ku.ro
04.09.04, 17:45
Chcialabym opowiedziec Wam swoja historie. Jest ona dluga i krotka. Nie jest –
z happy endem...Chociaz – jeden Pan Bog wie jaki może być jej koniec i kiedy
on nastapi...
Urodzilam się w niecały rok po ślubie moich „rodziców”. Byłam bardzo kochana,
od początku do końca, bezwarunkowo...przez moją babcię, matkę
mojej...hmmm...*matki*, biologicznej „matki”. Z pierwszych 3, 4 lat mojego
życia nie pamiętam ludzi, którzy mnie spłodzili. Pamiętam jedynie babcię,
wspólne rozmowy, zabawy, chodzenie po zakupy. Mieszkaliśmy we czwórkę w jej
domu. Dziadek umarł 5 lat przed moim urodzeniem. „Matka” była jedynaczką,
ukochaną córeczką tatusia. Wiele lat później dowiedziałam się, że jako mała
dziewczynka zostałam poparzona wrzątkiem (jak to się stało, ze nie mam
śladów?) na całej klatce piersiowej, były wakacje, ukochani „rodzice”
zostawili mnie pod opieką Babci i pojechali... nad morze na całe dwa
tygodnie. Ich zainteresowanie moją osobą przejawiło się...wysłaniem
pocztówki, którą kiedyś znalazłam. Obok pozdrowień znad pięknego morza
widniało zdanie: „mamy nadzieję, że z Anią wszystko w porządku”. Z tych
pierwszych, jakże cudownych i beztroskich lat pamiętam także mojego psa, z
którym pomieszkiwałam w budzie i który dzielił się ze mną swoim jedzeniem,
kury, a także koguta, który skakał mi na głowe gdy tylko mnie zobaczył. Psa
zabił samochód. Z koguta powstał rosół...
koniec cz. 1
cdn