arietta
29.05.02, 14:23
Jestem z nim od prawie dwóch lat.
Zawsze czułam się z nim dobrze, bezpiecznie, fajnie, wygodnie. Niedawno
zamieszkaliśmy razem. Jednocześnie... dopadła mnie depresja. Czuję się tak,
jakbym postępowała wbrew sobie. Z jednej strony - stres wynikający z
wyprowadzenia się z domu po wielu latach, z drugiej - zamieszkanie z NIM...
Moja dusza wyczuwa, że coś jest nie tak i buntuje się, powodując różne
negatywne objawy...
To ma być próba przed czymś znacznie bardziej nieodwracalnym. Tylko... skoro
mam wątpliwości, czy to TEN właściwy - może w ogóle nie powinnam jej
podejmować??? Dobrze mi z nim, ale czasem mam wrażenie, że mnie denerwuje, może
nawet wyżywam się nad nim!! Lubię się do niego przytulić, jest dobrym,
wartościowym człowiekiem, za nic nie chciałabym go skrzywdzić.
Wiem, że jeśli ma się wątpliwości - to nie może byc mowy o miłości. Jednak tak
bardzo chcę wierzyć, że mamy przed sobą przyszłość (dom, dzieci?), że tkwię w
tym i... czekam (?). Na pewność? Może to tylko (albo aż) strach przed
samotnością? Przed tym, że nikogo już w tym wieku (30-) nie znajdę (dookoła
pełno sparowanych, szczęśliwych ludzi, brak singli, szczególnie męskich)??? Nie
potrafię być sama. Zwłaszcza, że tak naprawdę - chyba nigdy nie byłam sama...
Boję się, że błądzę.
Jednocześnie mam tak ogromne poczucie uciekającego czasu, że chyba próbuję
szybko wtłoczyć się w jakiś schemat, szufladkę, poukładać, posegregować....
Tylko czy to tak???
Seks... Rzadko, jakoś nie mam ochoty....
Nic mnie nie cieszy, nawet wspólne gotowanie, pracuję, życie się toczy... ale
jakoś tak bez płomienia, BEZ PŁOMIENIA!!!! Nawet boję się Was zapytać o radę,
bo się jej domyślam...
Chciałabym być szczęśliwa i żyć w zgodzie z samą sobą. Czego mi brakuje? Odwagi
do odwagi?!!!
--------------------------------------------------------------------------------