Dodaj do ulubionych

Alibaba i 40 kilo

03.04.09, 09:28
Pamiętam jak cieszyłam się gdy tata w końcu postanowił wykupić pakiet
cyfry+. Wracając ze szkoły, siadałam z talerzem przed telewizorem i
włączałam swój ulubiony kanał fashion week. Miałam wtedy 15lat i
zupełnie szalone pojęcie o modzie. Ciuchy wówczas zupełnie mnie nie
interesowały, lecz piękne chude dziewczyny. Były wysokie, zgrabne,
fantastycznie sie ruszały. Mogłam na nie patrzeć godzinami.
Podziwiałam je i chciałam być taka jak one. Idealna. Coraz częściej
odnosiłam pełny talerz do kuchni. Później wymyśliłam sobie ze nie
będę jadła mięsa. Wegetarianizm wśród moich znajomych był szalenie
popularny. Kocham zwierzęta które są przyjaciółmi człowieka, a
przyjaciół się przecież nie zjada. Bycie wegetarianką w domu, gdzie
prawie codziennie jada się mięso było cholernie uciążliwe.
Nakupowałam rożnych wyrobów sojowych i postanowiłam sobie gotować
sama. Ale coraz częściej mi sie nie chciało, nie miałam czasu i
wolałam iść na łatwiznę robiąc sobie kanapki albo po prostu nie
jedząc nic. Nie myślałam w tym okresie o odchudzaniu, ale wówczas
jedzenie miało dla mnie magiczny wydźwięk. Musiałam bardzo uważać czy
w danej potrawie nie ma choćby kawałka mięsa i sama miałam kontrole
nad tym co i kiedy jem.(...) Prawdziwe kłopoty zaczęły sie gdy
zamieszkałam z dziewczyna cierpiącą na bulimie. W naszej kuchni
wisiała wielka kartka z napisem " NIE JEDZ!", po półkach walały sie
poradniki dietetyczne i opakowania po herbatkach odchudzających. Na
tapecie ciągle było " niejedzenie" Razem oglądałyśmy modelki w
Internecie i tak jakoś zaczęłam się znowu nakręcać. Myślałam:" to
moja kumpela, pomogę jej, razem zawsze jest sie łatwiej odchudzać".
Efekty widziałyśmy obydwie, ale tylko u mnie. Ja nie miałam napadów
obżarstwa więc szybciej traciłam wagę. Zazdrość i ból koleżanki
sprawiły że jeszcze bardziej starałam sie jej pomoc. Podświadomie
byłam dumna ze jestem od niej lepsza. Wygrywałam w tym wyścigu do
doskonałości. Chodziłyśmy razem na zakupy, i chociaż nieraz miałam
ochotę na czekoladę, odmawiałam jej sobie w imię przyjaźni. W czerwcu
2007 roku jadłam juz tylko jedno jajko dziennie i byłam z siebie
piekielnie zadowolona. Moja pierwsza głodówka trwała tydzień. Tydzień
bez choćby kawałka czegokolwiek co nadawałoby sie do zjedzenia. Piłam
niewielkie ilości wody. Nerwówa, łzy, czarna rozpacz. Sierpień2007- 2
tygodnie głodówki. Codziennie znieczulałam sie ketonalem. Po zażyciu
tabletki bole głowy i brzucha ustawały i mogłam normalnie
funkcjonować. Bardzo szybko doszło do odwodnienia organizmu.
Praktycznie przestalam korzystać z łazienki a język pokrył sie gruba
warstwa białego nalotu. Bóle brzucha stały sie nie do wytrzymania,
pod koniec 2 tygodni nie miałam juz siły sama ustać na nogach.
Poruszałam sie chodząc przy ścianie. Mimo tego pracowałam i
psychicznie czułam sie fantastycznie, przeglądałam sie w szybach i
mówiłam do siebie "Uli jesteś wspaniała". Zaczynałam przypominać moje
ideały z wybiegów. Bóle brzucha nasilały się. Żołądek który przez 14
dni nie miał co trawić zaczął dawać osobie znaki, ale okłamywałam sie
ze to na pewno wyrostek. Wiłam sie z bólu po podłodze, płacząc ale
nadal nie dopuszczając do siebie myśli ze to co sie zemną dzieje
wynika z głodu. Kiedy juz nie miałam siły sama chodzić poprosiłam
chłopaka żeby zawiózł mnie do szpitala. Nie mogłam patrzeć na
jedzenie. Czułam ze sie wykańczam. Zamiast do szpitala pojechałam
jednak do Zakopanego. Górskie powietrze miało zaostrzyć mi apetyt.
Powoli dochodziłam do siebie. Październik2007 - gdy po wakacjach
wróciłam do swojego mieszkania, czekała mnie niespodzianka w postaci
kolejnej bulimiczki. Stwierdziłam że to jakiś obłęd i ze odchudzanie
sie jest chyba szalenie modne. Kolejne cud diety i ponownie odezwał
sie we mnie duch rywalizacji. I tym razem okazałam sie lepsza. Lepsza
do tego stopnia ze potrafiłam pić tylko glukozę raz dziennie. Byłam
dumna ze potrafię odmówić sobie wszystkiego. lecz miałam tez chwile
słabości: listopad 2007- mama kolegi poczęstowała mnie talerzem
pierogów, po kilku dniach głodówki załamałam sie i zjadłam wszystkie,
na koszmarne konsekwencje nie musiałam długo czekać, na poobiednim
spacerze wiłam sie z bólu po chodniku, przerażonemu koledze wcisnęłam
kit o wrzodach żołądka. Jakoś doczołgałam sie do sklepu. Myślałam ze
umrę stojąc w długiej kolejce. Zjadłam kilka apapów i w końcu jakoś
mi przeszło. Brzuch bolał mnie często. Wiedziałam ze z glodu. Ale
historyjka o wrzodach była szalenie przekonywująca. Powtarzałam ja
wszystkim aż sama w nią uwierzyłam.(...) Ważyłam sie kilka razy
dziennie. Jak waga nie drgnęła ani ogram byłam załamana. Całymi
nocami potrafiłam oglądać na youtube zdjęcia wychudzonych dziewczyn,
żadna z nich nie była dla mnie za chuda. Jedynie przerażające zdjęcia
skrajnych anorektyczek wywoływały u mnie poczucie złości. Myślałam-
"nie umiecie dbać o siebie. Przegięłyście, i to wyłącznie wasza wina"
Wzmianki o śmierci modelek zupełnie nie robiły na mnie wrażenia. W
tym okresie do głowy by mi nie przyszło ze sama cierpię na zaburzenia
odżywiania. Obsesyjnie liczyłam BMI. Liczyłam je na tysiące sposobów.
Robiłam symulacje za pomocą internetowych kalkulatorów i doszłam do
wniosku ze żadne powyżej 14 mnie nie zadowala. Wyznaczyłam sobie
granice- 40 kilogramów.
Obserwuj wątek
    • szacki Re: Alibaba i 40 kilo cz. 2 03.04.09, 09:33
      Schudnę do 40 kilogramów i ...i co? Wyobrażałam sobie ten dzień,
      staje na wagę ona pokazuje 40 kilo, słychać fanfary z sufitu spada
      deszcz confetti. Wszyscy mi gratulują. Zaczęłam bez przerwy mówić o
      wadze, odchudzaniu i jedzeniu. Moi znajomi mieli mnie chwilami
      serdecznie dość. Koleżanki mówiły mi wprost ze jestem monotematyczna.
      A ja nie potrafiłam o niczym innym rozmawiać. Kupowałam sobie ciuchy
      podkreślające ze jestem super szczupła co moja matkę doprowadzało do
      szaleństwa. Ludzie często zwracali uwagę na moją szczupłą sylwetkę,
      komentowali głośno mój wygląd, byłam zachwycona. " ufff- wzdychałam-
      przynajmniej widać efekty mojej pracy. Ciężkiej pracy" W tym okresie
      zaczęłam przywiązywać ogromna wagę do tego co jem jak jem i kiedy
      jem. Bardzo duża wysiłku wkładałam w przygotowywanie posiłków.
      Gotowanie obiadów było magiczna chwilą. Kalorycznie wyliczone,
      kolorowe sałatki, idealnie nakryty stolik. Posiłki spożywane w
      samotności. medytowałam nad każdym kęsem, szkoda mi było każdego
      okruszka. Na mojej półce w lodowce było zawsze pusto albo stal jeden
      jogurt, miska z sałatą i pudełko twarożku light. Piłam hektolitry
      soków marchwiowych, butelka soku zastępowała mi posiłek. Skora
      przybrała piękny odcień, wydawało mi sie ze odkryłam sekret urody.
      (...) Z zajęć wychodziłam gdy żołądek odmawiał posłuszeństwa.
      Wlewałam z siebie kawę z automatu i wracałam na wykład. Inni studenci
      pukali sie w czoło gdy w przerwach wyciągałam wasse z jednym
      plasterkiem serka light " przecież ty jesteś chuda Uli, po co się
      odchudzasz?" Być chudym to nie wszystko. trzeba ważyć 40 kilo. Walka
      z własnym ciałem pochłaniała mnie bez reszty. Pojawiły sie coraz
      dłuższe okresy bezsenności. Potrafiłam nie spać całymi nocami,
      odpalając papierosa od papierosa i katując sie filmami o
      anorektyczkach. Niewyspanie, niedożywienie, kłopoty z koncentracja
      sprawiły ze stałam sie piekielnie agresywna, mój wiecznie pusty
      żołądek był napełniany tabletkami antydepresyjnymi , uspokajaczami i
      mocnymi lekami nasennymi, prochami na bazie amfetaminy i
      pseudoefedryny co było kosmiczna mieszanką. W szkole nie potrafiłam
      sie na niczym skupić, ale i tak uważałam to że do niej chodzę za
      wielki sukces. Wiosną 2008 roku idąc na uczelnie musiałam po drodze
      odpoczywać. Chodzenie po schodach mnie wykańczało. Jednak stojąc pod
      prysznicem płakałam jak dziecko na widok swoich grubych ud.
      Wyskakiwałam z wanny i robiłam brzuszki. Jeździłam na rolkach,
      wstawałam o 5 rano i gnałam na basen. (...) Zaczęłam strasznie
      marznąc. Skora zrobiła sie sucha i zaczęła pękać najpierw na
      nadgarstkach do krwi. Paznokcie wyginały sie na wszystkie strony,
      twarz pokrywał jasny gesty meszek, na buzi zaczęły sie pojawiać
      plackowate otwarte rany. ( wrzody!) (...) Przestalam lubić jeździć w
      odwiedziny do mamy. W domu rodzinnym zawsze było świetne żarcie.
      Jadłam a potem miałam piekielne wyrzuty sumienia. Ograniczyłam
      wyjazdy do domu. Fotografowałam sobie nadgarstki i wystające zebra.
      Byłam z nich niesamowicie dumna. Porównywanie sie do innych dziewczyn
      stało sie obsesja. Jeżeli któraś była chudsza, z miejsca czułam się
      gorsza i juz jej nie lubiłam. (...) Wchodząc do sklepu zastanawiałam
      sie "co ja mogę tu kupić żeby nadawało sie do spożycia i nie było
      kaloryczne" lista jedzonych przeze mnie produktów była nieziemsko
      ograniczona. Moj chory umysł przez sito selekcyjne przepuszczał:
      sałatę, pomidory i pierogi z Lidla. Na punkcie pierogów miałam
      autentycznie hopla. Potrafiłam jeść jedna paczkę 3dni i kupować
      następna. (...) Kiedy juz wyglądałam jak prawdziwy kościotrup zaczęło
      sie rozpaczliwe poszukiwanie pomocy. (pomysł zdesperowanej mamy)
      Trafiłam na prywatna psychoterapie. Po pierwszej sesji stwierdziłam
      ze mam serdecznie dość. Ta terapeutka kłamała tak samo jak
      psychiatra. Nikt mi nie wmówi ze mam anoreksje. Mama zamiast bulić za
      moja terapie zaczęła ładować gruba forsę w odżywki i specjalne żarcie
      dla anorektyków. A ja robiłam w balona opowiadając przez telefon o
      sutych obiadkach w stołówce studenckiej. Miałam ogromne wyrzuty
      sumienia. Podkoniec kwietnia 2008 roku było juz bardzo źle. Myślałam
      ze jeszcze miesiąc takiego destruktywnego życia i po prostu tego nie
      przeżyje.
    • martynam86 Re: Alibaba i 40 kilo 08.04.09, 10:05
      A ja Cię bardzo dobrze rozumiem. 3 lata temu czułam to samo. Ale dzięki
      przyjaciołom i rodzicom wyszłam z tego. Zresztą wystraszyłam się, gdy
      uświadomiłam sobie, że mój organizm nie ma już sił na cokolwiek. Tyle, że teraz
      znów się zaczęło, ale to już nie jest myślenie, że nie boję się śmierci, tylko
      dążenie do "idealnej" wagi, którą sobie w głowie wymyśliłam. Po prostu nie jem
      za dużo (wg mojego chłopaka i mojej mamy jem baaardzo mało), a mimo to czasem
      potrzebuję to zwymiotować, ale staram się nie robić tego, staram się z tym walczyć.
      • szacki przez żołądek do trumny 08.04.09, 11:43
        Maj 2008 -Do IPIN trafiam po 3 dniach głodówki skacowana i
        doszczętnie zmulona prochami. Wyglądam jak żywy trup, wiem o tym ale
        mi to wisi. Juz dawno postawiłam na sobie krzyżyk. W szpitalu nie
        maja pojęcia ze wykończa mnie ana a nie prochy. Nikt nie przywiązuję
        wagi do tego czy jem wiec mam doskonale pole do popisu. Głodzę sie
        kolejny tydzień. Mam fatalne wyniki EKG, lekarz wspomina tez cos o
        uszkodzonej wątrobie i innych organach. Mam straszne jaja z
        krążeniem, lodowate fioletowe ręce, w końcu sie załamuje i przyznaje
        do wszystkiego i tak zresztą sami widza ze ledwo łażę. Zostaje mi
        przydzielona pielęgniarka, która ma pilnować mnie przy posiłkach.
        Robię wszystko żeby ja wyrolować. Wyglądam juz autentycznie jak alien
        ale czuję sie fantastycznie. Czuję sie tak nawet opierając sie o
        stojak od kroplówki z którym szwendam sie po korytarzu.(…)Ważyli mnie
        często ku mojemu zadowoleniu. Pamiętam jak po wlaniu w siebie pół
        litra kawy stanęłam w ubraniu na wagę a ta pokazała prawie 42 kilo
        (165cm)wpadłam we wściekłość. Chciałam sie ważyć na czczo i nago.
        Wykłócałam sie nawet o ściąganie kolczyków. Byłam tak blisko mojego
        celu. Jeszcze tydzień , no może 2tygodnie głodówki i spełni sie moje
        największe marzenie.
        Wizyta w gabinecie ordynatorki .
        " Zdajesz sobie sprawę Uli ze gdybyś do nas nie przyjechała
        mogłybyśmy juz nie rozmawiać? Masz świadomość tego ze jeszcze parę
        miesięcy takiego życia i skończysz na wózku inwalidzkim? Na dźwięk
        słowa wózek robi mi sie niedobrze. " Uli jesteś w grupie wiekowej w
        której śmiertelność na skutek anoreksji jest najwyższa. Dla takich
        jak ty trudno o jakakolwiek pomoc. " Po co ona mi to mówi? " wiesz
        jak ty wyglądasz?" no jak? " jak z Auschwitz Birkenau" to co mam
        zrobić w łeb sobie strzelić?? " Ośrodek podwójnych diagnoz na Śląsku.
        To jedyna placówka która cie przyjmie w tym stanie. Tylko żeby
        podołać tak ciężkiej terapii musisz przytyć przynajmniej dwa
        kilogramy” Ile???
        Czerwiec 2008 – akcja o kryptonimie „ 2 kilo w 2 tygodnie”
        rozpoczęta. Szaleńczy pęd do zdrowia. W ciągu tych 2 tygodni
        zaliczam sesje letnia, załatwiam dziekankę, przeprowadzkę i wszystkie
        papiery potrzebne do ośrodka. Mama gotuje ja jem a waga idzie w
        gore. Wszystko w największym porządku. Wszyscy trzymają mocno kciuki,
        wszyscy liczą na cud.
        • anima00 Re: przez żołądek do trumny 08.04.09, 20:19
          Mnie moja lekarka z oddziału nazywała "oświęcimiak". Tylko, że odnosiło to
          skutek odwrotny, bo czułam niezdrowy entuzjazm, gdy tak mówiła.
          Lekarze z ogólnego zupełnie nie wiedzą jak podchodzić do anorektyczek.
          • martynam86 Re: przez żołądek do trumny 10.04.09, 13:05
            Kiedy mnie ktoś mówił, że wyglądam jak kościotrup i że jestem za chuda, także
            czułam głupią radość i motywację do zrzucenia kolejnych 2 kg. Co chwilę
            wymyślałam nowy "ideał" wagi. Gdy udało mi się go osiągnąć, ustalałam w swej
            głowie niższy wynik i dążyłam do niego
          • szacki cud który się nie zdarzył 11.04.09, 11:54
            W ośrodku przeszukali wszystkie moje rzeczy. Kazali się rozebrać do
            naga. Dali mi męska piżamę w paski 50 numerów za dużą i wprowadzili
            na odział. Zauważyłam ze tylko ja mam na sobie takie wariackie
            ciuchy. Zaprowadzili mnie do Sali z której nie mogłam sama wyłazić
            nawet do kibla. W pokoju były cztery lóżka wszystkie wolne ,
            umywalka, 2 okna wychodzące na korytarz i jedno na podwórko.
            Siedziałam wiec sama i czułam się jak małpa w zoo bo każdy kto
            przechodził korytarzem mógł sobie elegancko popatrzeć jak jem: np.
            drugie danie łyżką bo widelców nam nie dawali. Wiadomo ze świrami
            nigdy nic nie wiadomo. Minęło parę godzin, chwile się zdrzemnęłam a
            potem normalnie zaczęłam dostawać szajby z nudów, nie miałam nic do
            czytania ani na czym oka zawiesić. Na drzwiach wisiał regulamin, z
            którego wynikało ze będą mnie trzymać w tej klatce minimum dwa
            tygodnie. Wesoło nie ma co. Potem zrobiło się jeszcze weselej bo
            dokwaterowali mi koleżanki. Jedna z lóżka obok twierdziła ze jej
            matka jest szefem mafii gdańskiej i ze planuje dać nogę z ośrodka nad
            Bałtyk i czy bym się z nią nie kopsnęła. Powiedziałam ze jasne,
            bardzo chętnie i nawet się zgłosiłam do kopania podkopu w nocy.
            Perspektywa spędzenia wakacji nad morzem w towarzystwie
            schizofreniczki? Malina! ;-) Druga z dziewczyn uparła się ze mi
            wytłumaczy znaczenie słowa „abstynencja”. Nie dala się przekonać ze
            znam znaczenie tego terminu. Na drugi dzień stało się dla mnie zbyt
            jasne ze trafiłam do psychiatryka o zaostrzonym rygorze. Myślałam ze
            zaszło jakieś jedno wielkie nieporozumienie, wyszłam z Sali ( łamiąc
            regulamin) i poszłam prosto do kanciapy terapeutów. Wszyscy się na
            mnie dziwnie patrzyli, (zorientowałam się ze to ta wariacka piżama
            wzbudza małą sensacje,) Kolo- terapeuta jak tylko mnie zobaczył
            zaczął krzyczeć ze mam natychmiast wracać na sale i ze nie wolni mi
            wychodzić. Nie zdążyłam jeszcze dobrze nabrać powietrza w płuca a on
            już mnie wypychał z powrotem. Wiec mu zaczęłam tłumaczyć nieskładnie
            o co chodzi. A on „ tak, tak ,tak” ( jak to do wariata) i dalej swoje
            że mam wracać. Zawołał jakąś dziewczynę która mnie odtransportowała
            bezpiecznie do klatki. Stwierdziłam ze nie ma co panikować ze wkrótce
            się wszystko wyjaśni. Kilka godzin później wpadła terapeutka do nas
            zaalarmowana przez jakiegoś wstrętnego kabla z korytarza
            podglądającego przez okno który doniósł ze siedzę na podłodze. ( z
            tych nudów to bym się nawet pohuśtała na lampie)Babka kazała mi
            natychmiast wstać i powiedziała ze siedzenie na ziemi jest surowo
            zabronione. Wstałam i mowie jej ze ja tu przyjechałam na terapie a
            nie siedzieć zamknięta w 4 ścianach i ze jak to ma tak wyglądać to ze
            ja dziękuję i żeby mnie natychmiast wypuścili. Babka zaczęła
            powtarzać to ich sakramentalne „ tak, tak ,tak” i powiedziała żebym
            się jeszcze zastanowiła i sobie poszła. Zaczęłam się poważnie
            zastanawiać czy ja nie podpisywałam jakiś papierów pozwalających im
            mnie tu trzymać do usranej śmierci. Zabrali mi komórkę, a z telefonu
            ośrodkowego jak mówił regulamin najwcześniej mogłabym skorzystać po …
            3 tygodniach pobytu. Byłam osrana po pachy ze strachu. Postanowiłam
            to sprawdzić. Na trzeci dzień rano poszłam ponownie do kanciapy
            oznajmiając ze ja się już zastanowiłam i ze chce się wypisać z tego
            przytułku dla psychików. Starałam się mówić jak najnormalniejsza
            osoba pod słońcem, studentka 5 roku, dziewczyna z dobrego domu,
            normalnie mało nie wyszłam z siebie tak się starałam. Wskórałam tylko
            tyle ze pozwolili mi wyjść z Sali i łazić po ośrodku no i co
            najważniejsze oddali mi moje ciuchy. Sukces!!! Kazali mi za to
            uczestniczyć w zajęciach społeczności ośrodka. Już w czasie pierwszej
            sesji wylądowałam w izolatce. ( własne poglądy i bunt nie były dobrze
            widziane) Miotałam się po klitce 3 na 2 i kombinowałam jak się tu
            wydostać z tego domu wariatów. Doskonała okazja trafiła się już 5
            dnia. Otwarte drzwi balkonowe i nikogo w pobliżu. Kilka godzin
            później siedziałam sobie wygodnie w pociągu jedząc kanapkę wysępioną
            od jakiegoś miłego pana z przedziału. Anoreksja? Jaka anoreksja?
                • mycha823 Re: ananas skurczybyku 11.04.09, 14:36
                  szacki napisał:

                  > joł to ja a teraz ładnie pisze o anoreksji jestem dobry/a w te klocki
                  > co nie? ;) pozdro 600 100 900


                  Wiesz co Ty głupi albo głupia jesteś robić sobie żarty z choroby, która jest
                  śmiertelna... KOPNIĘTY/KOPNIĘTA KOMPLETNIE IDZ SIĘ LECZ I NABIERZ ROZUMU DO GŁOWY...
                  • szacki mycha823 11.04.09, 15:37
                    nie wiesz dziewczyno o co chodzi to nie wtryniaj nosa miedzy drzwi
                    nie będziesz mi tu zarzucać z czego ja sobie robie jaja a z czego
                    nie? Udowodnij mi Lalko ze to nie sa moje przezycia to pogadamy
                    • mechanicznyananas Re: mycha823 11.04.09, 15:42
                      Szacki, nie mam nic do Ciebie, ale mogłeś napisać, że miałeś/masz
                      anoreksję. Przecież nie tylko kobiety na nią chorują. Z drugiej
                      strony forum anoreksja/bulimia to jakiś dramat, dziewczyny są tak
                      wredne i złośliwe, że każdego zagryzą, kto im nie przytaknie.
                      Dziękuję za uwagę.
                • mechanicznyananas Re: ananas skurczybyku 11.04.09, 14:36
                  szacki napisał:

                  > joł to ja a teraz ładnie pisze o anoreksji jestem dobry/a w te
                  klocki
                  > co nie? ;) pozdro 600 100 900
                  Szacki hahaha xD Przesiadywało się kiedyś anonimowo na forum
                  uzależnień, jak się naoglądało "Requiem dla snu" ;) A jak tam sprawa
                  z narkotykami? Pozdrawiam! :)
                      • szacki mieć ane to obciach 11.04.09, 17:36
                        wiesz nie chwaliłem się bo nie miałem czym w sumie ana to druga
                        strona medalu mojej historii ale jakoś łatwiej mi sie przyznać ze biorę dragi niz ze nie żre bo mi się coś we łbie poprzestawiało.
                        Ludzie nie maja pojęcia o anoreksji dla nich to fanaberia wymysł
                        rozpieszczonych nastolatek. Te wszystkie dziewczynki ktorych
                        wypowiedzi czytam pt " chce byc chora" to jakies skonczone kretynki
                        • mechanicznyananas Re: mieć ane to obciach 11.04.09, 18:45
                          szacki napisał:

                          > wiesz nie chwaliłem się bo nie miałem czym w sumie ana to druga
                          > strona medalu mojej historii ale jakoś łatwiej mi sie przyznać ze
                          biorę dragi n
                          > iz ze nie żre bo mi się coś we łbie poprzestawiało.
                          > Ludzie nie maja pojęcia o anoreksji dla nich to fanaberia wymysł
                          > rozpieszczonych nastolatek. Te wszystkie dziewczynki ktorych
                          > wypowiedzi czytam pt " chce byc chora" to jakies skonczone kretynki
                          No wiem, jak to jest, niestety. Ja już byłam/jestem uzależniona
                          chyba od wszystkiego ;) Właśnie czytam "Toksyczni rodzice" i tam
                          jest takie mądre zdanie (m.in. oczywiście, bo książka jest usiana
                          mądrościami, na serio;)). Mianowicie, nie uwolnisz się od
                          destrukcyjnego wpływu rodziców, jeśli nie przestaniesz ich
                          nienawidzić, bo ten ból żyje swoim życiem i nie pozwala oddychać.
                          Jakie masz relacje z rodzicami? To tak trochę nie na temat, ale
                          jestem też DDA. Pozdrawiam :)
                          • szacki Re: mieć ane to obciach 16.04.09, 11:55
                            Zabawne bo tez mam ściągniętych na kompa toksycznych rodziców ale nie dałem rady mimo najszczerszych chęci przebrnąć przez choćby 10 stron, już po pierwszych 3 twarz zalewały mi hektolitry łez. Po 2 miesięcznej terapii pogłębionej w osrodku zamkniętym rodziców mam ze
                            tak powiem rozbabranych i nie przerobionych. Tez jestem DDA wiec
                            doskonale Cie rozumiem. ( rodzice w trakcie rozwodu)
                            • mechanicznyananas Re: mieć ane to obciach 16.04.09, 17:05
                              szacki napisał:

                              > Zabawne bo tez mam ściągniętych na kompa toksycznych rodziców ale
                              nie dałem rad
                              > y mimo najszczerszych chęci przebrnąć przez choćby 10 stron, już
                              po pierwszych
                              > 3 twarz zalewały mi hektolitry łez. Po 2 miesięcznej terapii
                              pogłębionej w osro
                              > dku zamkniętym rodziców mam ze
                              > tak powiem rozbabranych i nie przerobionych. Tez jestem DDA wiec
                              > doskonale Cie rozumiem. ( rodzice w trakcie rozwodu)

                              Lepszy jest "Lęk przed bliskością". Trafia w samo sedno
                              mojego "niedokochania" i mojej sinusoidy uczuć. Mój ojciec A w ogóle
                              nie przyjmuje do wiadomości, że ma problem, ładnie mówiąc. A ja to
                              raz jestem w euforii, ale tylko po to, by jutro mieć myśli
                              samobójcze. Jeszcze zawaliłam terapię, bo po prostu nie chciało mi
                              się na nią jechać i znowu muszę przepraszać moję psycho, że kiedy ma
                              nastąpić "efekt terapeutyczny", to mnie nie ma.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka