dalla
21.02.02, 00:36
Od jakiegos czasu czytam watki na forum i widze, ze wiele osob dostawalo tutaj
dobre rady.
Dlatego zwracam sie do wszystkich forumowiczow z prosba o rade - im wiecej
roznych punktow widzenia, tym byc moze bedzie mi latwiej podjac jakas decyzje.
W grudniu zostalam rzucona przez chlopaka - tego, ktory wydawal sie byc tym
jedynym, ktorego tak bardzo kochalam, ze nie wyobrazam sobie juz zycia bez
niego. Odszedl jednak ode mnie. Zrobil to w bardzo szczeniacki sposob - mailem,
potem jeszcze zadzwonil. Bylam wtedy za granica na studiach, mialam wrocic do
polski za niecale 2 tyg., ale nie poczekal, tylko zakonczyl to via internet.
Bardzo to przezylam, przeplakalam te 2 tyg., schudlam z 5 kg (co przy mojej
wadze, to juz katastrofa), zawalilam kilka rzeczy na uniwersytecie. Ale
przezylam i paradoksalnie to mnie wzmocnilo (a moze tylko we mnie cos umarlo,
nie wiem). To, ze zakonczyl nasz zwiazek - bylo w tym wiele mojej winy, moze
nawet przede wszystkim.
Spotkalam sie z nim w Polsce, juz po Swietach, miesiac po zerwaniu. Mielismy
sobie zwrocic swoje rzeczy. Jednak tak sie zlozylo, ze kiedy mnie zobaczyl i
dowiedzial sie troche o powodach mojego roznego zachowania wobec niego, chyba
zaczal zalowac swojej decyzji. Jeszcze przed moim powrotem na uczelnie (za
granice) ustalilismy, ze bedziemy do siebie pisac, ze przemyslimy wiele spraw i
zastanowimy sie, czy sprobowac jeszcze raz. On - bo to on zerwal i logiczne,
ze musial przemyslec, czy chce byc ze mna; ja - czy bede mu w stanie zaufac
ponownie i uwierzyc, ze drugi raz (bez uprzedzenia, bez wczesniejszych
sygnalow!) nie zrani mnie tak bardzo.
Pisalismy do siebie przez miesiac: czat, maile, czasem byly telefony. Wydawalo
mi sie, ze piszemy z rozwaga, dojrzale. I 2 tyg. temu zaproponowal, czy bysmy
jeszcze raz nie sprobowali. Zgodzilam sie, mimo, ze nie bylam do konca pewna.
Przez ostatnie 2 tyg. mialam wrazenie, ze on oszalal - tyle milosci, czulosci,
uczucia i ciepla na raz - w jego mailach, telefonach. Jego wiara i optymizm, ze
sie uda, ze to rozstanie nas obojga czegos nauczylo, ze mamy szanse. Tylko o to
mnie prosil, zebym pozwolila sie kochac, ze chce sie zanurzyc w milosci do
mnie, zebym sie otworzyla - a bedzie dobrze. Bylam tym przerazona - ze za
szybko, za gwaltownie, ze cos mu sie tylko wydaje. Ale przez ten czas udalo mu
sie mnie przekonac, ze dobrze zrobilam godzac sie na druga probe. Oczywiscie
oboje zakladalismy, ze cos moze nie wyjsc, ale zgodzilam sie zaryzykowac, wiec
dopuszczalam do siebie wszelkie konsekwencje, nawet te negatywne.
Wracam do Polski za 10 dni. Przyjezdzam na 6 tyg., przede wszystkim po to, zeby
zobaczyc, jak nam sie bedzie ukladalo (sa teraz ferie, wiec moge to zrobic, nie
ryzykujac studiow). Czy zostalabym juz w kraju? O tym mialy zadecydowac te
tygodnie.
I wczoraj dostalam maila, ze on sie boi, ze powinnismy zwolnic (mimo, ze ja to
wczesniej juz mowilam - nie posluchal), ze jesli nie wyjdzie a ja sie znow
zaangazuje, to moze mnie znow zranic. A on nie chce tego. Ton maila byl tak
radykalny, ze bylam w szoku. Doszlo do tego, ze moze jak bede w Polsce, to
bedziemy sie spotykac raz na tydzien, a moze wlasciwie to nie bedziemy drugi
raz ze soba, tylko bedziemy na razie rozmawiac. Bo on juz nie wie. Bo teraz ma
wrazenie, ze wcale sienie uda.
I ja juz nie wiem: czy to jest tylko panika, bo dzien mojego przyjazdu sie
zbliza, czy po prostu trafilam na nieodpowiedzialnego faceta, ktoremu zbyt
latwo przychodzi mowienie powaznych i zobowiazujacych rzeczy?
Dzis sie dowiedzialam, ze moge miec prace - od zaraz, dobrze platna. Idlatego
nie wiem, co robic. Jesli wroce do Polski, to strace prace (nie koniec swiata,
ale bardzo by mi ulawila zycie w nastepnym semestrze). Jezeli nie wroce - to
strace szanse na jakiekolwiek porozumienie z nim, szanse na to, ze moze sie
jeszcze ulozy.
Co mam zrobic? Jestem skolowana zupelnie. Zalezy mi na nim, ale nie wiem, czy
warto w to brnac? Moze powinnam mu teraz powiedziec, ze to koniec, ze nia mamy
po co sie spotykac i rozmawiac, bo on nie traktuje mnie z szacunkiem i rani
mnie swoim zachowaniem. Czy to swiadczy o jego egoizmie, wygodnictwie a moze
naprawde sie boi i nie chce mnie znow zranic, i panikuje?
Bardzo prosze o pomoc, bo sama sobie nie poradze. Placze od wczoraj i mam
wrazenie, ze przezywam powtorke z grudnia. I najbardziej boli mnie to, ze on
zaczyna sie wycofywac, mimo, ze nawet sie jeszcze nie spotkalismy ponownie.
Dalam mu dzis szanse na to, zeby powiedzial, ze jednak nie chce ze mna byc -
jesli takie sa jego odczucia. Zaprzeczyl kategorycznie i to kilka razy.
Jeszcze jedno - wiem, ze jest mnie bardzo pewny. A raczej byl, bo dzis mu
uswiadomilam, ze to nie jest tak, ze sie rzucam w jego ramiona - bo nie jestem
pewna, czy bede mogla go kochac tak, jak wczesniej i czy bede mu w stanie
zaufac.