klemens_uljanow
11.12.05, 23:08
Zwierzam się wam z mojego problemu z niejakim sceptycyzmem. Biorąc pod uwagę
ogólnodostępność tego forum i ogromną liczbę wiadomości regularnie tu
nadsyłanych, mam poważne wątpliwości, czy znajdzie się choć jedna osoba,
która będzie czuła się na siłach zaradzić moim dolegliwościom. Wierzę, że
wśród tylu tysięcy ludzi, piszących na forum, uchowała się jedna "perełka".
Mimo wszystko z wyprzedzeniem dziękuję wszystkim za odpowiedź, mniej lub
bardziej mądrą.
Mój problem jest dość swoisty. Otóż z każdym dniem wydaje mi się, że coraz
mniej przypominam człowieka, a w coraz większym stopniu upodabniam się do
czegoś/kogoś, kto wprawdzie posiada wszelkie atrybuty istoty ludzkiej, lecz
jednak nią nie jest. Aby łatwiej było wam zrozumieć stan, w którym się
obecnie znajduję, posłużę się dość obrazową analogią. Mianowicie czuję się
tak, jakbym był pozbawiony duszy, tej esencji człowieczeństwa, która według
wielu religii odróżnia nas od zwierząt [stworzeń o niższym stopniu rozwoju
systemu nerwowego].
Kiedy mówię, piję, jem, załatwiam swoje potrzeby fizjologiczne, czytam -
ciągle przychodzi mi na myśl natrętna i wdyawałoby się calkowicie absurdalna
myśl, że to co robię jest zbyt materialne, zbyt rzeczywiste i właśnie ten
ciężar realizmu przygniata mnie z tysiąckrotną mocą.
Przez dłuższy czas żyłem wyłącznie w świecie idei. Bardzo dużo czytałem,
zdarzały się dni, że nie odchodziłem od komputera, tudzież książki, nie
zauważając, że wokół mnie każego dnia rozgrywa się teatrzyk dnia powszedniego
z moją rodziną w roli głównej. Z czasem zerwałem niemal wszystkie więzy ze
światem zewnętrznym, świadomie i celowo zrezygnowałem z wielu znajomości, bo
po prostu zaczęła męczyć mnie rozmowa z ludźmi, ich obecność, ich słowa...
Odludek karmiący się ideami - idealny kandydat na świra, powiecie... Tak
chyba właśnie się stało. Zwariowałem, choć jak na razie z powodzeniem
funkcjonuję w społeczeństwie. Z ludźmi utrzymuję wyłącznie takie interakcje,
które są niezbędne z punktu widzenia konieczności zaspokojenia potrzeb
materialnych. Oznacza to, że wciąż odzywam się do swojego szefa :) Wszelkie
inne związki napełniają mnie odrazą.
I choć cierpię zarówno fizycznie, jak i psychicznie [człowiek nie
jest "stworzony" do życia w samotności], to jednak wciąż gnębi mnie myśl, że
zmiana trybu życia byłaby największą, najbardziej sromotną klęską, jaka
kiedykolwiek mnie dotknęła.
Popadłem w autodestrukcję, a ucieczka z błędnego koła samozniszczenia
doprowadziłaby mnie do jeszcze szybszej anihililacji.
Tylko proszę, bez porad typu : "zgłoś się do specjalisty", albo "poznaj
kogoś".