czarna_mucha
07.07.06, 08:27
to byla milosc od pierwszego wejrzenia.
galaktyczna, zmieniajaca zycie w sekunde.
nie wiedzialam jak zylam zanim Go poznalam.
po prostu wpadlam po uszy jak tysiace kobiet przede mna i po mnie.
On- zapracowany biznesmen, przystojny, meski, prawy.
nie mial wad. byl moim powietrzem, kokaina, wszystkim dla mnie byl.
byly kolacje, sniadania, wspolne wyjazdy, kapiele w jacuzzi, byly tez plany
na zycie.
powazne zamiary mial.
kochalismy sie i ufalismy sobie nawzajem.
cieszyl sie mna jak dziecko, podrzucal do gory, kochal szczerze.
zylam w bajce.
nagle przestal dzwonic i odbierac moje telefony.
wiem, ze jest sam, bo widze jak wieczory spedza na grach w necie.
lepiej bym sie czula, gdyby mnie uderzyl, niz tak zniknal bez slowa.
chyba stracilam instynkt samozachowawczy, bo nic, ale to nic nie wskazywalao,
ze cos jest nie tak miedzy nami.
chyba slabo znalam swoj ideal, bo jeszcze teraz nie wierze, ze mogl sie tak
zachowac.
gdyby powiedzial- odpier... sie- jakos bym to zrozumiala i przezyla.
a tak, efekt jest taki, ze mam regularna depresja, normalnie boje sie, ze
zwariuje.
wychudlam, nie moge jesc ani spac.
musze sie napic, zeby jakos przekimac kilka godzin.
z apetycznej, pelnej zycia, slicznej kobiety zrobil sie smetny wior.
lzy po prostu kapia mi z oczu.
leze i czasem nawet nie mam sily wziac do reki pilota.
nie zyje.
najgorsze w tym wszystkim jest to, ze sama siebie obwiniam.
ze On odszedl, bo zobaczyl, ze jestem troche niedojrzala emocjonalnie (bo
jestem- wychowana bez ojca), ze wolal pocierpiec, niz meczyc sie z popaprana
istota.
bylam normalna, moze nieco niekonwencjonalna- ale On to lubil.
teraz mysle, ze to wszystko moja wina, niestety tez mojej rodziny, ze
wychowala potworka. oskarzam matke, ze nie pokazala mi jak zyc.
ze nie bylo w domu mezczyzny i nie mam skad wiedziec jak ulozyc zycie z
mezczyzna.
boje sie, ze kazdy facet ucieknie jak mnie pozna (zakladajac, ze w ogole
chcialabym jakiegis faceta oprocz Niego).
dlaczego On nie powiedzial mi- to i to staraj sie zmienic w sobie.
normalnie mam nieraz ochote kleczec przed nim i blagac o litosc.
mam nadzieje, ze tego nie zrobie, bo to jak sie zachowal wskazuje, ze nie
jest wart ani jednej mojej lzy( malgoska:), ale to widze tylko w przeblyskach
swadomosci, bo rozsypalam sie na tysiace kawalkow.
w tej chwili dostalam smsa od niego.
wlasnie teraz jak do Was pisze.
kocham Cie, mam klopoty- napisal.
wczoraj napisalam mu, zeby ostatecznie wyjasnil mi sytuacje, bo bardzo
cierpie.
wcale nie jest mi lepiej.
nic z tego nie rozumiem.
zauwazylam, ze posiwialam.
autentycznie.
chyba kocham za bardzo.