, do wyjścia z zastarzałych schematów myślenia i działania. Bez niej człowiek nie ma chęci na zmianę, nie widzi sensu przemiany i nawrócenia. Taką atmosferę wyczuwa się dzisiaj u wielu ludzi. Trzeba im wskazać prawdę, która jest nadzieją, bo tylko taka prawda staje się światłem. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (Mt 6,21). Otóż Chrystus przyniósł ze sobą nadzieję, perspektywę, światło.

      Ale tutaj pojawia się trudność związana z niezrozumieniem u ludzi. W naszym ludzkim rozumieniu stale oczekujemy czegoś z zewnątrz, przynajmniej czegoś, co otrzymuje potwierdzenie z zewnątrz. A królestwo Boże, jakie On przynosi, nie polega na niczym co by miało przyjść z zewnątrz. Święty Paweł powie na ten temat później: królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym (Rz 14,17). Królestwo Boże to tajemnica Bożego życia w nas. Na świecie niestety często nie otrzymujemy żadnego potwierdzenia, że prawdziwie zbliżamy się do Chrystusa, a wręcz przeciwnie właśnie wtedy bywamy doświadczani, odrzucani, prześladowani, wyśmiewani... Ale to wszystko Pan Jezus zapowiedział: podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa (Łk 21,12n). Jest to doświadczenie i zarazem pokusa zwątpienia, ale jednocześnie szansa na oczyszczenie: okazuje się wówczas, że nic, co moglibyśmy otrzymać, nie jest w stanie zapewnić nam prawdziwą radość, nic naprawdę nie jest nasze. Nasza może być jedynie więź z Chrystusem i tylko On naprawdę jest naszym zbawieniem, a tym samym nadzieją i światłem:

      Pan moim światłem i zbawieniem moim (Ps 27,1a).

      Święty Paweł przypomina o tej prawdzie Koryntianom, którzy prowadzili między sobą spory. Mówi im, że tylko Jezus Chrystus za nich umarł, i tylko w Jego imieniu zostali ochrzczeni. Cała reszta może jedynie służyć ich coraz pełniejszemu zakorzenieniu się w Nim, czyli pełnej realizacji chrztu: zanurzenia w Chrystusie.


    • iktoto Homilia 3 Pn 1 24.01.11, 10:57
      Hbr 9,15.24–28

      Mk 3,22–30

      Wszystkie grzechy i bluźnier­stwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego (Mk 3,28n).

      Najbardziej niebezpieczny grzech, grzech przeciw Duchowi Świętemu, który nigdy nie otrzyma odpuszczenia, wydaje się polegać na szczególnej zatwardziałości serca. Kiedy myślimy o grzechu, to zazwyczaj kojarzymy go z namiętnościami, jakie w nas drzemią i którym ulegamy. Do takich grzechów należy np. kradzież, obżarstwo, pijaństwo, narkotyki, nieczystość, gniew, kłótnie, przekleństwa itp. Te grzechy są o tyle łatwiejsze do przebaczenia, że wynikając z namiętności są przejawem chwili, braku opanowania i właściwego zdystansowania się do swoich uczuć. Natomiast grzech przeciwko Duchowi Świętemu, tak jak go Pan Jezus przedstawia, jest grzechem przewrotnego myślenia. Jest to grzech wybrany w tym sensie, że popełniający go chce zaprzeczyć oczywistej prawdzie podkładając przewrotną interpretację, która obejmuje zarówno intencję działania, jak także wewnętrzną logikę czynu. Tak właśnie jest w odniesieniu do zarzutu, że Jezus mocą Belzebuba wyrzuca złe duchy. Grzech przeciw Duchowi Świętemu jest grzechem zamknięcia się na prawdę, którą można w sposób naturalny poznać. Wybór przewrotnej logiki jest wyborem diabelskim. Tak właśnie zrobił wąż w raju wobec Ewy podsuwając jej złą intencję u Boga. Taki grzech przewrotności, przekręcania prawdy powoduje, że jej światło nie może się przedrzeć do serca. Póki grzech ten trwa, człowiek jest w mocy Złego, ojca kłamstwa i zamyka się na zbawczą moc łaski. Właśnie taki grzech zarzuca Pan Jezus uczonym w Piśmie, którzy mówili: Ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy (Mk 3,22).

      Grzech ten zagraża także nam, wierzącym chrześcijanom, możemy w niego wpaść, podobnie jak faryzeusze, najbardziej wówczas pobożni Izraelici. I wydaje się, że niestety niekiedy w taki grzech wpadamy. Jeżeli zamknięcie odnosi się do trudnej prawdy o nas samych, to jest on uwarunkowany ogromnym lękiem przed odsłonięciem się tej prawdy, ale jeżeli odnosi się do prawdy dotyczącej kogoś innego, to przewrotność takiego myślenia jest wybrana jakąś złośliwością w sercu. Takie myślenia inspiruje w nas Szatan, ojciec kłamstwa.

      Sprawa jest o tyle poważna, że nasze życie jest jedno. Nie mamy powtórki, jak to sugeruje cała tradycja z Dalekiego Wschodu. W Liście do Hebrajczyków czytamy:

      A jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd, tak Chrystus raz jeden był ofiarowany dla zgładzenia grzechów wielu, drugi raz ukaże się nie w związku z grzechem, lecz dla zbawienia tych, którzy Go oczekują (Hbr 9,27n).

      W tej perspektywie trzeba zapytać w imię czego człowiek podejmuje taką przewrotność w myśleniu? Jest to przerażające!
    • iktoto Homilia 25.01. 24.01.11, 18:09
      Dz 22,3–16

      lub: Dz 9,1–22

      Mk 16,15–18



      Wybrałem sobie tego człowieka za narzędzie. On zaniesie imię moje do pogan i królów, i do synów Izraela. I pokażę mu, jak wiele będzie musiał wycierpieć dla mego imienia (Dz 9,14n).

      Bóg sam sobie wybiera ludzi do głoszenia Jego królestwa. I co jest niezmiernie ważne nie zawsze ci ludzie są z „naszych kręgów” ani według naszego wyobrażenia. Tak właśnie było z św. Pawłem, który był zajadłym wrogiem chrześcijan. Dalsze losy św. Pawła pokazują, jak niezmiernie trafny był wybór właśnie jego na apostoła. Chyba nikt tak, jak św. Paweł, nie poświęcił się służbie Ewangelii i chyba nikt tak, jak on, nie umiał wyciągnąć konsekwencji z nowości wiary w Jezusa Chrystusa. W jego życiu okazały się prawdziwe słowa Ewangelii:

      Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16,17n).

      Jego życie całe było poświęcone służbie Chrystusowi. Na koniec został dla niego odłożony „wieniec sprawiedliwości” (zob. 2 Tm 4,8), czyli udział w krzyżu Chrystusa. I takie zakończenie życia było czymś naturalnym w jego życiu, bo miał w sobie autentyczny radykalizm ewangeliczny, taki jaki był u Chrystusa. Paweł mógł w pewnym momencie powiedzieć: Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus (Ga 2,20).

      Dla nas do dzisiaj jego nauka jest rewolucyjna, przekraczająca nasze ludzkie przyzwyczajenia. Po 2000 lat trudno nam ją praktycznie stosować w życiu. Pewnie się z jego nauką zgadzamy, choć i od strony zrozumienia Pawła istnieją problemy, niemniej większe trudności występują od strony przyjęcia w praktyce jego wskazań. Myślę, że w tym przypadku widać jak w życiu w pełni wiarą potrzebne jest nawrócenie, czyli przemiana naszego widzenia i wartościowania świata. Dopóki ona w nas nie nastąpi, to o własnych siłach trudno żyć tak jak św. Paweł. On takie nawrócenie przeżył i, co najważniejsze, przyjął głęboko do siebie. Ono stało się dla niego nowym narodzeniem.

      Od momentu nawrócenia mówimy o Pawle, przedtem nazywano go Szałem. Zmiana imienia oznacza zmianę sensu życia, jego powołania i celu. To może nam dać jedynie Bóg. Ale w przypadku św. Pawła nie nastąpiło to całkiem przypadkowo. Święty Paweł był niezmiernie gorliwy. Bóg był dla niego zawsze na pierwszym miejscu. I na nim spełniają się słowa Pana Jezusa: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam (Łk 11,9). Bóg daje tym, którzy Go prawdziwie szukają. Czy prawdziwie szukajmy pokazuje się po faktach w życiu. W przypadku św. Pawła w momencie objawienia się Boga nastąpiło w nim jednoznaczne przyjęcie prawdy i całkowite pójście za nią. To znak prawdziwego szukania. Święty Benedykt kandydatom do życia monastycznego stawia tylko ten jeden warunek: czy prawdziwie szukają Boga. Jeżeli tak, to nawet gdyby błądzili, Bóg wskaże im prawdę i pójdą za nią. Najgorzej, jeżeli ktoś nie szuka. Różne mogą być przyczyny braku szukania: mniemanie, że się zna prawdę, może nią być także lęk przed prawdą czując, że ona zobowiązuje, może nią być zwykłe lenistwo i niedbalstwo lub całkowite zagubienie się w życiu, zafascynowanie tym, co niesie chwila.

      Bóg daje łaskę nawrócenia, od nas jednak zależy, czy jesteśmy na nią otwarci.


    • iktoto Homilia 26.01. 25.01.11, 20:55
      26.01. – Świętych biskupów Tymoteusza i Tytusa
      2 Tm 1,1–8

      Łk 10,1–9

      Święty Paweł całe swoje życie poświęcił głoszeniu Ewangelii. Na początku swojego ostatniego listu, jaki pisze do Tymoteusza, wyraża najważniejszą swoją troskę: Paweł, z woli Boga apostoł Chrystusa Jezusa, /posłany/ dla /głoszenia/ życia obiecanego w Chrystusie Jezusie (2 Tm 1,1). List pisany jest z więzienia w świadomości, że to już koniec jego drogi. Niedługo św. Paweł zostanie ścięty mieczem. Jego list jest testamentem wiary. Odchodząc wyznaje: W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem (2 Tm 4,7). Troską pozostaje dla niego dalszy przekaz wiary przez jego uczniów. To jest problem każdego pokolenia, które odchodzi. To, co do niego należało, zrobił. Teraz modli się za swojego ucznia oddając go Bogu:

      Łaska, miłosierdzie, pokój od Boga Ojca i Chrystusa Jezusa, naszego Pana! (2 Tm 1,2).

      Jeżeli głosimy życie w Jezusie Chrystusie, to ostatnim aktem naszego zawierzenia jest oddanie naszych bliskich Jemu samemu, aby On w nich wzbudził to samo życie. W naszym życiu możemy jedynie dać świadectwo i głosić słowo Boże, natomiast życie pochodzi jedynie od Boga i On jedynie może je przekazać. Wielką tragedią przy głoszeniu wiary jest mniemanie, że to my sami jesteśmy w stanie przekazać wiarę, tak jak się przekazuje wiedzę. Wydaje się, że jest to bardzo częsty błąd zarówno rodziców względem dzieci, jak i błąd duszpasterzy wobec wiernych. Wiara jest łaską, o którą można się modlić, o której innym trzeba dawać świadectwo przez swoje życie. Nie da się tego zrobić inaczej, bo wiara jest życiem, a nie doktryną i jedynie we własnym życiu można jej doświadczyć. Dlatego św. Paweł zachęca swojego ucznia:

      Przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! (2 Tm 1,6–8).

      Lęk jest jedną z zasadniczych przeszkód w działaniu w nas Ducha Świętego. Nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia – jedynie odważne przyjęcie Bożego słowa i odwaga zarówno myślenia jak i pójścia za nim pozwala prawdziwie doświadczyć Bożej mocy. I podobnie tylko w ten sposób możemy „dawać świadectwa życia w Jezusie Chrystusie”.

      W Ewangelii Pan Jezus wysyła swoich uczniów jak owce między wilki, nie po to, by zostały wytracone, ale aby doświadczyły mocy od Niego pochodzącej. To, co się wydaje niemożliwe, staje się możliwe wtedy, gdy uczniowie zawierzają. Weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! (2 Tm 1,8) – pisze z celi śmierci św. Paweł.

      Nie bójmy się żyć życiem, jakie daje nam Chrystus, bo chociaż może wydaje się ono czy to staroświeckie, czy słabe wobec atrakcyjności tego świata, czy naiwne i śmieszne to w nim jest prawdziwe życie, a nie w pozorach oferowanych ostentacyjnie przez świat. Nie znaczy to jednak, że mamy się z uporem trzymać wiary jak swego rodzaju ideologii manifestując ją nawet wobec innych, lecz w prostocie zawierzenia Bogu mamy podejmować życie tak, jak się ono pojawia pamiętając jednocześnie o tym, co w nim najważniejsze. Zawierzenia przynosi nam doświadczenie wewnętrznego pokoju, które jest znakiem, że kroczymy dobrą drogą.


    • iktoto Homilia 3 Czw 1 26.01.11, 20:15
      Hbr 10,19–25
      Mk 4,21–25

      Kto ma, temu będzie dodane; a kto nie ma, pozbawią go nawet tego, co ma (Mk 4,25).

      To zdanie budzi bardzo często kontrowersje, a czasem wręcz oburzenie. Przecież to niesprawiedliwe! Ten, który ma, otrzyma jeszcze więcej, a ten kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma!

      Nasza wiara jest często sprowadzana do moralności. I właśnie opór, jaki się rodzi na to zdanie Pana Jezusa świadczy o tym, jak daleko taka redukcja zaszła. Zdanie to bowiem bulwersuje właśnie od strony moralnej.

      Zobaczmy jednak, o co chodzi. Wypowiedź Pana Jezusa następuje po przypowieści, gdzie padło zdanie wczoraj czytane: Wam dana jest tajemnica królestwa Bożego (Mk 4,11). A dzisiaj w pierwszym akapicie czytamy: Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha! (Mk 4,22n). Odnosi się to do owej tajemnicy, która do czasu przyjścia Pana Jezus była jeszcze dla wielu zakryta, ale właśnie jest dana tym, którzy idą za Nim i Go słuchają. Lepiej jest to widoczne w Ewangelii według św. Mateusza, gdzie to „kontrowersyjne” zdanie pada bezpośrednio przy wypowiadaniu uwagi na temat nauczania przez przypowieści.

      I zobaczmy w tym kontekście co znaczy owo „mają” i „nie mają”. Kto ma i co ma? Otóż ma przystęp do tajemnicy, zaczyna ją rozumieć i pragnie ją coraz bardziej zgłębiać. Właśnie on ma na razie niewiele, ale otrzyma bardzo dużo. On zrozumiał to, co najważniejsze: w Jezusie Chrystusie jest prawdziwe życie. To jest pierwsza, najważniejsza wiedza. To jest owo minimum, od którego się wszystko zaczyna.

      W 4 rozdziale Reguły św. Benedykta najważniejsze jest zrozumienie, że w Bogu jest moje prawdziwe życie i zdecydowanie się na nie, na miłość względem Boga. Od tej decyzji zależy sens dalszych moich działań. Inaczej nawet bardzo moralne życie, może być jedynie faryzeizmem. Właśnie ten, „kto ma”, to człowiek, który tę prawdę odkrył i się zdecydował na oparciu życia o tę prawdę. Właśnie on otrzyma stokrotnie – o czym mówiła przypowieść o siewcy. Ten natomiast, kto „nie ma”, jest człowiekiem, który nie poszedł za tą prawdą. Co mu zostaje? Radości życia na tym świecie. Jak długo? Póki zdrowia i pieniędzy starczy. Ostatecznie jednak zabiorą mu to, co wydaje się mu, że ma. Przemija bowiem postać tego świata.

      Czy zatem Bóg jest niesprawiedliwy z tego powodu, że mu zabiera nawet to, co ma? Przecież wszyscy wiedzą, że życie kończy się śmiercią i nikt nie żyje na tym świecie wiecznie. Każdy musi wiedzieć, że to co tu ma, nie jest jego. Czy jest coś bardziej oczywistego?!

      Okazuje się jednak, że nawet tak oczywiste prawdy, w praktyce nie są oczywiste dla nas. Musimy je stale odkrywać na nowo i sobie je uświadamiać. Często gubimy się sprawach doczesnych, ponieważ troski tego życia urastają do rangi spraw ostatecznych. W ten sposób dajemy sobie zabrać to, co mamy: udział w tajemnicy Bożego planu zbawienia.

      Zagrożenie utraty wszystkiego jest w naszym życiu bardzo realne i konkretne. Trzeba stale sobie uświadamiać, co jest prawdziwe istotne, o co naprawdę w życiu chodzi. I właśnie w kontekście tej przytomności i zawierzenia Bożym obietnicom trzeba odczytać zdanie: Taką samą miarą, jaką wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą (Mk 4,24). Jeżeli odkrywamy prawdę o Bożej miłości do nas, idziemy za nią, to im bardziej za nią idziemy, im bardziej zawierzamy Bożym obietnicom, tym więcej otrzymamy łaski i udziału w Bożym życiu. Jeszcze wam dołożą oznacza, że Bóg nad dołoży, da według swojej miary, nie naszej. Dlatego będzie to więcej, niż jesteśmy sobie w stanie z tego zdać sprawę.

      Eucharystia jest takim darem ponad miarę. Otrzymamy z niej według miary naszego zawierzenia Bogu.
    • iktoto Homilia 3 Pt 1 27.01.11, 17:56
      Hbr 10,32–39

      Mk 4,26–34

      Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię (...) Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie (Mk 4,26.28).

      A potem następują żniwa... Swoiście pięknym komentarzem do tego tekstu w wymiarze Kościoła mogłyby być słowa o. Piotra Rostworowskiego:

      „Kościół nie na to został ustanowiony, aby był piękny tylko na to, by zbawiał. Bierze na własny rachunek grzesznika, bo jest jakby wielką lecznicą. I nikt nie ma o to pretensji, że w szpitalu są chorzy – ale tam jest brama, którą wypuszczają zdrowych, Nie pytajcie gdzie Kościół ma świętych. Oddał ich Bogu, a przyjął chorych”.

      W tym kontekście ziemią, w której wzrastamy jest Kościół, a w nim zbawcze misteria, gdy się na nie otwieramy, działają w sposób dla nas niezauważalny. Zarówno lekarstwem jak i siłą dającą wzrost jest miłość Boża obecna w naszym sercu. Jest ona potęgą wielką, większą od wszystkiego. Dla tak zwanych „realistów”, tych którzy chcą realnie budować swoje szczęście tutaj na ziemi, ta miłość nie przedstawia żadnej siły, a tym samym nie posiada żadnej wartości praktycznej. Co najwyżej jest rodzajem ucieczki w świat marzeń. Natomiast o tej miłości mówi Pan Jezus w przypowieści o ziarnie gorczycy, że jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane wyrasta i staje się większe od innych jarzyn (Hbr 10,31n). W pewnym momencie okaże się jednak, że wszystko to, co może dać świat, traci swoją wartość i jedyne, co pozostaje, to miłość Boga w nas. To, co takie słabe, staje się najmocniejsze i najważniejsze.

      Praktycznie jednak w życiu taki wzrost wymaga cierpliwości i wytrwałości. Do niej właśnie zachęca autor Listu do Hebrajczyków w obliczu doświadczanego prześladowania Kościoła i uczniów Chrystusa. Okazuje się bowiem, że prawdziwi uczniowie Jezusa doznają na świecie prześladowania, ucisku, wyśmiania. Dokładnie tak, jak to Pan Jezus zapowiedział. Istnieje bowiem niepokonywalna sprzeczność pomiędzy światem i królestwem Bożym. Świat czuje się zagrożony i stara się zniszczyć uczniów Jezusa. I rzeczywiście zwycięstwo Jezusa oznacza śmierć dla tego, co na świecie jest cenione. Oznacza obnażenie pozoru tego życia. Wierność i wytrwałość są w tym kontekście najważniejszymi cnotami moralnymi chrześcijanina. Mój sprawiedliwy dzięki wierze żyć będzie (Hbr 10,38), o ile w niej wytrwa do końca. „Krótka, bardzo krótka chwila” dla nas może się wydłużać w nieskończoność, ale w Bożej skali to naprawdę chwila. Zobaczymy to dopiero w Jego perspektywie, kiedy poznamy pozorność tego, co na świecie uważamy za realne.
    • iktoto Homilia 3 Sob 1 28.01.11, 20:46
      Hbr 11,1–2.8–19
      Mk 4,35–41

      Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary? (Mk 4,40).

      Ten zarzut Pana Jezusa w odniesieniu do uczniów powinien być dla nas ciągle napomnieniem. Jaka jest nasza wiara? Czy autentycznie wierzymy w Jego obietnice? Czy są one główną inspiracją naszego życia?

      W Liście do Hebrajczyków autor pisze:

      Wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy (Hbr 11,1).

      Mówi się czasem o „pewności wiary”. Co to jest? Nie jest to pewność w sensie oczywistości naocznej. Taka pewność nie potrzebuje wiary, bo wszystko jest widoczne i namacalne. Jest takie, jakie jest widziane. Natomiast wiara odnosi się do dóbr, których się spodziewamy, do rzeczywistości, których nie widzimy. Dotyczy zatem tego, czego nie mamy namacalnie w tej chwili. Wiara jest naszą odpowiedzią na obietnicę dotyczącą jakiś dóbr nie widzianych. Odnosi się zatem wpierw do kogoś, kto taką obietnicę nam dał. Tak właśnie opisuje wiarę postaci biblijnych autor Listu do Hebrajczyków. Sara uznała bowiem za godnego wiary Tego, który udzielił obietnicy (Hbr 11,11). Podobnie Abraham: Pomyślał bowiem, iż Bóg mocen wskrzesić także umarłych, i dlatego odzyskał go, jako podobieństwo śmierci i zmartwychwstania Chrystusa (Hbr 11,19).

      Wiara ze swej istoty jest wpierw i zasadniczo zawierzeniem Komuś. W Katechizmie czytamy:

      Wiara jest najpierw osobowym przylgnięciem człowieka do Boga; równocześnie i w sposób nierozdzielny jest ona dobrowolnym uznaniem całej prawdy, którą Bóg objawił (KKK 150).

      Wiara posiada dwa wymiary: jest osobowym przylgnięciem i jest uznaniem całej prawdy, czyli odnosi się do Osoby Boga i do prawdy, przy czym dojście do tej prawdy mamy przez Boga i Jego słowo, bo ta prawda dotyczy nie tego, co można zobaczyć i sprawdzić namacalnie, ale tego, czego nie jesteśmy w stanie teraz widzieć. Wzrastamy w niej przez zawierzenie. Nasze osobiste doświadczenie wiary ukazuje jak można Bogu zawierzyć. Z czasem wiemy, że to co On mówi jest prawdą, bo niezawodnie się spełni.

      We wierze istotny jest realizm, który stoi w opozycji do ciasnego realizmu ziemskiego. Scena z dzisiejszej Ewangelii pokazuje, na czym to polega. Rozszalała burza na jeziorze wzbudza w uczniach lęk: giniemy! W łodzi jednak jest Mesjasz. Nie jest możliwe, by On zginął w takiej sytuacji. Byłby to zupełny nonsens w odniesieniu do Bożej obietnicy. Lęk wyrosły z realizmu ziemskiego jednak wygrywa, co świadczy o tym, że jednak uczniowie nie wierzą w Jezusa jako Mesjasza. Ich wiara jest raczej próbą wiary, niż wiarą po prostu. Potem ujawni się to dramatycznie w momencie męki i śmierci Pana Jezusa. Ich wiara się załamała, bo była związane z konkretnym oczekiwaniem i wyobrażeniem. Wiara natomiast jest zawierzeniem bez żądania widzenia, dowodu, oczywistości, bo wyrasta z przeświadczenia, że obietnica przerasta nasze widzenie i wyobraźnię. Dlatego musi uzbroić się w cierpliwość i ufność. Jest ona otwartością na coś nowego, na nowe życie, które przerasta nasze obecne życie. Taka wiara jest dowodem rzeczywistości, jakiej nie widzimy.
    • iktoto Homilia 4 Pn 1 30.01.11, 20:02
      So 2,3; 3,12–13

      1 Kor 1,26–31

      Mt 5,1–12a

      Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich na­le­ży królestwo niebieskie (Mt 5,3).

      Pan Jezus w Ewangelii głosi zupełnie inny sposób patrzenia i wartościowania życia. O tych, którzy na świecie doznają czegoś, co uchodzi za nie­szczęś­cie: ubóstwo, prześladowanie, cierpienie, płacz, doznawanie po­ni­że­nia i wyśmiania… Pan Jezus mówi, że są szczęśliwi. Jest to para­doks. Jednak ten paradoks znika, gdy nieco głębiej spojrzymy na sens naszego życia. Co znaczy żyć i być szczęśliwym? Trzeba powiedzieć, że pełnia życia i szczęście są ze sobą ściśle powiązane, bo nie jest praw­dziwym życie, w którym nie byłoby szczęścia. Jeżeli Pan Jezus mówi: Błogosławieni, czyli szczęśliwi, to wskazuje na prawdziwe życie.

      Do kogo te błogosławieństwa się odnoszą? O tym mówi wpro­wadzające zdanie Ewangelisty:

      Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przy­stą­pili do Niego Jego uczniowie. Wtedy ot­wo­rzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami … (Mt 5,1n).

      Wymowna jest sama scena: Jezus staje wobec licznego tłumu, oddala się od niego biorąc ze sobą na górę uczniów, do których wygłasza błogosławieństwa. Góra w Biblii jest symbolem bliskości Boga. To na górze Bóg przemawia do człowieka. Na górze dokonało się przekazanie Prawa Mojżeszowi, na górze Abraham ofiarował Izaaka, na górze także zbudowano świątynię. Jezus wprowadzając uczniów na górę wprowadza ich w bliskość Boga, a przez to uczy Jego spojrzenia na życie. Mówi do wybranych, a nie do tłumów. Jeszcze wyraźniej widać to w Ewangelii według św. Łukasza, gdzie jest nieco inna sceneria. Pan Jezus właśnie po wyborze uczniów na górze zszedł z nimi na równinę, gdzie był liczny tłum, ale podniósł oczy na swoich uczniów i powiedział: Błogosławieni jesteście wy… (zob. Łk 6,17.20).

      Błogosławieństwa odnoszą się do konkretnych ludzi, co oznacza, że nie samo ubóstwo, jako ubóstwo jest szczęściem, czy łzy jako łzy, bądź sam fakt doświadczania prześladowania… Błogosławieni są ludzie, którzy tego doświadczają z powodu sprawiedliwości, ze względu na królestwo Boże, dla imienia Jezusa… Błogosławieństwa odnoszą się do uczniów Jezusa, czyli tym, którzy Mu zawierzyli. Przypomina się w tym momencie zdanie Pana Jezusa: Kto /we Mnie/ wierzy, ma życie wieczne (J 6,47). A w innym miejscu: Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki (J 11,25n). To właśnie w tym zawierzeniu zawiera się pełnia życia.

      Przeciwieństwem tego zawierzenia jest pyszne zaufanie w swoją siłę, mądrość, spryt, znaczenie itd. W pierwszym czytaniu Prorok Sofoniasz nawołuje: Szukajcie Pana, wszyscy pokorni ziemi, którzy peł­ni­cie Je­go nakazy; szukajcie sprawiedliwości, szukajcie po­kory, mo­że się ukryjecie w dzień gniewu Pana (So 2,3). Wszelka pycha zostanie zniszczona, a mówiąc nieco inaczej, nie językiem kary i nagrody, pycha odsłoni pustkę, nierzeczywistość, brak zakorzenienia w prawdzie istnienia. Nikt z nas przecież nie istnieje sam z siebie, siłą własnej woli. Życie otrzymaliśmy jako dar i dlatego pozostajemy jedynie wierzycielami Bożej łaskawości. Kto twierdzi inaczej, jest nadętym pyszałkiem.

      Podobnie w Pierwszym Liście do Koryntian św. Paweł wskazuje chrześcijanom na fakt, że:

      Bóg wyb­rał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby za­w­stydzić mędrców, upo­do­bał sobie w tym, co nie­moc­ne, aby mocnych poni­żyć; i to, co nie jest szla­chet­nie urodzone według świata i wzgar­dzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło przed obliczem Bo­ga (1 Kor 1,27–29).

      Ten fakt jest swoistą ilustracją błogosławieństw. Piersi chrześcijanie naprawdę byli ubodzy, cisi, czystego serca, prześladowani ze względu na królestwo Boże… Doświadczali oni całego ziemskiego utrapienia ze względu na Chrystusa. W nich autentycznie realizowało się błogosławieństwo mające swoje źródło w Bogu. Święty Paweł pisze dalej:

      Przez Niego bowiem jesteście w Chrys­tusie Je­zu­sie, który stał się dla nas mądrością od Bo­ga i spra­wied­liwością, i uświęceniem, i odkupieniem, aby, jak to jest napisane, «w Panu się chlubił ten, kto się chlubi» (1 Kor 1,30n).

      To zdanie wydaje się dobrze oddaje syntetyczną prawdę błogosławieństw, którą zawiera pierwsze błogosławieństwo. „Błogosławieni ubodzy”, to znaczy ci, którzy wszystko mają u Boga, w Nim odnajdują całą swoją chwałę i chlubę. Ich błogosławieństwo zawiera się w ufności w niezachwianą pewność Bożej obietnicy, która mówi, że właśnie oni są szczęśliwi, czyli osiągnęli pełnię życia – bliskości Boga, której nikt im nie odbierze.

    • iktoto Homilia 4 Wt 1 01.02.11, 10:44
      Hbr 12,1–4
      Mk 5,21–43

      Ktoś kiedyś powiedział, że Bóg wszechmocny ma jedną słabość, nie potrafi odmówić spełnienia szczerej i wytrwałej prośby. Dzisiejsza Ewangelia mamy tego ilustracją. Anonimowa kobieta, której Pan Jezus nawet nie widział wcześniej i nie znał jej pragnienia dzięki swojej ukrytej, ale mocnej wierze uzyskuje to, czego pragnęła. Już po jej uzdrowieniu Pan Jezus szukał tej, która wyciągnęła z Niego moc. I spokojnie potwierdza jej dar uzdrowienia. W Ewangelii występuje jeszcze inna kobieta pełna determinacji w swojej prośbie skierowanej do Pana Jezusa – Kananejka, która błaga o zdrowie dla swojej córki. I uzyskuje spełnienie prośby mimo pierwotnej odmowy (zob. Mt 15,22–28). Podobnie chyba było w Kanie Galilejskiej w przypadku prośby Matki. Pan Jezus wydaje się Jej wpierw odmawiać, ale ostatecznie spełnia Jej prośbę.

      Może to nas zdumiewa, ale przecież Pan Jezus sam nawołuje do takiej postawy. Kilkakrotnie mówi o spełnieniu się naszych próśb, jeżeli mamy w sobie pełną wiarę: Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie (Mk 11,24; zob. też Mt 7,7; 21,22; J 14,20; 16,23). Daje nawet w przypowieściach przykład takiej wytrwałości u wdowy, która uparcie prosi sędziego o pomoc i ostatecznie uzyskuje ją oraz u człowieka, który w nocy prosi przyjaciela o chleb i otrzymuje go dzięki uporowi w ponawianiu prośby. Podobnie w dalszej Ewangelii Pan Jezus wzywa Jaira do wytrwałej wiary wbrew wieściom o śmierci córki: Nie bój się, wierz tylko! Następnie spełnia to, co było zgodne z jego wiarą.

      W Ewangelii znajdujemy wręcz wezwanie do gwałtowności we wierze: A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je (Mt 11,12; zob. Łk 16,16). Podobnie apostołowie nawołują do radykalizmu wiary. W Apokalipsie ustani św. Jana Chrystus mówi:

      Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust (Ap 3,15n).

      Wiara w swojej istocie ma zawarty radykalizm i swoisty upór. Inaczej nie jest wiarą, tylko grzecznym mniemaniem. W Liście do Hebrajczyków słyszymy dzisiaj wezwanie do „wytrwałego biegu w wyznaczonych nam zawodach”. Granicą naszej wytrwałości ma być śmierć: Jeszcze nie opieraliście się aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi (Hbr 12,4). Zdecydowanie i radykalizm jest konieczny, bo tylko wówczas dajemy prawdziwe świadectwo naszej wiary i miłości Boga.


    • iktoto Homilia 2.02. 01.02.11, 22:21
      2.02. – Ofiarowanie Pańskie
      Hbr 2,14–18

      Łk 2,22–40

      Ponieważ dzieci uczestniczą we krwi i ciele, dlatego i Je­zus także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmier­cią, to jest diabła (Hbr 2,14).

      Syn Boży zdecydował się w pełni podjąć ludzkie życie z całym jego ciężarem. Rodząc się jako Człowiek podejmuje nasz los. Całkowicie poddaj się wychowaniu przez rodziców, co uświadamia nam scena z Jego pozostania w świątyni w wieku 12 lat. Potem musi pracować na swoje utrzymanie. Dalej musi czekać na swoją publiczną działalność do odpowiedniego wieku. Poddaje się ludzkiemu sądowi, bez jakiegokolwiek protestu lub użycia swojej Boskiej mocy. Ostatecznie poddaje się śmierci. Ale właśnie dzięki temu Jego życie staje się dla nas wzorem i przykładem w pełni ludzkiego życia.

      Dzisiejsze święto dotyczy odwiecznego żydowskiego religijnego gestu ofiarowania swojego pierworodnego syna Bogu. Ten gest nabiera w przypadku Jezusa nowego sensu. O ile w Prawie był on związany z czcią należną Bogu, któremu trzeba oddawać to, co najlepsze, czego pierworodne zarówno dziecko jak i zwierząt jest symbolem, o tyle w przypadku Jezusa po pierwsze Ewangelista nazywa ten obrzęd nie ofiarowaniem, ale prezentacją. Prawdziwa ofiara nastąpi później, na końcu życia, natomiast tutaj mamy raczej do czynienia z przygotowaniem albo raczej wybraniem do takiej ofiary i jednocześnie zapowiedzią wielkiej łaski, jakiej dostąpią wszystkie narody za pośrednictwem tego Dziecka. Jeżeli by ten obrzęd umieścić na planie Mszy św., to byłby on odpowiednikiem procesji i przygotowania darów ofiarnych. Wypowiadane podczas tego rytuału słowa kapłana bardzo dobrze oddają sensu samej sytuacji:

      Błogosławiony jesteś, Panie, Boże wszechświata, bo dzię­ki Twojej hojności otrzymaliśmy chleb, który jest owo­cem ziemi i pracy rąk ludzkich; Tobie go przy­no­si­my, aby stał się dla nas chlebem życia.

      I chociaż tego zewnętrznie nie widać, jednak Symeon pod natchnieniem Ducha Świętego wypowiada taki sens całego obrzędu:

      Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na pow­stanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą (Łk 2,34).


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka