25.08.12, 14:36
wertuje to forum od jakiegoś czasu... szukam wskazówek, nadziei, rady jak przetrwać... nie znalazlam nic pokrzepiajacego...każdy głos rozsądku mówi tu wyraźnie.... uciekaj póki czas...

..no właśnie ale co jeśli oboje borykamy sie dokładnie z tym samym...choc na pierwszy rzut oka jesteśmy tak różni... to zmyliło nas samych.. takich niby przebiegłych, wszak nikt nie ma tej etykiety na czole "uwagabpd"... patrząc na to z dystansu to nawet zabawne, żyjemy w małej społecznosci, nasze rozstania 3 razy w tygodniu pełne dramatycznych gestów, głośne... bawią i męczą sąsiadów... najbardziej jednak wyniszczają nas samych... ja snuje sie jak cień, umęczony niby żywy jeszcze ale w środku trup, nie mam siły podnieść powieki rano..

pomogliscie mimimo wszystko - dziękuje wieksza świadomośc mechanizmów - jednak choć troche koi... z drugiej strony dlaczego skoro już niby jesteśmy mądrzejsi o tę wiedze ciągle wpadamy w tę samą koleinę? myślicie że warto walczyć? czy poddać sie? zastąpić i pozwolić sie zastąpić...
Obserwuj wątek
    • dendran Re: oboje BPD 25.08.12, 14:46
      ale oboje "używając dość dużego skrótu myslowego" uzywamy tej samej broni, targają nami podobne emocje.... wiec kto przed kim ma uciec i dokąd do kolejnego związku który zniszczymy? do związku z oddanym partnerem którym będziemy pogardzać i którego w końcu i tak porzucimy... czy do związku z silnym zdrowym partneren, który im zdrowszy tym szybciej odrzuci nas? a może to sytuacja idealna? teoretycznie moglibysmy sobie dać to wszystko czego potrzebujemy... W PRAKTYCE NIE DZIAŁA... kopiemy sie tyl;ko coraz mocniej
      poznaliśmy sie niespełna dwa lata temu, zamieszkaliśmy ze sobą po kilkunastu dniach znajomości rozpieprzając swoje dotychczasowe życie, związki, pozostawiając ofiary, ruine materialną i zgliszcza za sobą...
      haha nie poznaliśmy sie na sobie mimo, zdawac by sie mogło dużego doswiadczenia życiowego...
    • dendran Re: oboje BPD 25.08.12, 15:10
      jeszcze uściśle: to samo zaburzenie ale na innym etapie życia ( ona 41lat -zdawać by sie mogło wyciszona, uspokojona, samoświadoma - aż pyszna z tej iluzji samoświadomości...zdecydowanie inna niż 20-15 lat temu... a jednak wciąż taka sama w środku ;), On - 30 lat uwazający sie za najnormalniejszego, no niekiedy przyznający że może nieco trudny)
      • dendran Re: oboje BPD 25.08.12, 22:21
        pytam, a przecież znam odpowiedź, zawsze ja znałam..nic tam nie ma, nic nie będzie... i tylko i aż kolejna lekcja by poznac siebie i swiat... kawał wiedzy...ale jak strasznie piecze i boli-kosztuje milion łez...
    • dendran Re: oboje BPD 25.08.12, 22:29
      tak mi wstyd... kazdy to widział tylko ja byłam ślepa... na wszelki wypadek zerwałam każdą wieloletnią wartosciową znajomość, żeby nie usłyszeć jakim jestem głupcem...ślepy stary głupiec przestał być czujny bo był pyszny.... musiałam dojść do tego punktu sama.....
      czy kiedykolwiek jeszcze dam rade sie podnieść?
      • non-grata Re: oboje BPD 25.08.12, 23:00
        Zdziwiłabyś się, jak bardzo silni jesteśmy.
        Dasz radę podnieść się.
        Jesteśmy jak karaluchy, przeżyjemy wszystko, no, może przy dekapitacji długo nie pociągniemy, ale - zawsze jeszcze nieco...

        Wybraliście niesamowicie ciężką drogę.
        Highway in a Panjshir.
        Hardcorowo.

        Możecie się starać, możecie.
        "Ale" istnieje zawsze, tu moje - ale - wykończycie się, myślę...

        Byłam niesamowicie blisko z borderem, przyjaciółką. Obieśmy skażone.
        Po pół roku katapultowałam.
        Za ostro było.
        Nie miałam siły po raz enty ściągać jej z torów wobec faktu, iż sama notorycznie przedawkowywałam...
        Smutna relacja.

        Dziś znam innych borderów, umiem lepiej, a i Oni obeznani, ale związek - wooow....
        • dendran Re: oboje BPD 26.08.12, 00:39
          taaak.... pamietam kiedys koniec związku zajmował mi dobe najwyżej, nawet płakałam.. z wiekiem jakaś kruchość sie wkradła... płacze już długo, w sumie od pierwszego dnia czując gdzies pod skóra, że happy endu nie będzie...
          Mielismy utarte schematy, bezpieczne choc niebezpieczne, burza, wywalenie z życia... i w ciągu kilku godzin poszukiwanie, chocby po rowach byle tylko nie doszło do zastąpienia...aż zmieniło się. chciałam zmiany! wolności, zniknęłam w tym związku, przestałam istnieć, znikneła silna kobieta wrociła chwiejna dziewczyna sprzed lat, mysląca stale o śmierci... (z wiekiem nauczyłam sie z tym obchodzić...)
          głupiec i narcyz pragnęłam uszczęsliwić Go - być ta jedyna niezastąpioną...
          Na początku nie smiałam wierzyć, ze sie uda, nawet rozwalając swoje poprzednie życie w pył nie myślałam o przyszłości... im bardziej nie myslałam tym bardziej trwało... choc działo sie niepięknie, im bardziej chciałam mu podarowac swiat tym gorzej mnie traktował... wiec ja ta niby świadoma zaczęłam stawiać granice i jakby sie polepszyło, gdzieś w środku tej relacji przez chwile było lepiej, moze nawet zdarzyły sie ze trzy dni, kiedy nie było megakłótni...aż nagle z uśpienia wylazł mój lęk i piekło nas pochłonęło... jeśli nic sie nie wydarzyło do 16tej... wiadomo było, że jedno z nas (i to ostatnio niestety częściej ja...) znajdzie pretekst do megawku.wienia i polecą słowa, talerze, drzwi czy co tam jeszcze zostało niezniszczonego...
          • dendran Re: oboje BPD 26.08.12, 00:58
            widziałam tu zdania bpd każdego partnera traktuja jednakowo oraz przeczenia tej tezy... u mnie nie było jednakowo, poprzednia relacja 10letnie małżeństwo... było spokojne, dostawałam bezgraniczne uwielbienie, mój strach schował sie w jaskini, myslałam że odszedł na zawsze, nie krzyczałam z samotnosci i wyobcowania, pozostała pustka dawała sie wypełnić...
            aż spotkałam Jego i wyrzuciłam swój świat do kosza....a na to miejsce wróciły emocje sprzed lat i strach i nienawiść... szarpanina bez końca, nawet godząc sie czesto krzyczelismy na siebie...

            a teraz wariuje z tęsknoty.... bo zaakceptowałam zastąpienie, chociaż to jakbym sypała sobie soli do otwartych tetnic....ale juz nie miałam siły...ale nie mam też siły byc sama... tak sie boje... ale jeśli znowu otworze drzwi..... prawdopodobnie zgine (metafora)
            Choć paradoksalnie w tej relacji byłam dużo bardziej samotna niz kiedy rzeczywiście byłam sama
            • dendran Re: oboje BPD 26.08.12, 01:10
              i zniknęłam, przestałam istnieć...zamieniłam sie w "czekadełko" żeby zobaczyć choć raz, że jest szczęśliwy tylko ze mną... choć zwykle był niezadowolony... podobno i On starał sie wywołac chocby usmiech u mnie... niestety najczęściej czułam jedynie deficyty....
              • grupakobieca Re: oboje BPD 26.08.12, 08:05
                Sama jestem po wielu takich związkach, już się nie zastanawiam co oni mieli, czy to BPD, czy socjopatia, nie ma to znaczenia.
                Proste bardzo pytanie: Czy masz więcej plusów czy minusów z tego związku.
                i prosta SZCZERA odpowiedź, zwykle zamyka temat.
                i...(lubię to sobie powtarzać) dopóki po ciemku nawet wśród tysiąca facetów, mnie pociąga ten jeden z "głębokim wnętrzem" będę sama, choćby miało to trwać do końca życia, nigdy więcej tego bezsensownego cierpienia nie chcę przeżywać.
                • 3bsp Re: oboje BPD 26.08.12, 10:22
                  grupakobieca napisała:

                  > Proste bardzo pytanie: Czy masz więcej plusów czy minusów z tego związku.
                  > i prosta SZCZERA odpowiedź, zwykle zamyka temat.

                  Jak mawiał pewien zombie, parający się analiza porównawczą
                  czy grami decyzyjnymi – nie pamiętam albo konfabuluję- raczej.

                  Zadaj to proste pytanie praktykującemu alkoholikowi,
                  a zobaczysz ile wymieni minusów picia.
                  Tak się tym przejmie, że postanowi od jutra nie pić,
                  ale dziś jeden głębszy, przez te minusy, nie zaszkodzi.
                  Przepraszam Cię grupakobieca , dyskusja dyskusją a sympatia sympatią.
                  No to ja z sympatią do Ciebie, zadyskutowałem ostro, łokciowo.
                  Nie gniewasz się?

                  Uzależnienie emocjonalne to bardzo ciekawy, aczkolwiek paskudny problem,
                  który, jak to powiedziała kiedyś koleżanka brz-a-sk, czyni nas więźniami we własnej klatce, której jesteśmy strażnikami – a ja dodam - lojalnymi strażnikami.
                  Przypomniała mi w związku z uzależnieniem emocjonalnym taka pamiętnikowa wpisywanka, którą pozwolę sobie sparafrazować:

                  Dwa serca złączone
                  Klucz rzucony w morze
                  Chciałoby się spieprzać
                  Ale nikt nie może.

                  Zgłębiałem ten temat latami; teoretycznie i praktycznie, zwłaszcza w tym ostatnim byłem fachura jak się patrzy.
                  Modelowy koprofag – specjalista od życiowego gówna.
                  Jeszcze do dziś odbija mi się czkawką wskutek niestrawności i diametralnej zmiany diety.
                  Było.
                  Skłonność do uzależnienia emocjonalnego ma zwykle korzenie w domu rodzinnym.
                  Ja sądzę, że jeśli chodzi o kobiety, to dużą rolę odgrywa relacja z tatą, który najczęściej jawi się jako pryncypialny satrapa i takiego satrapy poszukujecie w związkach.
                  Spokojne i ciepłe związki was nudzą nazbyt szybko, choć potem zawsze za nimi tęsknicie.
                  Bywa też, że trwacie w takich związkach i znajdujecie satysfakcje będąc swoistym wolontariuszem.

                  Nasuwa się pytanie a co z osobami, które mimo pozornej odporności na uzależnienia, wchodzą w takie związki?
                  Musze przyznać, a już kiedyś o tym pisałem na tym forum – wytrawny bord czy narcyz czyni cuda, jeśli nie mamy dość siły, żeby w porę zwiać.

                  Moje zdanie?
                  Bez terapii tego nie rozbieriosz, bo za głęboko to w nas siedzi.
                  • grupakobieca Re: oboje BPD 26.08.12, 10:52
                    Zabawne, że jak rozmawia się z osobami uzależnionymi, które z tego wyszły, po jakimś czasie, dużo z nich stwierdza, że tak naprawdę było to kwestią podjęcia decyzji i wynikającej z tego determinacji.
                    Wiem coś o tym, bo po wielu latach ciągłych związków z facetami (oczywiście same toksyki) dotarłam do momentu, kiedy powiedziałam DOŚĆ i tego się trzymam.
                    Przestałam się użalać nad sobą, wybaczyłam rodzinie i powiedziałam sobie, dobra, mogłaś się niszczyć, ale teraz jest nowe życie za które jesteś odpowiedzialna- więc weź się wreszcie w garść, dorośnij i zadbaj o piękną przyszłość, bo przeszłości nie zmienisz.

                    A, że terapia, to dla mnie oczywiste jak oddychanie. Jeśli ktoś (np ja) jest tak zaburzony, że tkwi w związku, który go rani, to wiadomo, że ma coś nie tak i jeśli chce żyć (u mnie była to w pewnym momencie dosłownie kwestia życia, lub śmierci) musi coś zrobić, a zwykle sam nie da rady.

                    3bsp, jakoś nie czuję, tej ostrości (widać lata przemocy mnie znieczuliły;) ), więc absolutnie się nie obrażam, zresztą na forum się fajnie dyskutuje, mniej osobiście podchodzę.
                    Obserwując widzę, że jest bardzo mało udanych związków, czy dojrzałych osób.
                    Także zgadzam się z Tobą, jest bardzo ciężko z tego wyjść (z uzależnienia emocjonalnego), ale na POCZĄTKU, potem można się przyzwyczaić nawet do bycia samemu (co kiedyś było dla mnie równoważne ze śmiercią).
                    U mnie proces wyglądał tak: najpierw terapeuci mi sugerowali, że powinnam być sama, z czasem sama to zobaczyłam, ale nie brałam pod uwagę, w końcu zrozumiałam, że krzywdzę samą siebie pozostając w takim syfie i zaczęłam próbować, i w końcu udało się, ale wciąż bardzo cierpiałam i musiałam się cały czas pilnować. Po czym teraz od dłuższego czasu mam spokój, jestem zadowolona z życia bez faceta, oczywiście potrzeby się odzywają okazjonalnie, ale na szczęście niezbyt często.
                    Poza tym ja wiem, na 100%, że związek póki co by mnie zniszczył, lub przynajmniej mocno uwstecznił.
                    Wierzę też, że pewnego dnia stanę się wystarczająco dojrzała, by poznać kogoś wartościowego i zbudować fajny, ciepły związek pełen zaufania i partnerstwa.
                    Choć niestety są osoby, które się tak strasznie boją terapii, że nie mają nawet szansy zobaczyć, że można żyć inaczej, no i nie ukrywam, gdyby nie ogromna motywacja na początku to nie wiem, czy bym dała radę.
                    Podsumowując dochodzę do wniosku, że z jednej strony to w sumie proste, a z drugiej strasznie trudne :)
                    Czyli klasycznie im więcej wiem, tym mniej wiem.
                    • brz_a_sk Re: oboje BPD 26.08.12, 12:07
                      grupakobieca napisała:

                      "...Wierzę też, że pewnego dnia stanę się wystarczająco dojrzała, by poznać kogoś wartościowego i zbudować fajny, ciepły związek pełen zaufania i partnerstwa..."

                      się samo nie zrobi; nie spływa to ani od dojrzewania, ani od terapii, ani od wiedzy tak mi się wydaje; w związek trzeba włożyć wiele potu i wyrzeczeń - dziś to nie modne i wiele osób ma to wtreapeutyzowane skutecznie - czego ja akurat nie pojmuję; w związku trzeba nauczyć się sobie dawać a nie sobie wyrywać; związek się buduje a nie ma; pielęgnuje się;
                      związek na pewno ma coś nam dawać ale nie jest to jego główny cel - jeśli tak zawęzimy na początku to mamy w "ciągu 2 lat pięć stałych związków" albo stale zwiewamy przed jakimkolwiek związkiem; bo przecież nie ma szans by dwie osoby wyłącznie korzystały bez przerwy z bycia razem;
                      pogubieni w związkach toksycznych z bagażem oddziecinnym, po uwolnieniu się, czasem chyba tracą z oczu najważniejsze - może tak to nazwę i pogadamy - "jak ja bym chciał, by na mnie ktoś bardzo czekał"

                      od ręki to napisałam - pewnie wiele mam do dodania czy lepiej by było inaczej - ale zostawmy na poczatek

                      pewnie dwa bordy w parze mają ten problem też

                      swoją drogą pobordowe :-) normalsy są świetnie podobne do bordów - mają pozbierane nawyki :-)


                  • spaprany Re: oboje BPD 26.08.12, 14:32
                    "> Zadaj to proste pytanie praktykującemu alkoholikowi,
                    > a zobaczysz ile wymieni minusów picia.
                    > Tak się tym przejmie, że postanowi od jutra nie pić,
                    > ale dziś jeden głębszy, przez te minusy, nie zaszkodzi."

                    Proste :) I tak się to wszystko buja, dokładnie tak. Nawet jeżeli ma się świadomość uzależnieniowego kształtu tej "miłości" - gówno to daje.

                    I dalej też chciałem kopiować oraz potwierdzać, ale musiałbym wszystko skopiować, a to bez sensu. Wierszyk piękny ;)

                    Łącznie ze skłonnością do uzależnienia wynikającą z domu rodzinnego kopiować musiałbym :) Podstawą moich (jakichś tam) przemian było uświadomienie sobie tego, jak wyglądał związek moich rodziców i co mam z domu. Bo dla zewnętrznego obserwatora to była "normalna rodzina". Dopiero jak zacząłem zadawać niewygodne pytania, co się działo i co się stało - wyszła całkiem ładna kupa.

                    O, tu przytoczę:

                    "> Ja sądzę, że jeśli chodzi o kobiety, to dużą rolę odgrywa relacja z tatą, który
                    > najczęściej jawi się jako pryncypialny satrapa i takiego satrapy poszukujecie
                    > w związkach."

                    Podpowiedź - jeżeli chodzi o mężczyzn często chodzi natomiast o relację z mamą. Partnerzy borderek, przyjrzyjcie się temu w sobie, polecam. W przypadku mojej byłej kochanej kobiety (a w zasadzie kochanej byłej kobiety) jej problem wynika również z relacji zmamą. I ta relacja cały czas trwa, toksyna cały czas się sączy, to jako żywo przypomina relację 5-latki z mamunią.

                    Co do dwóch ostatnich zdań - chyba mam farta i tyle: sam się pozbierałem do kupy, bez lekarzy i medykamentów, z pomocą przyjaciół. W zasadzie ciągle się zbieram i mam bardzo duże (w moim odczuciu) sukcesy na tym polu. A skoro w moim odczuciu takie mam i mogę to szczerze napisać, bez tych pieprzonych przedrostków "chyba", "moim zdaniem" i tak dalej - to znaczy, że mam :) To nie jest kwestia li i tylko "odzależnienia". Chodzi o zmianę w sposobie postrzegania wszystkiego, zwłaszcza siebie samego, o naukę świadomego samostanowienia i kompletne zredefiniowanie swojego miejsca na tym łez padole.

                    Akceptacja i oczekiwania: wokół tych dwóch fajnych przymiotów toczy się 100% problemów, o których jest to forum i w rzeczywistości to jest "cała tajemnica wiary". Praca na tych dwóch polach, które często w rzeczywistości są ugorem od urodzenia, zmienia WSZYSTKO. Gorąco polecam ;)

                    Gdyby partnerzy bordów nagle zyskali świadomość, a wraz z tym odważyli się na bezwzględną szczerość, która w rzeczywistości jest pierwszym krokiem do wyjścia z mokradeł - powiedzieliby jasno i głośno, że w mokradła wleźli sami i na własne życzenie, z powodów identycznych, dla których tam trwają. Sami, bo chyba decyzje podejmowane przez podświadomość też się wliczają w nurt pt. "sami".

                    Partnerom bordów w rzeczywistości bardzo blisko do samych bordów. Często BARDZO BARDZO blisko. "Bordowienie" w czasie pod wpływem relacji? To nic innego jak ugruntowanie pewnych przekonań, zwłaszcza w temacie postrzegania siebie. Sprawa bardzo podobna do samospełniająca się przepowiedni bordów. Przecież to, co jest motorem nieszczęścia partnerów to jest to samo, co jest powodem nieszczęścia bordów - nieumiejętność samodzielnej obsługi swojego systemu, która pcha do wielkiej samokrzywdy: prób budowy swojego fundamentu na obcym, w dodatku kurewsko grząskim gruncie.

                    Lęk przed autodefinicją, brak samoakceptacji, ta upierdliwa "konieczność zasługiwania", nieumiejętność opieki nad samym sobą, która przybiera piękną maskę rządzy zbawienia, tendencja do odwracania uwagi od siebie (dlaczego ON to i tamto???!!!) i kierowania jej w stronę innych oraz 17 innych rzeczy, które zapitalają razem pod rękę skandując radosne hasła jak zindoktrynowane dzieci na pochodzie 1-majowym. Mam na te tematy książke do napisania, ale chyba wszyscy już wszystko napisali :)

                    Jedno słowo na koniec tego peanu dla partnerów: przestańcie sobie zadawać to sakramentalne pytanie:

                    "dlaczego ON/ONA...???!!!"

                    WAS TO NIE INTERESUJE, zrozumcie. Nie "dlaczego on/ona mi to robi???" tylko "dlaczego na to pozwalam jemu/jej???". Sami sobie robicie, nikt Wam nie robi. Podświadomościowe usterki kierują decyzjami, w identyczny sposób jak u szanownych bordów. I to są identycznie zajebiście niewłaściwe decyzje.

                    Dorosły człowiek ma na drugiego dorosłego człowieka tak bardzo ograniczony wpływ, że praktycznie żaden. Przyjrzyjcie się bez oceniania i z jak najmniejszymi emocjami całej swojej związkowej przeszłości i odpowiedzcie sobie szczerze: na ile przez te wszystkie lata udało się Wam zmienić partnera/partnerkę? A zaraz potem na jeszcze jedno pytanie: ile energii włożyliście w te próby zmian? A na końcu na najważniejsze pytanie: po co komu to było?

                    To jest szalenie proste i takim trzeba to widzieć: albo mi relacja odpowiada, albo mi nie odpowiada. Albo ktoś wnosi do mojego życia kwiatki, albo kupę na kaloszu i z punktu widzenia cholernie zdrowego egoizmu tylko TO się liczy. Dokładnie tak, jak napisała grupakobieca.
                    • brz_a_sk Re: oboje BPD 26.08.12, 15:07
                      gfx.lumisfera.pl/media/photos/13146/242658.5.jpg
                      warto wierzyć, że życie ma sens

                    • 3bsp Re: oboje BPD 26.08.12, 17:10
                      spaprany napisał:

                      .......................jak zawsze super.

                      ach jakbym chciał się z Tobą poboksować intelektualnie.
                      Nie dajesz mi szans.
                      Te same ciosy te same uniki, no to jak mam Ci przywalić?
                      To się chyba zaprzyjaźnię.

                      Szukam słabego punktu - znalazłem!!!

                      > To jest szalenie proste i takim trzeba to widzieć: albo mi relacja odpowiada, a
                      > lbo mi nie odpowiada. Albo ktoś wnosi do mojego życia kwiatki, albo kupę na kal
                      > oszu i z punktu widzenia cholernie zdrowego egoizmu tylko TO się liczy. Dokładn
                      > ie tak, jak napisała grupakobieca.

                      Przychodzi mi na myśl pewne stwierdzenie z obszaru szacunku:
                      Dawniej, gdy coś się psuło, to się to naprawiało, bo był szacunek dla ludzkiej pracy.
                      Dziś w dobie tandety, gdy coś się zepsuje po prostu się wyrzuca.
                      Dotyczy to również związków.
                      Tandetne uczucia, tandetnych ludzi powodują, że nie dbają o coś, co leży poza ich sfera mentalną,
                      w której nie wykształciły się uczucia wyższego rzędu.
                      Tak ma tylko człowiek i to go wyodrebniło ze swiata zwierząt w procesie ewolucji.
                      Ale cóż nie każda jednostka ludzka ma szanse stać sie człowiekie - to równiez prawo ewolucji,
                      zdeterminowane tamą, postawiona przez nerwicę, ktora nie pozwala dojrzec jednostce w stosownym czasie.
                      To niedojrzaośc i postawa młokosa (ski) pełna roszczenoowego podejscia do życia.
                      Tadeuszu Boyu, wybacz, ze w tym miejscu zacytuje Cię:

                      Czy taki młokos to czuje?
                      Czy zrozumie, uszanuje?
                      On, co żyje jedna chętka:
                      Dużo, byle jak i prędko!

                      W związku trzeba nauczyć się sobie dawać a nie sobie wyrywać; jak pieknie zauwazył to brz_a_sk.
                      i ta totalna zapaść semantyczna, ktora nie odróżnia egocentryzmu - infantylizm dzieciecy
                      od egoizmu - postawy dojrzałej w nurcie miłuj bliźniego swego jak siebie samego.
                      Szczęście, że chopaki nie takie chętne i coraz trudniej zrealizowac sie Kasiom, jak chociazby tej:
                      www.youtube.com/watch?v=K-O2UH-vjC8&feature=fvwrel
                      i obnosic sie potem z wypartą kobiecością.
                      Grupa kobieca to brzmi podejrzanie, jak hufce zbiorowo kastrujace mężczyzn.
                      by pastwić się potem,że nie sa mężczyznami.

                      Prosze nie mylic z nickiem grupakobieca!!!.

                      Cholerne odciski intelektualne
                      • grupakobieca Re: oboje BPD 26.08.12, 17:32
                        Grupakobieca, kobiety, kiedyś reagowałam na samą nazwę obrzydzeniem. Brzydziłam się kobietami, uważałam że są: głupie, podstępne, wredne, zawistne itd itp
                        Otaczałam się mężczyznami, bo nimi mogłam bardzo łatwo manipulować.
                        a kobiety, rzeczywiście wybierałam zgodne z moim poglądem, zawsze wbijały mi nóż w plecy, każda moja przyjaciółka, koleżanka.

                        teraz staram się nie reagować alergicznie na żadne słowo, staram się nie oceniać po drobiazgach, to trudne, jeśli całe życie skreślałam człowieka ponieważ powiedział "Proszę panią, zamiast proszę pani".

                        Odkryłam kobiety, wrażliwe, wspierające, nawiązałam prawdziwe, cenne jak skarb relacje.
                        Uważam, że na grupie kobiecej będzie łatwiej, znam siebie i swoje koleżanki, gdyby zjawił się jakiś facet, bardzo prawdopodobne byłoby: odpalenie fantazji, rywalizacja, nie mówienie o pewnych sprawach itd. jest to po prostu ułatwienie, by się nie dekoncentrować, na początku przynajmniej.

                        Na wasze forum weszłam, ponieważ znalazłam wątek "grupa wsparcia", no ale oczywiście się wkręciłam jak zwykle. Doskonale czuję to skojarzenie grupa kobieca=feministki=ohyda, tylko, że ja mam akurat inne, co mnie cieszy, bo jak mówiłam, kiedyś odrzucało mnie od kobiet i to było właśnie moje wyparcie kobiecości z którego nie zdawałam sobie sprawy.

                        Co do kastracji, to zawsze jest to jakiś pomysł ;)

                        a szczerze, to wiem na pewno, że gdzieś tam, żyją Prawdziwi Ludzie w Wartościowych Związkach opartych na Cennych wartościach, a nie pożądaniu nazywanym zakochaniem.
                        Tylko, że oni są w nich i nie szukają przygód.
                        Co do kondycji ludzkości, naszej kultury, to oczywiście zgadzam się w zupełności, tylko marketing, reklama, i powierzchowne, koniecznie natychmiastowe gratyfikacje. Dotyczy to każdego obszaru naszego życia
                        • 3bsp Re: oboje BPD 26.08.12, 18:06
                          grupakobieca napisała:


                          > Co do kastracji, to zawsze jest to jakiś pomysł ;)

                          Gdyby już, to oszczędź mężczyzn a z facetami, to nie krepuj się.
                          Idź na całość
                          Kastrowany się nie rozmnoży.
                          To w waszym interesie, choć mężczyźni nałogowo unikają babusów.
                          (To tak odmiana osobników płci żeńskiej nie będącą kobietami.)
                          Babus, to żeńska odmiana faceta.
                          Powodzenia na łowach.
                          Jest szansa, ze przeżyję.
                          Cudnie.


                  • non-grata Re: oboje BPD 27.08.12, 14:54
                    "Ja sądzę, że jeśli chodzi o kobiety, to dużą rolę odgrywa relacja z tatą, który najczęściej jawi się jako pryncypialny satrapa i takiego satrapy poszukujecie w związkach.
                    Spokojne i ciepłe związki was nudzą nazbyt szybko, choć potem zawsze za nimi tęsknicie."

                    Zbyt wielki ogólnik, wydzielenie relacji 'ojciec-córka', 'matka-syn' to dla mnie zbytnia powierzchowność, zaraz zaczniemy wspominać kompleksy Elektry, Edypa i generalną zazdrość dziewczynki o penisa, a nie w tym rzecz...

                    Znam trochę kobiet z BPD i, nie wyłączając siebie, bez wyjątku mówię: gdy tatuś był, tudzież - bywał - wsjo stykało i było bajkowo, gdy był i bywał - kochał i lubił, spieprzenie budowało się z relacji z matką,
                    notabene w kwestii tego zaburzenia - choć i tu obecnie ja uogólniam - większą rolę i lepsze peany rezerwuje się dla matek.

                    Nie przekreślam Twoich słów, bo czuję w czym rzecz, to coś z rodzaju historii panny X, której ojciec zmarł na tyle wcześnie, iż ostatecznie ulokowała się w związku z obywatelem Y starszym o lat 100, by móc wreszcie być córką taty, którego nie miała.
                    • 3bsp Re: oboje BPD 27.08.12, 15:57
                      non-grata napisała:


                      > Zbyt wielki ogólnik, wydzielenie relacji 'ojciec-córka', 'matka-syn' to dla mni
                      > e zbytnia powierzchowność, zaraz zaczniemy wspominać kompleksy Elektry, Edypa i
                      > generalną zazdrość dziewczynki o penisa, a nie w tym rzecz...
                      >
                      > Znam trochę kobiet z BPD i, nie wyłączając siebie, bez wyjątku mówię: gdy tatuś
                      > był, tudzież - bywał - wsjo stykało i było bajkowo, gdy był i bywał - kochał i
                      > lubił, spieprzenie budowało się z relacji z matką,
                      > notabene w kwestii tego zaburzenia - choć i tu obecnie ja uogólniam - większą r
                      > olę i lepsze peany rezerwuje się dla matek.
                      >

                      Przepraszam, ale mowisz o kobietach ze zdjagnozowanym zaburzeniem osobowości.
                      Wsłuchaj się spokojnie w głosy na tym forum i rozdziel sfrustrowane niedojrzłe emocjonalnie kobiety od kobiet, o ktorych mówie wyżej, czyli zdjagnozowanych.
                      To zupełnie inna bajka.
                      Schemat jakże częsty na tym forum jest prosty: osoba nie daje sie używac tak jak ja chcę,
                      nie chce się zmienić wdług moich potrzeb i oczekiwań,
                      o zgrozo, śmie mieć własne zdanie i to różne od mojego, to na cholere mi taka zabawka,
                      to zapewne musi mieć BPD.
                      Nikt nie odważy się powiedzieć: ty walczysz o władzę nad drugim człowiekiem, potrzebę oberkontrolingu i dominacji.
                      Nie rozumiesz na czy polega związek partnerski dwojga odpowiedzialnych, dojrzałych ludzi,
                      bo i skąd masz wiedzieć, skoro powielasz własny dom i panujące w nim relacje.

                      Wybaczcie, bo nie mówie tego personalnie i jesli kogoś uraziłem, to z góry przepraszam.

                      Relacja BPD - partner to zupełnie co innego, to zdecydowanie inny swiat,
                      to związek dwojga wspaniałych ludzi pragnacych kochać za wszelka cene.
                      Może dlatego, gdybym żył za Sokratesa, nazwał bym ten związek apoteoza zawiści bogów.

                      Przepraszam za zbytnie uproszczenie ale to irytacja, która czasem mną targa.

                      Non - grata nie przepuszczę Ci, bo cenię twoje intelektualne predyspozycje.
                      Lubie ostrych przeciwników, ale nie dajesz mi szansy.
                      Absolutenie zgadzam sie z Tobą, gdy rezerwujesz peany dla matek.
                      Obiekt mej pierwszej szczenięcej miłości, został zniszczony psychicznie przez:
                      ortodoksyjną matkę, (miała obsesje grzechu międzynożnego jako wyrafinowana dewotka)
                      przy psychicznej i fizycznej nieobecności ojca (odszedł od kobiety), tylko dlatego,
                      że ta cudownie piękna dziewczyna o wspaniałej duszy miała również hormony,
                      ktore dały o sobie znać w stosownym czasie, a ja byłem zbyt smarkaty, żeby ją ochronić.
                      Niech ten powyzszy zapis bedzie wyrazem szacunku dla niewinnych kobiet, ktore żeby przeżyc.
                      musiały wypierać swoją kobiecość w obliczu kołtuńskiego społeczeństwa i zapłacić tak ogromna cenę.

                      Przepraszam, jeśli kogokolwiek uraziłem swoja zbyt osobistą reakcją.
                      • non-grata Re: oboje BPD 27.08.12, 20:38
                        3bsp,

                        "Przepraszam, ale mowisz o kobietach ze zdjagnozowanym zaburzeniem osobowości.
                        Wsłuchaj się spokojnie w głosy na tym forum i rozdziel sfrustrowane niedojrzłe
                        emocjonalnie kobiety od kobiet, o ktorych mówie wyżej, czyli zdjagnozowanych."

                        - umówmy się: tu, w tym miejscu jeśli nie potykamy się o partnerów tudzież - po prostu - osoby mające styczność z borderami, to wpadamy właśnie na ludzi z zaburzeniem, tudzież zakrawających subiektywnie - inaczej nie sądzę, by wpadały tu na kawę osoby niepowiązane, chyba, że - sorry, z popcornem i okularami trójwymiarowymi, coby poczytać o ludzkich dramatach..

                        "Schemat jakże częsty na tym forum jest prosty: osoba nie daje sie używac tak jak ja chcę,
                        nie chce się zmienić wdług moich potrzeb i oczekiwań,
                        o zgrozo, śmie mieć własne zdanie i to różne od mojego, to na cholere mi taka zabawka,
                        to zapewne musi mieć BPD."

                        - i w drugą stronę: równie dobrze borderem można nazwać jegomościa/ waćpannę wysuwającą roszczenia, które obrazujesz powyżej

                        "Nikt nie odważy się powiedzieć: ty walczysz o władzę nad drugim człowiekiem, potrzebę oberkontrolingu i dominacji."

                        - naprawdę? Taa, to niechwalebne, co?
                        W takim razie mówię: całe życie moje relacje realizowałam (realizuję?) pod szyldem: "ty, lub ja" - równowaga to kpina jakaś, nie potrafiłam uwierzyć, iż jesteśmy równi ("jak to? nie jesteś Uebermenschem? szit, zmywam się - i a rebours")
                        Owszem, usilnie zabiegałam o kontrolowanie każdego przejawu żywotności 2-giej osoby widząc, iż tylko w ten sposób może należeć (tak, należeć!) tylko do mnie; gdzieś, w którymś miejscu, w którymś momencie mnie brakowało? - odsuwamy się od siebie, już mnie nie kochasz, już cię nie chcę.
                        I piszę w czasie przeszłym, bo dziś jestem bardziej świadoma, zaciskam szczękę i pięści, staram się nie być paranoidalna, choć - w autopsji wciąż nie jest jeszcze różowo...

                        "Relacja BPD - partner to zupełnie co innego, to zdecydowanie inny swiat,
                        to związek dwojga wspaniałych ludzi pragnacych kochać za wszelka cene."

                        -przyznajesz prawo kochania za wszelką cenę nie tylko borderowi, ale i partnerowi, ergo - tyczyć się to może i jednostek totalnie "normalnych", ale - ponownie myślę, że nie do końca w tym rzecz, sądzę, że tu idzie o miłość tak rozbuchaną, że - wyniszczającą, obsesyjną - to, to nie jest zdrowe.

                        "Przepraszam, jeśli kogokolwiek uraziłem swoja zbyt osobistą reakcją."

                        Wszyscy tu reagujemy emocjonalnie, nie ma za co przepraszać, specyfika tematycznego forum.
                        • spaprany Re: oboje BPD 27.08.12, 23:14
                          zanim pojawi się post z próbami kategoryzacji, co jest miłością, a co kompletnie nie jest - będzie długo i bez pieszczot :)

                          O etykietowaniu, diagnostyce i tym podobnych sprawach padło tutaj (i nie tylko tutaj) mnóstwo słów. Znowu widzę jakąś próbę delikatnej licytacji w stylu "bo ja to miałem do czynienia z PRAWDZIWYM bpd, ale niektórzy to wróżą z fusów i mylą zaburzenie z kaprysami".

                          Szczerze - gów.. :) ...nic mnie nie obchodzi, kto ma jaki status, kto ma papierek, a kto tylko podejrzenie. Przeczytałem w ciągu miesięcy 3 Narodowe Biblioteki zdań napisanych przez osoby z papierkiem od lekarza i bez papierka, przez zaburzonych i ich partnerów, przez specjalistów i domorosłych diagnostów. 95% opisów tego, co czują borderzy, jak podchodzą do siebie, życia, codzienności, obowiązków, przyjemności, miłości i związku pokrywa się z tym, co usłyszałem, zaobserwowałem i czego byłem coraz bardziej smutnym i przestraszonym uczestnikiem w mojej relacji. Uważam to za zupełnie wystarczający powód, żeby dać sobie prawo głosu na tym konkretnym forum bez wdawania się w licytacje, kto więcej zniósł, więcej przeszedł, więcej zrobił dla ratowania siebie, a kto "dał szansę", kto "ratował związek", a kto zwiał.

                          @non-grata: uważnie czytam Twoje posty i doskonale wiem, o czym piszesz, na przykład w kategorii "ty, lub ja". Dawno temu zdałem sobie boleśną sprawę z tego, że biorę udział w sportowej rywalizacji, nie w związku. Rywalizacja toczyła się na każdym polu - kto sobie lepiej radzi na gruncie zawodowym, kto ciekawszej muzyki aktualnie słucha, kto coś ciekawszego czyta lub przeczytał, kto miał bardziej rozrywkowy wieczór, kto ma lepszy nastrój, większy sukces, wygodniejsze życie, lepsze perspektywy, kto jest bardziej lubiany w towarzystwie, lepiej gotuje, kto zjadł lepszy obiad, ma fajniejszych znajomych... nie chce mi się dalej wymieniać. Żeby było ciekawiej - niezależnie od tego, czy ja akurat w mniemaniu pani "miałem lepiej", czy "miałem gorzej" - i tak przepierdalałem. Bo jeżeli "miałem lepiej" - ona była gorsza, nie godna i "zaraz ją zostawię", a jeżeli ona "miała lepiej" - ja byłem słaby, gówno warty, a ona w swojej zajebistości zasługiwała na kogoś lepszego.

                          @Theoutsider: owszem, na pewno "ktoś czeka" i na pewno to nic nie kosztuje - wysłać smsa. Tak tak, to ta jedyna, wielka miłość, pogodzić się, zapomnieć, wybaczyć i te sprawy. Przepraszam Cię, ale Ty chyba kompletnie nie wiesz, o czym piszesz. Prezentujesz bardzo fajne i zdrowe podejście do tematu, ale to nie to forum. Tutaj "wielka miłość" czasami kosztuje taki wpierdol, że (chyba) nie jesteś sobie w stanie tego wyobrazić. A "szczery sms z przeprosinami i wyznaniem miłości" to nic innego jak początek kolejnych tygodni koszmaru, jeżeli nie zaraz to za tydzień albo miesiąc.

                          Chcę Ci tylko uzmysłowić, że miłość, MIŁOŚĆ, albo też "miłość" w takim wydaniu to rozgrywka, w której finalnie przepieprzają z kretesem obie strony. 3bsp kiedyś napisał, że nie zna historii związku bordera/borderki z happy endem. A jest w temacie dużo dłużej, niż ja. Nie muszę dodawać, że ja też nie znam takiej historii. Oprócz "Uratuj mnie" bezustannie i solowo niosącej kaganek nadziei pani Reilandowej.

                          Czasami taki kolejny powrót kosztuje tylko szpital, czasami życie. A sms z wyznaniem miłości, obietnicą poprawy, zawoalowaną prośbą o szansę czy czym tam jeszcze chcesz - w niektórych, skrajnych przypadkach to zbrodnia, za którą osobiście skazywałbym na przynajmniej roczną izolację od telefonu, internetu i innych mediów.

                          I tu nie chodzi o to, że wskazuję karzącym palcem na bpd, w życiu. Jeżeli widać, że związek kosztuje krocie, wyniszcza, ale obie strony są ZBYT SŁABE, żeby się uwolnić - chwała temu, kto zdobędzie siłę, powie "stop" a potem w tej decyzji wytrwa. Obie strony powinny to zrobić i dla siebie samych, i dla siebie nawzajem - sto razy zacisnąć zęby na zasranym osikowym kołku i nie pozwolić sobie na zaczepki: smsiki, telefoniki, liściki itd. Nie folgować sobie i nie dawać upustu chwilowej nałogowej emocyjce, tylko dotrzymać ŚWIADOMEGO wyboru pamiętając, jakie są koszty tej relacji. To bardzo trudna decyzja i jasne, że trudno powiedzieć: "nie wolno ci wracać!!!" komuś, kto bardzo potrzebuje miłości. Jasne, że trudno odmawiać zaburzonemu/zaburzonej prawa do uczuć, do związku itd. - ale w niektórych przypadkach jest poważny dylemat, bo w moim odczuciu jeszcze trudniej dać do tego związku prawo.

                          Bardzo wiele osób o duszach emocjonalnych romantyków nie przyjmuje do wiadomości jednego:

                          to, że za kimś tęsknimy do krwi i umieramy bez tego kogoś wcale nie oznacza, że to jest TA WIELKA MIŁOŚĆ.

                          To oznacza tylko i wyłącznie tyle, że mamy dziurę po stanach, jakie ta osoba w nas wywoływała i od których się uzależniliśmy. Ten ktoś jest nam zwyczajnie bardzo (i patologicznie) potrzebny do obsługi naszego ego, to wszystko - w wielu przypadkach tak wygląda ta legendarna WIELKA MIŁOŚĆ. Jeżeli ktoś z Państwa znajdzie logiczne kontrargumenty - czekam z utęsknieniem. I nie chce mi się nawet czytać dupereli w stylu "o miłości nie da się rozmawiać na poziomie logiki".

                          Sami podświadomie daliśmy komuś ZA DUŻĄ władzę nad sobą, a czasami nawet WEPCHNĘLIŚMY TEMU KOMUŚ tę władzę na siłę, chociaż do tego też trudno się przyznać. Nie tylko borderom trudno, partnerom często jeszcze trudniej - bo przecież ONI SĄ NORMALNI! A ZABURZENI PARTNERZY BEZWZGLĘDNIE NISZCZĄ IM ŻYCIE!

                          Często to chodzi o zwykłą potrzebę odwracania uwagi od siebie i swoich deficytów, co się pięknie dzieje podczas choro-intensywnej relacji. Często to, co jest tak cholernie potrzebne nie ma nic wspólnego z pięknem, to żadne tam dobro. To na przykład dostawanie codziennych dowodów, że "się nie zasługuje" - takich, jakie dostawało się za dziecka w domu. Albo lekceważenie - identyczne, jakie było naszym udziałem za dziecka. Albo możliwość chorego zabiegania o czyjąś uwagę - wynikająca z chorej konieczności zabiegania o uwagę rodziców w dzieciństwie itd., itd.

                          Związki, w których lądują i tkwią zaburzeni to związki DWOJGA niesamodzielnych emocjonalnie osób, niezdolnych do samostanowienia, samookreślenia i emocjonalnej opieki nad sobą samym. Dlatego są takie wyniszczające, często takie trwałe i kojarzone z tą jedyną, największą miłością. Bądźmy szczerzy, zdrowi ludzie nie ofiarują sobie nawzajem aż takiego wpływu na siebie samego. Nie obarczają się AŻ TAKĄ odpowiedzialnością za siebie nawzajem. AŻ TAK siebie nie potrzebują i AŻ TAK od siebie nie zależą, a po rozstaniu AŻ TAK za sobą nie tęsknią.

                          Zaburzonym po rozstaniu kończy się życie, grunt zapada a świat znika - bo druga osoba odchodzi zabierając ze sobą 3/4 partnera. Co się dzieje? Ano zaburzony sam, z własnej chorej, przemożnej i podświadomej potrzeby ulokował w drugiej osobie 3/4 fundamentu: swojego poczucia wartości, swoich wyobrażeń o pszyszłości, marzeń, szans, nadziei i czego tylko chcecie. Sam, bez kontekstu partnera już praktycznie nie istnieje. NIE TYLKO BORDER. Bpd bez ludzi w ogóle przestaje istnieć, stąd mityczne ssanie pustki. A zaburzony partner borda po rozpadzie relacji traci trzysta kilo iluzji. Jest zmuszony powstać od stołu z ulubioną grą, która czasami nosi zacny tytuł "Już zaraz zasłużysz!", czasami "Jutro go uratujesz!", a czasami jeszcze inny.

                          Gwarantuję Wam, tkwiących w toksycznych relacjach - jeżeli border nagle by odbordowiał, z dnia na dzień - byłoby po relacji. Wam jest potrzebny mentalny (a czasami i fizyczny) wpierdol, huśtawka, odrzucenie - tylko po to, żeby od nowa zasłużyć, krzywda, żeby była ulga - i tak dzień w dzień, jak w dzieciństwie. Taka smutna prawda. Czy to "norma", czy "zaburzenie" - oceńcie sami.

                          Proszę, jeżeli się uda nabierzcie odrobinę dystansu, zrewidujcie odrobinę podejście. Może dojdziecie do wniosku, że warto przewartościować "wielką miłość" i poważnie się zastanowić, czym niby mają skutkować kolejne powroty. Bo ja wiem jedno - uzależniony potrafi podać 100 powodów, dla których chętnie i stanowczo zerwie z nałogiem, ale JUTRO!
                          • non-grata Re: oboje BPD 28.08.12, 08:48
                            spaprany,

                            ja - nie licytuję, w żadnym miejscu. Cierpienia etc. to subiektywizmy, każdy z nas posiada inne skale, nie umniejszam niczyich cech czy odczuć, nie daję sobie ku temu prawa.
                            Napisałam: opieram się na własnych doświadczeniach i poza owo założenie nie wylazłam.

                            Ale - ad rem,
                            by nie odbiegać,

                            co do związków, relacji:

                            korci mnie, by Ci zauważyć - stety, niestety - nie uda się stworzyć bantustanów wydzielonych dla borderów, by mogli się tłuc czy kochać w narzuconych, sztucznych granicach obszarowych.

                            Żyjemy w społeczeństwie ładnie określonym jako "otwarte"; przychodzimy, wychodzimy, czasami trzaskamy drzwiami, mniejsza.

                            Nie odkrycie, iż łatwiej żyć wśród ogółu, niż wobec jednej osoby.
                            Nie potrzeba nam resocjalizacji (tfu!), czy nauki o dosłownym życiu w społeczeństwie.
                            Trzeba nam zaciskać zęby i edukować się w byciu z drugim.
                            Może nie będzie udawało się, może kiedyś uda się.
                            Nie chcę defetyzmu i Waszych doświadczeń pt. "borderowi się nie uda, stawiam stówę".
                            Nie chcę też kredytów na zaufanie, cierpliwość i określony pakiet błędów, to jeszcze większy szit.
                            Chcę próbować i nie wierzyć w to, iż ostatecznie - i tak się nie uda;
                            bo w przeciwnym razie - po co? Po co ciągnąć dalej tę swoją groteskę życiową? Nie lepiej od razu położyć się i czekać na śmierć w przekonaniu, iż przynajmniej tym leżeniem i czekaniem nikogo już więcej nie skrzywdzę?

                            Nie ma we mnie narwanego optymizmu, ale - i nie jestem katastrofistą.

                            Nie kupiłam sobie bordera na przecenie i nie ja wybrałam.
                            Ale ja w nim tkwię i próbuję zmienić układ, podporządkować (co tak ślicznie potrafię!) go sobie.
                            I tłamsić, i szkolić gnoja, bo choć bywam beznadziejna, to, i bywam najlepsza. Jeśli wygrywam, to żądam totalnego zdyskwalifikowania i (sic!) zamierzam padło unicestwić - wiem, nie wyparuje, ale zgniotę tak dalece, jak będę potrafiła.
                            Nie sypię się po to, by zostać proszkiem; lezę na dół po to, by stopniowo, z czasem móc składać się na nowo.
                            • spaprany Re: oboje BPD 28.08.12, 13:56
                              "> ja - nie licytuję, w żadnym miejscu."

                              nie piłem do Ciebie, pisałem ogólnie :)

                              "nie uda się stworzyć bantustanów
                              > wydzielonych dla borderów, by mogli się tłuc czy kochać w narzuconych, sztuczn
                              > ych granicach obszarowych."

                              tego też nie miałem na myśli. Wręcz napisałem coś w stylu, że nie da się i nie można zabronić. To, że ta miłość najczęściej kosztuje obie strony krocie wszyscy doskonale wiemy. I jeszcze nikt na te koszty nie znalazł sposobu.

                              "> Trzeba nam zaciskać zęby i edukować się w byciu z drugim."

                              Właśnie. Ja, jak widzisz lub nie widzisz, mam niedoleczony żal. Dlatego, bo z mojej perspektywy wciąż mi się wydaje, że ona nie zacisnęła tych zębów, albo że nie zaciskała dość mocno. To kolejne moje idiotyczne, oparte na oczekiwaniach myślenie - przecież widziałem jej koszty i powinno być dla mnie dostatecznie logiczne, że gdyby była w stanie zaciskać zęby bardziej, zaciskałaby. To jest cholernie trudne dla drugiej strony, zrozumieć, że borderowi nie wystarczy wiedzieć to i owo, że border się nie uczy na błędach, nie korzysta z szans i tak dalej. Trudno się pogodzić z tym, że ktoś tak bardzo mądry regularnie bywa jednocześnie tak bardzo głupi. A jeszcze trudniej patrzeć na to wszystko w nieoceniających kategoriach. Trudno, ale da się.

                              Na przykład tak: wymagamy trwałej świadomości problemu od bordów, bo to jest warunek konieczny poprawy stanu zastanego. Równie dobrze, a w gruncie rzeczy znacznie lepiej wymagać od siebie akceptacji tego stanu zastanego, to z pewnością mniej krzywdząca dla obu stron ścieżka miłości. Albo MIŁOŚCI, czy też "miłości". Wszystkie rany z tej walki powstają zadane oczekiwaniami. Takimi - z obu stron - praktycznie nie do spełnienia. Przecież obiektywnie rzecz ujmując w/g jednej z tysięcy filozofii miałem takie samo prawo oczekiwać od mojej kochanej kobiety, żeby była inna i traktowała mnie/naszą miłość inaczej, jak ona miała prawo oczekiwać, żebym akceptował jej naturę.

                              "> Nie chcę defetyzmu i Waszych doświadczeń pt. "borderowi się nie uda, stawiam st
                              > ówę"."

                              Ja też nie chciałem defetyzmu i cudzych doświadczeń, bardzo długo się oburzałem i torpedowałem na wszystkich gruntach wpowiedzi w tonie tych, które teraz sam piszę. Nie chciałem tego wszystkiego tak bardzo, jak tylko można nie chcieć, ale kompletnie nic mi to niechcenie nie dało.

                              "> Nie kupiłam sobie bordera na przecenie i nie ja wybrałam.
                              > Ale ja w nim tkwię i próbuję zmienić układ, podporządkować (co tak ślicznie pot
                              > rafię!) go sobie."

                              I chwała Ci za to. Życzę Ci jak najlepiej, wiem, że robisz co się da. Widocznie nie jesteś z tych, którzy do końca żywota bezrefleksyjnie niszczą siebie i wszystko wokół usprawiedliwiając się w 100% swoimi ranami. A i tym drugim też życzę jak najlepiej, bo myślę, że oni też chcieliby umieć osiągnąć Twój poziom świadomości, ale zwyczajnie nie jest im dane.

                              Kto z borderów "robi wszystko", żeby się dostosować, a kto "nie robi nic"? I czy jak "robi wszystko", to w końcu coś z tego wyjdzie, czy będzie tylko robił zrywami całe życie, żeby co kwadrans stwierdzać, że "to nie dla niego" i zasypywać coś, co zaczynało przypominać fundamenty? Kto walczy o miłość we właściwy sposób, a kto nie walczy wcale? Kto się stara, a kto nie i jak te starania od nie-starań odróżnić nie wiedząc, czy to, co się dzieje to już brak starań, czy jeszcze fala emocji nie do opanowania? Codziennie zadawłem sobie te i różne inne ciekawe pytania, przez miesiące. Aż któregoś dnia zdałem sobie sprawę, że nie chcę przeżyć życia na zadawaniu sobie pytań bez odpowiedzi, że nie umiem pomagać i odciążać, nie umiem również zrezygnować ze swoich potrzeb, widocznie jestem za słaby.

                              Owszem, gdybym był inny "z domu" uniknąłbym tego i pewnie połowy innych pytań, albo i wszystkich pytań. A że nie jestem inny z domu i się z tym pogodziłem - włożyłem te wszystkie piękne pytania do jednego worka i zamiast zadałem sobie jedno pytanie: "jakie są zyski, jakie koszty, jakie szanse i jakie zagrożenia?". Bardzo szczerze sobie odpowiedziałem, zacisnąłem swoje zęby i płacząc wyrzuciłem worek.

                              Takie to wszystko niełatwe, że bardzo zazdroszczę temu, kto zajmie moje miejsce żeby zginiąć piekną śmiercią od tych pytań, ale jednocześnie skrajnie temu komuś współczuję.

                              Związek z bordem to nie tylko związek, to lajfstajl - kwestia podświadomego wyboru, który po jakimś czasie determinuje każdą płaszczyznę życia. Z miesiąca na miesiąc kompletnie zmienia spojrzenie i przewartościowuje wszystko. Żeby miał szanse na powodzenie trzeba siłacza, który będzie kompletnie odporny na wpływy. A siłacze nie mają pewnego specyficznego rodzaju wrażliwości, przez co nie wejdą w związek z bordem ani borda nie zafascynują.
                              To jest ten klasyczny, znany i opisany nie raz dylemat, na podstawie którego sieję defetyzmy.
                              • non-grata Re: oboje BPD 29.08.12, 10:27
                                spaprany,

                                "To kolejne moje idiotyczne, oparte na oczekiwaniach myślenie - przecież widziałem jej koszty i powinno być dla mnie dostatecznie logiczne, że gdyby była w stanie zaciskać zęby bardziej, zaciskałaby. To jest cholernie trudne dla drugiej strony, zrozumieć, że borderowi nie wystarczy wiedzieć to i owo, że border się nie uczy na błędach, nie korzysta z szans i tak dalej."

                                - najprawda i to jaka smutna...

                                Zgadza się, pewność dostateczna (notabene, jej zawsze brakuje) nawet, gdyby stanowiła stan permanentny wytarłaby się nieznośnie prędko..

                                Taa, zawsze to my spalamy się a "ty" - nie nie możesz więcej, "ty" nie chcesz!

                                "Związek z bordem to nie tylko związek, to lajfstajl (...)"

                                - ujęcie idealne...


                                Nudy, nudy, (bo) zgadzam się :)
                          • czita88 Re: oboje BPD 31.08.12, 09:17
                            spaprany napisał:

                            "Bardzo wiele osób o duszach emocjonalnych romantyków nie przyjmuje do wiadomości jednego:

                            to, że za kimś tęsknimy do krwi i umieramy bez tego kogoś wcale nie oznacza, że to jest TA WIELKA MIŁOŚĆ.

                            To oznacza tylko i wyłącznie tyle, że mamy dziurę po stanach, jakie ta osoba w nas wywoływała i od których się uzależniliśmy. Ten ktoś jest nam zwyczajnie bardzo (i patologicznie) potrzebny do obsługi naszego ego, to wszystko - w wielu przypadkach tak wygląda ta legendarna WIELKA MIŁOŚĆ."

                            i w innym wątku:

                            "Przecież dlaczego zaburzeni nie mogą wytrzymać samotności? Bo samotność obliguje do obsługi samego siebie, do odpowiedzialności za siebie i swoje potrzeby, do samostanowienia. To jest właśnie wolność - nie potrzebować do osiągnięcia spokoju, komfortu i poczucia bezpieczeństwa drugiej osoby. No i dopiero wtedy, kiedy jest się TUTAJ - można rozmawiać o zdrowej miłości, zdrowym związku i zdrowych oczekiwaniach."


                            Kurczę, dlaczego nie uczą takich "rzeczy" w szkole, nie mówią o tym w domu, w kościele, w tv, dlaczego czlowiek musi do tego dochodzić sam (lub w drodze długich poszukiwań), po latach bólu, po milionie popelnionych błędów, z poranionym sercem i paroma okaleczonymi na sumieniu ??? Wszędzie tylko ta wielka szalona miłość, która równa jest szczęściu, postrzegana jako cel życia (każdego). A miłość do siebie samego to coś niestosownego, niewłaściwego, marnowanie jej, bo należy kochać drugą osobę (a najlepiej całą ludzkość, słabych, schorowanych, dzieci, zwierzęta i Boga) i jej pomagać, o sobie myśląc jak najmniej. Wiadomo, że niemal nikt tak nie postępuje, nie żyje dla innych, ale często oczekuje, że to inni będą żyli dla niego. A każdy powinien żyć przede wszystkim dla siebie. Jak można zaczynać widzieć sens swojego życia dopiero w momencie odnalezienia osoby, z którą się to życie spędzi :( ? No to jest tragiczne.

                            Te dziury po stanach, jakie wywoływala pewna osoba/ osoby, to widzę dopiero od niedawna. Zapychałam je czym szło :(, uciekałam od tej pustki, od myśli i od uczuć (nie muszę dodawać że bezskutecznie, a raczej ze skutkiem pogrążania się). Nie chcialam być zależna od kogoś (choć byłam totalnie zależna, moje szczęście, samopoczucie, zachowanie, plany, wszystko...), od jednej osoby, wkurwiało mnie to i zalamywało (bo oczywiście nigdy nie było tak jak ja chciałam, przez co cierpiałam non stop), więc uciekałam od tego w przypadkowe chore relacje, szukalam innych punktów odniesienia. Ale one nie dawały mi tego samego, były zbyt proste, łatwe, oddane, przewidywalne, roszczeniowe itd.
                            Im subtelniej, delikatniej, ostrożniej i im bardziej okrężną drogą, ktoś okazywał mi swoje zainteresowanie, tym mocniej to na mnie działało, tym bardziej się przywiązywałam, bardziej cierpialam i mocniej tego potrzebowałam... Tym gorzej (beznadziejniej i bezwartościowiej) się czułam pomiędzy (poszczególnymi wyrazami tego zainteresowania) :(... Największe szczęście musiało się rodzić w największym bólu, musiałam umierać z tęsknoty i pragnienia, czekać dniami i nocami rwąc sobie włosy z głowy, żeby doznawać euforii gdy spadała z nieba kropla szczęścia... Miłość, troska, czas i oddanie, podane na tacy, były czymś z czego czerpałam wybrzydzając, przebierając, strojąc miny i robiąc to z łaski, tak naprawdę gardzilam tym. To nie dawało szczęścia, maskowało tylko odrobinę ból, wypelnialo pustkę, znieczulało, by potem irytować i rozczarowywać. Wolalam już, żeby to mną gardzono i pomiatano, niż żeby ktoś robił z siebie pajaca i uzależniał się ode mnie. Ktoś zakochany we mnie był postrzegany na równi z upośledzonym. Zwlaszcza po paru m-cach upokorzeń, ran, po tym jak zdradzałam i słownie pomiatałam. No sorry, ale kto zdrowy na umyśle godzi się na takie coś? Nawet dla seksu (tak sobie tłumaczyłam) ??

                            > Często to chodzi o zwykłą potrzebę odwracania uwagi od siebie i swoich deficytó
                            > w, co się pięknie dzieje podczas choro-intensywnej relacji. Często to, co jest
                            > tak cholernie potrzebne nie ma nic wspólnego z pięknem, to żadne tam dobro.

                            > Związki, w których lądują i tkwią zaburzeni to związki DWOJGA niesamodzielnych
                            > emocjonalnie osób, niezdolnych do samostanowienia, samookreślenia i emocjonalne
                            > j opieki nad sobą samym.

                            Niby człowiek jest zwierzęciem stadnym, potrzebuje miłości, wsparcia i uznania, ale często jest to równoznaczne z tym, że nie potrafi zwykle żyć sam ze sobą (w pojedynkę) i powstają te wszystkie patologie :/, uzależnianie się od innych i innych od siebie, chęć kontroli, władzy, poczucie niespelnienia i pustki, cały ten bajzel i piekło na ziemi. Człowiek ucieka od siebie. Ja uciekałam. A przecież nikt inny nie da mi szczęścia, nikt. Co najwyżej te chore stany, o których piszesz.
                            • dendran Re: oboje BPD 31.08.12, 12:13
                              przecież uczą np ...kochaj bliźniego jak siebie samego... tylko ci z popieprzonym startem w życie muszą dojść do tej prawdy naokoło, po męczarniach poszukiwań i nawet kiedy ją usłyszą od kogoś, a jeszcze nie są gotowi... po prostu nie słyszą...
                      • farciara29 Re: oboje BPD 01.09.12, 14:48
                        Witam.od czasu do czasu wchodzę na to forum,właśnie po to, żeby nie zapomnieć, że stworzyłam sobie relacje partnerskie z człowiekiem z osobowością niedojrzałą, i to co się dzieje w moim życiu to tylko i wyłącznie kwestia moich wyborów. Czytam wypowiedzi osób zaburzonych i teoretycznie lub nie, osób niezaburzonych i porównuje mój sposób patrzenia na ich partnerów podejście do otaczającego go świata...bardzo budujące jest to że istnieją tacy ludzie jak 3bsp, ponieważ już dawno nie czytałam wypowiedzi osoby tak trzezwo patrzącej na problemy osób zaburzonych jak i światopogląd osób wypowiadających się jako osoby niezaburzone. 3bsp fajnie że jesteś...ogromny szacun za Twoją wiedze nie tylko z zakresu psychaitrii.
      • dendran Re: oboje BPD 17.09.12, 15:51
        liże nowe rany, podczytując tu....
        dzięki za "paśniki", 'galarety" i "leguminy" - uśmiecham sie i uspokajam troche
        kazde nowe rany są głębsze, bardziej sszarpane niż poprzednie... eksperymentalne...
        bo poprzednie już znane wiec nie budza emocji...
        te nowe budza.. oo te budzą "do kości"!

        zaopatrzona w pozytywne przykłady od Was, ktoryc łaknęłam jak cukrzyk kropli soku... miałam okazję przeżyc ze dwie doby spokojnie... co nie znaczy szczęsliwie raczej pełna lęku , było dziwnie obojetnie,, nijako a więc też świadczyło o rychłym końcu zapewne...
        a później tornado zawładnęło światem...
        teraz siedze na zgliszczach, dziekuje wam ze przypominacie, że moze i na spalonym odrosnąć...
        znowu juz mi tak brak mojej połowy wichru... co zrobie jesli nie wróci.... wiem niby, odbuduje sie poskładam... a może nie? cała ta dojrałosć to fikcja...jednak nie wstane, nie mam juz siły..
    • dendran Re: oboje BPD 27.08.12, 12:31
      "...Wierzę też, że pewnego dnia stanę się wystarczająco dojrzała, by poznać kogoś wartościowego i zbudować fajny, ciepły związek pełen zaufania i partnerstwa..."

      .....a ja myślę, że to moze być pułapka, może nam życia nie starczyć, a piekny, dojrzały, pełen zaufania związek po 70tce... nagle też może nie spełnic wszystkich-jakiś oczekiwań...

      A może po prostu pogodźmy sie z tym jacy, kim jesteśmy... swiadomość, że obraz ojca ukształtował wzorzec wybieranych partnerów jest obecna w moim życiu od ponad 20tu lat... I cóż to zmieniło, wiem że jest nieprawidłowy... (absolut wszak jest i tak nieosiągalny...) co z tego? Pociąga mnie tylko taki mężczyzna i choc pewnych potrzeb nie zaspokaja, zaspokaja te inne... nieprawidłowe..ale obecne we mnie, stanowiące mnie.. determinujące - niby uświadomione a i tak silne... W moich marzeniach dziewczęcych to nie rycerz wyśniony ratował mnie z wieży, to ja "ratowałam" rycerza. Tylko wtedy czuje, że żyje kiedy mam szanse "podnosić" mojego wyśnionego rycerza.

      są niedosyty, mozna wyrzucić związek do kosza, tak jak te nowoczesne sprzęty tandetne... ale ja jestem z tych co lubią posiedzieć i poświęcić czas i energie żeby swój "garnek polepić" ... nie jęcze dlaczego on taki jest? nie zauważyłam wprawdzie pełnej palety odrazu ale zgrubsza widziałam że to mój "ulubiony model" - nie jęcze że On taki jest.... brakuje mi w sumie tylko wiecej autorefleksji z tej drugiej strony... niech sobie bedzie trudno tylko żeby było widać, że obie strony staraja, daja z siebie maksimum....

      Moge wyskoczyć, może relacja zresztą wypluje mnie - róznie bywa... ale jeśli zdecyduje się na kolejną to chociazbym miała wokól piekny wianek idealnych mężczyzn, wybiorę tego specjalnego, tego najtrudniejszego, najbardziej pokreconego, z tym najbardziej skrzywdzonym dzieciakiem w środku.... tylko on będzie mnie pociągał, do szaleństwa... tak że wyrzuce świat do kosza i pobiegne w ogień za nim... Tylko jak porządnie buja czuje że żyje.... ;)


      ....no dobra, to niestety niekonsekwentne, skoro tak swiadomie bierzesz sobie Piotrusia Pana nie mozesz później oczekiwać, że bedzie sie starał analizować,walczyć i naprawiać związek, spełniac potrzeby partnerki... BO TEGO WŁASNIE TA NIEDOJRZAŁA EMOCJONALNIE OSOBA NIE POTRAFI... ale czy naprawde o cel zrealizowany chodzi? ważniejsza często ta ciekawa droga
      • grupakobieca Re: oboje BPD 27.08.12, 13:06
        Są pokręceni i pokręceni.
        Ja z wiekiem wybierałam coraz gorzej, po ostatnim już totalnie fatalnym- powiedziałam dość.
        I nie mówię tutaj o awanturach, czy codziennych nieporozumieniach.
        Mówię o tym, że ktoś jest kompletnie nieodpowiedzialny, że nigdy nie możesz liczyć na tą osobę, że cię okłamuje ciągle itd.(i parę innych niefajnych rzeczy)
        Może Ty masz więcej siły, ochoty, inne priorytety?
        Ja już nie mam ochoty, to jest kompletna strata czasu, bo związek z tymi, którzy mnie kręcą to jest fikcja, nie ma żadnego związku, po początkowym tak zwanym zakochaniu, przychodzi stalowy świt i zgniła prawda: o dwóch zrozpaczonych dzieciach we mgle.
        Tak więc rozwijam relacje przyjacielskie,
        a tutaj..
        cóż w moim przypadku wolę być już ZAWSZE sama (i liczę się z tym, choć wciąż mam nadzieję), niż się wplątać w takie gówno.
        Weź pod uwagę, że mam dziecko i też z tego powodu nie mogę go narażać na kolejną utratę ważnej osoby, bo Mamusia chciała se polatać na zakochaniowo-endorfinowym rauszu z jakimś palantem.
        Ale jak mówię, to są moje doświadczenia i ja akurat mam takie wnioski.
    • brz_a_sk Re: oboje BPD 28.08.12, 01:17
      jeśli ktoś ma wątpliwości to dodam - o bólu jest ten wątek i ranach
      jak ich sobie nie zadawać, jak ich partnerowi nie zadawać
      jak znieść to wszystko

      kiedy nikt nikogo nie chce ranić a wychodzi masakra

      jak żyć



    • brz_a_sk Re: oboje BPD 28.08.12, 18:58
      wypiąć z siebie borda

      jakże to łączy
      • dendran Re: oboje BPD 29.08.12, 09:49
        pragne jakiegoś pozytywnego przykładu!!! nikomu sie nie udało?
        przecież nawet tu na forum jest tyle tak wartościowych (mimo tej nieciekawej diagnozy), pieknych wewnętrznie - genialnie samoświadomych osób, które mogłyby zbudować relacje szczęsliwe....
        a może ci co funkcjonują w związkach, zajęci relacją nie zaglądaja na fora - bo nie ma takiej potrzeby po prostu...? nauczyli sie siebie nawzajem i to pozwala im wytrwać...
        Może chcemy zbyt wiele od życia, od partnera, czyż nie jest tak że dopiero poznając uczucie braku szczęścia wiemy jak to sie czuje kiedy jest sie szczęśliwym? Czy są relacje gdzie oboje są permanentnie szczęśliwi? przeciez zawsze jest sinusoida.... pewnie bez wahnięć tak potężnych jak u osób tych pokiereszowanych z bagażem.... linia prosta pojawia sie tylko po śmierci....
        • non-grata Re: oboje BPD 29.08.12, 10:20
          dendran,

          trzymaj się opcji, iż bezproblemowi, tudzież problemowi niedostatecznie omijają takowe fora :)

          Chcesz przykładu?
          Nie mój autopsyjny, ale koleżanka - border tworzy śliczny związek.
          Oboje zaciskają szczęki, starają się, starają się, starają się i - w ogólnym rozrachunku - plusują. Nie jest najłatwiej, ale - ponoć warto, a gdy warto... - dopowiedz sobie.
          • the-crawl Re: oboje BPD 29.08.12, 15:10
            mogę to napisać z pełną odpowiedzialnością jestem w szczęśliwym związku- ja osobowość bpd on też ma to i owo w bagażu jesteśmy razem od 5 lat mamy 2 letniego synka. kilka lat temu było delikatnie mówiąc źle ciągłe awantury, przemoc psychiczna i fizyczna, ciągłe próby rozstań wzajemne pretensje i oskarżenia ból lęk łzy i w rzeczywistości totalna samotność, poraniliśmy się okropnie, sama nie wiem kto ucierpiał bardziej, w każdym razie ja nadal pamiętam , a z drugiej strony buduję świadomą relację dzień po dniu chwilami nie dowierzając, że udało nam się to wszystko poskładać w całkiem przyzwoitą całość. są dni kiedy stabilizacja i rutyna mnie zabijają, kiedy zaciskam zęby bo czuję jak bardzo zalewa mnie fala nienawiści jak usilnie jakaś część mnie stara się Go zdewaluować. jeżeli mój mąż jest wówczas w domu po prostu mocno się do niego przytulam i czuję wówczas już po chwili taki spokój i odprężenie, że wszystko inne przestaje mieć znaczenie, jeżeli jestem z synem to wpadam w wir zabawy i czasem myślę sobie, że zaspokajam to swoje wewnętrzne dziecko. mnie wcześniej zabijał lęk przed odrzuceniem kontrolowałam i manipulowałam, teraz nie jest już taki silny oddałam Mężowi przestrzeń życiową wolność, to było dla mnie najtrudniejsze , wcześniej gdybym mogła pewnie oddychałabym za Niego. nie myślę już o tym co robi, czy jest tam gdzie miał być to jego sprawa jesteśmy dorośli i poniesiemy konsekwencje własnych działań, nic na siłę. kocham i wiem widzę i czuję, że jestem kochana. jest pięknie-bywa różnie, namiętnie, zwyczajnie, nudno i ciekawie. bywają trudne chwile ale ta nasza czasem nieporadna miłość zaufanie i szczerość póki co pozwalają nam pokonywać to co złe i cieszyć się, że jesteśmy rodziną. aha i co dla mnie było również wyzwaniem zaczęłam przyznawać się do błędów, przepraszać i brać na siebie co moje. a forum czytam regularnie , sporadycznie włączam się do dyskusji...chyba lenistwo i zmęczenie wychodzi mi bokiem;)
            • brz_a_sk Re: oboje BPD 29.08.12, 19:46
              starannie
            • dendran Re: oboje BPD 31.08.12, 12:19
              a co zainspirowało, skatalizowało zmiany? co pozwoliło pójść trudniejszą nieznaną drogą niż nadal tkwić w znanej koleinie - schemacie?
              • the-crawl Re: oboje BPD 01.09.12, 08:49
                przede wszystkim czynnikiem zapalnym była ciąża potem depresja poporodowa. nie jestem w stanie opisać tego co się ze mną działo dokładnie w skrócie zdecydowanie był to najtrudniejszy dla mnie emocjonalnie okres w życiu pełen bolesnych retrospekcji, bólu, samotności, ataków paniki, lęku. zamknęłam się w sobie, wszystko pchałam do środka płakałam i starałam się pierwszy raz w życiu naprawdę pozwolić sobie to przeżyć. dało mi to perspektywę pozwoliło dojrzeć i z małej zagubionej dziewczynki zacząć zmieniać się w dojrzałą i odpowiedzialną kobietę. w rezultacie po raz pierwszy na chłodno już zaczęłam zastanawiać się bardzo poważnie nad rozwodem ( już jako mama) problemem było to że nie potrafiłam wybaczyć sobie i swojemu mężowi tych wszystkich ciosów jakie sobie wymierzyliśmy, uznałam że zawsze będzie to już stało pomiędzy nami, bo On poszedł do przodu zostawił to za sobą ja nie potrafiłam przez to zaczęłam mieć niemal pewność, że nie tylko juz Go nie kocham ale nawet nigdy tej miłości we mnie nie było a jedynie zachłanność i potrzeba bycia z kimś, były chwile nie stałość. kiedy miałam już powiedzieć mu o swojej decyzji, wywołanej także silnym deprecjonowaniem Jego osoby zaczęliśmy rozmawiać, przegadaliśmy niemal całą noc pierwszy raz bez awantur, wzajemnych oskarżeń mówiliśmy o tym co my czujemy, czuliśmy, pierwszy raz szczerze padło "przepraszam" , płakałam ja, płakał On. nie tylko oczyściło to nasz związek, ale uwolniło uczucia, spojrzenie na mojego Męża, które przesłaniały mi moje zaburzenia. kluczowe jest to, że oboje bardzo chcieliśmy się zmieniać, Synek sprawił, że mieliśmy czas na ocenę tego co już było wyciągnięcie wniosków i odkrycie miłości w zupełnie innym wymiarze, miłości bezwarunkowej. uważam, ze wspólne trudne doświadczenia mogą być bardzo silnym budulcem dla związku jest tylko jedno ale obie strony muszą podjąć tą decyzję oddzielnie, decyzję o wspólnym życiu na nowo i ponieść za nią pełną odpowiedzialność. odpowiedzialność ta dla mnie to codzienna praca nad sobą a nie słomiany zapał jaki miewam w innych aspektach życia, zmienianie znanych schematów, uczenie się nowych rozwiązań, panowanie nad impulsami, słowami, złością, to nie tylko branie ale i dawanie z siebie, to nawet ta poranna kawa, którą pijemy codziennie rano wspólnie, to przestrzeń dla każdego z osobna i świadomość, że za błędy będę musiała zapłacił słono, bo karencja już dawno upłynęła.
    • brz_a_sk Re: oboje BPD 01.09.12, 10:49
      i kto ma łatwiej w życiu ten co tak uporządkowany emocjonalnie, że nic mu powieki nie zaburzy, nic z raz obranej drogi autorozkwitu nie porwie czy ten co jak słonecznik ryj do zakochania nadstawia na zatracenie czasem?

      a ja tam siebie lubię - kiedy spokój to cichutko mi dusza śpiewa i swoje wiem z uśmiechem pogodnym - nie pożera mnie osobność; a kiedy pozwalam sobie z kimś w słońce spojrzeć to właśnie tak do cna, starannie, na złe i dobre; czas pozwolił mi pojąć, że mogę wybierać i nie muszę się bać; spalone nawet odrodzi się jeśli potrafi siebie docenić - najważniejsze żyć naprawdę;

      nie pamiętam gdzieś była propozycja pisania o dobrych uczuciach - to chyba na ten temat się odzywam :-)
    • dendran Re: oboje BPD 17.09.12, 16:04
      czy mozna zerknąć osiemsetny raz na telefon na przestrzeni kilku godzin... wiadomo, mozna! na telefon z zablokowanymi połączeniami... oczekując że posłuzy sie nowym numerem, by i ten zablokować i czekać na kolejny? mozna! kiedyś chyba Kronik pytała "to ludzie tak robią blokują maila a potem oczekują odpowiedzi? O tak! niekiedy im bardziej blokuja tym bardziej czekają by gdzieś ponad blokadą otrzymać okruch uczucia... odzrucą go ale będą sie nim sycić...

      w sumie to nawet ciekawe..te wszystkie zaburzenia.... gdyby tylko nie dotyczyły nas i tak parszywie nie bolały
      • brz_a_sk Re: oboje BPD 17.09.12, 20:21
        pewnie, że bordy i niebordy mają ekstremalnie - jasne
        ale zakochani zupełnie 'normalni' jeśli zdarzy im się skucha tak samo świrują - od idealizowania po totalną degrengoladę - a czasem i zwariuje normals od tego

        na kochanie nie ma mocnych i chyba to akurat dobrze :-)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka