aand
28.09.05, 22:46
E-recenzja
Autor: paperdoll
Studium kalectwa, nie koniecznie fizycznego
Zdeformowany, fizycznie zniekształcony, wizualnie człowiek do człowieka
niepodobny. Zajmuje honorowe miejsce w galerii wędrownych odmieńców. Będąc
źródłem dochodów jednych, jest źródłem pogardy drugich. Wzbudza wstręt,
prymitywną ciekawość, obrzydzenie, które niczym antyczna tragedia w akcie
katharsis, oczyszcza z egocentrycznego cierpiętnictwa, typowego dla
hipochondrycznych malkontentów, wiecznie niezadowolonych ze swojego życia.
Obdarty z godności i człowieczeństwa, mentalnie zgwałcony, zamyka się w sobie
jak muszla w desperackiej próbie samoobrony. Kto? Człowiek słoń, John Merrick,
główna postać wstrząsającego, opartego na autentycznej historii, filmu Davida
Lyncha.
Merrick (John Hurt i najbardziej ekstremalna metamorfoza w historii kina) już
w łonie matki przyobleczony został w odrażającą fizjonomię. Za swą inność
zepchnięty do rangi podludzi, wbrew własnej woli stał się główną atrakcją
cyrku odmieńców, żerującego na masochistycznym zainteresowaniu gawiedzi
odszczepieńcami jego pokroju. Nazwany człowiekiem słoniem, obnażał własne
kalectwo, zarabiając pieniądze dla swojego "opiekuna" w zamian za ciągłe
upokorzenia, norę w piwnicy zamiast pokoju i głodowe racje jedzenia. Któregoś
dnia, przypadkiem, jednym z widzów tego swoistego striptizu jest pewien
londyński lekarz (Antohny Hopkins). Zaszokowany rozmiarem cielesnych
zniekształceń Merricka, postanawia wydostać go z egzystencji swoim poziomem
równej egzystencji szczura. Zabiera go do specjalistycznego szpitala, gdzie
zapewniona zostaje mu medyczna opieka. Ale nie łudźmy się, ta pomoc z
bezinteresowną filantropią nie ma nic wspólnego, człowiek słoń po raz kolejny
zostaje wykorzystany, tym razem do badań naukowych. Jednak po pewnym czasie
okazuje się, że pod maską potwora ukrywa się inteligentny, wrażliwy, choć
stłamszony przez innych człowiek o emanującej naturalnym pięknem duszy. Od tej
pory Merrick staje się przedmiotem zainteresowania londyńskiego światka, a
jego życie choć przez krótką chwilę zamiast bólu sprawia radość. Ale
szczęśliwego zakończenia nie należy się tu spodziewać.
Wstrząsająco prawdziwy film kontrastów. Lynch odkrywając wewnętrzne piękno w
ciele bestii, odkrywa także zwyrodnienia od zawsze drzemiące w ludzkiej
naturze: tępą nietolerancję, strach przed innością i zwykłe okrucieństwo. Tym
samym zadaje on fundamentalne pytania odnośnie wyznaczników człowieczeństwa,
tego czym ono jest i jak bywa postrzegane. A z tym, jak pokazuje historia
Merricka, sprawa ma się skrajnie odmiennie. Bo mimo iż dla większości
filmowych postaci John uosabia odrażające monstrum, widz potwora dostrzeże nie
w nim, ale w ludziach, którzy zdegradowali go do rangi podistoty, i to potwora
znacznie straszniejszego, bo świadomie swoją "potworowatość" wybierającego.
Wpływu na naszą fizys przecież nie mamy, lecz na naszą strukturę wewnętrzną,
jak najbardziej (egzystencjalne hasło: "egzystencja wyprzedza esencję").
Okazuje się więc, że odrażające ciało może skrywać w sobie wewnętrzne piękno,
że człowieczy wygląd człowieka przez duże C z nikogo nie czyni, że jesteśmy
tacy, jakie są nasze czyny, a nie pozory, w które się przyodziewamy, bądź
którymi przyodziewani jesteśmy.
Jednak film Lyncha bardziej niż o kalectwie fizycznym traktuje o kalectwie
moralnym, o skrzywieniach zbiorowego systemu wartości i destrukcyjnym wpływie
społeczeństwa na rozwój jednostki. Bo czym, jeśli nie mianem zwichnięcia
nazwać uznanie człowieka za eksponat dziwaczności, którego bezkarnie można
pozbawiać godności i prawa do samostanowienia. Jakby natura nie wyposażyła go
w ani w rozum ani uczucia, jakby jego fizyczne kalectwo było równoznaczne z
umysłowym niedorozwojem. Początkowo przecież nawet lekarze uznali go za
upośledzonego pod każdym względem imbecyla, którego poziom inteligencji
porównywalny jest w sprzyjających warunkach z IQ meduzy. Widać, także persony
wybitne, nie są wolne od uprzedzeń oraz ignorancji. Czego więc w takiej
sytuacji możemy spodziewać po zwykłych, często niedouczonych szaraczkach? A ci
traktują człowieka słonia bezpardonowo, gorzej niż zapchlonego kundla z kulawą
nogą. Przykładem może tu posłużyć jedna z najbardziej wstrząsających scen
filmu, kiedy to pewien pracownik szpitala, w którym przebywa Merrick,
sprowadza do jego pokoju grupę drobnomieszczańskich burżujów. Kompletnie
pijani, rozbawieni tak niecodziennym egzemplarzem ułomności, odzierają go z
resztek godności, w ramach tylko ich bawiącej rozrywki.
Nie lepiej na tym tle prezentuje się londyńska arystokracja. Wprawdzie
zapoznawszy się z tragiczną historią Merricka, co bardziej znaczące
osobistości, składają mu liczne wizyty, przekonując o swoim wobec niego
współczuciu, ale nie z dobroci serca, tylko z interesowności, jest to bowiem
okazja do darmowej autoreklamy, publicznej demonstracji "szczerej" empatii
wobec nieszczęśników zepchniętych na sam margines społeczeństwa. To, że Johnem
się brzydzą, jest tylko drobną niedogodnością, wynagrodzoną powszechnym
szacunkiem, który w oczach społeczności zyskują, dzięki solidarności z
niezawinionymi ofiarami życia. Dobroć jest przecież w cenie, nieważne
autentyczna czy spreparowana z premedytacją, liczy się gest. Merrick z
zwykłego odmieńca urasta do rangi odmieńca salonowego, który zyskuje sławę,
ale nie akceptacje, bowiem inność, bez względu na to jak gloryfikowana, zawsze
pozostaje innością, wzbudzającą pogardę i strach. Boimy się tego, czego nie
jesteśmy w stanie zrozumieć - banał, ale jak każdy banał - prawdziwy. W każdym
z nas jest przecież coś z zaściankowego ksenofoba, czy nam się to podoba czy
nie, każdy ma genetycznie uwarunkowany rodowód drapieżcy, który kierując się
zwierzęcym instynktem, dokonuje bezcelowej rzezi osobników słabych,
bezbronnych, gatunkowo zdegenerowanych. Gdy dostrzegamy w kimś urodzoną
ofiarę, połykamy go w całości, przeżuwamy, trawimy i wypluwamy w postaci
martwej materii organicznej.
"Skąd się bierze zło?/ Jak to skąd?/ Z człowieka/ Zawsze z człowieka/ I tylko
z człowieka" - pisał Tadeusz Różewicz. To spostrzeżenie pokrywa się z obrazem
homo brutalusa, który zawarł w swoim filmie David Lynch. A jest to obraz
istoty moralnie upośledzonej, estety o zniekształconym systemie wartości,
który zamiast piętnować anomalia humanitaryzmu, piętnuje anomalia
zewnętrzności, wprawdzie bardziej widoczne, ale nieszkodliwe, czego nie da się
powiedzieć o tych pierwszych.