horlaa
30.01.04, 00:05
cały dzień miałam cudowny humor: niby niewiele się działo, siedziałam przy
komputerze pisząc magisterkę, jednocześnie rozmawiając na gg ze znajomymi i
z moim byłym chłopakiem który stał się moim najlepszym przyjacielem,
słuchałam dobrej muzyki, śmiałam się z dowipów które razem z nim
wymyślaliśmy, a na wieczór umówiliśmy się do pubu.
wieczorem wyszłam na trening, na którym nie mogłam się wysilać po chorobie,
poza tym moja szefowa skrytykowała mnie delikatnie, że nie tańczę tak jak
trzeba, poza tym nie przewidziała mnie na jutrzejszy występ (i tak bym nie
tańczyła ze wzgl. na chorobę ale ona o tym nie wiedziała), poza tym czuję,
że coraz mniej tam pasuję i że pora na jakąś nową pasję (śpiewanie?).
wychodząc z treningu wstąpiłam do sklepu po zakupy na kolację, a potem
poczułam się słabo i napisałam do przyjaciela że jednak się nie spotkamy.
wróciłam do domu, włączyłam tv i komputer i rzuciłam na jedzenie. wściekła,
że ze spotkania nic nie wyszło, że z tańcem coś się nie klei, że na twarzy
mam pełno wyprysków i że nie mam w ogóle pieniędzy.
najpierw kolacja, potem paczka fistaszków, potem jabłko. bo przecież zdrowo
się odżywiam, ha ha. zaraz idę po garść płatków i jogurt. a przecież już
północ, niedługo do spania.
wiem, i tak mało zjadłam.
no to może zjem jeszcze jakiś serek? coś powinno być w lodówce.
najbardziej najadłabym się czekolady. nie jem jej 3 miesiące, z wyjątkiem
sylwestra, kiedy zjadłam jeden jej pasek. czekolada to priorytet, cel
życiowy ważniejszy niż praca magisterska.
zawsze to samo.
wystarczy cokolwiek, żeby popsuł mi się nastrój i żebym poczuła chęć na jego
naprawę za pomocą jedzenia.
a kiedy nie jem, to (tak jak teraz), obgryzam sobie wewnętrzną stronę ust, i
wiem że to obrzydliwe. ale nie mogę przestać.
jeść! jeść!