autops15
17.04.15, 17:35
Witajcie, drodzy forumowicze.
Przedstawie Wam moja opowiesc w bardzo wielkim skrocie, skupiajac sie raczej na jej zakonczeniu, bo nie sposob opisac w jednym poscie historie 7-letniego zwiazku. Przerywanego niemal od samego poczaku rozstaniami, krotszymi lub dluzszymi (najdluzsza przerwa to pol roku).
Poczatek byl idealny, wszystko wydawalo sie pasowac - poglady na zycie, nawyki, upodobania. Ja wspieralam jego, on wspieral mnie. Pomogl mi przetrwac naprawde ciezkie chwile. Mieszkal za granica, gdzie, za jego usilna namowa, przeprowadzilam sie do niego 6 lat temu. Zostawilam za soba przyjaciol i zycie zawodowe. I praktycznie wtedy zaczelo sie psuc. Na jego wyrazne zyczenie wyjezdzalam do Polski, nie policze juz ile razy, jednak za kazdym razem on zaczynal tesknic, dzwonil, i w koncu wracalam z nadzieja, ze tym razem bedzie ok. Pomine szczegoly i przeskocze od razu do 2011 roku, kiedy rozstalismy sie po raz kolejny, po tym, jak wspolnie z matka uknuli przeciwko mnie intryge. Wtrace tylko, ze MNIE sie wydaje, ze z nim chyba od zawsze dzialo sie cos niedobrego. Syn alkoholiczki, wychowany bez ojca, na moje oko uzalezniony od matki, mial powazne problemy z nerwami, w tym z agresja. Bral leki psychotropowe, ktory niestety niosl za soba skutki uboczne. W kazdym razie po mojej ostatniej wyprowadzce 4 lata temu wydawalo sie, ze tym razem to juz definitywny koniec. Nie mielismy kontaktu przez kilka miesiecy, mnie udalo sie znalezc prace w kraju, w ktorym mieszkalismy i wrocilam tam po pol roku, jednak mialam samodzielne mieszkanie, nie bylam od niego w ogole zalezna. (Zaznacze tu, ze jego juz tam nie bylo, rzucil prace i wyprowadzil sie do kraju, skad pochodzi.) Niemal natychmiast odezwal sie on, skruszony, niczym syn marnotrawny bil sie w piersi, przepraszal, zarzekal, ze sie zmienil i blagal o szanse. Sam nie mial wtedy pracy ani mieszkania, wrocil pod skrzydla matki i zyl z oszczednosci. Twierdzil, ze poklocil sie ze wszystkimi (nawet z matka!), duzo czasu spedzal samotnie nad jeziorem, ogadal filmy, pil piwo i tesknil za mna, bo "nic nie mialo sensu". Przez rok odwiedzal mnie co weekend, a dzielil nas dystans 400 km. Po roku wrocil do "naszego" miasta, znalazl znakomita prace i mieszkanie i wychodzil ze skory, zeby mnie przekonac, zebym rzucila swoja, w ktorej warunki byly faktycznie nie do zniesienia. Powtarzal, ze musze odpoczac, zrobic kurs jezykowy i poszukac czegos, co bedzie mnie satysfakcjonowac i sprawiac przyjemnosc. Hm, zaczelam kurs, jednak juz po 3. miesiacach moj facet zrobil sie nerwowy. Okazalo sie, ze ma mobbing w pracy. Zaczal odreagowywac na mnie. (Jak zwykle zreszta.) W koncu podjal decyzje o zmianie pracy, na 6/10 etatu, co dla mnie bylo ogromnym ciosem, bo mialam plany... Dla mnie to byl praktycznie koniec marzen o rodzinie, spelnionym zyciu zadowodowym, czymkolwiek. Zrobilam sie smutna, nerwowa, zaczelam sie zalamywac. Kontynuowalam intensywny kurs przez kolejne 3 m-ce, az w koncu podjelam decyzje o jego przerwaniu, bo nie bylam w stanie zniesc wyrzutow, ze nie chce mi sie pracowac. Szkoda, bo robilam wielkie postepy, ale stracilam do tego serce i sama nabawilam sie atakow paniki, czesto wychodzilam do toalety, bo nie moglam opanowac drzenia rak, czerwienienia sie, a wypowiadanie sie na forum bylo prawdziwa meka. (A w Polsce wykonywalam zawod, gdzie przemawianie do duzej grupy osob bylo codziennoscia!) Probowalam szukac pracy, jednak wieczne obwinianie mnie o wszystko, wyzywanie sie na mnie, w tym fizyczne (piesciami po glowie) sprawilo, ze wpadalam w coraz wieksza depresje. Poza tym nie wyobrazalam sobie, jak przebrne przez rozmowe kwalifikacyjna, skoro robie sie nerwowa nawet w kolejce do kasy w supermarkecie. :(
Mimo wszystko te straszne dni byly przeplatane okresami, kiedy czulam sie kochana i szczesliwa i wracala do mnie nadzieja. Po podjeciu nowej pracy przez mojego faceta wszystko wydawalo sie byc ok, do czasu, az... wedlug niego znow znalazl sie ktos, ktos skutecznie zatrul mu zycie zawodowe. Pewnego wieczoru wrocil do domu niemal z placzem. Zgadlam, co sie stalo, wiec zareagowalam od razu. Przytulilam, pocieszalam, obchodzilam sie jak z jajkiem. Byl szczesliwy. Jednak z czasem scenariusz zaczal sie powtarzac. Po raz kolejny uslyszalam, ze obawia sie, ze zostanie zwolniony, ze bedzie musial szukac czegos nowego, ze tego nie wytrzyma, bo jest „na krawedzi wytrzymalosci“. Zaczal sie mnie czepiac, zrobil sie chamski, uparty, krzyczal na mnie, ze go podle traktuje (???), ze zycie ze mna to pieklo, ze sie dre, a to on (!!!) podnosil na mnie glos. W miedzyczasie zaczal jezdzic na weekendy do matki. Wydaje mi sie, ze traktowal te wyjazdy jako ucieczke od problemow w pracy, zalil sie jej na caly swiat, w tym oczywiscie na mnie. Bo kiedy jedno go nie cieszy, to juz wszystko jest „be“. A poniewaz te wyjazdy byly coraz czestsze, zaczelam zadawac zwyczajne pytania, np. „A to juz masz paszport do odebrania?“ Od razu gasil mnie chamska odpowiedzia „Nie dyskutuj ze mna!“, „Przestan mnie przesluchiwac!“. Zaznaczam, ze NIGDY nie podnosilam glosu w rozmowie z nim (bo wtedy dopiero rozpetalabym tornado), nie prowadzilam dochodzenia, nie wydzwanialam kiedy go nie bylo, bo nie widzialam potrzeby, dlatego niemal natychmiast zaczynalam plakac nie rozumiejac, dlaczego tak chamsko sie ze mna obchodzi. Kiedys nawet nazwal mnie „kawalkiem gowna“ i „ze ma juz dosc mojej choroby“ (przez jakies 3 m-ce mialam problemy ze zdrowiem). Jednak TO ON twierdzil, ze ja go podle traktuje, a rok wczesniej bil mnie piesciami po glowie, rzucil o podloge, darl sie, obrazal... I ze te jego reakcje sa odpowiedzia na moje podle traktowanie... W tym czasie mamuska kula zelazo poki gorace. Poniewaz mnie nie lubi (bo jej unikam i nie ufam ze wzgl. Na jej alkoholizm i dwulicowosc), wynajdywala coraz to lepsze wymowki, zeby wabic synka do siebie, namawiala go na powrot w rodzinne strony, zmiane pracy, „wyciszenie sie i calkiem nowy poczatek“. (Cokolwiek to znaczy.)W dniu moich urodzin zamiast uslyszec od niego zyczenia, poklocil sie ze mna. A nastepnego dnia mialam bardzo stresujacy dzien. (Moze pozniej podam szczegoly, bo tu tez pojawia sie ciekawy watek, ktory odslania dosc dziwna ceche jego charakteru.) W kazdym razie w tamtych dniach w grudniu zrobilam sie juz bardzo smutna, bo potrzebowalam jego wsparcia, a wiedzialam, ze on zamierza swoj 3-tygodniowy urlop spedzic w rodzinnych stronach, w tym swieta i sylwestra. Ja, udreczona wizja wiecznie pijanej matki, nie mialam zamiaru sie z nimi meczyc. Wrocil o tydzien wczesniej, zupelnie odmieniony. Twierdzil, ze przemyslal problemy w pracy i postanowil je „olac“, a skupic sie na naszym zwiazku, bo doszedl do wniosku, ze „ pozniej nie darowalby sobie, gdyby nam nie wyszlo“. I bylo pieknie... przez tydzien. Planowal dziecko, zmiane pracy. Pod koniec tygodnia rozmawial z matka w niedziele, kilka godzin, o biezacych sprawach, polityce, jednym slowem – o bzdetach. (W duchu zadrwilam jednak, ze po tylu weekendach, telefonach i wspolnie spedzonych swietach jeszcze sie nie nagadali...) Nastepnego dnia sasiad robil mu przeglad samochodu, ktory wkrotce mial byc poddany gruntownym testom. Okazalo sie, ze trzeba dokonac drobnych napraw. Na to moj facet lapie za sluchawke, dzwoni do mamusi, i slysze, jak umawiaja sie na kolejna wizyte, kolejna juz zwiazana z enta w tym roku naprawa samochodu, bo tam taniej... Siedzialam naprzeciwko i zaczelam sie gotowac... Od dwoch miesiecy praktycznie nie bylo go w domu, spedzilam smutne, samotne swieta, a tu kolejny wyjazd... I w tamtym momencie podjelam chyba najgorsza decyzje w zyciu – postanowilam upic sie z rozpaczy...