kkumpelaa
30.06.08, 09:21
Historia. Ja i on.Mamy po 26 lat.
Mieszkamy od siebie 50 km, poznaliśmy się miesiąc temu przez neta bo
obydwoje zapisaliśmy się na wyjazd fotograficzny, na tym wyjeździe
widzieliśmy się tydzień temu...Kontakt stały (sms, gg)i zaprosił
mnie na 2 dniowy wypad do wspólnego fotografowania przyrody.
Wybraliśmy zadupie, spanie w namiocie.
Mówił, że mnie uwielbia.komplementował dużo: jestem wyjątkowa,żebym
czuła się wyjątkowo bo ten week mógł spędzić na 1000 innych
sposóbów, z 10 innymi pasjonatami forografii,jestem niezastąpiona,
rezygnuje z imienin ojca i spędza weekend ze mną, że jestem
najlepszym kompanem, że rewelacyjnie gotuję ...że mało zna osób w
których towarzystwie czuje się tak rewelacyjnie, że jestem
atrakcyjna...jakie wino lubię bo jedzie do Hiszpanii i przywiezie, i
wypijemy razem...chce iść ze mną na wesele mojej koleżanki mimo, iż
za weselami nie przepada i jak to argumentował"chcę pójść ze względu
na sympatię twojej osoby", wieczorem, gdy jest romantycznie, gdy
migoczą gwiazdy na niebie pytam się czy nasz wyjazd jest czysto
koleżeński, odpowiada,że TAK, że nie da się pewnych rzeczy
przeskoczyć...Składa życzenia, daje mały prezencik. Mówi, że może
kiedys do mnie przyjechać i zrobić dobrą potrawę...
Wieczorem otwieramy się na siebie, mówimy o trudnych rzeczach z
przeszłości,w namiocie gadamy też do póżna, nie dochodzi nawet do
smyrnięcia dłoni.Podkresla, że bardzo chciałby miec kogoś,że nie
obchodzą go przelotne znajomości, jest sam od 1,5 roku.
Widząc małe dzieci przy knajpie pyta, czy widzę siebie jako matkę,
czy chciałabym mieć dzieci...
W drodze powrotnej zaprasza mnie na lody. W międzyczasie teksty"jak
ci powiem,że jadę na week forografować przyrodę, to nie myśl,że masz
pakować aparat i jechać ze mną..." Albo "jak zrobisz wreszcie dla
mnie sernik to przyjadę niezobowiązująco?"
Pożegnaliśmy się krótko przez podanie ręki i "miło było"
Obydwoje przyznaliśmy na koniec, że takie wypady są katalizatorem
zżycia się z drugim człowiekiem i że nie wiemy kiedy nasze drogi
zejdą się ponownie, bo i ja i on prowadzimy intensywną pasję
realizując ją w weekendy. I on i ja mamy zajęte 3 najbliższe
weekendy.Jak rozstawaliśmy się czułam smutek, jakby to było nasze
ostatnie spotkanie,jakby dziś leciał na drugi koniec świata.
Jakiś czas temu podobna sytuacja z innym facetem. który po grupowym
wyjeździe fotograficznym zaprasza mnie do siebie do domu(ale nie
poszłam), po 3 tygodniach odwiedza mnie spontanicznie ...z butelką
wina. Jest miło, podkresla, że jestem super, że za 2 tygodnie
koniecznie muszę pojechać z nim w Tatry na sesję fotograficzną...
i tyle.
Zaczynam mieć doła, bo oni widzą we mnie super kumpelę,
towarzyszkę,a ja chciałabym czegoś więcej.Obydwoje bardzo mi się
spodobali i nie przez te komplementy. Ale przypadli mi wizualnie do
gustu, nasze pasje, ich rozsądne podejście do życia...Od roku żaden
facet mi się tak nie podobał jak oni.
Komplementują jak żaden z moich dotychczasowych dobrych kolegów,nikt
nigdy poza moimi facetami nie chwalił tak mocno mojego
towarzystwa...Przestaję czuć się kobietą, myślę sobie, że nie
pociągam ich nic a nic i dlatego tak dzieje się. Miałam 4 chłopaków,
podobałam się im, byłam dla nich kobietą...
a dziś? Czuję się jak facet=dobry kumpel. Masakra.
Jak mam podchodzić do tych znajomości?nie radzę sobie emocjonalnie.
Wczoraj płakałam po tym weekendzie,że nie mogę go mieć, że znowu
jestem super kompanem do zdjęć.
Cholera. Ja już tak nie chcę i nie mogę.