Gość: Zero
IP: *.skynet / *.warszawa.sdi.tpnet.pl
10.08.04, 12:04
Ech...
Jestem dziś umówiony na ostatnie spotkanie z osobą, która przez wiele lat
była dla mnie najbliższą osobą i jedyną bliską osobą jaką miałem.
Schemat stary jak świat - ja czułem do Niej wszystko, Ona widziała we mnie
tylko bliższego lub dalszego przyjaciela. Ja uzależniłem się od tego związku.
Czerpałem przyjemność w chwilach gdy mogłem być pomocny, myślałem jak mogę
coś dla niej zrobić - krótko mówiąc narzucałem się. W pewnych okresach moja
pomoc była Jej naprawdę potrzebna i ja dużo Jej poświęciłem (materialnie,
czasowo, duchowo). Teraz widzę, że było w tym dużo objawów mojej osobowości
symbiotycznej (nie jestem specjalistą, wyczytałem w literaturze). Ponieważ ja
trudno, bardzo trudno, zawieram znojomości - nie miałem nikogo innego
bliskiego, później nikogo innego nawet znajomego. Bałem się powiedzieć co ja
naprawdę czuję do Niej - bałem się kopa w dupę. Traktowany byłem przez Nią
jako znajomy, przyjaciel, naprawdę bardzo bliski przyjaciel. Wytworzyła się
sytuacja, że prawie doszło do seksu między nami. I wtedy zaczęło się z górki.
Dowiedziałem się że ze mną nigdy w życiu, nawet na bezludnej wyspie do końca
świata. Mimo tego nie traciłem nadziei i dalej starałem się być bardzo
bliskim przyjacielem. Nie miałem zresztą nikogo innego. Przez kolejne lata
kończyło się. Schodkami w dół. To ja dzwoniłem, umawiałem się, wymyślałem
jakieś wspólne zajęcia. Pomagałem finansowo. W zamian miałem trochę
życzliwości, trochę zainteresowania, trochę wsparcie w bardzo
licznych 'dołach'. Ale to wszystko zastygało. Trzymałem się tego związku
dalej, ponieważ z jednej strony miałem nadzieję, że coś się zmieni, że ja się
zmienię... Głupia nadzieja.
Drugi powód był taki, że oprócz moich niezaspokojonych oczekiwań jadnak byłem
też przyjacielem i mogłem być potrzebny. Trochę wyjaśnienia. Podczas naszej
znajomości Ona miała dwie próby samobójstwa. Przyczyny złożone - obtłuczenie
przez los, zabawa energoterapią i pokrewnymi rzeczami, wreście choroba.
Przeżycie dla mnie straszne. Jak ja wtedy chciałem dla Niej wszystko. Za
pierwszym razem teraz z perspektywy czasu widzę, że można było zapobiec.
Został bym przez Nią skasowany, ale trzeba było natychmiast pojechać do
szpitala. Myślałem głupio, że razem sobie z tym poradzimy. Walczyłem kilka
dni próbując organizować pomoc 'paramedyczną' (na tym tle to wyskoczyło),
niezależnie od tego była umówiona wizyta u psychiatry. Nie zdążyłem, wyszła z
domu... Koszmarna noc, dzień, noc... Próbowała, ale na szczęście się nie
udało, wróciła w strasznym stanie psychicznym, sama później mówiła że była
marchewką. Szpital. W zasadzie codziennie do Niej ganiałem. Prawie nikt nie
odwiedza chorych w psychiatryku. Z tego co wiem, to tylko raz odwiedziła Ją
mama. Po szpitalu kilkumiesięczne zwolnienie. Ponieważ z kasą od dawna u Niej
było krucho praktycznie utrzymywałem ją przez kilka miesięcy. Wszystko się
jakoś prostowało. Po roku powtórka. Tym razem z zaskoczenia. Znów potworne
czekanie - wróci, nie wróci. Wróciła w takim samym stanie jak poprzednio. Tym
razem bez szpitala (to straszna trauma). Teraz powrót następował szybciej.
Jest pod kontrolą lekarki, bierze prochy, czuje się lepiej. Cały czas wraca
do zdrowia, ale niebezpieczeństwo powrotu zawsze istnieje (schizofrenia
paranoidalna wg medycyna).
No i tak to trwało - Ona się wyciąga z choroby, ja głupio trwam w miejscu,
wspieram finansowo coraz mniej, bo u mnie się też rozsypuje kompletnie, no i
znajomość wygasa...Moje próby podsycania przyjaźni spotykają się z coraz
mniej życzliwym przyjęciem. W zasadzie to już koniec. Przykro mnie też z tego
powodu, że właśnie uzyskałem samodzielne lokum (wcześniej spotykaliśmy się
tylko u Niej). Była u mnie pierwszym (i na razie jedynym gościem). Kostka
lodu w połączeniu z drutem kolczastym. Nie mam na myśli kontekstu seksu, ale
chłód emocjonalny. Wpadłem w jeszcze większego doła. Być może depresję - zero
chęci do wszystkiego, zero aktywności, utrata wagi ciała. I tak sobie przez
kilka miesięcy trwałem. Do czasu aż tąpneło jeszcze bardziej.
Zadzwoniła do mnie (żadkość) na lekkim rauszu (chyba dla odwagi) z
komunikatem. Ma kochanka. I co ja na to, bo wszystcy inni (rodzina, znajomi)
są mosno zbulwersowani, ponieważ facet jest młodszy, mniejszy, niepozorny,
zza wschodniej granicy, nielegalnie w Polsce, pracujący na czarno. Mimo tego
wszystkiego zewnętrznego, jest Jej z nim bosko. Odlotowy seks, seks, seks.
Bardzo tego potrzebowała od dawna. Nie wie na jak długo ten związek potrwa,
ale jest tak dobrze jak nigdy nie było. No cóż, nie miałem nic przeciwko, nie
będę psem ogrodnika (ale facetowi zazdroszczę OGROMNIE). Tąpnęło mną. Nie
spałem. Przez tydzień analizowałem swoje ch..owe życie. Remament totalny. Nie
mam do Niej żalu. Naprawdę uważam, że mam to na co zasłużyłem. Samoocena
poniżej wszelkich miar. Leżę w rowie mariańskim. Rozmawiamy przez kilka
tygodni przez telefon - przecież jest moim przyjacielem. Podpuszczany wyznaję
co czuję do niej. I to jest kolejny milowy krok. Czuje się oszukiwana przeze
mnie przez te wszystkie lata. Szpikulce naokoło. Spadam niżej.
Przez trzy miesiące dzwonię co miesiąc pod jakimiś pretekstami. Lód. Zero
informacji o swoim życiu, ja nie pytam bo mi głupio. Dowiedział bym się, że
to nie moja sprawa. Prubuję się jakoś umówić na oddanie pożyczonych wzajemnie
książek. Omyka się. Mijam się telefonami w domu i w pracy. Nie oddzwania. Nie
odpowiada na maile. Czuję, że to totalny koniec. Dzisiaj rano zadzwoniłem do
domu i powiedziałem, że chcę oddać kilka Jej rzeczy, które są u mnie.
Spytała, czy oddam też jej zdjęcia, które mam...
Jesteśmy umówieni dzisiaj po południu.
Nie moge się na niczym skupić. Nie mam z kim porozmawiać. Czuję, że wpadam w
dziurę. Miałem jeszcze cień nadziei.
Bardzo się boję - o Nią czy nasze rozstanie Jej nie zaszkodzi w jakikolwiek
sposób i siebie - co dalej. Pustaka totalna. Boję się.
Jutro czeka mnie kolejny stres - najprawdopodobniej złe wieści rodzinne.
Nie mam siły.