m_mm
16.12.05, 19:41
nie wiem co sie dzieje...czasem. kiedy robi coś sam,beze mnie trafia mnie
taka ściekłość nieopanowana furia...w złosci potrafię biec 15 minut,zeby
tylko powiedziec mu ze jest taki iśmaki..potrafię zrobić durną awanturę o
nic...i gdy ochłonę, juz po wszystkim uświadamiam sobie,ze to co robię jest
chore..ze tak nie wolno,ze krzywdzę tym jego i mnie......ze.......zachowuje
sie jak nienormalna......i zdjae sobie sprawe jaki to ma wpływ na nas i ze to
dłupie...po ..........ale w trakcie nie moge się pochamowac...wystarczyz,e on
wyjdzie i powie,ze będzie o 15 a o 15 dzwoni,ze jednak będzie o 16 i mnie juz
choroba łapie...nie zawsze.nie wiem czemu....wiemz,e nic "złego " nie
zrobi..ze jest dobry, kochający i rozsądny.........nie potrafię wyjaśnić tego
mojego zachowania...jakiegoś chwiowego zaślepienia..czym?? dlaczego??? po
co?? to prowadzi tylko do złego.dzisiaj włąsnie zrobiął mcoś
takeigo.nieuzasadnionego....nie wime dlaczego,nie miałąm
powodu.....powiedizałze,m nie chce na to patrzeć,ze koniec.......jest nam
dobrze,jest zabawnie,jest miło, jest kochanie...jest .......czasem tylko
gubie gdzieś głowe...trace poołączenie z mózgiem...nie wiem dlaczego...nie
chcę być taką osobą,chce nad tym panowąc.dzisiaj powiedziałam ostatni
raz...nie moge go tak krzywdzić, nie moge siebie tak krzywdzić...potrafie
budowac coś i w chwile zburzyć.......nie wiem dlaczego,nie znam
wytłumaczenia......mozę wy coś wiecie......czyto po prostu marna chęć
zwrócenia na siebie uwagi...czy to choroba jakaś mozę........czy powinnam
porozmawiac o tym z kimś.........nie chce...... takimi chwilami niszcze
wszystko dookoła....niszcze siebie.......