miszelka1
12.08.05, 04:20
Wszystko bylo piekne.
Zafascynowanie, ekscytacja, zauroczenie, milosc..
Kazda chwila spedzona razem byla darem niebios..
Rozmowy, przebywanie w ciszy, dlonie splecione razem..
Dotyk, coraz odwazniejszy, delikatne pocalunki, poznawanie cial, szalenstwo..
Tesknota, gdy Go brak. Podczas spotkan czas ucieka nam, jak woda z dziurawego dzbanka. Stwierdzilismy nawet, ze na dwie godziny, to sie nie ma co spotykac. Nawet nie zdazymy sobie nic konkretnego powiedziec. Ot, patrzymy sie na siebie chwileczke i ... juz dwie godziny minely :( Smutna rzeczywistosc z tym czasem.
W czym rzecz.
Otoz, czuje, ze kocham. Malo tego, czuje sie kochana.
Moj Mezczyzna jest ateista, a ja osoba wierzaca.. W tej sferze nie mozemy nijak dojsc do porozumienia. Ostatnio wszystko zaczelo sie sypac. On chce przekonac mnie, ja chce przekonac Go i ... dochodzi do bardzo powaznych klotni. On nie chce brac slubu (slub przeciez bierze sie przed Bogiem ---> przed jakim bogiem?! -pyta moj ateista), ja nie chce wolnego zwiazku (chce zlozyc przysiege pzred Bogiem, ze bede z nim do konca moich dni itd..). No i zaczelo sie.. Jest coraz gorzej! Padaja ostre slowa. A ja mysle... mysle..
Jak bedziemy wychowywac dzieci? Przeciez sfera duchowa powinna byc rozwijana od samego dziecinstwa. Wiec mama powie: 'Jest Bog.', a tatus powie: 'Nie ma Boga.' Uwazam, ze dwoje w zwiazku to nie dwoje a jedno. W tym temacie my jedno nie jestesmy i wyglada na to, ze nigdy nie bedziemy.. A to nie jest blachy temat, niestety :(
Jestem w kropce. Rodzice mnie drecza. Nie wiem, co mam robic i ... nie robie nic. Ale tak podswiadomie czuje, ze tak nie powinno byc, ze musze cos zrobic.
Chce odejsc, ale kocham, naprawde kocham..
Prosze, o jakies madre rady, wpisy, pzremyslenia, cokolwiek. Porozmawiajmy o tym..