Dodaj do ulubionych

Czekam na.....

30.01.07, 11:15
Od dłuzszego czasu czytam to forum ale jakoś ciezko było mi zebrac sie na
odwage i napisać o swojej historii..Ale chyba nadszedl juz czas bo zbyt wiele
mi go nie zostało...W wieku 19 lat urodzilam coreczke ktorej bardzo chciałam,
miałam stałego partnera ale szczerze to nie obchodziło mnie to kto "zrobi" mi
to dziecko poprostu chciałam miec kogos dla kogo bede mogła żyć, kogos komu
bede potrzebna i kogoś kogo bebe kochac na zawsze. Urodziłam cudowna zdrowa
corke moje zycie to była Ona. Partner okazał sie nie tym z marzeń i bardzo
szybko rozwiedliśmy sie. Musiałam być twarda dla mojej corki... Znalazłam
prace w przedszkolu i dodatkowa w domu dziecka gdzie spotkałam druga swoja
miłośc zycia-mala Julke-zakochałam sie w niej!!! Poranne zamiieszanie w domu
skakanie po łóżku,wyprowadzenie psa telefon do Julki z słowem " cześć" i wraz
z córcia spiewajaco ruszaliśmy do przedszkola... Bardzo brakuje mi takich
dni...Życie tak toczyło sie wspaniale że nie potrzebowałam niczego wiecej. Od
abrdzo dawna opiekowałam sie młodszym bratem o 2 lata mieszkała znami i
pewnego dnia kiedy moja cćórka była na wakacjach z tatusiam wrecz zmusił mnie
do wyjscia z domu rozerwać sie... poszłam i stało sie... kilka spojrzeń
uśmiechów i pojawił sie w moim zyciu mężczyzna. Z czasem poprostu zaczeło mi
na mnim zależeć.Spotykaliśmy sie głownie w weekendy ponieważ mieszkał dośc
daleko ale było cudownie... Czasmi byłam tak wszystkim zajeta ze zapominałam
jesc i pewnego dnia zemdlałam. Skierowano mnie na zrobienie jakiś tam wyników
potem jeszcze innych...i postawiono diagnoze... tylko ze wraz z diagnozą
usłyszałam jest pani w ciaży i ma pani nowotwór...Wszystko legło w
gruzach...Przed oczami pojawiła sie moja koleżanka która odeszła na tamten
świat przed rokiem chora właśnie na nowotwór i dwa najgorsze obrazy które
wciaż ja wspominając mam przed oczami:kiedy straciła włosy i siedzac na wózku
inwalidzkim dostała ataku padaczki.. Wróciłam do domu a moja głowa wariowała
myslałam tylko o chorobie ale po kilku dniach przypomniałam sobie o ciązy.
Nie chciałam powiedzieć ojcu mojego dziecka o ciąży...Musiałam rozpocząc
leczenie a ciąza to uniemożliwiała i w ten sposób była poważnie
zagrożona.Podjełam decyzje-poszłam do lekarza i za kilka dnia miałam zgłosić
sie na dokonanie aborcji, te dni były okropne!!! Nie wytrzymałam napiecia a
może potrzebowałam wsparcia i siły i powiedziałam ze jestm w ciaży...
Oczywiście nie był na to gotowy, Usłyszałam nie teraz jestem zbyt młody
niczego nie mam nie bedzie mnie stac na utrzymanie dziecka...I powiedziałam o
zabiegu pytał jak udało mi sie to załatwić ale to nie miało już dla mnie
znaczenia, zadzwoniłam potwierdzic ze przyjade po tabletke która miała
wywołac poronienie a potem miał być wykonany zabieg i zrobiłam tak. Wtorek
rano wstałam wylałam litry łez i połknełam tabletke poszłam do pracy i
otrzymałam telefon od ojca mego dziecka ze chce ze mna porozmawiać nie
mogłam... Doszło do nie miłej wymiany słów i gniewu z mojej strony,
usłyszałam od niego "nie zabijaj mojego dziecka, zyje tylko dla swojego
syna...itd" ale było juz za puzno, tabletka wywołała krwawienie i pojechałam
na zabieg... Usunełam ciąze-zabiłam dziecko...Po wyjsciu z gabinetu spotkałam
sie z ojcem mojego dziecka nie pozwoliłam mu pujść ze mna. Jedyne co mogłam
mu powiedzieć to, to że wiem że umieram a może udało by sie donosić mi ta
ciąże ale bałam sie zostawić go samego z tym dzieckiem i ta świadomośc ze
wychowywało by sie bez matki-widziałam Julke zostawiona przez rodziców i
błagająca o miłosc-rozstaliśmy sie on zostawił studia i wyjechał.
Utrzymujemuy ze soba kontakt (a rzczej utrzymywaliśmy-dwa dni temu napisał ze
juz mu na mnie nie zależy )po tym wszystkim przestałam egzystować...Pojawiły
sie ataki padaczki zrezygnowałam z pracy o Julce chciałam zapomnież a ze
wzgledu na mój stan zdrowia córka wiekszośc czasu spedzała z tatusiem.
Zostałam sama z bratem w czterech scianach nie chciałam sie leczyć i tak
męczyłam wszystkich ze pomyslano o oddaniu mnie do jakiegoś osrodka dla
chorych psychicznie. Poprostu nikt nie rozumie tego ze nie moge żyć...dusze
sie nie myśle o chorobie ale o tym co zrobiła moge o siebie walczyć może sie
udać ale co potem? Piszecie prawie wszyscy o marolności poczuciu winy ja to
wszystko czuje!!! Jestem po jakiejś cholernej operacji która ma mi pomóc ale
co wegetować? codziennie kłucić sie z Bogiem? Chyba napisałam to bo czuje że
nie mam zbyt wiele czasu a chciałabym powiedzieć ze ciesze sie z tego ze bede
mogła odejśc z tad to bedzie taka moja pokuta...
Obserwuj wątek
    • malpolid Re: Czekam na..... 30.01.07, 11:52
      Nie wiem co napisac...współczuję ...
      Jeżeli mogę w jakiś sposób pomóć - odezwij się...
      • aisota2 Re: Czekam na..... 01.02.07, 09:54
        dziekuje...pomoc to to, że moge popisać tutaj z wami, dziekje...
    • nati1011 Re: Czekam na..... 30.01.07, 12:44
      aisota

      Póki życia póty nadzieji. Twoja sytuacja po ludzku wydaje się beznadziejna, ale
      jeżeli pacjent wykazuje wolę życia, to i lekarze zaczynają wierzyć w cuda. Masz
      dla kogo żyć. Spróbój. Przydałaby ci się pomoc kogoś, kto byłby blisko. Z kim
      mogłabyś porozmawiać, wypłakać się.

      Bez względu na wszystko potrzebujesz spokoju ducha. Musisz się uporać ze swoją
      przeszłością. Dopiero wtedy odnajdziesz siły do walki o przyszłość.

      Napisz skąd jesteś.
      • aisota2 Re: Czekam na..... 01.02.07, 09:34
        jestem z okolic Żar...nie potrafie mysleć o przyszłości i przestałam juz nawet
        marzyć.....
    • isztar76 Re: Czekam na..... 30.01.07, 22:00
      Zdecydowałaś sie napisać,więc jest wciąż w Tobie nadzieja i tego się trzymaj.
      Porozmawiaj z kimś o tym czujesz, wyrzuć to z siebie i stań do walki, drodze
      znajdziesz wiele powodów dla których warto żyć.
      • aisota2 Re: Czekam na..... 01.02.07, 09:40
        na zyciowej drodze są powody dla tórych warto żyć, ale co wtedy kiedy nie ma
        sie siły ich zobaczyc? walcze o siebie każdego dnia kiedy otwieram oczy i łykam
        garści tabletek....
    • kizdam47 Re: Czekam na..... 31.01.07, 07:36
      Też nie wiem, co napisać. Nie rozumiem, dlaczego ludzie, którzy maja w sobie
      tyle ciepła, miłości i chęci niesienia pomocy innym są tak ciężko doświadczani
      przez los. Trudno mi wyobrazić sobie, w jakiej sytuacji znajdujesz się Aisota.
      Bardzo Ci współczuję. Nie mam pojecia, jak podnieśc na duchu, jak pocieszyć.

      Czy nie możesz liczyć na oparcie i pomoc brata? Napisz. Pozdrawiam Cię i
      przepraszam, że nie moge pomóc.
      • aisota2 Re: Czekam na..... 01.02.07, 09:50
        tak sobie wymyśliłam dla zrozumienia mojej sytuacji że to co teraz dzieje sie w
        moim życiu jest kara za moje postepowanie i jest mi z tym dobrze... tzn czuje
        bol ale staram sie go wytlumaczyć pokutowaniem...A brat, nie chce go
        wtajeniczać s moja chorobe wie i widzi co sie dzieje czasami udziela mi pomocy
        gdy zdarzaja sie ataki padaczki to go przerasta...a poza tym jest jedyna osoba
        która wie że dokonałam aborcjii i obwinia za wszystko mojego byłego mężczyzne,
        a to nie jest tak
        • l.e.a aisota2 01.02.07, 22:12
          Aisota, to źle sobie pomyślalaś, jaka kara ? Bóg nas nie karze tu na ziemi, a
          TY nie zrobiłąś nic złego. Podjęłaś walkę o swoje życie, więc je ratuj. Jeżeli
          tylko zechcesz, chętnie Cię wesprę, mieszkamy blisko siebie, co Ty na to ?
    • redudek Re: Czekam na..... 01.02.07, 22:44
      Odniosłam wrażenie czytając ten post że już pogodziłaś się z chorobą,zamknęłaś
      się w czterech ścianach i nic tylko czekasz na śmierć ! Nie możesz obwiniać się
      za to że byłaś zmuszona usunąć ciążę,to choroba zdecydowała,musisz walczyć o
      swoje życie !a nie mysleć o karze.
      Bóg zsyła na nas różne łaski,także cierpienie jest łaską i musimy je przyjąć z
      godnością.Ale to nie znaczy że masz się poddać,masz ratować swoje życie !
      Otwórz się na ludzi,nie zamykaj się w sobie.
      Trzymam kciuki za ciebie,modlę się o twoje zdrowie.pozdrawiam
      Rena
      • atrust Re: Czekam na..... 01.03.07, 23:14
        Redudek od kiedy cierpienie jest laska,wiekszych glupstw wymyslec nie mozesz?
        Cierpienie wcale nie uszlachetnia czlowieka,a wrecz odwrotnie moze wzbudzic w
        nas to co najgorsze.To moze potwierdzic nawet ciut myslacy ksiadz.
        Aisota2 Bog juz dawno Tobie wybaczyl.UWIERZ w to.Teraz sama musisz sobie
        wybaczyc.Masz corke,masz dla kogo zyc.Pomysl co z nia sie stanie jak ciebie
        zabraknie.WALCZ o siebie,o swoje zdrowie,nie poddawaj sie.Bog na pewno
        chce,zebys zyla,byla zdrowa i szczesliwa,bo On jest miloscia.Bog nas nie
        karze,nie ocenia,to my sami siebie oceniamy i karzemy.Blagam nie poddawaj
        sie.Wierze,ze wszystko bedzie dobrze,tylko zaufaj Bogu i walcz.
        • redudek artrust 01.03.07, 23:21
          Jakbyś była troche bliżej kościoła to bys wiedziała że cierpienie tez jest
          łaską.
          Idz do ksiedza i sie zapytaj a potem się wypowiadaj,ok ?
          • atrust Re: artrust 02.03.07, 12:02
            Redudek kosciol tworzymy my wszyscy,tak mnie kiedys nauczono.I chyba nie
            jestem tak "daleko za wszystkimi",ale moge sie mylic i Ty masz prawo miec
            swoje zdanie.
            Cierpienie jest doswiadczeniem,nie laska.Te dwa slowa dzieli przepasc.Jednak
            (powtorze jeszcze raz) bezmiar cierpienia nie uszlachetnia czlowieka.Bog nas
            kocha takimi jakimi jestesmy.Wiadome jest,ze ta milosc jest silniejsza,niz
            matki do dziecka.Ktora kochajaca matka,by chciala,zeby jej dziecko cierpialo,
            tak jak autorka tego watku?Mysle,ze zadna,bo w tym wypadku to,ku niczemu
            dobremu nie prowadzi.Bo kazde doswiadczenie ma sluzyc dobru tego czlowieka,a
            nie odwrotnie.
            Tak na marginesie,swego czasu duzo rozmawialam z ksiezmi wyznania
            rzymskokatolickiego(sama jestem tez katoliczka)i wiesz jeden z nich mi
            powiedzial,ze na zachodzie coraz bardziej slyszy sie glosy wsrod kleru,ze
            trudno pogodzic milosierdzie Boga z istnieniem piekla.Tak wiec nie wszystko
            jest takie jasne,jak by sie nam zdawalo.
            Pozdrawiam
    • redudek Re: Czekam na..... 02.03.07, 16:45
      Wiesz,nikt nie lubi cierpiec ,pewnie.Ale cierpienie trzeba przyjąc z
      godnoscią,bo zarówno szczęscie jak i cierpienie jest łaską.
      Napewno żadna matka nie może się pogodzic i zrozumiec cierpienia swego
      dziecka,ale trzeba wierzyc że wszystko w życiu ma jakis cel.
      Nie poznamy tu na ziemi wszystkich tajemnic Boskich,musimy wierzyc.
      Ja także rozmawiałam z księdzem,i to ksiądz powiedzial mi że cierpienie jest
      łaską.Może to jest gdzies napisane w testamencie,nie wiem,nie sprawdzałam.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka