ma_gala
15.07.07, 21:27
Sytuacja wygląda tak: dwaj kumple, jeden - żonaty od 10 lat (ma lat 33),
trzylenie dziecko, drugi po rozwodzie, 7-letnie dziecko. Znają się i
prywatnie i służbowo, wiedzą o sobie wszystko, taka typowa męska przyjaźń.
Z tym drugim - pomiędzy nim a mną coś zaiskrzyło. Więc jego kolega - jako
dobry przyjaciel - wyciągał mnie w biurze na "rozmowy o życiu", zwierzenia,
które przekazywał szczegółowo tamtemu (!), aby ułatwić mu podryw.
Oczywiscie - poderwał mnie, romans kwitł, a ja nieświadoma niczego kto tą
znajomością sterował, byłam szczęśliwa! Zwierzałam się, opowiadałam o swoich
wątpliwościach a propos tej znajomosci - nie dość, ze czułam się rozumiana
przez biurowego "przyjaciela" to przede wszyskim przez mojego "adoratora"!
Jak to zykle przy takich znajomościach przychodzi moment żeby określić się,
zobaczyć "gdzie zmierzamy". Przez kilka miesięcy byłam
umiejętnie "podbierana" opowieściami i jego i kolegi jak to on nie jest
gotowy na nowy poważny związek, że ma pracę w rozjazdach (dwa miasta),
dziecko, które wymaga szczególnego
zainteresowania. Wszystko znosiłam, pomagałam, wysłuchiwałam, radziłam,
oprócz tego mieliśmy bajeczny seks! - jednym słowem - angażowałam się!
W końcu - przez zupełny przypadek usłyszałam w biurze rozmowę telefoniczną
tych dwóch kumpli. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, ze facet, z
którym się spotykam jest... żonaty! Mieli dwuletni kryzys w małżeństwie i
właśnie wrócili do siebie!! Ponieważ "mój adorator" sam twierdził, ze ciężko
mu się zawsze było dogadać z żoną, przyjaciel służy jako "tłumacz"!! (tak jak
pomiędzy mną a nim). Oczywiscie wszystkie rozmowy - porady dla tej żony
odbywają się w biurze (open space), takze chcąc nie chcąc wszyscy wszystko
słyszą!
Gadają ze soba na gadu-gadu, po czym kumpel tłumaczy tamtemu czego żona
oczekuje!! potraficie sobie coś takiego wyobrazić??
oczywiscie ja w całej tej historii kompletnie się nie liczę. Przyjaciel nie
powiadomił mnie, że mam do czynienia żonatym facetem i jeszcze bezczelnie
przez kilka miesięcy wystawiał mnie innemu! Od tamtego usłyszałam standardowy
tekst, ze niczego mi nie obiecywał (no i kj z nim!), od przyjaciela w pracy
słyszę głupie komentarze a propos mnie, sugerujace, ze to moja wina, że ta
znajomość się rozpadła, no bo przecież "on się tak starał żeby mi pomóc".
Chore układy??
Włażenie z buciorami w czyjś życie z powodu wszechogarniającej nudy we
własnym stadle?? Paranoja?? Czy tylko mnie się tak wydaje????