iktoto Homilia Wielki Wtorek 18.04.11, 18:53 Wielki Wtorek WP Iz 49,1–6 J 13,21–33.36–38 Przedziwna jest wiara Boga w człowieka i zwycięstwo jego sumienia! Mówiliśmy o tym wczoraj. W dzisiejszych czytaniach zaskakuje nas z kolei Jego działanie, które jest paradoksalne: dokonuje się przez słabość i małość człowieka. Mówiliśmy wczoraj o Piotrze i Judaszu. W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus zapowiada ich działanie: zdradę Judasza i zaparcie się Piotra. Nie tylko dziwi, że Jezus to wszystko wiedział, ale ponadto akceptował i – co może jeszcze bardziej zaskakujące – mimo słabości Piotra, mimo jego zaparcia się, to właśnie Jego Jezus wybrał na „skałę”. Wcześniej powiedział do niego: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą (Mt 16,18). A po zmartwychwstaniu – w Galilei, nad jeziorem, kiedy się spotkał z uczniami, właśnie Piotra wybrał na pasterza owiec. Było to nie do uwierzenia. Po ludzku oceniając, powinien wybrać Jana, który jako jedyny wytrwał przy Mistrzu aż do ostatniej chwili, jemu zresztą pod krzyżem przekazał swój testament. Dlatego też Piotr, wydaje się, wyczuwając tę sytuację, zapytał Jezusa właśnie o Jana: Panie, a co z tym będzie? (J 21,21). Pan Jezus odpowiedział mu: Jeżeli chcę, aby pozostał, aż przyjdę, co tobie do tego? Ty pójdź za Mną (J 21,22). Droga Bożego zbawienia przechodzi przez ludzką słabość i to zarówno w przypadku, tych, którzy są powołani do kontynuowania dzieła Bożego, jak i w odniesieniu do tych, którzy stają się wrogami dzieła Bożego. Taką postacią był np. Piłat. Jak wiemy, skazał on Jezusa na śmierć, wiedząc, że nie ma podstaw do takiego wyroku. Mało tego, Ewangelista mówi, że starał się nawet Jezusa uwolnić i – aby zadowolić tłumy – kazał Go tylko ubiczować. Ostatecznie przeląkł się szantażu Żydów: Jeżeli Go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem Cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się Cezarowi (J 19,12). Piłat, jak się okazało, mały, choć czasem okrutny człowiek, skazał Jezusa z lęku. Kiedy się spojrzy na jego dalsze losy, to widać, jak dramatyczną był postacią. Pan Jezus w rozmowie z nim powiedział: Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry (J 19,11). Piłat wiedział o tym i robił wszystko, aby przypodobać się cesarzowi. Ale ostatecznie to, czego się zląkł w procesie Jezusa, mianowicie donosu Żydów na niego do cesarza, spełniło się i przez taki donos został nie tylko usunięty ze stanowiska, ale ponadto popadł w niełaskę u cesarza. Jego kariera została całkowicie przekreślona. Skazano go na wygnanie i tam albo popełnił samobójstwo, albo został otruty. Ponadto jego małżeństwo się rozpadło. Żona, której rady podczas procesu Jezusa nie posłuchał, odeszła od niego. Przedziwnie Bóg pisze całą historię zbawienia człowieka na krzywych liniach ludzkiej słabości! Co jednak najbardziej zaskakujące, to fakt, że taki jest wybór Boży. Genialnie ujął tę prawdę i jej sens później św. Paweł, człowiek, który w swoim życiu tego na sobie doświadczył. Pisze on: Przechowujemy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas (2 Kor 4,7). To wydaje się wyrażać doświadczenie Sługi Jahwe z dzisiejszego pierwszego czytania. Mówi on: Próżno się trudziłem, na darmo i na nic zużyłem me siły. Lecz moje prawo jest u Pana i moja nagroda u Boga mego. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą (Iz 49,4n). Jedna z najbardziej podstawowych prawd w życiu duchowym mówi: wszystko, co autentycznie dokonuje się w nas, wszystko, co nas rozwija, jest dziełem Boga. My jedynie jesteśmy współpracownikami tego Bożego działania. Wszystko jest łaską. Ale też łaska jedynie wówczas działa skutecznie, kiedy ją przyjmujemy i pozwalamy jej działać w nas. Największymi wrogami naszego prawdziwego wzrostu jesteśmy my sami, a konkretnie nasze mniemanie, że sami mamy sobie poradzić i sami mamy się okazać doskonałymi. Takie przekonanie jest wzmocnione przez istniejące u nas od wieków skoncentrowanie na moralnym wymiarze życia. Prawo moralne jest czymś zasadniczym w życiu i aby być autentycznie wierzącym, musimy żyć zgodnie z moralnymi zasadami, jednak jeżeli życie wiary sprowadzi się tylko do moralności, to następuje fatalne uproszczenie. Wydaje się wówczas, że sami musimy okazać się przed Bogiem doskonałymi, że otrzymujemy zbawienie jako nagrodę za nasze dobre postępowanie. Oczywiście w pewnym wymiarze jest to prawda. Niemniej jesteśmy zbawieni przez łaskę, a nie przez własny wysiłek, przez własną doskonałość. I w tym kontekście pojawia się słabość i jej rola w zbawieniu. To dzięki doświadczeniu swojej własnej słabości pojawia się możliwość prawdziwego otwarcia na działanie Boga w nas. Tak stało się ze św. Piotrem. Dopiero kiedy upadł, poznał swoją słabość i był w stanie na tyle otworzyć się na działanie Boga w sobie, że mógł stać się skałą. W dialogu po zmartwychwstaniu Pan Jezus pytał go jedynie o miłość: Czy Mnie kochasz? Kiedy Jezus zapytał o to już trzeci raz, Piotr powiedział: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Piotr wiedział, że niewiele sam wie o sobie, że to, kim jest i co w nim tkwi, wie jedynie Bóg. Ta świadomość, która jest pokorą, stała się dla niego podstawą otwarcia na Boże działanie. Później to właśnie św. Piotr wprowadził pogan do Kościoła. Był to szok dla Żydów i wydaje się, że tylko dzięki przyjęciu doświadczenia własnej słabości Piotr mógł zrozumieć ogrom Bożej miłości. Później wspólnota uczniów w Jerozolimie zdumiewała się: A więc i poganom udzielił Bóg [łaski] nawrócenia, aby żyli (Dz 11,18). W ten sposób zaczęło się realizować to, co zapowiedział Izajasz w dzisiejszym pierwszym czytaniu: To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi (Iz 49,6). Zasada Bożego działanie idzie przez ludzką słabość, odnosi się także do samego Jezusa. W jego przypadku przejawia się ona w konieczności powstrzymania swojej mocy i przyjęcia ludzkiego cierpienia z całą jego konsekwencją. Mimo ogromnego ludzkiego lęku przyjmuje je Pan Jezus w Ogrójcu. Później autor Listu do Hebrajczyków napisze: A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają (Hbr 5,8n). Przyjęcie własnej słabości staje się dla nas ogromną szansą autentycznego otwarcia na Boga. Na tym chyba zasadniczo polega dzisiaj przyjęcie własnego krzyża i przez to autentyczne wejście do grona Jego uczniów. Odpowiedz Link
iktoto Homilia Wielka Środa 19.04.11, 21:02 Wielka Środa WP Iz 50,4–9a Mt 26,14–25 Jeden z was mnie zdradzi… Czy nie ja, Rabbi? Odpowiedział mu: Tak jest, ty (Mt 26,21.25). Jest to jeden z najbardziej dramatycznych dialogów w Ewangelii. Postać Judasza odsłania mroczne zakamarki naszej duszy. Jung w XX w. odkrył istnienie w nas „cienia”, czyli tego wszystkiego, czego w sobie nie akceptujemy, czego się wstydzimy, bo jest złe, kompromitujące nas, do czego odczuwamy wstręt, co chcielibyśmy wyeliminować albo przynajmniej ukryć przed sobą i innymi. Judasz swoją postawą odsłania tę sferę w nas. Dlatego też jest on dla nas ważną postacią. Pomaga nam rozpoznać zawiłości naszej duszy. Wydaje się, że Judasz nie wydał Jezusa dla pieniędzy, jak by wynikało z relacji Ewangelistów. On wydał Go raczej dlatego, bo wiedział, że Jezus jest Mesjaszem, ale zamiast wyzwalać Izraela z niewoli rzymskiej, marnotrawił czas na głoszeniu pięknych słów o miłości Boga nic nieznaczącym ludziom. Chciał zatem zmusić Go do działania, stawiając wobec sytuacji, w której nie miał innego wyjścia, niż zacząć działać. I tutaj trafiamy na zasadniczy temat dzisiejszych czytań: rozziew istniejący pomiędzy ludzkim myśleniem a Bożym zamysłem. Jest to stały problem w życiu duchowym, nawet jest to problem zasadniczy, a może i najważniejszy, przynajmniej patrząc od strony naszego wysiłku. Jest on na tyle głęboki, że przeżył go sam Pan Jezus. Pamiętamy Jego modlitwę w Ogrójcu: Abba, Ojcze, dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie! Lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty [niech się stanie]! (Mk 14,36). Zazwyczaj pragniemy ukryć nasze pokrętne myśli, pozostać w cieniu, nierozpoznani przez nikogo. Dopóki tak jest, czujemy się bezpieczni i możemy spokojnie dalej realizować swoje mroczne zamysły. Tak pewnie było i z Judaszem. Ale w scenie z dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus uświadamia Judaszowi, że zna jego zamiary. Wydawałoby się, że Judasz powinien w tym momencie się zawstydzić i zaniechać zamiaru już ujawnionego. I albo wyznać swój podły plan, albo ze wstydu uciec. On jednak dalej działał zgodnie z podjętym zamysłem. Wydaje się, że w każdym naszym grzechu pojawia się moment uświadomienia, że to, co robimy, jest złe. A jednak mimo wszystko brniemy w zło dalej. To jest właśnie ten moment u Judasza. Okazuje się, że zło wybrane uzyskuje w nas jakąś siłę, która nawet w momencie odsłonięcia się prawdy o nim, dalej pcha nas do działania zgodnego z tym wyborem. Jest to siła zamysłu i wyboru wcześniej podjętego, który zawsze posiada jakiś „dobry” zamiar. Istnieje wręcz trudność wycofania się z podjętego zamysłu. Obrazem tej prawdy jest Herod i jego rozkaz, by ściąć Jana Chrzciciela. Nie chciał tego, ale nie wycofał się, bo wcześniej złożył przysięgę. Nieważne, że była to przysięga podczas uczty, złożona po pijanemu, uznał jednak, że musi ją wypełnić. Ta sytuacja pokazuje, jak niezmiernie ważna jest stała wrażliwość sumienia na to, co się w nim pojawia, jak trzeba nieustannie się w nie wsłuchiwać. W momencie odsłonięcia zła przed naszym działaniem lub w jego trakcie konflikt między Bożym i naszym zamysłem osiąga dramatyczny szczyt. Tutaj też dochodzi do ostatecznego wyboru zła. We wczorajszej Ewangelii według św. Jana, po ujawnieniu zdrajcy, czytaliśmy w komentarzu ewangelisty: A po spożyciu kawałka /chleba/ wszedł w niego szatan (J 13,27). Dopiero w tym momencie szatan na dobre zagościł w jego sercu. Judasz odsłania głęboką prawdę o przewrotności naszego serca, dlatego jest on dla nas tak ważny. Oczywiście pojawia się pytanie: Co robić, jak się bronić przed tą fatalnością wpadania w zło? W tym momencie odpowiedzią jest postawa Jezusa, którą niezwykle prawdziwie zapowiada Izajasz w dzisiejszym pierwszym czytaniu. Pisze on: Pan Bóg otworzył Mi ucho, a Ja się nie oparłem ani się cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym Mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg Mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam (Iz 50,5–7). Jezus wielokrotnie podkreślał, że jego zasadniczym celem jest wykonanie zamiaru Ojca. Mówił wręcz: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło (J 4,34). Jest to jego stały wysiłek, którego szczytem była przywołana modlitwa w Ogrójcu. Wczoraj przytoczyliśmy słowa z Listu do Hebrajczyków, które mówią o tym samym: A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał (Hbr 5,8). Pan Bóg otworzył Mi ucho – czyli dał mi sumienie – a Ja się nie oparłem ani się cofnąłem, dlatego wiem, że wstydu nie doznam. Zacytowane zdanie streszcza to, co powinniśmy zrobić: odkryć w sobie i autentycznie przyjąć sumienie i pójść za nim. Właśnie sumienie pozwala nam rozpoznać zawiłości naszych zamysłów i uchronić nas przed ich skutkami. To, kim jesteśmy, zależy od tego, czego słuchamy. Jedno z największych naszych złudzeń polega na tym, że wydaje się nam, że już jesteśmy sobą i wiemy, kim jesteśmy. Otóż nie wiemy! My się teraz dopiero rodzimy. A rodzimy się ze słowa, które przyjmujemy i za nim idziemy. Jeżeli idziemy za pokrętnymi myślami swojego przewrotnego serca, stajemy się poskręcani, pozbawieni tożsamości. Jeżeli wsłuchujemy się w głos sumienia, stajemy się dziećmi Bożymi i nawet już nimi jesteśmy – jak pisze św. Jan – ale jeszcze nie odsłania się to przed nami całkowicie (zob. 1 J 3,2). Na koniec warto przyjrzeć się zaskakującej postawie Jezusa, który świadomy zdrady i tego, co go czeka, w sposób całkowicie wolny na to się zgadza. Dzisiejsza Ewangelia podkreśla tę jego wolność. On nie tyle został zdradzony i wpadł w ręce oprawców, ale sam się wydał, bo taka była wola Ojca. Dla niektórych ta wola Ojca jest okrutna i nie do zaakceptowania. Nie podejmujemy jednak w tym momencie tego tematu, gdyż wymagałby on dłuższego omówienia. Warto zwrócić uwagę na coś innego. W postawie Jezusa następuje odcięcie się od jego ludzkich wyobrażeń i zamiarów i konsekwentne powierzenie się Ojcu. Sam wcześniej mówi o tej postawie: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity (J 12,24). Ta zasada odnosi się do każdego człowieka – w szczególności odniósł ją do siebie jako człowieka Pan Jezus. I to właśnie realizował przez rezygnację z obrony i spokojne wejście w krzyż z pełnią ufności. Jedynie w ten sposób można doświadczyć Bożego zbawienia. Jeżeli pozostaje w nas coś z naszych zamiarów, czyli gdy staramy się, co prawda iść za wolą Boga, ale jednak sobie coś rezerwujemy, to zamysł Boży nie może się w nas w pełni urzeczywistnić. Dopiero pełne i jednoznaczne posłuszeństwo Bogu owocuje darem jego życia, czyli zmartwychwstaniem. Zmartwychwstanie Jezusa jest manifestacją tej fundamentalnej prawdy. Odpowiedz Link
iktoto Homilia Wielki Czwartek 22.04.11, 07:48 Wielki Czwartek WP MSZA WIECZERZY PAŃSKIEJ Wj 12,1–8.11–14 1 Kor 11,23–26 J 13,1–15 Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem (J 13,15). Rozpoczynające się Triduum Paschalne stanowi zwieńczenie misji Syna Bożego w „postaci Człowieka”. W nim odsłania się prawda i sens Jego nauczania i wszystkich gestów. Podczas Ostatniej Wieczerzy przekazuje nam ostatnie słowa nauki. Później już niczego do niej nie doda. Pozostawi ją nam, posyłając Ducha Świętego, który ma nas „doprowadzić do całej prawdy”. Ostatnia Wieczerza rozpoczyna się bardzo wymownym gestem obmycia nóg uczniom. Ma on bardzo bogatą symbolikę. Przede wszystkim ta czynność należała do sługi, a właściwie nawet – do niewolnika. Jezus stawia się podczas Ostatniej Wieczerzy w sytuacji sługi. Jest to wyraz całej postawy Syna Bożego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu (Mk 10,45). Jest to wyraźne wskazanie na postać Sługi Jahwe z Księgi Izajasza. Poczynając od tego pierwszego gestu, wszystkie zapowiedzi proroków i samego Jezusa uzyskują w Triduum swoje konkretne wcielenie. Jego orędzie nie jest już jedynie mądrością, ale staje się rzeczywistością. Dlatego też nasza wiara nie odnosi się do myśli, idei, ale do żywej Osoby i jej czynu. Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie (Mt 7,21). Chrześcijaństwo jest religią wcielenia nie tylko w tym sensie, że Syn Boży stał się Człowiekiem, ale także w tym, że wiara musi się urzeczywistnić, wypowiedzieć w konkretnym czynie. Podczas Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus wzywa nas: Czyńcie to na moją pamiątkę (1 Kor 11,24). Odnosi się to wpierw do powtarzania Jego gestów właśnie wykonywanych – te gesty przecież streszczały i dopełniały całe Jego dzieło. Czynić to na Jego pamiątkę możemy konsekwentnie jedynie wówczas, gdy sami także będziemy postępowali tak, jak On postępował. Do tego właśnie nas wzywa na koniec dzisiejszej Ewangelii. Gest umycia nóg pokazuje, jak dalece trzeba się uniżyć, zrezygnować z chęci bycia ważnym. Postawa służby wyrastająca z pokory jest podstawą doświadczenia Jego życia, które było jednym wielkim uniżeniem się. Święty Piotr reaguje zgodnie z naszym myśleniem: jak może Pan umywać nogi słudze!? Ale zasada życia w królestwie Bożym jest zbudowana na zupełnie innej logice: Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony (Mt 23,12). Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich! (Mk 9,35). Pan Jezus głosił te zdania wcześniej na różne sposoby, ale jak widać, nie docierały one do słuchaczy. Niestety, tak jest i w naszym przypadku, ciągle nie słyszymy tego, co jest tak jasno powiedziane. Stąd potrzeba „wcielenia” słowa wpierw jako przykładu dla nas, a następnie jako osobistego doświadczenia. Każda Eucharystia jest przypomnieniem przykładu i jednocześnie wezwaniem do doświadczenia. Dopiero doświadczenie potrafi zmienić nasze myślenie, wartościowanie i w ten sposób wprowadzić nas w pełnię życia. Wielki Czwartek jest świętem naszego kapłaństwa, które polega na udziale w Jego kapłaństwie. Nie odnosi się to jedynie do kapłaństwa służebnego, ale i do tak zwanego kapłaństwa powszechnego, o którym najczęściej nie pamiętamy, a może nawet niewiele wiemy. Każdy przez chrzest stał się kapłanem Chrystusa. A Jego kapłaństwo polega na ofierze z siebie samego – z miłości i dla miłości. W tym duchu św. Brat Albert mówił, że „trzeba być dobrym jak chleb, z którego każdy może ukroić tyle, ile mu potrzeba”. Ta sentencja św. Brata Alberta, który nie był wyświęcony na kapłana (!), jest konsekwentnym wnioskiem z Eucharystii właściwie przeżywanej. Stanowi ona syntezę obu wezwań: do wchodzenia w misterium sakramentu – Czyńcie to na moją pamiątkę – i misterium służby – Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. Dopiero taka synteza daje pełny udział w Jego Duchu i życiu. Odpowiedz Link
iktoto Homilia środa w oktawie Wielkanocy 27.04.11, 12:56 Środa w oktawie Wielkanocy Dz 3,1–10 Łk 24,13–35 Nie mam srebra ani złota – powiedział Piotr – ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! (Dz 3,6). Jedna z anegdot średniowiecznych opowiada o papieżu, który zaprosił do siebie przyjaciela z młodości, mnicha. Ten nie chciał przyjść, ale ostatecznie pod presją usilnej namowy przybył na dwór papieski. Papież pokazał mu całe bogactwo i wspaniałość budynków i powiedział do niego: „Teraz już św. Piotr nie mógłby powiedzieć: nie mam srebra ani złota”. Mnich na to odpowiedział: „Ale też nie mógłby powiedzieć dalej: ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!”. Ta anegdota jest niezmiernie wymowna i stale aktualna. Doświadczenie zmartwychwstania jest w sposób szczególny związane z ubóstwem. Słowa św. Piotra mają niewątpliwie symboliczne znaczenie. Zdanie: „Nie mam… ale co mam, to ci daję…” streszcza prawdę Ewangelii i w sposób szczególny doświadczenie wiary w zmartwychwstanie. Dla uczniów chodzących z Jezusem ubóstwo było szczególnym doświadczeniem Bożej Opatrzności i jednocześnie przygotowaniem do bezinteresownego głoszenia Ewangelii. Pamiętamy radę, jaką Pan Jezus dał tak zwanemu „bogatemu młodzieńcowi”: Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną (Mk 10,21). W czasie działalności Pana Jezusa ubóstwo miało zatem duże znaczenie formacyjne. Było ono warunkiem prawdziwego pójścia za Jezusem. Po zmartwychwstaniu jednak odsłania się jego pełny sens, który dzisiejsze słowa św. Piotra wspaniale streszczają. Nie mam srebra ani złota – czyli nie mam niczego, co mógłbym ci dać jako dar z zewnątrz. Ale co mam, to ci daję – daję ci żywą więź osobową, komunię: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! Zasadnicza prawda o zmartwychwstaniu mówi, że nasze nowe życie jest udziałem w Jego życiu, nasze zmartwychwstanie jest udziałem w Jego zmartwychwstaniu. Czyli dokonuje się ono mocą komunii z Nim. Relacje przedmiotowe tracą swoje znaczenie. Już nie dzięki czemuś możemy żyć, ale dzięki Komuś i w Kimś otrzymujemy życie. Właściwie wszystkie spotkania ze zmartwychwstałym są przesycone osobową relacją. Wpierw i przede wszystkim widać to przez fakt objawiania się Zmartwychwstałego Jego przyjaciołom i bliskim. Aby zobaczyć i rozpoznać Zmartwychwstałego, trzeba było wejść w relację zawierzenia. Nawet św. Tomasz, który wcześniej deklarował sceptycyzm i rzeczowe badanie, przy spotkaniu nie potrzebował tego. Wyznał bez wahania: Pan mój i Bóg mój! (J 20,28). Dzisiejsza Ewangelia opowiada o doświadczeniu uczniów pełnych rezygnacji idących do Emaus. Rozpoznali oni Jezusa „przy łamaniu chleba”, w geście dziękczynienia i błogosławieństwa. Ten gest – być może całkowicie o nim już zapomnieliśmy, a w najlepszym przypadku stał się on dla nas gestem formalnym – ze swej istoty powierza nas i nasz pokarm Bogu. Posiłek przestaje być już zwykłym jedzeniem, ale staje się ucztą w obecności Pana, staje się przestrzenią spotkania z dobrocią Boga, na którą odpowiadamy naszą wdzięcznością w jedności z bliźnimi. Właśnie ta przestrzeń spotkania daje życie. Z perspektywy spotkania z Jezusem Zmartwychwstałym uczniowie wyrzucają sobie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? (Łk 24,32). Ewangelista pisze wcześniej, że oczy ich były niejako na uwięzi (Łk 24,16). Natomiast Pan Jezus zarzucał im: O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! (Łk 24,25). Nie tylko nie zawierzyli słowom proroków, ale nie uwierzyli słowom niewiast, które opowiedziały apostołom o zmartwychwstaniu. Zamknięci w swoim przedmiotowym realizmie nie byli w stanie rozpoznać Jezusa w bezpośredniej rozmowie. Podobne doświadczenie powtarza się w innych spotkaniach ze Zmartwychwstałym. Święty Mateusz pisze nawet: Jedenastu zaś uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili (Mt 28,16n). Niektórzy jednak wątpili, nie weszli w pełnię spotkania, brakło im zawierzenia. Dla nich to spotkanie nie było w pełni owocne. Dzisiaj, w epoce pooświeceniowej nosimy na sobie piętno sceptycyzmu i przedmiotowego podejścia do życia i do innych ludzi. Stąd prawda zmartwychwstania jest dla nas szczególnie trudna do przyjęcia. Odsłania się ona bowiem dopiero przez zawierzenie. Aby w nie wejść, potrzeba ogołocenia ze wszystkiego, co wydaje się nam, że posiadamy. Dopiero w pełnym ubóstwie wszystko, co mamy, jest darem pochodzącym od Boga. Wówczas realizuje się pełna komunia: wszystko, co nasze, jest Jego, a Jego jest nasze. Mocą tej komunii św. Piotr uzdrowił chorego. Także mocą tej komunii zmartwychwstaniemy, bo nie jest możliwe, aby ci, którzy są w komunii z Bogiem – źródłem życia, stali się martwi. Odpowiedz Link
iktoto Homilia Czwartek w oktawie Wielkanocy 28.04.11, 15:56 Czwartek w oktawie Wielkanocy Dz 3,11–26 Łk 24,35–48 Kolejne zderzenie rzeczywistości zmartwychwstania ze zwykłą doczesnością. Różnica nie sprowadza się do różnicy pomiędzy ciałem i duchem, co byłoby dla nas łatwiejsze do uchwycenia. Pan Jezus mówi swoim uczniom wyraźnie: Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam (Łk 24,39). Na dowód tego kazał sobie podać coś do jedzenia. Pokazał im, że jego ciało jest rzeczywistym ciałem. Jednak nie jest ono takie, jakiego sami doświadczamy. Pan Jezus pojawiał się niespodziewanie i niespodziewanie znikał. Wydawało się, jak gdyby jego ciała nie obowiązywały zwykłe prawa. Jednak z naciskiem podkreślał, że jest ono prawdziwym ciałem. Później to samo będzie podkreślał św. Paweł. Gdyby nie było zmartwychwstania ciała, ale jedynie jakaś przemiana naszego istnienia w istnienie duchowe, nie byłoby dla Greków problemu. Tego pragnęli i oczekiwali filozofowie. Jednak zmartwychwstanie wprowadza nas w inną rzeczywistość. Dla nas zdumiewającą. Paradoksalnie jednak zarówno Pan Jezus w Ewangelii, jak i św. Piotr w Dziejach Apostolskich dziwią się, że inni się dziwią: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? (Łk 24,38). Mężowie izraelscy! Dlaczego dziwicie się temu? (Dz 3,12). Rzeczywistość, jaką objawia zmartwychwstanie Pana, jest w pewnym sensie oczywista. Dlatego właśnie swoista pretensja skierowana do słuchaczy. Aby ją zrozumieć, trzeba się nawrócić, czyli zmienić sposób patrzenia. W Ewangelii Pan Jezus wypowiada pretensję, że jego adwersarze nie uwierzyli słowom proroków. Podobnie w pierwszym czytaniu pojawia się motyw braku wiary w zapowiedzi proroków. Kluczem do zrozumienia tajemnicy zmartwychwstania jest Słowo Boże autentycznie przyjęte. Tak, wydaje się, było w przypadku Najświętszej Marii Panny. Elżbieta powiedziała do Niej: Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana (Łk 1,45). W Ewangeliach nic nie czytamy o ukazaniu się Pana Jezusa Matce. Nie było to potrzebne, bo Ona wierzyła słowom, jakie On powiedział. Podobnie św. Jan, pierwszy, który uwierzył w zmartwychwstanie, nie widział jeszcze Zmartwychwstałego, ale uwierzył, gdy zobaczył w pustym grobie płótna odpowiednio złożone: ujrzał i uwierzył. Stało się to dzięki słowom wcześniej słyszanym od Mistrza, który swoje zmartwychwstanie zapowiadał trzykrotnie. Ujrzał i wówczas zrozumiał sens i znaczenia słów zapowiadających te wydarzenia. To jest także nasza droga do doświadczenia prawdy o zmartwychwstaniu. Eucharystia jest najbardziej właściwym miejscem takiego doświadczenia. Rozpoczyna się ona liturgią słowa, czyli wsłuchaniem się w Słowo Boże zakończone homilią, która odsłania i aktualizuje sens tego Słowa na dziś. Sama liturgia eucharystyczna natomiast daje udział w spotkaniu ze Zmartwychwstałym, który się nam daje w postaci Chleba i Wina. Możemy w nie wejść przez wiarę w prawdziwość wcześniej usłyszanego słowa. Odpowiedz Link
iktoto Homilia Piątek w oktawie Wielkanocy 28.04.11, 15:57 Piątek w oktawie Wielkanocy Dz 4,1–12 J 21,1–14 W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka … (Dz 4,10). Podczas Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus zapowiedział uczniom: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna (J 16,23n). Scena z Dziejów Apostolskich pokazuje, jak ta zapowiedź się spełnia. Wszystko, czego uczniowie dokonują, dzieje się w imię Jezusa, czyli przez odwołanie się do Niego samego. W istocie On to sprawia. Ważne są w tym względzie dwa momenty. Wpierw „w imię” oznacza, że nie dokonali tego Apostołowie własną mocą czy własną wiedzą. Nie oni są sprawcami, ale Jezus z Nazaretu. Przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy (Dz 4,10) – powiedział przed Sanhedrynem św. Piotr. Bardzo częstym błędem naszej postawy jest mniemanie, że „ja muszę coś sam zrobić”, „ja muszę okazać się…” „sam muszę się uzdrowić…”. W życiu duchowym taka postawa ma bardzo tragiczne skutki. Zazwyczaj kończy się klęską. Im bardziej człowiek się upiera przy tym przekonaniu, tym trudniej rzeczywiście otworzyć się na działanie Boga w nim. Jeżeli w nas coś się prawdziwie dokona, to nie dzięki naszej sile, ale jedynie Jego mocą. Sam początek naszego życia chrześcijańskiego rozpoczyna się chrztem: „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”. Ten początek zawiera w sobie streszczenie całej drogi. Tylko w imię Trójcy Świętej może się coś w nas dokonać. Z uznania tej prawdy wynika pokorna świadomość własnej słabości, a przez nią otwartość na Boga i Jego natchnienia, aby rozpoznać Boże wezwania. Jeżeli nam się wydaje, że wiemy, na czym polega życie duchowe, jakimi powinniśmy być, to w swoim dążeniu grozi nam bezwzględność i bezduszność, a tym samym brak prawdziwej więzi z Bogiem. Po drugie uzdrowienie nie dokonało się za przyczyną czegoś, czy to jakiegoś środka, np. farmakologicznego, czy jakiejś praktyki terapeutycznej, ale przez odwołanie się do Kogoś. Moc lecząca bierze się z zawierzenia Osobie. Motyw zawierzenia stanowi podstawę objawienia biblijnego. Wszystko w Biblii wskazuje na wiarę i jej moc zbawczą. To przez wiarę Abraham stał się ojcem wierzących. W Ewangelii w polemice z saduceuszami, którzy nie wierzą w zmartwychwstanie, Pan Jezus argumentował za zmartwychwstaniem, odwołując się do sceny objawienia się Boga w krzaku ognistym. Zasadniczy argument Pana Jezusa brzmi: A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa „O krzaku”, gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest [Bogiem] umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla niego żyją (Łk 20,37n). Życie bierze się nie z czegoś, ale z więzi z Bogiem, z żywej relacji osobowej. Taką mocą Jezus został wskrzeszony przez Ojca i my także Jego mocą otrzymamy nowe życie. Nasza wiara ze swej istoty jest zawierzeniem Osobie Jezusa zmartwychwstałego, co wprowadza nas w zupełnie inny sposób postrzegania rzeczywistości. W zderzeniu z naszym naturalnym doświadczeniem wydaje się ona dziwna. Wskazuje na to tajemnicze zdanie na końcu dzisiejszego fragmentu Ewangelii: Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: Kto Ty jesteś? bo wiedzieli, że to jest Pan (J 21,12). Jeżeli było to oczywiste, to skąd problem ewentualnego pytania Go, kim jest? To zdanie ewangelisty wskazuje na różnicę dwóch rzeczywistości: naturalnego doświadczenia opartego na rzeczowym spojrzeniu oraz spotkania ze Zmartwychwstałym. Uzdrowienie z choroby z dzisiejszego pierwszego czytania jest znakiem ożywiającej mocy wypływającej z Chrystusa zmartwychwstałego. Odpowiedz Link
iktoto Homilia Sob w oktawie Wielkanocy 29.04.11, 20:46 Sobota w oktawie Wielkanocy Dz 4,13–21 Mk 16,9–15 Rozsądźcie, czy słuszne jest w oczach Bożych bardziej słuchać was niż Boga? (Dz 4,19). To pytanie jest bardzo ważne i aktualne do dzisiaj. W istocie jest to pytanie o odwagę cywilną. Aby być uczniem Chrystusa, trzeba mieć odwagę dawania świadectwa prawdzie. Taką postawę prezentują Piotr i Jan przed Sanhedrynem. Nie chodzi w niej o forsowanie swoich pomysłów ani tym bardziej o demonstrowanie swojej niezależności i nieposłuszeństwa. Często krytyka innych służy uzasadnieniu własnego nieposłuszeństwa i pokazania się lepszym, mądrzejszym... To nie ma nic wspólnego z prawdą i Ewangelią. Na czym polega świadectwo prawdzie? Przede wszystkim trzeba samemu pozwolić, by prawda w nas przemówiła. Nie jest to łatwe, bo prawda o nas samych bywa dla nas trudna. Pozwolić przemówić w nas prawdzie oznacza w istocie zgodę na słuchanie głosu sumienia. To jednak wymaga odwagi. Jednak tylko w prawdzie można spotkać się z Bogiem. Można nawet powiedzieć, że jedynie podejmując prawdę, wchodzimy w autentyczny dialog z Nim. Ten dialog jednak domaga się dawania świadectwa o prawdzie. Musimy się zdecydować, co jest dla nas ważniejsze: Bóg czy ludzie i ich opinie. Bojaźń Boża czy lęk przed ludźmi? Lęk paraliżuje, prowadząc czasem do skrajnych sytuacji. I tak rada przesłuchująca Apostołów bała się, aby nie rozeszła się wśród ludu Ewangelia, aby nie uwierzył on, a następnie odrzucił autorytet Sanhedrynu. Jednak chyba w odniesieniu do prawdy najlepiej można doświadczyć słów Jezusa mówiących o lekkości Jego brzemienia i słodkości jarzma (zob. Mt 11,30). Dopiero kiedy sami uznamy trudną prawdę o sobie, możemy przekazać w umiejętny sposób innym prawdę o nich samych. Ewangelia mówi, jak to trzeba robić: wpierw trzeba ją wypowiedzieć w cztery oczy, do czego najczęściej brak nam odwagi, następnie przy świadkach, a potem dopiero wobec Kościoła. U nas, niestety, najczęściej zaczyna się od mówienia o innych pod ich nieobecność. Musimy pamiętać, że jest to grzech obmowy i to czasem ciężki. Ciężar zależy od miary odebranego dobrego imienia. Nie mówimy przy tym o grzechu oczernienia, który polega na mówieniu wymyślonego zła o innych, co niestety także jest u nas dosyć częstym zjawiskiem. Plotkowanie prowadzi najczęściej do irytacji i gorszenia się, a to pozostawia po sobie wewnętrzne zgorzknienie i niesmak w sercu, które niszczą nas samych, szczególnie nasze życie duchowe. Ewangelia pokazuje jednocześnie, jak prawda, którą przyniosło zmartwychwstanie Chrystusa, była całkowitym zaskoczeniem dla uczniów i „nie do uwierzenia” dla „normalnego” człowieka. Stąd świadectwo prawdzie nawet w środowisku przyjaciół bywa odrzucane. Jednak prawda ostatecznie się sama broni i odsłania. Czasem trzeba na to wielu lat. Niemniej na ziemi nie istnieje żadna wartość, która by nas miała powstrzymać od dawania świadectwa prawdzie, którą jest Jezus Chrystus. On sam mówi o sobie, że jest prawdą i drogą, i życiem. Dawać świadectwo prawdzie oznacza tym samym: iść drogą, którą jest On sam, do życia, które jest w Nim. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 2 Czw OW 05.05.11, 07:21 2. Czwartek OW Dz 5,27–33; Ps 34 J 3,31–36 Kto przyjął Jego świadectwo, wyraźnie potwierdził, że Bóg jest prawdomówny (J 3,33) Tekst Ewangelii staje się zrozumiały w kontekście prawdy widzianej w relacjach osobowych. Nauka głoszona przez Chrystusa jest świadectwem, a nie wykładem o jakichś abstrakcyjnych prawdach, jest głoszeniem objawienia, a nie odkryć naukowych czy prawd moralnych. Dlatego właśnie jedyną właściwą odpowiedzią człowieka jest zawierzenie, a nie proste przyjęcie wiedzy, zrozumienie intelektualne. Zawierzając, stawiamy na to, że jest to prawda niezawodna. Zrozumienie postępuje za zawierzeniem i jest zawsze tylko cząstkowe, niepełne. Sama prawda jest bowiem tak głęboka, że przerasta nasze pojmowanie. Możemy jedynie w nią być stopniowo wprowadzani. I tylko w tym kontekście sensowne jest zdanie: Kto przyjął Jego świadectwo, wyraźnie potwierdził, że Bóg jest prawdomówny (J 3,33). Zauważmy , że to zawierzenie stanowi całkowite przeciwieństwo zwątpienia w dobroć Boga, jakie jest istotą grzechu pierworodnego. Cały dramat człowieka rozgrywa się pomiędzy zawierzeniem Bogu a zwątpieniem. Tutaj odnajdujemy właściwą płaszczyznę naszej służby w Kościele. Jeżeli sprowadzamy ją do walki o prawdę w kategoriach wiedzy, doktryny, intelektualnej poprawności, o co niewątpliwie też trzeba walczyć, ale niejako na drugim planie, to wówczas wikłamy się w spory doktrynalne, ideologiczne, a zapoznajemy to, co najważniejsze. W ten sposób doszło do ogromnego zgorszenia, jakim jest rozpad chrześcijaństwa na wrogie sobie Kościoły. Dzięki Bogu dzisiaj powoli te antagonizmy się zmniejszają. Jan Paweł II miał w tym swój bardzo znaczący udział. Niemniej rozdarcie Kościoła jest tragedią. Ono wręcz przeczy wiarygodności głoszonego orędzia. Pan Jezus przecież wobec swoich uczniów błagał Ojca, by tak się nie stało, co w tej sytuacji było dla nich gorącym poleceniem: Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał (J 17,20n). Widzimy, że podstawą jedności jest wiara w Niego. Dzisiejsza Ewangelia mówi: Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w Jego ręce. Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz gniew Boży nad nim wisi (J 3,35n). Tutaj znowu pojawia się wątek sądu, który nie polega na osądzaniu przez Syna, ale na wierze w Niego lub jej braku. Człowiek w ten sposób sam się osądza. Co znaczy wierzyć w Syna? To znaczy przede wszystkim wierzyć, że On rzeczywiście jest posłany przez Boga-Ojca i że „Bóg aż tak umiłował świat, że Syna swojego dał” – o czym czytaliśmy wczoraj. Bóg jest miłością i jego miłość do nas jest całkowicie bezinteresowna i do końca. Prawda całkowicie przeczy pokusie, za którą poszedł człowiek w raju, co niestety jest bardzo głęboko zakorzenione w naszym sercu. Mówimy o misterium nieprawości mieszkającym w nas. Jest ono głębsze, niż sobie wyobrażamy. Sami nie możemy przezwyciężyć własnej nieprawości. Potrzebna jest łaska i to od samego początku, od samego rozpoznania sytuacji, od poruszenia woli. Wyzwalanie się z niewoli jest procesem. Najważniejszy jest moment uznania zasadniczej prawdy i wiara w Chrystusa. Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne. Okazuje się jednak, że to jest początek i trzeba iść dalej. Wiara pozostaje stałą przewodniczką. I właściwie ona, a nie osiągnięcie szczytów doskonałości decyduje o zbawieniu. To jej, a nie jakiejś miary porządności, osiągnięć duchowych oczekuje od nas Pan. Dramat dzisiaj polega na tym, że wielu uważa, że coś osiągnęli i starają się odnaleźć swoją wartość od strony religijnej w osiągnięciach. To jednak nie jest zgodne z prawdą wiary. Święty Jan od Krzyża mówił: Jeżeli mamy dojść, dokąd nie wiemy, to musimy iść drogą, której nie znamy, i potrzebujemy przewodnika, któremu musimy się bezwzględnie powierzyć. To właśnie jest wiara, czyli zawierzenie osobie. Pamiętamy scenę z bogatym młodzieńcem. Pan Jezus jako warunku wstępnego wymaga spełniania przykazań, ale gdy ktoś pragnie iść dalej, to wymaga zawierzenia Jemu samemu: Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną! (Mk 10,20). Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne. Ten wybór zawierzenia, prawdziwy wybór – w odniesieniu do bogatego młodzieńca wyraził się żądaniem „sprzedania wszystkiego, co posiadał” – już nam daje życie wieczne. Nie jest ono jedynie oczekiwane, nie tylko do niego idziemy, ale jest nam już dane. Na tym polega niesamowita prawda, misterium życia chrześcijańskiego: już jesteśmy, ale jeszcze się nie okazało, czym będziemy (por. 1 J 3,2). W tym przejawia się misterium życia sakramentalnego. Przez sakramenty mamy już udział w życiu, ale przecież ciągle tego życia pożądamy i do niego dążymy. Na tym także polegają błogosławieństwa. Pan Jezus mówi: Błogosławieni ci, którzy…, zatem już są szczęśliwi, pełni życia, a przecież doznają prześladowania, płaczą, są biedni itd. Nasze prawdziwe życie jest już ukryte Chrystusie zmartwychwstałym. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 2 Pt OW 05.05.11, 22:08 2. Piątek OW Dz 5,34–42; Ps 37 J 6,1–15 Zostawcie tych ludzi i puśćcie ich! Jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć, i oby się nie okazało, że walczycie z Bogiem (Dz 5,38n). W obu czytaniach ukazuje się różnica pomiędzy tym, co ziemskie i według ludzkiego wyobrażenia, a tym, co Boże. Jeżeli przyjrzymy się arcykapłanom i Sanhedrynowi, to przecież orędzie, jakie słyszeli od uczniów Jezusa, nie musiało ich wcale przekonywać. Gdyby dzisiaj ktoś podobnie głosił orędzie o zmartwychwstaniu kogoś, kogo nie widzieliśmy zmartwychwstałym, to przecież nie budziłoby to od razu naszej wiary. Tym bardziej że sami uczniowie przecież także nie uwierzyli na słowo niewiast, a św. Tomasz nawet nie uwierzył relacji swoich współtowarzyszy! Tym bardziej wysoko postawieni urzędnicy, którzy mieli swoje zmartwienia polityczne, byli uwikłani w układy i walkę o znaczenie. W ich odbiorze każda nowa sekta rozbijała i tak już nadwątloną jedność narodu. Pragnienie zlikwidowania jej było zatem w perspektywie społeczno-politycznej czymś dla nich najbardziej pożądanym. Z kolei pragnienia ludu, by mieć mesjasza, który potrafi mu dać chleba, zaspokoić podstawowe ludzkie pragnienia, tym bardziej było dobrym pragnieniem. Jak patrzeć, aby widzieć jasno Boże ścieżki, realizować Jego zamysły? Nie jest to oczywiste. Kiedy się przyjrzeć rozmaitym fanatykom, to uważają oni, że dla słusznej sprawy powinni głosić swoje przekonania i czynem dawać im wyraz . Słyszałem np. o tym, jak znany polityk z pierwszego okresu Solidarności, będąc na Triduum w pewnym domu rekolekcyjnym, został przez jakąś kobietę, także gościa na Triduum, opluty w refektarzu. Pewnie zrobiła to ona z całym przekonaniem, że dokonuje czynu sprawiedliwego, wyrażając pogardę dla kogoś, kogo uważała za zdrajcę idei Solidarności i Polski. Nie można tego incydentu skwitować prostym powiedzeniem, że to „nawiedzona kobieta”. Kiedy się zastanawiamy nad tym, to wcale nie mamy pewności, że to ona jest nawiedzona, a my jesteśmy normalni. W jej subiektywnej ocenie jest dokładnie odwrotnie. I właściwie każdy ma podobne subiektywne mniemanie o sobie. Dosyć jednoznacznie wypowiedział to kiedyś w przypływie szczerości kolega na studiach : „Widzisz, na naszym wydziale nie widzę normalnego człowieka. Poza mną nie widzę nikogo normalnego”. Przy czym on sam był niesamowitym oryginałem. Gamaliel daje nam dobrą mądrościową radę rozpoznawania tego, co Boże: dzieło Boże przetrwa mimo śmierci swojego inspiratora i założyciela. Jest to niewątpliwie światło, ale światło, które nie jest dla nas dzisiaj takie jednoznaczne. Ile sekt przetrwało śmierć ich założycieli oraz prześladowania. Czy oni jednak są prawdziwymi wyznawcami Boga, czy ich działalność jest zgodna z wolą Boga? Mam poważne wątpliwości. Być może, potrzeba o wiele dłuższego czasu? Rada Gamaliela wyrasta z ogólniejszej zasady: „po owocach poznacie”, jaką daje nam Pan Jezus w Ewangelii. Jakie są owoce Ducha, wiemy od św. Pawła z Ga 5,22n: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. To są owoce przyjęcia Ducha, owego Bożego patrzenia. Wydaje się, że zasadniczy błąd zarówno arcykapłanów, Sanhedrynu, jak i ludzi, którzy doświadczyli rozmnożenia chleba polegał na tym, że za bardzo byli związani z własną perspektywą. A Bóg przychodzi z czymś zupełnie innym. Sztuka otwierania się na tę inność jest mądrością życia w Bogu. Przez to, że uczymy się inaczej patrzeć, troski tego świata nie przygniatają nas tak bardzo. Stąd rodzi się pokój i radość. Inaczej w przypadku kobiety, która opluła znanego polityka, widać w niej nienawiść i agresję, które według św. Pawła rodzą się z ciała, a ono jest przeciwieństwem Ducha. Istnieje zupełnie inna perspektywa, inne życie według ciała, a inne według Ducha. Życie według Ducha nie jest konkurencją dla tego, co jest tutaj, nie jest alternatywą, o którą trzeba walczyć z wyznawcami jakiejś innej drogi czy ideologii. To życie jest czymś najbardziej oczywistym, a jednocześnie jest tutaj ukryte w zwykłym życiu. Jest jakby zapomniane, nieuświadomione , mimo tego że najbardziej oczywiste i proste. Aby je zobaczyć, trzeba mu zawierzyć i realnie je podjąć. Nie jest ono bowiem czymś do podziwiania, ale do życia. Zawsze obowiązuje w nim zasada: jeżeli chcesz, to zacznij żyć. Tak proste, a tak trudne do podjęcia dla nas spętanych niezliczonymi niewidzialnymi więzami. Nie trzeba o to życie walczyć z innymi czy zwalczać w jego imię propozycji podawanych przez innych ludzi. Nie da się go także wprowadzić w życie społeczne żadnym dekretem czy zabiegami społeczno-gospodarczymi. Ono jest po prostu obecne tu i teraz jako możliwość do zrealizowania w każdym naszym geście: Jeżeli chcesz, możesz stać się bliźnim dla drugiego! A stając się bliźnim dla drugiego, staniesz się bratem Jezusa, Syna Bożego. Tego życia nie da się jednocześnie przenieść na rodzaj ideologii czy scenariusz sposobu życia na świecie. Nie da się go „zrobić”, bo ono po prostu jest życiem Bożym, które od nas wymaga jedynie całkowitego oddania się w geście zawierzenia. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 2 Sob OW 07.05.11, 20:24 2. Sobota OW Dz 6,1–7; Ps 37 J 6,16–21 To Ja jestem, nie bójcie się! Spokój, z jakim Pan Jezus mówi te słowa, odsłania prawdziwą relację Boga do nas. Sama scena jest tutaj bardzo wymowna: ciemności, wzburzenie jeziora, borykanie się uczniów z przeciwnymi falami i na tym tle postać kroczącego po falach Jezusa. Kiedy się zbliża, nie tylko nastaje wyciszenie, ale od razu przybicie do drugiego brzegu. Burza, trudy... to wszystko rozgrywa się na płaszczyźnie naszego zmagania się z siłami natury i w relacjach pomiędzy ludźmi, całkowicie zatopionymi w tym, co przeżywają na świecie. Kiedy świat nas przygniata, można całkowicie ulec tej presji i nosić w sobie taką burzę. Postać Jezusa krocząca po falach ukazuje, że istnieje coś innego, coś przekraczającego to, co tylko naturalne. W tym wymiarze istnieje spokój, bezpieczeństwo. Tym bezpieczeństwem jest On, Syn Boży. Ta scena wspaniale ilustruje sytuację po zmartwychwstaniu. Otóż nasze życie „w cieniu i mroku śmierci” jest pełne lęku, właśnie takiego, jakiego doznawali uczniowie w łodzi. Chrystus Zmartwychwstały jest uspokojeniem i drogą do „drugiego brzegu”. On swoim pojawieniem się wszystko ucisza. Tak było z bólem Marii Magdaleny, z uczuciem rezygnacji uczniów z Emaus, z załamaniem apostołów. Zmartwychwstały, przychodząc, wszystko ucisza. Świat i życie na nim zaczynają wyglądać zupełnie inaczej. To przybicie do brzegu ilustruje chrześcijańskie: „już, choć jeszcze nie”. Wydaje się, że zbyt mocno przejmujemy się owym „jeszcze nie”. Stąd jakieś pretensje, żale... A przecież „już” otrzymaliśmy życie w Zmartwychwstałym, już jesteśmy jego uczestnikami i od nas zależy, na ile będziemy z niego korzystać. Tutaj, na ziemi, oznacza to przede wszystkim: będziemy według jego dynamiki żyli. Niezmiernym zagrożeniem dla nas jest sprowadzenie naszej wiary do idei. Może szlachetnej, która nas zachwyca i być może inspiruje, ale jednak tylko idei. A wiara to przede wszystkim życie tym, czemu zawierzamy. Papież Jan Paweł II był człowiekiem, który żył wiarą, żył treścią wiary, wprowadzając ją w swoje życie, a nie jedynie głosząc piękne słowa . I chyba dlatego jego śmierć przyniosła taką niesamowitą reakcję ludzi. Wszyscy wiedzieli, że odchodzi do domu Ojca. Doświadczenie jego umierania było pełne powagi i pokoju. Jego odejście mówi też bardzo dużo o nas samych. Wpierw o tęsknocie za życiem wiarą, a nie jedynie ślizganiem się po jego powierzchni, a także o potrzebie ojca na drodze wiary. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 3 Nd A OW 07.05.11, 20:25 3. Niedziela A OW Dz 2,14.22–28; Ps 16,1–2.16–7.22–23 1 P 1,17–21 Łk 24,13–35 Przedziwne są spotkania ze Zmartwychwstałym. Zawsze pojawia się w nich problem rozpoznania Go. W scenie z uczniami z Emaus Ewangelista pisze: Lecz oczy mieli niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali (Łk 24,16). Aby zobaczyć i rozpoznać Jezusa Zmartwychwstałego, trzeba mieć oczy do patrzenia, trzeba odpowiedniej zdolności widzenia. W tym leży chyba przyczyna, dla której Pan Jezus nie ukazał się ani faryzeuszom, ani uczonym w Piśmie czy arcykapłanom, ani Rzymianom. Pan Jezus po swym zmartwychwstaniu ukazał się nie całemu ludowi, ale nam [czyli apostołom i uczniom], wybranym uprzednio przez Boga na świadków, którzyśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu (Dz 10,40n). Harmonizuje to bardzo z Jego wcześniejszymi wypowiedziami odnoszącymi się do potrzeby uwierzenia i usilnego szukania: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam (Łk 11,9). Aby otrzymać udział w zmartwychwstaniu, trzeba tego pragnąć i zawierzyć. O ile nikt z nas nie wybierał sobie miejsca i czasu swojego narodzenia do obecnego życia, nikt nie wybierał rodziny, swoich zdolności itd., o tyle przy nowym narodzeniu do życia w zmartwychwstaniu nasz wybór ma znaczenie decydujące: Kto uwierzy w Syna, ma życie wieczne (J 3,36). Zobaczmy, jakie mieli trudności uczniowie z Emaus. Już znali naukę Jezusa, byli świadkami Jego cudów, postawy życiowej, znali obietnice i zapowiedzi, a ponadto już rano usłyszeli relacje kobiet o pustym grobie i spotkaniu ze Zmartwychwstałym, a jednak nie uwierzyli. Ponadto sam Pan Jezus przyłącza się do nich i idzie z nimi, wyjaśnia im Pisma – robi zatem to samo, co robił dosłownie kilka dni wcześniej! I dalej nie rozpoznają Go i nie rozumieją, co się stało, mimo tego że mówi im o sobie samym i konieczności zmartwychwstania Mesjasza. Patrzą na Niego, a nie widzą! Mogło to być możliwe jedynie przy całkowicie innym wyglądzie Zmartwychwstałego. Był tym samym, ale nie takim samym. Zazwyczaj zmartwychwstanie kojarzymy z powrotem do życia, jak to było z Łazarzem czy synem wdowy z Nain albo córką Jaira. Zmartwychwstanie jednak nie jest powrotem do życia takiego, jakie znamy, ale wejściem w nowe życie. Śmierć jest przejściem, paschą, do nowego życia, nowego stworzenia. Dlatego między innymi Pan Jezus mówi do Marii Magdaleny: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca (J 20,17). Jaki sens ma wypowiedź św. Piotra z dzisiejszego drugiego czytania: Wy przez Niego uwierzyliście w Boga, który wskrzesił Go z martwych i udzielił Mu chwały, tak że wiara wasza i nadzieja są skierowane ku Bogu (1 P 1,21)? Święty Piotr pisał to do Żydów, którzy przecież wierzyli w Boga, poganie także jakoś wierzyli, a św. Jakub napisał, że nawet złe duchy wierzą i drżą (Jk 2,19). Co zatem znaczy: przez Niego uwierzyliście w Boga, czyli przez Jego zmartwychwstanie uwierzyliście? Czym się różni ta wiara od wiary Żydów i pogan? Przede wszystkim wiara w zmartwychwstanie Chrystusa daje nam konkretną perspektywę i cel naszego zawierzenia Bogu. Izraelici wierzyli w Boga, zawierzali Mu, wiedzieli, że On wszystko może, ale nie byli w stanie zrozumieć, że Jego miłość do człowieka jest tak wielka, że nawet swojego Syna wydał za nas. Przy czym to wydanie Syna nie było jedynie ogromnym poświęceniem, ale jednocześnie objawieniem prawdy życia, które jest miłością aż do oddania życia za przyjaciół. Bóg w Chrystusie objawił nam, że jest Ojcem, który daje nam życie nowe. Stąd pojawia się w sercu nadzieja na życie bez śmierci i to nie tylko w tym sensie, że nie kończy się ono śmiercią, lecz także w tym sensie, że nic w tym życiu nie przyćmiewa radości samego życia, nie ma żadnego umierania tego, co piękne i wspaniałe. Różnicę między wiarą Żyda a chrześcijanina może najlepiej ukazuje przykład św. Piotra. Przecież jako Żyd wierzył w Boga i wybranie swojego narodu. Chodząc z Panem Jezusem, słuchał Jego nauki, przyjmował ją, wierzył, że Jezus jest Mesjaszem! Mało tego, deklarował swoją gotowość pójścia na śmierć z Nim. Jednak gdy przyszło doświadczenie paschalne, załamał się, zwątpił i zaparł się swojego Mistrza trzykrotnie. W pierwszym dzisiejszym czytaniu jednak spotykamy tego samego św. Piotra, który ze spokojną odwagą mówi publicznie: Jezusa Nazarejczyka, męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał wśród was, o czym sami wiecie, tego Męża, który z woli, postanowienia i przewidzenia Bożego został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście (Dz 2,22n). To głosi ten sam Piotr, ale już po spotkaniu Zmartwychwstałego i po Zesłaniu Ducha Świętego. Zmartwychwstanie zupełnie zmienia perspektywę patrzenia także na Boga. Bóg rzeczywiście jest z nami! Pojawia się nowa nadzieja, nowa radość życia. A jak można spotkać Zmartwychwstałego w naszym życiu? Warto rozważyć spotkanie ze Zmartwychwstałym owych dwóch uczniów z Emaus. Nie rozpoznali Go w drodze, gdy im Pisma wyjaśniał. Dopiero gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go (Łk 24,30n). W Eucharystii powtarzamy ten sam gest, gest Jezusa Chrystusa i On sam staje się obecny wśród nas. Podczas komunii spotykamy się z Nim, przyjmując Go. Jest to ten sam gest, to samo misterium i trzeba jedynie wiary w realność tego gestu, prawdziwego zawierzenia, że On się nam daje aż po śmierć. Tę wiarę wyznajemy w najkrótszym wyznaniu, przyjmując komunię: Amen, to znaczy: „to jest niezawodna prawda, absolutnie pewna, niech się ona we mnie wypełni”. Z tego zawierzenia wyrasta nasze nowe życie. Oby ono stawało się rzeczywistością w nas, a nie jedynie deklaracją bez pokrycia w życiu. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 8.05. 08.05.11, 22:57 8.05. – Świętego Stanisława, męczennika Dz 20,17–18a.28–32.36 Rz 8,31b–39 J 10,11–16 Wspomnienia męczenników przypominają nam tę zasadniczą prawdę, że na ziemi rozgrywa się nieustannie walka duchowa. Niestety, często nie uświadamiamy sobie tego albo jeżeli już, to wiemy, lecz zapominamy i żyjemy tak, jak gdyby życie było mniej lub bardziej przyjemną sielanką. Do podstawowego oręża Wroga należy fałszowanie istoty walki. Sprowadza się ją do konkretnych sporów pomiędzy ludźmi. Podsycana nienawiść wzajemna powoduje, że obie strony stają się narzędziami w ręku Złego. Walka toczy się pomiędzy siłami zła i dobra, na wyżynach niebieskich (zob. Ef 6,12). Świadomość tej prawdy jest niezmiernie ważna. W jej świetle możemy dopiero zrozumieć niektóre wydarzenia w naszym życiu i właściwie wobec nich się zachować. Sama walka duchowa była lepiej lub gorzej uświadamiana przez ludzi, jednak jej pełny sens ujawnił się dopiero po przyjściu na świat Syna Bożego. Przede wszystkim okazało się, że Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności (1 J 1,5), że jest On po stronie człowieka do tego stopnia, iż sam stał się Człowiekiem. I nie tylko to, ale jeszcze oddał za nas swoje życie, nabywając nas na swoją własność własną krwią. Stąd powinna wynikać nasza niezachwiana ufność: Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować? (Rz 8,31n). Niemniej Bóg jest z nami, jeżeli my jesteśmy z Nim. To znaczy, jeżeli prawdziwie idziemy Jego ścieżkami. Dlatego pierwszym i podstawowy frontem naszej duchowej walki jest wierność Bogu. Ta walka rozgrywa się zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym. Dzisiaj obchodzimy uroczystość świętego Stanisława, biskupa męczennika, który życie oddał za wierność swojej posłudze . Znał on doskonale prawdę, że wszelka nienawiść i zemsta stają się orężem w ręku Złego niezależnie od tego, jakie racje polityczne czy moralne stoją u ich podstaw. Jedynym zwycięstwem wobec narastającej agresji jest nieodpowiadanie złością na doznawane zło. Wpierw i przede wszystkim nie można samemu ulec złu, które chce się wedrzeć do serca. Tylko wtedy naprawdę można zło zwyciężyć dobrem. Niestety, czasem oznacza to, że trzeba umieć oddać swoje życie w imię obrony dobra. Tak było w przypadku Pana Jezusa i tak przez wieki było w przypadku innych męczenników, którzy oddawali swoje życie w imię wierności Jego nauce . U nas śmierć św. Wojciecha przyniosła konkretny owoc w postaci powołania metropolii w Gnieźnie i innych diecezji polskich. Śmierć św. Stanisława natomiast prowadziła do pogłębienia wiary w Polsce. Dla uczniów Chrystusa zasadniczym orężem walki właściwie jest Ewangelia, słowo Boże o wyzwoleniu. Święty Paweł, żegnając się ze swoimi uczniami, błogosławi ich: Polecam was Bogu i słowu Jego łaski, władnemu zbudować i dać dziedzictwo ze wszystkimi świętymi (Dz 20,32). Świadectwo życia pokazuje, że to słowo Boże nie jest jedynie wspaniałą ideą, ale dla prawdziwie wierzących jest najwyższą wartością, jest dla nich prawdą życiową, która jednocześnie daje moc i nadzieję sięgającą poza śmierć. W obliczu duchowej walki liczy się przede wszystkim świadectwo życia. Kompromis ze złem czy to w postaci kłamstwa, czy w postaci politycznej uległości dla uzyskania „większych możliwości działania”, staje się zdradą samej Ewangelii. Natomiast świadectwo życia aż do męczeństwa przynosi owoc w przyszłości. Odpowiedz Link
iktoto homilia 3 Wt OW 10.05.11, 16:37 3. Wtorek OW Dz 7,51–59;8,1 J 6,30–35 Rozbieżności i konfliktów ciąg dalszy. Tym razem przyjmują one w pierwszym czytaniu tragiczny obrót: Szczepan został zabity przez swoich wrogów. Zatwardziałość serca zdecydowanie kroczy w kierunku nienawiści i zbrodni. Taki dramatyczny porządek pokazuje nie tylko Pismo Święte, ale i klasyczny dramat grecki czy późniejsi dramatopisarze z Szekspirem na czele. Kto sieje zło, zbiera nieszczęście (Ps 22,8) – jest to prawo moralne, które rządzi ludzkim losem. Okazuje się, że nie można bezkarnie ignorować prawdy i tworzyć sobie własnej prawdy i dobra według wymyślonej filozofii życiowej. Wcześniej czy później natrafimy na prawdziwy konflikt, w którym trzeba będzie się opowiedzieć po stronie prawdy lub kłamstwa. Wybór własnej filozofii, oderwanej od prawdy życia, niestety najczęściej prowadzi w takiej radykalnej sytuacji, do wyboru kłamstwa. To jest, niestety, częsty przypadek w życiu ludzi. Prawda domaga się zdecydowania od początku. A to, niestety, wiąże się z potrzebą rezygnacji z własnych wyobrażeń i realizacji własnych chęci. Bóg, przychodząc, zawsze zaskakuje. Dlatego do Jego rozpoznania nie wystarczą wyobrażenia powstałe na bazie przyjętej, skądinąd właściwej teologii. Potrzeba innej otwartości. Schematy, nawet zbudowane na podstawie Prawa i Słowa Bożego, nie dają właściwego kryterium rozpoznania. Takim kryterium będą owoce, ale te także trzeba umieć rozpoznawać. W Ewangelii mamy przykład takiego konfliktu. Żydzi przyszli do Jezusa po doświadczeniu cudownego rozmnożenia chleba i domagali się od Niego znaku: Jakiego dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli? Można by im odpowiedzieć: „No właśnie go pokazał przez rozmnożenie chleba. Czy nie widzicie tego?” Okazuje się, że tego albo nie widzieli, albo nie uznali za znak. Mieli jakieś inne pojęcie znaku, inne oczekiwania w tej materii. I znowu pojawia się problem wyobraźni i oczekiwań , które zaciemniają. Potem nastąpiło dalsze nieporozumienie, o wiele trudniejsze, które w istocie stanowi dalszy ciąg wstępnego nieporozumienia. Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu (J 6,32n). Pan Jezus podpowiedział im, podając kryterium rozpoznania: chlebem, który rzeczywiście daje Bóg, jest ten, który daje życie wieczne. Tylko taki chleb może być nazwany „Bożym chlebem” czy chlebem danym od Boga. Jest to logiczne i jasne. Chleb, który zaspakaja jedynie doraźnie głód w życiu ziemskim, jest tak czy inaczej chlebem ziemskim. Bóg, jeżeli daje, to zawsze daje według swojej miary i dlatego chleb od Niego jest chlebem na życie wieczne. I właśnie tym chlebem jest On sam. Tutaj także widać konsekwentnie: prawdziwym chlebem Bożym może być jedynie On sam, bo Bóg, dając, nie daje czegoś, ale daje siebie samego. Na tym polega tajemnica Boga i jego daru. Można było o niej wywnioskować z autentycznego, pogłębionego czytania Pisma Świętego. Żydzi jednak, ciągle myśląc w swoim schemacie, pragną chleba, który zaspokoi ostatecznie ich naturalny głód . Podobnie było z Samarytanką przy studni, która chciała „wody żywej, aby nie musiała więcej przychodzić i czerpać ze studni” (zob. J 4,15). Podobnie w dzisiejszym pierwszym czytaniu mamy do czynienia z nieporozumieniem. W tym przypadku wynika ono wyraźnie z braku chęci słuchania. Święty Szczepan głosił Chrystusa zmartwychwstałego, którego widział zasiadającego po prawicy Ojca, a Żydzi zatykali sobie uszy, uważając od razu te słowa za bluźnierstwo. Jeden z nich, późniejszy św. Paweł, sam poznał później tę prawdę i ją głosił właśnie w takiej wizji Chrystusa jako Pana. Dialog nieporozumienia Jezusa z Żydami ciągnął się dalej: Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie (J 6,35). Pan Jezus podejmuje ich słowa, ale odpowiada ze swojej perspektywy. Ciekawi fakt, że nie stara się wytłumaczyć na ich poziomie tego, o co Mu chodzi. Wiedząc o nieporozumieniu, konsekwentnie mówi ze swego poziomu i nie zniża się do ich rozumienia. To zdumiewa. Nie jest to jedyne miejsce, w którym Pan Jezus nie schodzi na poziom swoich rozmówców, nie robi tego, czego dzisiaj oczekuje się od homiletów i katechetów. W tej postawie czuć uparte domaganie się od słuchaczy wejścia na właściwy poziom rozumienia. W tym uporze zawiera się jakaś racja. Przecież jeżeli było Go stać na to, by być Człowiekiem i ludzkim głosem przemawiać, to takie zejście na poziom myślenia słuchaczy byłoby już drobiazgiem. Dlaczego jednak go nie wykonuje? Widać, że tego nie może robić, bo zaprzeczyłby sobie i temu, co głosi. Aby zrozumieć Jezusa, trzeba z naszej strony wysiłku opuszczenia swojego myślenia i podjęcia trudu pójścia za Jego myśleniem. Ten wysiłek i trud jest warunkiem udzielenia nam rozumienia. Bo to przecież nam powinno zależeć na tym zrozumieniu. Nie jest to łaskawy gest z naszej strony. Druga racja, być może zasadnicza, to fakt, że trzeba przyjąć jego słowa bardzo konkretnie: Ja jestem chlebem – to znaczy, że rzeczywiście jest pokarmem, czyli czymś, bez czego giniemy z głodu. Jest to zatem bardzo konkretne, praktyczne wskazanie: trzeba nam się Nim karmić. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 3 Śr OW 11.05.11, 23:58 3. Środa OW Dz 8,1b–8; J 6,35–40 Jam jest chleb życia (J 6,35). To stwierdzenie spowodowało kryzys u wielu Jego uczniów. Odtąd już z Nim nie chodzili. On jednak nie odstępował od takiego sformułowania. Nie starał się tłumaczyć, że to jedynie symboliczne wyrażenie, że należy je rozumieć przenośnie. Traktował to stwierdzenie bardzo serio. Mało tego, nie tylko nie pozwolił zmienić brzmienia tego sformułowania, ale dziwił się, że widząc Go, nie wierzyli (J 6,36)! W swoim liście św. Jan napisał później: życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne (1 J 1,2). Pan Jezus domagał się widzenia prawdy, jaką głosił. Mówiąc bardziej precyzyjnie, starał się trafić jedynie do tych, którzy potrafią widzieć. Istnieje jakaś tajemnica wyboru: Wszystko, co Mi daje Ojciec, do Mnie przyjdzie, a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę (J 6,37). Czasem ta tajemnica budzi sprzeciw: Bóg jest niesprawiedliwy, bo jednych wybiera, a innych nie i potem tych, których nie wybiera, potępia! Byłoby tak, gdyby Jego wybór był arbitralny, niezależny od wyborów samego człowieka. Tak jednak nie jest. Boży wybór dokonuje się we wzajemnej relacji Boga i człowieka. Jeżeli ktoś odpowiada na Jego głos zawierzeniem, staje się wybranym i uzyskuje udział w Jego zbawieniu. Bardzo ważne są nasze wybory w obliczu Bożego objawienia. Przemawia On do nas na różne sposoby. Przez sam fakt życia i jego dynamikę. Przez sumienie, słowa Pisma, świadectwa innych… W obliczu tego najważniejszy jest nasz wewnętrzny dialog, który toczymy w sobie. Z kim lub czym ten dialog prowadzimy, jaki jest jego punkt odniesienia i jakie kryteria wyboru? Dla słuchaczy tej mowy Pana Jezusa punktem odniesienia był ten świat i jego zasady. Oczekiwali od Niego chleba koniecznego do zwykłego życia na tym świecie. Nie byli w stanie pomyśleć, że pragnie im dać „chleb z nieba”. Nie chleb tak nazywany przez to, że był cudownie dany, jak manna, ale chleb niosący życie wieczne, dający udział w tym życiu. Ta prawda odnosi się do czegoś, czego nie znamy i dlatego nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Wobec tej prawdy można jedynie stanąć w pokorze i otwartości, wierząc, że jest to prawda, która nas całkowicie przerasta. Tak właśnie na końcu dialogu reaguje św. Piotr i apostołowie: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego (J 6,68). Wobec tak wielkich tajemnic możemy jedynie być uczniami, którzy nie mają wiedzy, ale się uczą, wierząc, że Mistrz ich dobrze prowadzi. Takiej wiary domaga się Jezus dla siebie: To bowiem jest wolą Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne (J 6,40). Kiedy podchodzimy do Niego w sposób oceniający na podstawie kryteriów, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, tym samym odrzucamy i Jego, i Bożą obietnicę. Sami stawiamy się poza Nim, nie przyjmując Jego nowego życia. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 3 Czw OW 11.05.11, 23:59 3. Czwartek OW Dz 8,26–40; Ps 66,8–9.16–17.19–20 J 6,44–51 Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał (J 6,44). Nie można uwierzyć w Jezusa w sposób naturalny. Wiara w Niego ma swoje źródło w Ojcu, który pociąga. Praktycznie rzecz biorąc, tajemnica Jezusa nie jest uchwytna, jeżeli patrzymy na Niego tak, jak na innych ludzi, których spotykamy. Aby Go rozpoznać, trzeba uzyskać wewnętrzne spojrzenie, spojrzenie w sercu, gdzie spotykamy się z Bogiem. Tam właśnie dokonuje się owo „pociągnięcie przez Ojca”. Jeżeli w swoim życiu nie schodzimy na ten poziom komunikacji, nie potrafimy przyjść do Jezusa. Zazwyczaj wiąże się to z pewną refleksją. Tak reagowała na rzeczywistość Najświętsza Maryja Panna. Święty Łukasz pisze, że zmieszała się Ona na te słowa (anioła) i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie (Łk 1,29). Podobnie później, po urodzeniu Syna i tajemniczej opowieści pasterzy, zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu (Łk 2,19). Nie było to zwykłe rozważanie intelektualne, ale odczytanie prawdy w kontekście Bożego Słowa. W ten sposób rozpoznał Syna Człowieczego niewidomy od urodzenia, któremu Jezus przywrócił wzrok. Nie samo uzdrowienie pozwoliło mu poznać tajemnicę Uzdrowiciela, ale refleksja oparta na znajomości Pisma. Sama refleksja w tym przypadku była wymuszona przez ataki faryzeuszy. Dopiero tak przygotowany potrafił zobaczyć w Jezusie Syna Człowieczego (zob. J 9,35–38). Wydaje się, że widzenie i wiara w Jezusa wypływają z głębi serca. Podobnie dzieje się przy spotkaniu ze Zmartwychwstałym. Spojrzenie zewnętrzne nie daje rozpoznania. Dopiero pojawiający się wewnętrzny impuls pozwala rozpoznać Żyjącego. Uczniowie z Emaus mówili nawzajem do siebie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? (Łk 24,32). To samo odnosi się także do nas. Prawdziwa wiara w Jezusa pojawia się jedynie jako nasza odpowiedź na Boży impuls, pojawiający się w głębi serca. Także dopiero wtedy prawda o chlebie żywym nabiera w nas mocy. I podobnie jak nie możemy naturalnymi oczami rozpoznać Jezusa, tak nie możemy w naturalny sposób rozumieć nauki o chlebie jako Ciele Chrystusa. On sam mówi nam: Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata (J 6,51). Ciało Chrystusa zmartwychwstałego, jakie spożywamy, nie jest naturalnym kawałkiem Jego fizycznego ciała. Ciało dla Żydów nie sprowadzało się do fizycznej konstytucji człowieka, ale oznaczało to wszystko, co wiązało człowieka ze światem, szczególnie w jego bliskich relacjach. Adam zawołał z radością po stworzeniu Ewy: Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! (Rdz 2,23). A następnie w Księdze Rodzaju czytamy dalej, że mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem (por. Rdz 2,24). Nie stanowili przecież jednego ciała w sensie fizycznym. Jedno ciało małżonków to ich wspólnota, a właściwie komunia, w życiu na świecie. Ich odniesienie do świata staje się takie samo: posiadają wspólny dom i własność, wspólne dzieci, wspólnie noszą ciężar życia i wspólnie przeżywają radości, krzywda jednego uderza w drugiego, radość jednego jest radością drugiego. Jezus, dając nam swoje Ciało, daje nam taką komunię z sobą, a w niej udział w swoim losie, czyli w zmartwychwstaniu. Spożywając Ciało Zmartwychwstałego, mamy udział w Jego nowym życiu. Podobnie jak w małżeństwie jedność ciała ma swoje bardzo realne konsekwencje, tak i nasza komunia z Chrystusem jest bardzo realna i ma swoje konsekwencje. Warunkiem takiej komunii jest nasza wierność. Zupełnie podobnie jak warunkiem małżeństwa jest wierność aż do śmierci. Jezus, dając za nas swoje życie, nie pozwala nam zginąć w śmierci. Żywiąc się Jego Ciałem i Krwią, żywimy się Jego życiem, które nie podlega śmierci i dlatego nie potrzebuje nieustannego odnawiania przez kolejny pokarm wzmacniający nasze ciało. Dlatego jest to prawdziwy chleb z nieba, a nie jedynie jego symbol. Warunek wierności odnosi się także do nas. Odkrywając w sercu prawdę o Jezusie, nie możemy sobie dać jej odebrać za żadną cenę, nie możemy pozwolić, aby została w nas zagłuszona. Nasza wierność zasadniczo polega na wytrwałej wierze i nieustannym czuwaniu. Odpowiedz Link
iktoto hHomilia 3 Pt OW 14.05.11, 10:12 3. Piątek OW Dz 9,1–20; Ps 117,1–2 J 6,52–59 Jak On może nam dać /swoje/ ciało na pożywienie? (J 6,52). Konflikt pomiędzy trzeźwym ludzkim myśleniem a słowami Pana Jezusa dochodzi do szczytu. Na wątpliwości dotyczące tego, jak to jest możliwe, Jezus nie odpowiada żadnym tłumaczeniem. Wręcz przeciwnie, tym bardziej podkreśla realność swoich słów i konieczność zawierzenia im: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne (J 6,53n). Trzeźwy, racjonalny człowiek staje wobec takich słów zupełnie bezradny. Nie wie właściwie, o czym Pan Jezus mówi. Kto wie, co to jest „życie wieczne”? Nikt! Nawet nie mamy o nim żadnego wyobrażenia. Możemy zawierzyć słowom Jezusa lub nie. Faktem jest, że przodkowie, którzy jedli mannę, poumierali, tak jak umiera każdy człowiek. Żaden znany pokarm nie daje życia wiecznego. A Jezus mówi ponadto, że tym pokarmem jest Jego Ciało, a napojem Jego Krew. Jak to pojąć? Jaki ma sens ta wypowiedź? Nie było to łatwe do zrozumienia wtedy. Nie jest łatwe do zrozumienia i dzisiaj, chociaż mamy za sobą 2 tysiące lat refleksji teologicznej. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim (J 6,55). Dla wyrażenia prawdziwości pokarmu i napoju w teologii mówi się o przeistoczeniu chleba i wina w Ciało i Krew Pana podczas Eucharystii. Zazwyczaj koncentrujemy się wokół samego rozumienia, jak to jest możliwe, że to, co było chlebem, jest teraz Ciałem Chrystusa. Chcielibyśmy niejako wniknąć w samą materię i zobaczyć w niej Jezusa. W Ewangelii Pan Jezus jednak zwraca uwagę na coś innego. Mówi dalej: Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie (J 6,57). Spożywając Ciało i Krew Pana Jezusa, trwamy w Nim i żyjemy przez Niego. Realność pokarmu ukierunkowana jest na przemianę nas samych. O ile w przypadku zwykłego pokarmu nasz organizm przekształca go w składnik naszego ciała, o tyle w przypadku Jezusa dokonuje się coś odwrotnego: spożywając Jego Ciało, nie przekształcamy go na swoje, ale nasze ciało przekształca się w Jego Ciało. Przy czym nie jest to już Jego ciało ziemskie, bo przez zmartwychwstanie zostało ono całkowicie przemienione. Przez spożywanie Ciała Zmartwychwstałego sami przemieniamy się w Jego zmartwychwstałe Ciało. Nie przypadkiem Pan Jezus mówi o podobieństwie do swojej relacji z Ojcem. Jako Człowiek był On przez Ojca posłany i podejmując to posłanie, całkowicie żył przez Ojca, tak i my, spożywając Jego Ciało, żyjemy przez Niego. Spożywanie Ciała wiąże się z posłuszeństwem. Kiedyś powiedział o sobie: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło (J 4,34). Przez posłuszeństwo żył przez Ojca. W innym miejscu powiedział: Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni (J 5,19). Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną: nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba (J 8,29) Żyć przez Ojca oznaczało w ziemskim życiu Jezusa całkowicie oddać się Ojcu w posłuszeństwie aż do końca. Jedność Syna z Ojcem istnieje na płaszczyźnie duchowej dynamiki. Syn pragnie spełniać jedynie to, czego chce Ojciec, ale również Ojciec zawsze spełnia pragnienia Syna (zob. J 11,42). Pomiędzy Ojcem i Synem istnieje całkowita wzajemność, która wyrasta z całkowitej komunii Ojca i Syna. Właśnie do takiej komunii wzywa nas Jezus, dając nam swoje Ciało i Krew. Ciało w Biblii nie tyle oznacza fizyczność człowieka, ile raczej jego konkretne życie w relacji do innych i świata. Krew natomiast była w pojęciu starożytnych siedliskiem ducha. Określenie „ciało i duch” oznaczało całego człowieka we wszystkich wymiarach istnienia. Spożywać Ciało i Krew Jezusa oznacza całkowicie związać się z Nim, na wzór jedności na całe życie męża i żony. Tą jednością z Jezusem rządzi jeden Duch, którego od Niego otrzymujemy. Zresztą Jego mocą istnieje ta komunia. Dzisiejsze pierwsze czytanie z Dziejów Apostolskich wspaniale ilustruje tę prawdę. Kiedy Jezus objawił się św. Pawłowi pod Damaszkiem, w odpowiedzi na pytanie, Kim jest, odpowiedział: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz (Dz 9,5). Nie mówi, że jest tym, w którego wierzą ci, których prześladuje, ale że to właśnie Jego Paweł prześladuje! Pomiędzy Jezusem a Jego uczniami istnieje jedność, która daje wręcz utożsamienie. Prześladowanie chrześcijan dotyka bezpośrednio Jezusa. Dalej Jezus mówi Ananiaszowi: Wybrałem sobie tego człowieka za narzędzie. On zaniesie imię moje do pogan i królów, i do synów Izraela. I pokażę mu, jak wiele będzie musiał wycierpieć dla mego imienia (Dz 9,15n). I rzeczywiście, jak wiemy z dalszych losów św. Pawła, musiał on dużo wycierpieć, głosząc, że Jezus jest Mesjaszem i Synem Bożym, i nie ma pod niebem innego imienia, w którym mielibyśmy zbawienie. Paweł na sobie doświadcza nienawiści skierowanej do Jezusa. Kiedyś później napisał do swoich uczniów: Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk (Flp 1,21). Spożywanie Ciała i Krwi Chrystusa prowadzi do takiego zjednoczenia z Nim, zjednoczenia, które staje się prawie utożsamieniem dzięki przekształcającej mocy Ducha. „Idźcie w pokoju Chrystusa” – ostatnie słowa kapłana podczas Mszy św. wskazują na autentyczne noszenie na co dzień w sobie Jezusa w Jego Duchu. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 14.05. 14.05.11, 10:13 14.05. – Świętego Macieja apostoła Dz 1,15–17.20–26 J 15,9–17 Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15,15). Zasadnicza różnica, jaka się pojawiła wraz z przyjściem Pana Jezusa na świat, polega na zmianie wzajemnej relacji Boga i człowieka. O ile dotychczas człowiek jako stworzenie całkowicie podporządkowany Bogu i od Niego zależny, otrzymał Prawo, którego miał przestrzegać, o tyle po Wcieleniu Syna Bożego i Jego ofierze miłości człowiek stał się współdziedzicem Bożego królestwa. Taki był zamysł Boga od samego początku, ale został on objawiony dopiero przez zbawcze dzieło Jezusa. Nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15,15) – przyjaciel wie, czym żyje jego przyjaciel. Wie, dlaczego tak postępuje, zna wartość i sens jego postępowania. To objawienie prowadzi do bardzo konkretnych konsekwencji. Już nie możemy się zachowywać wobec Boga jak niewolnicy, bo zostaliśmy wezwani, aby być przyjaciółmi Boga. Niewolnik nie ma wielkiego znaczenia, nie może o wielu sprawach decydować, właściwie wszelkie decyzje są w rękach jego pana. Jednak niewolnik, jako pozbawiony wolności decyzji, nie odpowiada w pełni za to, co zrobił, szczególnie za wszelkie zło. To jest jego wielki przywilej, że nie jest w pełni odpowiedzialny. Jeżeli otrzyma karę, to jest to kara zewnętrzna na zasadzie coś za coś. Taki brak pełnej odpowiedzialności jest wielką pokusą dla nas. Co prawda nie chcielibyśmy być w pozycji niewolników, ale chcemy korzystać z wolności robienia wszystkiego, co się nam podoba, jednocześnie nie chcąc ponosić odpowiedzialności za swoje czyny. Jest to bardzo wygodna sytuacja. Dzisiejsze czasy bardzo sprzyjają takiej postawie: dysponowanie pełną wolnością w działaniu przy jednoczesnym braku odpowiedzialności za czyny. Taka postawa jest możliwa jedynie wówczas, gdy nasze wybory są oddzielone od ewentualnych konsekwencji. Dla niewolnika wolność działania kończy się wówczas, gdy zostanie przyłapany na zakazanym postępowaniu. Jeżeli nie zostanie złapany, jeśli mu się uda, w jego mniemaniu wszystko jest w porządku. Inaczej w przypadku więzi miłości. Każdy nieuczciwy czyn wobec kochanej osoby jest zdradą niezależnie od tego, czy został zauważony, czy nie. Nie ma w tym przypadku żadnej ucieczki. Jeżeli uciekamy od odpowiedzialności, wówczas właściwie zdradzamy samą miłość. Zachowujemy się tak jak niewolnik, który liczy na to, że nie zostanie złapany na wykroczeniu. Zamiast więzi miłości, wybieramy coś innego, więź zewnętrzną. Możemy to ukrywać przed drugim człowiekiem, ale nie da się tego ukryć przed Bogiem. Wewnętrzna wierność jest fundamentem prawdziwej więzi miłości. Stąd: Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości (J 15,10). Trwanie w Jego miłości oznacza życie miłością, co wyraża się konkretnymi gestami miłości w odniesieniu do każdego spotkanego człowieka. Życie miłością wyraża się duchem miłości, stałą dyspozycją kochania niezależnie od postępowania innych. W ten sposób nasze życie staje się świadectwem. Z obfitości serca przemawiają nie tylko usta, ale także czyny. Taka jest istota przyjaźni z Chrystusem i udział w głoszeniu Jego Ewangelii. Jest ono świadectwem, a nie doktryną, życiem, a nie zasadami. W dzisiejszym pierwszym czytaniu apostołowie zastanawiają się nad wyborem właściwego zastępcy Judasza. Kryteriami wyboru są: bycie z nimi od samego początku i aby mógł być świadkiem zmartwychwstania. Przedstawiono dwóch, ale ostatecznie jednak wyboru dokonuje Duch Święty, ten, który zna serce człowieka i wie, na ile człowiek umie z Nim współpracować. Prawdziwe świadectwo zawsze jest wynikiem współdziałania Ducha Świętego i człowieka. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 4 Nd A OW 14.05.11, 19:57 4. Niedziela A OW Dz 2,14a.36–41 1 P 2,20b–25 J 10,1–10 Nasze życie jest drogą. Niezależnie od tego, czy sobie z tego zdajemy sprawę, czy nie, idziemy jakąś drogą, która gdzieś prowadzi. Umiejętność rozpoznania właściwej drogi jest czymś zasadniczym w naszym życiu. W dzisiejszym pierwszym czytaniu św. Piotr apeluje do słuchaczy: Niech cały dom Izraela wie z niewzruszoną pewnością, że tego Jezusa, którego wyście ukrzyżowali, uczynił Bóg i Panem, i Mesjaszem (Dz 2,36). Innymi słowami: popełniliście grzech, zabijając Sprawiedliwego. Można dopowiedzieć, że grzech ten był wynikiem pójścia za poleceniami ich przywódców religijnych. Dlatego: Nawróćcie się (Dz 2,38). Trzeba iść zupełnie inną drogą. Jaką? Niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego (Dz 2,38). Ochrzcić się (baptistheto) to tyle co obmyć się przez zanurzenie w wodzie, ale w imię Jezusa Chrystusa, czyli powierzając się Jego mocy, aby oczyścić się z grzechu. W darze zaś otrzymujemy Ducha Świętego, który, jak to zapowiedział w Wieczerniku Pan Jezus, „doprowadzi nas do całej prawdy” (zob. J 16,13). Dzisiejsza niedziela jest nazywana „Niedzielą Dobrego Pasterza”. Wskazuje ona prawdziwego Pasterza, który nas prowadzi do życia. W Ewangelii słyszymy dzisiaj dwukrotnie słowa: Ja jestem bramą owiec (J 10,7 i 9). W dzisiejszych czytaniach tym Dobrym Pasterzem jest Bóg Ojciec. Jezus mówi o sobie jako o bramie. W następnym jednak wierszu Ewangelii czytanym w roku B Pan Jezus do siebie samego odnosi tytuł Dobrego Pasterza. Niemniej dzisiaj jest przede wszystkim bramą prowadzącą do życia. Nasza chrześcijańska droga rozpoczyna się od wspomnianego w Dziejach Apostolskich chrztu św., który staje się „bramą sakramentów”. Natomiast samo nasze życie jest drogą i podążaniem za Pasterzem. Aby na nią wejść, trzeba sobie uświadomić własny grzech, który wprowadził nas na manowce, i pragnąć się z niego oczyścić. Aby pójść drogą, jaką wskazuje Pan Jezus, trzeba się zdecydowanie odciąć od grzechu, który, jak to potem Pan Jezus powie w Wieczerniku, polega na niewierze w Niego (zob. J 16,9). Ta niewiara prowadzi do śmierci. Natomiast do uczniów pisze św. Piotr: Błądziliście bowiem jak owce, ale teraz nawróciliście się do Pasterza i Stróża dusz waszych (1 P 2,25). Okazuje się jednak, że pójście za Jezusem nie jest takie proste i oczywiste. Wymaga ono nawrócenia, czyli przemiany serca, przemiany sposobu myślenia i wartościowania. Jeżeli ktoś myśli nadal w kategoriach tego świata, to choćby deklarował wiarę chrześcijańską, nadal błądzi po manowcach, nie znając drogi. Jeszcze jej nie zobaczył i tkwi w ciemności. Do tego pojawiło się i nadal się pojawia wielu fałszywych pasterzy, którzy mają własny interes w tym, aby ludzie za nimi poszli. Znakiem rozpoznawczym złego pasterza w odróżnieniu od dobrego jest „wdzieranie się inną drogą do owczarni niż Jezus”. Zły pasterz, podobnie jak złodziej, posiada własny interes w prowadzeniu owiec. Pragnie wykorzystać owce dla swoich potrzeb. Dobry pasterz troszczy się o życie dla owiec. Pierwsze jednak kryterium rozpoznania polega na słuchaniu lub nie głosu pasterza. Owce rozpoznają głos swojego pasterza. Owce posiadają zatem wewnątrzny słuch , którym mogą rozpoznać głos dobrego pasterza. Tym słuchem, wydaje się, jest sumienie. W nim jesteśmy w stanie rozpoznać, co pochodzi od Boga, a co jest obce i zwodnicze. Droga rozpoczynająca się od oczyszczenia z grzechu jest drogą zdecydowanego sprzeciwu wobec grzechu, co jednocześnie oznacza zdecydowanie się na słuchanie Boga. Dzięki temu zdecydowaniu możemy przyjąć dar Ducha Świętego. To nawrócenie nie ogranicza się do deklaracji, wyraża się konkretnym postępowaniem. Święty Piotr w swoim liście zaleca uczniom: To się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia. Do tego bowiem jesteście powołani. Chrystus przecież również cierpiał za was i zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami (1 P 2,20n). Chrystus jest naszą drogą przez to, że w swoim życiu postępujemy tak, jak On postępował. Naśladujemy Jego sposób reagowania i działania. Jest to możliwe jedynie w Jego Duchu, którego nam daje na chrzcie św. Komunia św. wieńcząca Mszę św. wyraża związanie naszego życia z Jezusem i Jego życiem. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 16.05. 15.05.11, 20:28 16.05. – Świętego Andrzeja Boboli Ap 12,10–12a lub 1Kor 1,10–13.17–18 J 17,20–26 Na koniec ziemskiej pielgrzymki Pan Jezus modli się o to, co najważniejsze. W postaci modlitwy pozostawia nam testament: Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał (J 17,20n). Ta prośba Jezusa ogromnie nas zawstydza. Tego, co było Jego największym pragnieniem i prośbą skierowaną do nas, nie wypełniliśmy, a dzisiaj bezsensownie podtrzymujemy. Widać, jak do dzisiaj jeszcze Go nie rozumiemy. Ciągle inne sprawy są dla nas ważniejsze, skoro rozdarcie trwa nadal. Czy tylko jedna strona tego rozdarcia jest winna? Czy jedni chrześcijanie są otwarci na pojednanie, a inni uparcie trzymają się swoich głupstw?! Brak jedności chrześcijan stanowi dzisiaj ogromne zgorszenie i antyświadectwo. Święty Andrzej, który pragnął budować jedność, został przez innych chrześcijan okrutnie zamordowany. Oni wierzyli, że w ten sposób służą Bogu, podobnie jak gdzie indziej katolicy, prześladując prawosławnych czy protestantów, uważali, że służą Bogu. Ale służba rozbiciu, choćby była najbardziej „szlachetnie” uzasadniana, niestety, pozostaje służbą Złemu. W Ewangelii Pan Jezus modli się: aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał (J 17,21). Jedność jest wyraźnym świadectwem prawdy, że Jezus jest posłany przez Ojca. Brak jedności sprzeciwia się temu świadectwu. W swoich pismach św. Jan bardzo wyraźnie mówi, że wiara sprowadza się do wiary w Jezusa jako Syna Bożego prawdziwie wcielonego (zob. J 3,18.36; 6,35; 11,25; 12,44.46; 14,10.12; 1 J 5,10). Jeżeli tak, to atak na jedność jest dla Złego czymś bardzo ważnym. Stosunkowo łatwo mu tolerować pobożność prywatną czy to w wymiarze jednostki, czy grupy, jeśli ta „pobożność” jest zamknięta w sobie i nie przeszkadza jej brak jedności. Jeżeli natomiast pojawia się perspektywa jedności, to jest ona skutecznie niszczona. Warto o tej logice zła pamiętać. Podobna logika odnosi się w życiu indywidualnym do modlitwy. Okazuje się, że właśnie modlitwa wymaga największego wysiłku i zmagania się z przeciwnościami. Tak jest także w odniesieniu do jedności w społecznym wymiarze naszej wiary. Nieprzezwyciężone trudności, jakie powstają, stoją w jawnej sprzeczności z oczywistym „interesem” każdego. Jest rzeczą oczywistą, że jedność, wzajemna życzliwość polepszają życie jednej i drugiej strony. Dlaczego zatem się spierać, a tym bardziej ze sobą walczyć i się nienawidzić? Zarówno walka, jak i nienawiść są bezsensowne, ale jak widać, w praktyce życia często wpadamy w ich pułapkę. Dlaczego? W imię czego? Czy tego sami chcemy? Co lub kto nas w nie wpycha? Wysiłek budowania jedności rozpoczyna się od najmniejszej wspólnoty. Szczególnie ważna jest ona w rodzinie i jej fundamencie: małżeństwie. Ono jest małym Kościołem. Trwający w miłości i jedności stają się świadectwem prawdziwości wiary w Jezusa. Podobnie w innych wspólnotach życia, jak np. wspólnotach zakonnych. Jedność nie tylko jest świadectwem na zewnątrz, ale wpierw i przede wszystkim wprowadza w misterium życia Jezusa zmartwychwstałego. Staje się ona w ten sposób doświadczeniem prawdziwości wiary: Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich (J 17,25n). Bez tego doświadczenia trudno mówić o prawdziwej wierze. Dzisiaj, wydaje się, świadectwo jedności, poczynając od najmniejszych wspólnot aż po jedność pomiędzy Kościołami chrześcijańskimi, jest jeszcze bardziej potrzebne niż kiedykolwiek. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 4 Wt OW 17.05.11, 21:48 4. Wtorek OW Dz 11,19–26; J 10,22–30 Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je (J 10,27). Istnieje głęboka tajemnica poznania Chrystusa. W niej zawiera się klucz do wiary. Kto Go poznaje, nie ma wątpliwości. Tak było w przypadku św. Pawła i innych nawróconych. Kto Go nie poznaje, nie jest w stanie naprawdę uwierzyć. Może co prawda na zasadzie tradycji uważać, że Jezus jest Mesjaszem, ale nie zrozumie tej prawdy w pełni. Wydaje się, że dzisiejszy kryzys wiary polega na utożsamieniu chrześcijaństwa z pozostającą po wierze tradycją, której jednak już nie ożywia autentyczna wiara. Poznanie Jezusa dokonuje się przez głębię słuchania. Jeżeli ktoś autentycznie słucha wewnętrznego głosu, wcześniej lub później spotka Jezusa, który o sobie powiedział, że jest drogą prawdą i życiem (J 14,6). Kto szuka, znajduje. Przykładem tej prawdy jest wspomniany św. Paweł, który był gorliwy w służbie Bogu. Całym sobą szukał Boga. Robił to według swojego wyczucia. Jego gorliwość stała się podstawą dla Bożej łaski, która przemieniła jego myślenie. Podobnym przykładem jest Natanael, czyli apostoł Bartłomiej, którego spotkał Filip i przyprowadził do Jezusa. Pan Jezus, zanim tamten się odezwał, powiedział o nim: To prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu (J 1,47). Na zdziwienie Natanaela, skąd go zna, Pan Jezus wskazał na tajemniczy moment „pod drzewem figowym”. Prawdopodobnie Natanael doświadczył wtedy czegoś w swoim wnętrzu i potem w Osobie Jezusa odkrył tożsamość tego, co wewnętrznie spotkał. Z naszej strony rozstrzygająca jest postawa autentycznego szukania. Właśnie taka postawa jest według św. Benedykta warunkiem przyjęcia kogoś do klasztoru. Pan Jezus z kolei wzywa: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha (Mk 4,9). Święty Augustyn uważa, że nasze poznanie prawdy jest możliwe dzięki temu, że ktoś nam w głębi mówi, co jest prawdą. Zatem poznawanie w istocie polega na słuchaniu. Jednak aby usłyszeć, nie wystarczy sam słuch, trzeba jeszcze chcieć usłyszeć. Kiedy pragniemy jedynie potwierdzenia swoich uprzednich mniemań, nie przyjmujemy głosu prawdy, choć nawet możemy go słyszeć. Łatwo znajdujemy usprawiedliwienie swoich wyborów i argumenty, które odrzucają dochodzącą do nas prawdę. W Ewangelii Pan Jezus mówi swoim rozmówcom, którzy domagali się od Niego jasnego powiedzenia, czy jest Mesjaszem: Powiedziałem wam, a nie wierzycie. Czyny, których dokonuję w imię mojego Ojca, świadczą o Mnie. Ale wy nie wierzycie, bo nie jesteście z moich owiec (J 10,25n). Żydzi nieraz domagali się od Niego znaku i co jest paradoksem, gdyż w Ewangeliach takie żądanie pojawiało się zaraz po dokonanych cudach, które były wyraźnie takimi znakami. Jeżeli ktoś szuka czegoś innego, nie zobaczy tego, co mu się pokazuje. To niebezpieczeństwo dotyczy nie tylko żyjących wówczas Żydów, ale także nas. Nieraz, podobnie jak oni, szukamy jakichś nadzwyczajnych potwierdzeń, a nie słuchamy sercem, w którym rozbrzmiewa głos Pana. Najlepiej potwierdzają to pozytywne przykłady ludzkich nawróceń. One uświadamiają nam, że w głębi naszego serca obecny jest wewnętrzny Nauczyciel, który prowadzi nas ku prawdzie. Dzieje Apostolskie ukazują, jak przez rozproszonych uczniów prawda Ewangelii docierała z Jerozolimy do wielu. I docierała do ludzi, o których uczniowie nie myśleli, że się kiedyś nawrócą. Tajemnica wewnętrznego słuchania właściwie jest tożsama z tajemnicą obecnego w naszych sercach od samego poczęcia Bożego Ducha. Właśnie ten Duch prowadzi nas do poznania całej prawdy objawionej w Chrystusie. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 4 Sr OW 17.05.11, 21:49 4. Środa OW Dz 12,24–13,5a; J 12,44–50 Każdy z nas nosi w sobie prawdę, którą właściwie jest on sam, taki jakim go stworzył Bóg. Na początku Ewangelii św. Jan w Prologu pisze hymn o Słowie, które było en arche – „na początku”. Co jednak nie sprowadza się do jakiegoś początku czasowego, ale jest źródłem wszelkiego istnienia, źródłem, które zawiera w sobie jednocześnie zasadę i prawo rządzące istnieniem i życiem. Dalej św. Jan pisze: W Nim było życie, a życie było światłością ludzi … była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi (J 1,4.9). Każdy otrzymuje przy poczęciu światłość prawdziwą, która pozwala mu rozeznać, co jest prawdą, a co nie. Jest to dar od Boga, który jest śladem naszego podobieństwa do Niego. Oczywiście po grzechu pierworodnym to światło nieco przyciemniało, ale jednak istnieje w nas. Prawdziwa sztuka życia polega na umiejętności wybierania w życiu tego, co niesie tę samą prawdziwą światłość. Otrzymany dar wewnętrznego światła jest dla nas przewodnikiem na drodze rozeznania. Pan Jezus bardzo często odwołuje się do tego światła. Z żalem mówi do uczniów: Macie oczy, a nie widzicie; macie uszy, a nie słyszycie? (Mk 8,18). Do Żydów ma pretensję, że nie potrafią rozpoznać w Nim posłańca od Boga. To wewnętrzne światło powinno nam wystarczyć, abyśmy potrafili odróżnić prawdę od fałszu. W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi, że prawdziwym naszym sędzią jest słowo prawdy, które On głosi. Nie możemy się już wymówić, że nie wiedzieliśmy. Właśnie wiedzieliśmy, bo On nam je powiedział. To słowo pochodzące od Ojca powinno w nas odnaleźć potwierdzenie dzięki światłu, jakie zostało nam dane „od początku”. Jedno i drugie ma swoje źródło w Bogu. Nie ma zatem pomiędzy nimi żadnej sprzeczności. Dlaczego jednak nie rozpoznajemy i nie przyjmujemy słowa, które pochodzi od Ojca? Jezus, głosząc słowo, nie mówi „od siebie, ale Ten, który Go posłał, Ojciec, On Mu nakazał, co ma powiedzieć i oznajmić” (zob. J 12,49). Takie zapewnienie daje Pan Jezus kilkakrotnie. Podobnie zresztą św. Paweł, głosząc Ewangelię, mówi, że nie głosi jej od siebie, ale głosi to, co mu objawił Jezus (zob. Ga 1,12). Pan Jezus jako Człowiek cały swój wysiłek skupia na tym, by głosić słowo Ojca. Wie, że nie może niczego ludzkiego do tych słów dodawać. Jest to konsekwencja przyjęcia ludzkiej kondycji i wynikającej z niej ograniczoności poznania. Pan Jezus wie, że ludzkie patrzenie nie daje nigdy absolutnego poznania prawdy. Jest ono możliwe jedynie w Bogu, czyli jako prawda od Niego przychodząca. Na Ostatniej Wieczerzy obiecał uczniom posłać po swoim odejściu Ducha Prawdy, który ich doprowadzi do całej prawdy. Ten Duch także nie będzie mówił „od siebie”, ale będzie czerpał od Ojca, przejmując to, co Jezus już swoim słowem i czynem objawił. Rola Ducha Świętego sprowadza się do objawienia do końca tego wszystkiego, co już zostało objawione, a nie zostało jeszcze zrozumiane. Duch sam nie wprowadza niczego nowego. Nigdy nie mówi w swoim własnym imieniu, ale jedynie przypomina i prowadzi do zrozumienia. W dzisiejszym pierwszym czytaniu pojawia się chyba jedyne w całym Piśmie świętym zdanie, w którym mówi On jako podmiot (Ja) wypowiedzi: rzekł Duch Święty: Wyznaczcie mi już Barnabę i Szawła do dzieła, do którego ich powołałem (Dz 13,2). Ale jest to raczej pewien skrót myślowy mówiący o odczytaniu przez kogoś woli Ducha Świętego, a nie rzeczywista Jego wypowiedź. Wspólnota włożyła w usta Ducha Świętego coś, co odczytała podczas modlitwy lub z otrzymanego proroctwa jako pochodzące od Niego. Na każdym etapie objawienia mamy do czynienia z odnoszeniem się do źródła, jakim jest Ojciec. Ci, którzy mają przekazywać Jego słowo, sami muszą całkowicie być Mu posłuszni i nie wnosić swoich ludzkich pomysłów do Bożego objawienia, choćby się im wydawały najbardziej oczywiste. Pamiętamy ostrą odpowiedź Pana Jezusa na próbę „pocieszenia” przez Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie (Mt 16,23). Najważniejsze w naszym życiu jest odczytanie i przyjęcie Bożego słowa. Przykazanie Jego jest życiem wiecznym (J 12,50). Jeżeli go nie przyjmiemy, tracimy, coś, do czego jesteśmy zaproszeni: udział w Jego życiu. Mamy w sobie wewnętrznego Nauczyciela i mamy słowo prawdy, które nam objawił Jezus. Od nas zależy przyjęcie lub odrzucenie tego słowa, co praktycznie oznacza przyjęcie lub odrzucenie prawdziwego życia. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 4 Czw OW 18.05.11, 22:02 4. Czwartek OW Dz 13,13–25; Ps 89,2–3.21–22.25.27; J 13,16–20 ... abyście, ... uwierzyli, że Ja jestem (J 13,19). Na czym polega owa wiara w: Ja jestem w odniesieniu do Pana Jezusa? Pan Jezus mówi w tym momencie o bardzo głębokiej prawdzie. Może dla lepszego zrozumienia warto sobie przypomnieć cały kontekst sytuacyjny z początku Ewangelii według św. Jana i słowa, jakie Pan Jezus skierował do Natanaela: «Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu». Powiedział do Niego Natanael: «Skąd mnie znasz?». Odrzekł mu Jezus: «Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym». Odpowiedział Mu Natanael: «Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela!» (J 1,47–49). Natanael rozpoznał w Panu Jezusie „Syna Bożego” przez to, że doświadczył Jego uprzedzającej wiedzy. Nie chodziło o jakąś wiedzę przepowiadającą, ale o dogłębne poznanie wewnętrzne, od środka stykające się z naszym „ja”, partnera wewnętrznego dialogu prowadzonego w sercu. Wydaje się, że o podobne doświadczenie chodzi w wypowiedzi z Wieczernika. „Abyście uwierzyli”. Można zatem nie uwierzyć. Natanael doświadczył wewnętrznie spotkania z Tym, który Jest, i dlatego rozpoznał w Chrystusie Jego Syna, jak to określił. Natomiast w omawianej wypowiedzi nie ma takiego doświadczenia. Jest coś innego – spokojna, rozumna wypowiedź, która jest świadectwem świadomości Jezusa, świadomości przenikającej serce każdego z uczniów. Piotrowi powie: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz (J 13,38). Kiedy później Piotr zobaczył, że Pan Jezus wcześniej to wiedział, zapłakał. Doświadczył w głębi bliskości Jezusa przenikającego samo serce, widzącego i przenikającego głębiej i dalej, niż sam był zdolny poznać siebie. Piotr jeszcze nie wiedział, co z tym doświadczeniem zrobić. Zmartwychwstanie dało mu dopiero pełny wgląd w prawdę o Jezusie. Na podobne doświadczenie można wskazać u św. Pawła podczas jego nawrócenia. I w wielu innych przypadkach. Z głębi tego doświadczenia wyrastała później moc świadczenia o Jezusie jako o Bożym Mesjaszu i Panu, czyli Bogu. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 4 Pt OW 19.05.11, 22:07 4. Piątek OW Dz 13,26–33; J 14,1–6 Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie (J 14,6). Trudna jest dla nas taka mowa Pana Jezusa. Moglibyśmy ją zrozumieć jako uproszczone streszczenie prawdy, że Jezus przez swoje życie wskazuje nam drogę, prawdę i prawdziwe życie. Tak rozumiane słowa są dla nas do przyjęcia. Ale Pan Jezus nie daje podstawy do takiego uproszczonego rozumienia wypowiedzianego przez Niego zdania. Podobnie jest w wielu miejscach Ewangelii według św. Jana, między innymi w stwierdzeniu Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata (J 6,51). W tamtej scenie mimo braku zrozumienia i nacisków ze strony słuchaczy Pan Jezus nie cofa swojego stwierdzenia i nie próbuje go tłumaczyć przez analogię, ale podkreśla realizm takiego sformułowania. Możemy znaleźć więcej podobnych stwierdzeń, w których Pan Jezus mówi o sobie jako o Kimś, w kim mamy zamieszkać, zakorzenić się. Mówi także, że w Nim spotykamy Boga-Ojca, że razem z Ojcem przyjdzie i w nas zamieszka… Takie stwierdzenia zdumiewają wręcz cielesnym zespoleniem. Nie jest to dla nas łatwe do zrozumienia. Warto w tym kontekście uświadomić sobie inny sens podstawowych pojęć, jakich używa Biblia. I tak np. dla nas ciało zazwyczaj jest utożsamiane z fizycznością człowieka. W Biblii jednak ma ono inny sens. Dobrym obrazem jest w tym przypadku „jedno ciało”, jakim stają się mąż i żona. Nie są przecież jedną fizyczną całością. Zawsze pozostają odrębnymi organizmami biologicznymi. Jedno „ciało” oznacza w tym przypadku jedność życia, wspólnotę obejmującą całe życie, wspólny los, wspólną troskę o dom i rodzinę, wspólne dzieci, wzajemne dźwiganie swoich trudności. Ciało w Biblii oznacza całego człowieka, ale w jego powiązaniu ze światem. Po śmierci ani żenić się, ani za mąż nie będziemy wychodzili, bo będziemy jak aniołowie – jak mówi w pewnym miejscu Pan Jezus (zob. Mk 12,25). Z pojęciem ciała wiąże się ściśle inne podstawowe pojęcie: „świat”, które także trzeba by wytłumaczyć. Nie sprowadza się ono do pojęcia stworzenia, chociaż i taki sens słowa „świat” znajdujemy w Biblii. O wiele bardziej odnosi się ono do układów i powiązań międzyludzkich, które są napiętnowane grzechem. Podobnie w Biblii mamy inne rozumienie prawdy. Nie tyle bierze się ona z porównania myśli z faktycznym stanem rzeczy, jak to ujmuje klasyczna definicja prawdy, ile raczej odnosi się do wiarygodności czyjejś obietnicy: na ile jest ona pewna, na ile można jej zawierzyć. Takie pojęcie prawdy od razu wiąże się zarówno z drogą, jak i życiem. „Ja jestem prawdą” oznacza w tym rozumieniu , że Chrystus jako Osoba jest Kimś wartym całkowitego zawierzenia, że można się na Nim oprzeć: Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie (J 14,1) – mówi w dzisiejszej Ewangelii. Opierając się na Nim jako prawdzie, idziemy właściwą drogą do życia w Bogu. Warto jeszcze uświadomić sobie, że w Biblii życie oznacza istnienie przed Bogiem. Najlepiej widać to przez rozumienie śmierci, która nie jest unicestwieniem, ale przejściem do szeolu, miejsca, w którym umarli śpią snem śmierci właśnie dlatego, że nie mają kontaktu z Bogiem. Żyć w rozumieniu biblijnym to ni mniej, ni więcej jak istnieć w żywej relacji z Bogiem. Jeżeli tak rozumiemy pojęcie życia, o wiele łatwiej zrozumieć stwierdzenie Pana Jezusa, że jest życiem. W nim przecież istnieje nierozerwalna jedność Boga i człowieka, czyli w Nim właśnie życie człowieka otrzymuje najwyższy wymiar. Święty Paweł napisze później, że nasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu (Kol 3,3). W Biblii spotykamy się często z zupełnie innym rozumieniem podstawowych pojęć i ich wzajemnego powiązania. Czasami paradoksalne stwierdzenia uzyskują jasność we właściwym rozumieniu pojęć, jakich używał Pan Jezus. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 4 Sob OW 23.05.11, 09:19 4. Sobota OW Dz 13,44–52; J 14,7–14 Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście (J 14,1). Jak trzeba patrzeć, aby widzieć prawdę, jaką głosi Chrystus? Jak trzeba było patrzeć, aby w Jezusie z Nazaretu, Nauczycielu, dostrzec obecnego Ojca niebieskiego? Pan Jezus ma nawet pretensje do uczniów o to, że tyle czasu są z Nim, a jeszcze Go nie poznali, jeszcze nie „widzą”: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca (J 14,9). Pan Jezus pokazał kiedyś wybranym uczniom swoją chwałę na Taborze. Święci: Piotr, Jakub i Jan mogli oglądać Chrystusa przemienionego, pełnego światłości. Kiedy Go zobaczyli takim, przerazili się. Widzenie było mocne. Powalało na ziemię. Ale nie o takim widzeniu Pan Jezus mówi Filipowi, który nie był uczestnikiem epifanii na Taborze. Kiedy mówił do Filipa te słowa, nie był przemieniony, ale wyglądał jak każdy inny człowiek. W Ewangelii św. Jana istnieje scena, w której bez zmiany zewnętrznego wyglądu Jezusa doszło do przejrzenia. Dziewiąty rozdział opisuje uzdrowienie człowieka niewidomego od urodzenia i jego dalsze perypetie z faryzeuszami, którzy za wszelką cenę chcieli mu wykazać, że Jezus, który go uzdrowił, zgrzeszył, bo uzdrowił w szabat. Dla człowieka uzdrowionego ich ataki stały się okazją do refleksji nad tym, co się stało i nad prawdą o Tym, który tego dokonał. Na pytanie wprost, za kogo uważa Jezusa, odpowiedział: To prorok (J 9,17). Później Pan Jezus spotkał go jeszcze raz w świątyni. Zapytał go wówczas: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! I oddał Mu pokłon. (J 9,35–38). Wtedy nastąpiło dopiero prawdziwe uleczenie wzroku. Niewidomy przejrzał, aby móc widzieć prawdę głębszą nie tylko wygląd zewnętrzny. Właśnie takiego widzenia domagał się od uczniów Jezus. Wydaje się, że podobny proces następował w spotkaniach ze Zmartwychwstałym. Na początku nie był rozpoznawany. Dopiero od pewnego momentu dochodziło do widzenia. Kiedy ono następowało, zmieniało się widzenie wszystkiego. Ten dotychczas nierozpoznawany stawał się kimś obecnym i żywym. Wszystkie dotychczasowe troski przeminęły, a życie i jego sens nabrały barwy. Ci, którzy wcześniej się załamali, teraz odważnie stawali przed innymi, głosząc zmartwychwstanie. Zmiana widzenia spowodowała całkowitą zmianę człowieka. Lęk ustępował, bo nowe życie, jakie zobaczyli, nie podlegało śmierci. Nic nie było w stanie zagrozić tym, którzy są z Chrystusem. To, co wydawało się niemożliwe, stało się możliwe. Ale nie tak, jak by tego chciał stary człowiek, czyli człowiek z jego dawnym sposobem patrzenia i oceniania. Dla nowego człowieka wszystko stało się możliwe: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię (J 14,12–14). Warunkiem jest zawierzenie. Kiedy prosimy na zasadzie sprawdzianu, nie istnieje prawdziwe zawierzenie. Prawdziwa prośba wyrasta z wiary, że Jezus jest jedno z Ojcem, wiary, która prawdziwie poznaje w Nim Syna i na Jego obliczu rozpoznaje oblicze Ojca i jednocześnie wierzy w nieskończoną dobroć Ojca. Nie jest łatwo o taką wiarę w naszych sceptycznych czasach, kiedy w modzie jest podważanie nawet najbardziej oczywistych prawd i nawet gdy się człowiek w ten nurt nie włącza, to jego aura powoduje ogromną trudność w uzyskaniu prostoty wiary. Wiara wyrasta bowiem z prostoty myślenia, takiej, jaką miał ów ślepy od urodzenia. Trzymał się on uparcie faktów bez zacierania, zmieniania, reinterpretacji; przyjmując w prostocie osobiste doświadczenie, potrafił na podstawie znanego ze słyszenia Słowa Bożego wyciągnąć jasne wnioski. Siła jego prostego rozumowania była nie do podważenia przez wyćwiczonych w dyskusjach uczonych w Prawie. Jednocześnie właśnie to konsekwentne proste myślenie doprowadziło go do wiary w Syna Człowieczego (zob. J 9,35–38). Prostota myślenia ma dwa bardzo ważne wymiary: wpierw jest prostotą wnioskowania, jak było w przypadku niewidomego od urodzenia: Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić (J 9,32n). Zasadniczą siłą prostoty jest jednak prostota przyjęcia za prawdę tego, co z tego myślenia wynika i pójście za tym. Stosunkowo wielu ludzi potrafi wyciągać proste wnioski. Trudniej jednak przychodzi im przyjąć konsekwencje tego myślenia. Dzisiaj, wydaje się, trzeba wreszcie przestać ulegać kulturze zamazywania i komplikowania wszystkiego po to, by w ogólnym zamęcie uciec przed prostotą prawdy, by zagłuszyć swoje sumienie. W pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich widać, jak zawiść zaciemniła oczy Żydom. Ponieważ nie odpowiadało im zrównanie z poganami, odrzucili Ewangelię. Podobnie współczesna kultura mnożenia wątpliwości nie dopuszcza do prostego przyjęcia prawdy Ewangelii. W tym kontekście trzeba dzisiaj odczytać słowa Pana Jezusa: Tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznaliście?! Kiedy przyjmujemy komunię, odpowiadając „Amen” na słowa kapłana: „Oto Ciało Chrystusa”, właściwie odpowiadamy, że w tym opłatku rozpoznajemy Jego samego, Syna Bożego, który dla nas i naszego zbawienia urodził się w ludzkiej postaci, został zabity, pogrzebany i zmartwychwstał. Oby to nasze wyznanie było autentyczne i konsekwentne w życiu na co dzień. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 5 Nd A OW 23.05.11, 09:20 6. Niedziela A OW Dz 8,5–8.14–17 1P 3,15–18 J 14,15–21 Ta krótka Ewangelia zawiera ogromną głębię. Słowa Pana Jezusa padają podczas Ostatniej Wieczerzy, na kilka godzin przed rozpoczęciem męki, śmierci i późniejszego zmartwychwstania. Mówi je Pan Jezus w tej perspektywie jak do tych, którzy doświadczyli Jego paschy i zobaczyli Go żywym. Spójrzmy na słowa Jezusa z tej perspektywy. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie oglądał. Ale wy Mnie widzicie, ponieważ Ja żyję i wy żyć będziecie (J 14,19). Jezus odchodzi ze świata i świat już Go nie widzi. Po Jego śmierci świat, który mógł Go oglądać, już Go nie jest w stanie zobaczyć. Jako Zmartwychwstały ukazuje się tylko uczniom i wierzącym w Niego. Widzą Go i widzą życie, jakie objawia: W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was (J 14,20). Takie jest doświadczenie życia, jakie przynosi ze sobą Pan Jezus zmartwychwstały. W owym dniu poznacie! W 1. Liście św. Jan pisze o tym jako o swoim, a właściwie wspólnym dla wszystkich apostołów, doświadczeniu: To wam oznajmiamy], co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce – bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione – oznajmiamy wam, cośmy ujrzeli i usłyszeli, abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami. A mieć z nami współuczestnictwo znaczy: mieć je z Ojcem i Jego Synem Jezusem Chrystusem (1 J 1,1–3). Życie objawiło się! Ale tego życia świat nie widzi i nawet nie może zobaczyć, nic o nim nie wie, bo nie da się go głosić jako doktryny, ale jedynie wprowadzać w doświadczenie. Musimy sobie zdać sprawę z tego, że nasze zakorzenienie w świecie jest tak wielkie, że trudno nam zobaczyć życie takie, jakie nam daje Chrystus zmartwychwstały. Aby je zobaczyć, potrzeba zmiany widzenia, metanoi, przemiany serca. Zazwyczaj, kiedy mówimy o nawróceniu (metanoi), myślimy o moralnej przemianie, o zmianie postępowania. W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus mówi na początku: Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania (J 14,15). Przestrzeganie moralnych zasad wynika z miłości do Chrystusa i jest wyrazem tej miłości. Ten porządek jest bardzo ważny. Przykazań nie można zachowywać czysto formalnie i zewnętrznie. Nic to wtedy nie daje. Raczej przemiana moralna wynika z przemiany serca, przemiany widzenia, co się dokonuje przez spotkanie z żywym Chrystusem. Dalej w Ewangelii Pan Jezus mówi o przynależności, o posiadaniu, o byciu w Nim! Jest to bardzo mocne stwierdzenie. Nie chodzi już o „duchowe” przyjmowanie zasad postępowania, ale o „udział w Nim”. I tak jest w wymiarze sakramentalnym naszego chrześcijańskiego życia, które rozpoczyna się od chrztu św., czyli zanurzenia w Chrystusa i przepełnienia Duchem Świętym. Dopiero w Duchu Świętym, który jest obiecanym przez Jezusa w dzisiejszej Ewangelii innym Parakletem i Duchem Prawdy, jesteśmy w stanie zrozumieć sens Jezusowego nakazu miłości. Bez Ducha możemy Jego nakaz sprowadzić do formalnych wymagań i podobnie jak faryzeusze troszczyć się jedynie o moralną poprawność naszego zachowania. Jednak bez Ducha nie wypełnimy przykazania miłości i nie będziemy mieli udziału w życiu Jezusa. Ukazuje to dzisiejsze czytanie z Dziejów Apostolskich, gdzie Filip przez swoje głoszenie Ewangelii zdobył wielu wierzących. Ochrzcił ich w imię Jezusa, ale pełnię życia w wierze otrzymali oni dopiero przez dar Ducha Świętego. Samo doświadczenie otrzymania Ducha Świętego było wspaniałym przeżyciem zarówno dla Apostołów, jak potem dla innych wierzących. Natomiast prawdziwość wiary ujawnia się najlepiej w chwilach próby. O takim doświadczeniu pisze św. Piotr w swoim liście. Prawdziwe przyjęcie Ducha Świętego wyraża się podobieństwem życia do życia Jezusa. Najpełniej to widać w chwilach prześladowania i cierpienia. Czy potrafimy je znosić tak, jak je znosił Jezus? Czy niezależnie od otrzymanych ran i bólu potrafimy kochać? Czy rzeczywiście nie dajemy się zamknąć w urazach, niechęciach czy nawet w nienawiści, lecz potrafimy wybrać życie i miłość, która je buduje? Lepiej bowiem, jeżeli taka wola Boża, cierpieć dobrze czyniąc, aniżeli czyniąc źle (1 P 3,17). Św. Paweł wyraził tę zasadę jeszcze wyraźniej: Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj (Rz 12,21). Wybór Jezusa i Jego przykazania miłości oznacza zdecydowany wybór życia i dobra wobec naporu zła rodzącego zniechęcenie. Oznacza uparte budowanie miłości i trzymanie się wszystkiego, co prowadzi do życia. Takie zalecenie pozostawił nam Pan Jezus jako testament w swojej ostatniej mowie do uczniów przed wydaniem na mękę i śmierć. Dając nam to przykazanie, jednocześnie zapewnił o swojej obecności: Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was (J 14,17). Pozostawił nam także obietnicę: Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie (J 14,21). Zarówno określenie „poznanie”, jak i „objawienie” w odniesieniu do nowego życia Jezusa oznacza po prostu udział w tym życiu. Myśmy je już otrzymali przez sakrament chrztu św. Ale jego pełnię uzyskamy przez udział w Jego miłości do końca, co musi się wyrazić w życiu i konkretnych czynach. Eucharystia, do której przystępujemy, jest pokarmem na drodze życia miłości. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 5 Pn OW 23.05.11, 09:20 5. Poniedziałek OW Dz 14,5–18; J 14,21–26 Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać (J 14,23). W 15. rozdziale Ewangelii według św. Jana czytaliśmy, że Jezus jest winnym krzewem, a my latoroślami: Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić (J 15,5). Dzisiaj dowiadujemy się, na czym polega owo „trwanie w Nim”: na zachowywaniu Jego nauki. Może lepiej byłoby powiedzieć: na życiu Jego nauką, na wypełnianiu jej, na zawierzeniu jej mądrości. Chodzi o autentyczne, osobiste podjęcie Ewangelii. Dzisiejsza Ewangelia o tyle to jeszcze bardziej podkreśla, że przytoczone na początku zdanie Pana Jezusa jest odpowiedzią na pytanie apostoła Judy: Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu? Pana Jezusa jak gdyby nic nie obchodzi objawienie się światu, ale objawienie się i spotkanie z każdym osobiście. W tym przejawia się prawda o żywym Bogu. On jest Bogiem żywych osób, a nie bogiem idei, potęg, sił, zasad, praw itd. Zobaczmy jednocześnie, jaki jest porządek działania Boga i naszego udziału w Nim. Dzisiejszy fragment Ewangelii przedstawia bowiem działanie całej Trójcy. Nasza miłość realizuje się przez zachowywanie poleceń Pana Jezusa, Syna. Jednak Jego nauka nie jest Jego, ale Tego, który Go posłał, Ojca. Jeżeli miłujemy Syna, On przychodzi do nas wraz z Ojcem. Syn zatem jest dla nas Pośrednikiem wobec Ojca. On nas wprowadza w żywą więź z Ojcem. Dlatego tak ważne są słowa: Jeżeli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach waszych (J 8,24). Całe działanie Ojca dochodzi do nas przez czyn zbawczy Syna w Jego Wcieleniu. A także nasze spotkanie z Ojcem dokonuje się przez Syna albo w Synu. Dalej jednak działanie przejmuje Duch Święty. Pan Jezus mówi: A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem (J 14,26). Duch Święty jednak nie dokonuje niczego nowego, nie daje nowej nauki, ale „przypomina” nam wszystko to, czego nas nauczył Syn. Mało tego, On jedynie pozwala prawdziwie poznać i przyjąć to wszystko, czego nas nauczył Pan Jezus. Duch Święty nie występuje jako nowa postać, która do nas przemawia jak Nauczyciel, jak to było z Panem Jezusem. On nie tyle poucza jak Ktoś z zewnątrz, ale daje nam siebie, abyśmy w Nim umieli rozpoznać całą prawdę. On, można tak powiedzieć, staje się duchem naszego poznawania i działania. Trudno mówić o Duchu Świętym jako o osobie właśnie dlatego, że On nigdy nie ukazuje się na zewnątrz. On działa wewnątrz nas, przenika głębię nas samych i w tej głębi przemawia. On jest właśnie Duchem. Jednocześnie On jest Osobą-komunią, czyli żywą więzią naszą z Bogiem. Jeżeli Pan Jezus mówi: Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać (J 14,23), nie oznacza to, że przyjdzie On do nas jedynie z Ojcem, bez Ducha Świętego, o którym w tym miejscu nic nie mówi, ale to przyjście dokona się właśnie w Duchu Świętym, Tym, który jest wzajemną miłością Ojca i Syna, który jest Osobą-miłością. Ojciec mój umiłuje go – czyli umiłuje go w Duchu Świętym. Duch Święty prawdziwie urzeczywistnia w nas całą naukę Pana Jezusa i związane z nią obietnice. W ten sposób nauka Pana Jezusa staje się czymś bardzo konkretnym w naszym życiu. Nie jest jedynie ideą, prawem, zasadą, ale życiem przez jej urzeczywistnienie w nas samych, w naszej codzienności. Stając wokół ołtarza, o to prosimy i w sakramencie to otrzymujemy. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 5 Wt OW 24.05.11, 09:59 5. Wtorek OW Dz 14,19–28; J 14,27–31a Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam (J 14,27). Pax Christi – pokój Chrystusowy, to zawołanie benedyktyńskie. Święty Benedykt, idąc za psalmem 34., wzywa w Prologu: szukaj pokoju, idź za nim (RegBen Prol 17). Staraj się w życiu o to, co niesie w sobie pokój. Dlaczego? Święty Paweł wylicza pokój pomiędzy owocami Ducha Świętego (zob. Ga 5,22n). Przy czym wydaje się, że pokój jest tym owocem, który nam najłatwiej uchwycić. Różnica pomiędzy pokojem a niepokojem jest wyraźnie odczuwalna. Jeżeli wyczulimy się na pokój, to możemy się nauczyć rozróżniać to, co jest od Ducha, a co od Niego nie pochodzi. Nie są takim kryterium nasze nawet najlepsze pomysły, idee, zamiary. Jako nasze są ze swej natury skażone tym, co w nas pozostawił grzech pierworodny. Nie one powinny być naszymi drogowskazami i kryteriami. Dobre może być jedynie to, co pochodzi od Boga. Dlatego poznacie ich po ich owocach (zob. Mt 7,16.20), które bardziej precyzyjnie ukazują, z jakiego źródła pochodzi dzieło. W naszym życiu nieustannie musimy badać nasze czyny i postawy, czy są od Ducha, czy wypływają z naszego własnego upodobania. Owoce są najlepszym kryterium rozpoznawczym. Obietnica pokoju Chrystusowego spełniła się po Jego zmartwychwstaniu, a swoją pełnię uzyskała z momentem Zesłania Ducha Świętego. Pokój jest testamentem Chrystusa, jest tym, co nam zostawia i czym nas obdarza. Jest on wewnętrznym dobrem a zarazem owocem tego wszystkiego, co nam Jezus dał, a co w zewnętrznym wyrazie sprowadza się właściwie do: słowa, przykazań, świadectwa własnego życia i obietnicy zawierającej się najpełniej w misteriach sakramentalnych. Po zmartwychwstaniu te obietnice uzyskały dla uczniów bardzo konkretny kształt: życie objawiło się – jak pisze św. Jan – Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione (1 J 1,2). Wobec tego życia znikają wszelkie lęki. W sercu, niezależnie od trudnych doświadczeń, np. takich, jakich uczestnikiem był św. Paweł w relacji Dziejów Apostolskich z dzisiejszego pierwszego czytania, panuje pokój oparty na pewności, że to objawione życie już jest naszym udziałem, a śmierć jest jedynie przejściem do jego pełnej realizacji. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję (J 12,27). Świat nie jest w stanie dać prawdziwego pokoju. Stale jesteśmy atakowani rozmaitymi niepokojami. I nie dotyczy to jedynie wymiaru społecznego na arenie międzynarodowej czy lokalnej, ale także naszego otoczenia, domu, pracy, środowiska przyjaciół. Świat nie jest w stanie dać nam pokoju. Pokój Chrystusowy jest zadatkiem naszego odnajdywania się w Bogu. Pan Jezus nieustannie wzywał: Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka! (J 14,27). W opozycji do pokoju wyrastającego z zawierzenia Jezusowi stoi zalęknienie, że się coś straci bezpowrotnie. Ościeniem tego lęku jest śmierć. Kiedy patrzymy przez pryzmat świata, widzimy nieuchronność utraty wszystkiego, co mamy. Nie tylko dóbr materialnych, zdrowia, ale także bliskich, którzy umierają, a także przyjaciół, którzy mogą zdradzić. Uczniowie ciągle nosili w sobie lęk przed utratą swojego Mistrza. I kiedy On naprawdę odszedł w tragiczny sposób, załamali się. Dopiero Jego zmartwychwstanie przywróciło im życie i ufność. Niestety, ten proces umierania, utraty tego wszystkiego, co tutaj zdobywamy, każdy z nas musi przeżyć. Ale właśnie wtedy dopiero się okazuje, czy naprawdę wierzymy, czy zawierzyliśmy Osobie Chrystusa. Syn Boży w ludzkiej kondycji musiał doświadczyć tego samego. Swoim posłuszeństwem aż do śmierci pokazał, że zawierzył Ojcu do końca: Ale niech świat się dowie, że Ja miłuję Ojca, i że tak czynię, jak Mi Ojciec nakazał (J 14,31). Jego posłuszeństwo stało się najjaśniejszym dowodem miłości. Podobnie i my okazujemy prawdziwą miłość do Jezusa, gdy wypełniamy Jego polecenia: Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości (J 15,10). Odpowiedz Link
iktoto Homilia 5 Sr OW 25.05.11, 13:49 5. Środa OW Dz 15,1–6; J 15,1–8 Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami (J 15,5). Ten obraz jest tak jednoznaczny i wyraźny, że trudno o lepszy. Nie jesteśmy w stanie nic do niego dodać, a nawet jest to niepotrzebne. Właściwie istnieje tylko jeden problem: poważnie potraktować te słowa i autentycznie starać się zakorzenić w Chrystusa. Zauważmy, że prawdziwie chcieć być uczniem Chrystusa to przecież inne wyrażenie wymagania Benedykta, jakie stawia nowicjuszom: „Czy prawdziwie szukają Boga?”. U św. Benedykta to wymaganie stoi na początku drogi, a tym samym jest ono fundamentem wszelkiego wysiłku mnicha: modlitwy, medytacji, pracy, nauki... Mistrz ma obserwować i rozpoznawać, czy tak prawdziwie się dzieje, czy nie jest to jedynie pozór w życiu nowicjusza. Jeżeli warunek nie jest spełniony, to życie w klasztorze traci swój sens. Każdy wysiłek nabiera właściwego znaczenia jedynie przy takim nastawieniu serca. Staje się wówczas elementem naszego szukania Boga, a Chrystus, odpowiadając na nie, udziela łaski zakorzenienia – sami bowiem nie jesteśmy w stanie tego zrobić. W dzisiejszej Ewangelii czytamy : Trwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w was (J 15,4). Cały tekst mówi o wzajemnym przenikaniu się, o wewnętrznym czerpaniu soków. Nie ma mowy o żadnym pokarmie z zewnątrz. Brak w tym tekście jakiejkolwiek zewnętrzności. Ta logika posiada bardzo daleko idące konsekwencje, jakie widzimy w pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich. Problem obrzezania pogan i ich podlegania Prawu, podnoszony przez chrześcijan wywodzących się z faryzeuszy, polegał na przyjęciu zewnętrznych norm i obrzędów. Jak na to wskazuje dalszy tekst Dziejów, tak zwany Sobór Jerozolimski nie nałożył takich warunków na chrześcijan pochodzących z pogan, stawiając na wewnętrzne powiązanie z Chrystusem, na wewnętrzną wolność w wierze. My natomiast, kiedy myślimy o życiu chrześcijańskim, czyli o byciu uczniem Chrystusa, od razu kojarzymy je z prawem moralnym, z życiem według określonych norm. Oczywiście prawo moralne jest logicznym i konsekwentnym wnioskiem wynikającym z pójścia za Chrystusem, jednak dzisiaj problem zasadniczy polega na tym, że człowiek utracił sens wiary w ogóle, nie spotyka się z Bogiem. Dlatego stawia pytanie: „Po co? W imię czego mam moralnie postępować, kiedy się to nie opłaca?!”. Ten kryzys dotyczy także nas samych. Trudno widzieć prawdziwą realizację drogi ewangelicznej w życiu. Nasze chrześcijaństwo, także w klasztorach, jest najczęściej formalno-zewnętrzne. Dlatego wpierw trzeba rozpocząć od zakorzenienia w Chrystusie, trzeba odkryć Chrystusa, doświadczyć słodyczy spotkania Boga. Tak było i za czasów Pana Jezusa. Odnajdywali Go ludzie prości, także grzesznicy, a dużą trudność mieli faryzeusze i uczeni w Piśmie. Oni bowiem od razu wszystko widzieli w perspektywie praw i moralności, zamykając się na świeżość spotkania, nie otwierając się na osobę, nie dopuszczając do siebie zadziwienia, nie odczuwając misterium. Zobaczmy, jak w Regule św. Benedykt konsekwentnie i stale jest skierowany na autentyczne spotkanie i rozwój. Na końcu pisze, że jest ona jedynie „maleńką regułą dla początkujących”. Stale jesteśmy u początków, ale zawsze ze świeżą dynamiką. Wspomniany moralizm, przeskok ponad osobistym spotkaniem z Chrystusem od razu do wymagań moralnych, niesie w sobie jeszcze jedno poważne zagrożenie, mianowicie wydaje się nam, że wiemy, czego Pan Jezus od nas oczekuje oraz jak to ma wyglądać w naszym życiu. Otóż właśnie na tym polegał zasadniczy błąd faryzeuszy, gdyż wydawało się im, że doskonale wiedzą, jaki ma być mesjasz, a ponieważ Pan Jezus nie wypełniał ich wyobrażeń, odrzucili Go, prawdziwego Mesjasza, który przyszedł. Musimy nieustannie pamiętać, że nasze wyobrażenia są największą przeszkodą na drodze do autentycznego kontaktu z Bogiem. Oczyszczenie serca polega przede wszystkim na oczyszczeniu wyobraźni i związanych z nią pragnień, oczekiwań, pożądań oraz namiętności – i to nie tylko złych ze swej natury, ale i – co bywa czasem najtrudniejsze – pobożnych! Bóg, gdy przychodzi, zawsze zaskakuje, On jest inny. Tak Biblia określa to, co filozofia wyraża słowem „transcendencja”. Istotne zatem pozostaje dla nas otwarcie serca, myślenie, rozeznawanie tego, co pochodzi od Boga, a co od złego. Trzeba umieć patrzeć i myśleć: „po owocach poznacie”. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni (J 15,7). Jeżeli czerpiemy z głębi Chrystusa, to nasze prośby zawsze będą dobre, będą wyrastały z tego samego ducha, będą posiadały to samo dążenie i pragnienie. Stąd „o cokolwiek prosić będziecie, stanie się”. Ale warunkiem jest trwanie w Chrystusie. Augustynowe: „Kochaj i rób co chcesz” jest wnioskiem z tych słów Chrystusa. Ale czy prawdziwie kochamy, czy prawdziwie trwamy w Chrystusie? Nie po to, by pokazać innym czy nawet samemu sobie, ale w prawdzie wobec własnego sumienia. Czy nie nosimy w sobie jakiegoś uproszczonego, fałszywego wyobrażenia Chrystusa, które w rzeczywistości zasłania nam Jego prawdziwe oblicze? Czy nie uciekamy w gotowe schematy? Czy prawdziwie szukamy Jego, a nie własnego usprawiedliwienia, poczucia, że jesteśmy porządni? To pytanie trzeba sobie często powtarzać. Do niego zobowiązuje nas także św. Benedykt. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 5 Czw OW 25.05.11, 22:44 5. Czwartek OW Dz 15,7–21; J 15,9–11 Trwajcie w miłości Mojej (J 15,9) – Chrystus wzywa nas do zawierzenia Jego miłości. Meinate, czyli trwajcie, można też przetłumaczyć: pozostawajcie, żyjcie, zamieszkajcie. Wydaje się, że w samym określeniu akcent pada nie na wysiłek trwania, na mocne trzymanie się czegoś, ale na życie, zawierzenie, nieustanne czerpanie z miłości Chrystusa w każdej chwili . Miłość Chrystusa powinna być dla nas punktem wyjścia, źródłem naszej tożsamości, jak dom jest źródłem naszej tożsamości w życiu społecznym. Miłość Chrystusa daje nam właściwe poczucie tożsamości. Jednak aby je utrzymać, potrzebna jest modlitwa, która stale odnosi się do źródła. Zasadniczo jednak miłość Chrystusa do nas jest radosną nowiną, jest ewangelią, dającą poczucie pokoju: Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (Rz 8,31). Niemniej przeciw tej ewangelii pojawia się pokusa zwątpienia. Podobnej pokusy doświadczył na pustyni Pan Jezus. W istocie w całym kuszeniu chodziło o podważenie pełnego zaufania do Ojca. Ze względu na „milczenie” Boga nasze zawierzenie miłości Chrystusa zawsze przechodzi przez próbę wiary w wierność Boga. Wiara w miłość Chrystusa nie jest zatem łatwa, wymaga zawierzenia i naszego trwania. Stąd wezwanie Pana Jezusa. W Ewangelii Jezus, apelując do nas, zazwyczaj jednocześnie wskazuje na swoje zawierzenie Ojcu: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Mamy trwać w miłości Chrystusa, tak jak On trwa w miłości Ojca. Chrystus wskazuje na swoje doświadczenie jako Człowieka w jego ziemskim życiu. Jezus właśnie jako Człowiek pokazuje nam ducha, jakim żyje i takiego samego ducha nam zaleca. Mamy wejść w takie samo zawierzenie, jakie było w Nim jako człowieku, w takiego samego ducha. Jest to bardzo konkretne wezwanie. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna (J 15,10). Duch daje radość. To samo doświadczenie stanie się wówczas naszym udziałem. Ta dwustopniowa struktura ukazuje Chrystusa jako Pośrednika. Ta struktura pozostaje dla nas aktualna w obu kierunkach. W dzisiejszej Ewangelii od strony wzoru życia. Jezus wskazuje, jak mamy żyć, czym mamy się kierować, aby prawdziwie się spotkać z Bogiem. W liturgii natomiast staje się On ikoną Ojca działającego: W celebrowanych gestach i znakach mamy rozpoznawać Chrystusa, który te gesty wykonywał i swoim życiem o ich autentyczności zaświadczał. Jednak nasze spojrzenie na tym się nie kończy, lecz powinno sięgnąć dalej: w obliczu Chrystusa mamy rozpoznawać Ojca: Kto Mnie zobaczył, zobaczył i Ojca (J 14,9). W liturgii widzimy w Chrystusie Ojca w Jego miłości do nas do końca. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 5 Pt OW 26.05.11, 22:20 5. Piątek OW Dz 15,22–31; J 15,12–17 Podczas Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus przekazał swoim uczniom testament. W swoich mowach zawarł podsumowanie całej swojej nauki, która właściwie streszcza się w jednym nakazie: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem (J 15,12). Istotą tej miłości jest to, że jest żywa i czynna. Stąd wezwanie Pana Jezusa przyjmuje formę przykazania. Warunkiem autentycznej miłości jest przestrzeganie tego przykazania. Gdyby ktoś miał wątpliwości, co znaczy kochać, Pan Jezus pokazuje, na czym to praktycznie polega. Kto tak nie miłuje jak On, ten nie ma w sobie miłości Boga. Aby jeszcze rozwiać wszelkie wątpliwości odnośnie do tego stwierdzenia, św. Jan w swoim 1. Liście napisał jednoznacznie: Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. Takie zaś mamy od Niego przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też i brata swego (1 J 4,20n; zob. też: 1 J 3,10.14; 4,8). W sposób jasny i niedwuznaczny widać, że Panu Jezusowi zależy na wzajemnej miłości, która nikogo nie eliminuje. Także pogan, których zgodnie z postanowieniem tak zwanego Soboru Jerozolimskiego opisanego w pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich, nie zmuszono do obrzezania i przyjęcia wszystkich praw Starego Testamentu. Apostołowie zredukowali wymagania odnoszące się do pogan do czterech zaleceń prawnych, które przy tym mają wyraźnie charakter wskazania, a nie nakazu: Powstrzymajcie się od ofiar składanych bożkom, od krwi, od tego, co uduszone, i od nierządu. Dobrze uczynicie, jeżeli powstrzymacie się od tego (Dz 15,29). Jeżeli się im przyjrzymy, to dwóch z nich dzisiaj nie zachowujemy: nie powstrzymujemy się od krwi (jadamy np. kaszankę) i od tego, co uduszone (nikt na to nie zwraca uwagi, jak się zabija zwierzęta na mięso). Zatem te zewnętrzne zasady nie mają istotnego znaczenia, nie one rozstrzygają o prawdziwości wiary. Rozstrzyga ostatecznie miłość! Zgodnie z tym nakazem Pana św. Benedykt, pisząc Regułę, w swoim testamencie bardzo mocno zaleca miłość jako najważniejszą zasadę życia, wzywając do zaangażowania w nią całej swojej duchowej energii: Ta więc właśnie gorliwość niechaj wyróżnia mnichów w ich życiu żarliwej miłości tak, aby w okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzali. Niech słabości swoje duchowe i cielesne znoszą cierpliwie. Niech prześcigają się nawzajem w posłuszeństwie. Niechaj nikt nie szuka tego, co uważa za pożyteczne dla siebie, lecz raczej tego, co dla drugiego. Niech darzą się wzajemnie czystą w intencji miłością braterską. Niech Boga boją się dlatego, że Go miłują. Opata swego niech kochają miłością szczerą i pokorną. Niech nic nigdy nie będzie dla nich ważniejsze od Chrystusa, który oby nas razem raczył doprowadzić do życia wiecznego” (RegBen 72,3–12). Może jeszcze wyraźniej nakaz miłości wzajemnej odnosi się do małżeństw. W nich wyraźniej widać konsekwencje utraty miłości. W naszym życiu zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym musimy nieustannie wracać w sumieniu do refleksji nad tematem miłości wzajemnej. Inaczej możemy przegrać wszystko, bo przecież po to przyszedł Pan Jezus na ziemię i to nam zalecił jako najważniejsze. Bez miłości jesteśmy jak cymbał brzmiący, nic nie znaczymy, jesteśmy nikim. Tylko kochając, naprawdę przyniesiemy owoc i Bóg pozostawi nas, dając nam jeszcze obfitsze życie. Odpowiedz Link
iktoto Homilia 5 Sob OW 27.05.11, 20:19 5. Sobota OW Dz 16,1–10; J 15,18–21 Będą was prześladować, bo nie znają Tego, który posłał Jezusa. Ta prawda jest stale aktualna . I co ważne, prześladują nie jedynie ludzie niewierzący, ale także ludzie, którzy uważają się za wierzących! Bo nie znają Tego... Charakterystyczny w tym miejscu jest sposób mówienia Jezusa o Bogu: Ten, który Mnie posłał. Nie określa Boga wprost słowami „Bóg” czy „Ojciec”, jak to robi w innych miejscach, ale wskazuje na Niego zaimkiem: „Ten, który…”, „Tego…”. Ten sposób wyrażania nie jest jedynie wybiegiem literackim, lecz niesie w sobie przekaz doświadczenia. W Księdze Wyjścia Bóg objawił swoje imię w podobny sposób: Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: Jestem, Który Jestem. I dodał: Tak powiesz synom Izraela: Jestem posłał mnie do was. Mówił dalej Bóg do Mojżesza: Tak powiesz Izraelitom: Jestem, Bóg ojców waszych, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba posłał mnie do was. To jest imię moje na wieki i to jest moje zawołanie na najdalsze pokolenia (Wj 3,14n). Tutaj także nie mamy prostego wypowiedzenia imienia, jak np. Jezus, Piotr, ale samo imię wskazuje na konkretne doświadczenie Abrahama, Izaaka i Jakuba. W przypadku Ewangelii Jezus wskazuje na swoje doświadczenie. I trzeba powiedzieć, że cała nasza wiara opiera się na zawierzeniu Jego doświadczeniu. Jezus mówi te słowa do uczniów w Wieczerniku, ale nabierają one szczególnego znaczenia po zmartwychwstaniu. Ten, który Mnie posłał daje jednocześnie świadectwo o swojej mocy obdarowania życiem nawet pomimo śmierci. Spotkanie ze Zmartwychwstałym stanie się później fundamentem wiary przekazywanej na pokolenia. W Zmartwychwstaniu w pełni objawił się Ten, który Jest. Nie da się tego doświadczenia sprowadzić do samej myśli. Wiemy, że po zmartwychwstaniu Pan Jezus nie przekazał uczniom żadnej nowej nauki. Wszystko, co miał do powiedzenia i nauczenia, przekazał im w czasie nauczania. Po zmartwychwstaniu jedynie daje im polecenie nauczania i szerzenia Ewangelii. Ale właśnie dopiero po spotkaniu ze Zmartwychwstałym i po Zesłaniu Ducha Świętego, czyli dopiero po doświadczeniu spotkania z rzeczywistością zmartwychwstania, uczniowie zrozumieli Jego naukę. Istnieje nieprzezwyciężalne przeciwstawienie świata i wiary. Istnieje nienawiść świata do tych, którzy uwierzyli Jezusowi – znowu mamy do czynienia ze wskazaniem doświadczenia. Pomiędzy ludźmi ze świata i wierzącymi istnieje diametralna różnica w sposobie widzenia rzeczywistości i jej sensu. Granica pomiędzy tymi dwoma światami nie pokrywa się z podziałem na tych, którzy należą do Kościoła i tych, którzy są poza nim. Granica przebiega pomiędzy tymi, których Pan Jezus wybrał i tymi, którzy pozostali poza Jezusem. Przy czym w owym wyborze nie chodzi jedynie o zaproszonych do wspólnoty wierzących w Kościele, ale o żywe doświadczenie spotkania z Jezusem, który jest nie tylko Mesjaszem, ale także Drogą i Prawdą i Życiem. Niektórzy mogą spotkać Go w prawdzie, nie kojarząc zupełnie z postacią Jezusa Chrystusa. Mówi o tym sam Jezus w nauce o sądzie ostatecznym (zob. Mt 25,31–46), a ponadto pisze św. Paweł w odniesieniu do Izraelitów, którzy z Mojżeszem wyszli z Egiptu (zob. 1 Kor 10,4). Jeżeli patrzymy na same słowa w kategoriach pojęciowych, to wybranie i spotkanie mają całkowicie różny sens. Można kogoś wybrać, nie spotykając się z nim i spotkać się z kimś, nie wybierając go. Inaczej jednak jest w sercu: tutaj wybranie i spotkanie jest tym samym. Nie może być mowy o wybraniu bez spotkania, a spotkanie w miłości jest od razu wezwaniem i wybraniem. Natomiast relacja ze światem jest zewnętrzna i utrzymująca stale w zewnętrzności przy jednoczesnej tendencji do kontroli. Prawdziwa bliskość w spotkaniu stanowi wręcz zagrożenie dla świata, bo wychodzi poza struktury świata, kwestionując ich panowanie. Spotkanie prowadzi do zawierzenia, otwarcia na inność drugiego, a przez to na rezygnację z wszelkiej kontroli. A to, co najbardziej niebezpieczne, to pojawiające się wymaganie gotowości całkowitego poświęcenia się drugiemu aż do śmierci. W ten sposób powstaje nieprzezwyciężalna opozycja między tym, co światowe i tym, co wyrasta z żywej więzi z Bogiem. Każdy z nas musi doświadczyć w sobie samym takiej rozbieżności i wybrać: życie albo śmierć; spotkanie w miłości albo szukanie swego; zawierzenie albo panowanie... Granica przechodzi przez serce każdego z nas. Nie da się jej przekroczyć ot tak, z kaprysu, dla fantazji. Ona kosztuje trud znoszenia prześladowań, które przyjmują różny kształt. Odpowiedz Link