0dzwoneczek0
17.08.08, 05:03
Cześć!
Jestem studentką, właśnie rozpoczynam drugi rok na psychologii społecznej. Mam
pewien problem, który z jednej strony traktuje jako interesującą praktykę, a z
drugiej chcę histerycznie rozwiązać. Dlatego byłabym wdzięczna gdyby udzielono
mi konstruktywnych porad zarówno jako studentce psychologii jak i kobiecie.
Mam 20 lat, mój mężczyzna (a raczej chłopiec)-29. Mieszkamy razem od roku.
Pomimo młodego wieku jestem bardzo stateczną osobą, cenię sobie stabilizację i
poczucie bezpieczeństwa i przekładam to ponad wszelkiego rodzaju potrzeby
poczucia wolności i wyzwolenia.
Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż mój mężczyzna jest doskonały, jedyny i
niepowtarzalny... Z jednym małym wyjątkiem... Bez najmniejszej wątpliwości
mogę stwierdzić, że cierpi On na Kompleks Piotrusia Pana. Jest wręcz jego
książkowym przykładem. Na początku pocieszałam się myślą, że przecież
zamieszkał ze mną a to już jest swojego rodzaju zaangażowanie i zobowiązanie,
dopóki nie dotarło do mnie, że to budzi jedynie inny syndrom tego kompleksu-
oczekuje ode mnie postawy matkującej. Co prawda fakt, że do dzisiaj nie wie, w
której szufladzie są jego skarpetki, jest dość typowy dla mężczyzn. Ale to, że
nie jest w stanie sam wyprasować koszuli bo od zawsze robiły to za niego inne
kobiety, bez względu na to, czy były to przelotne znajomości, czy stałe
związki (a kiedy przez krótki okres mieszkał z kolegą to robił to za Niego
właśnie ów kolega) dało mi trochę do myślenia... I nie chodzi tutaj o jakieś
umiejętności manualne tylko jego nastawienie, że zawsze będzie obok niego
ktoś, kto się nim zaopiekuje, upierze, uprasuje, posprząta, pod warunkiem, że
nie będzie w zamian oczekiwał od Niego długoterminowych zobowiązań.
Ponadto, ponad wszystko ceni sobie nieograniczoną wolność, nie można go w
żaden sposób ograniczyć a najmniejsza próba kończy się dramatem. Nawet jeżeli
tak naprawdę nie jest to moje celowe zachowanie a tylko jego wewnętrzne
uczucie "powinienem tak zrobić" to odbiera to jako ograniczenie bo gdyby był
sam to "nic bym nie powinien".
To pare z wielu przykładów, w każdym razie co do diagnozy nie mam
najmniejszych wątpliwości. Boję się, że angażuję się w związek bez przyszłości
i spełni się straszna przepowiednia mamy "wpędzi Cię w lata a potem zostawi"
(a przecież mamy tak często mają racje). Bo przecież związek ewoluuje, z
czasem przeskakuje na "wyższy" poziom i ja chciałabym kiedyś zobaczyć z jego
strony chociaż chęć podjęcia jakiś zobowiązań i deklaracji... Żeby dopuszczał
do siebie myśl, że np. kiedyś się pobierzemy i jego perspektywa naszej
wspólnej przyszłości obejmowała okres dłuższy niż 24h;)
Dlatego zwracam się o pomoc do Was:
Czy tego rodzaju kompleks jest "uleczalny"? Czy następuje w życiu etap , w
którym budzimy się nabieramy chęci do zbudowania trwałych więzi?
Czy związek z takim mężczyzną działa tylko wtedy, gdy kobieta podchodzi do
życia podobnie i nie oczekuje zaangażowania z jego strony?
Czy może tego nie da się zmienić? I nawet jeżeli mężczyzna decyduje się na
założenie rodziny to do końca życia cierpi bo nie potrafi czerpać z tego
radości i brakuje mu jego wolności?
I czy ja mogę coś zrobić, żeby pokazać mu, że bycie z kimś i zaangażowanie to
nie tylko szereg wad, zamykanie w złotej klatce i ograniczanie ale też
szczęście, wsparcie i entuzjazm?