w_deszczu_rosne
29.05.10, 16:24
trochę obok mojego wątku "jak"
- jak to jest, że żyjemy sobie spokojnie, mamy swoją pracę, jakieś zainteresowania, jakichś ludzi obok, małe zwycięstwa i radości i gdy odchodzi ktoś, kogo kochamy, to przestaje mieć to wszystko jakiekolwiek znaczenie?
U mnie tak jest i nic mi nie pomaga, no może poza pracą, ale tylko w tym znaczeniu, że działam jak robot z wkodowanym programem. Jak to możliwe, że z dobrych rzeczy nic nie zostaje? Jak to możliwe, że tylko boli i nie odczuwa się niczego innego? Że cały świat kurczy się nagle tylko do tego jednego człowieka i tego, że już go nie ma obok? Co w takim razie jest ważne? A jeśli to była ta jedyna na świecie osoba do dzielenia? A jeśli nikogo już tak nie pokocham jak jego? Nie spotkam nikogo o podobnej wrażliwości? Całe życie wyłaziłam z tego kombinezonu, który mnie chronił i wiem wreszcie jak to jest być na zewnątrz, jak wiele rzeczy mam w sobie, które chcę dzielić z drugim człowiekiem, tylko, że nie mam już z kim. Jak iść dalej?