ml130676
26.08.08, 18:58
Wątek chyba już tu poruszany. Szczerze mówiąc, pierwszy raz "błądzę"
w tych klimatach. Otóż...mam rodzinę - męża, dzieci, psa, kota, ale
czuję tak straszliwy "ból" samotności, że jest to coraz bardziej nie
do zniesienia. Często mam takie wrażenie, że jestem, jak to dziecko
z reklamy społecznej akceptacji ludzi z autyzmem, jestem sobie za
taką szybką, próbuję innym coś powiedzieć, a oni mnie ignorują, a
może jeszcze lepiej porównując - jestem, jak w człowiek w śpiączce,
oni myślą, że ja nic nie robię, nie odczuwam, nie mam do
powiedzenia, a ja wręcz wykrzykuję z siebie całe wyrazy, a otoczenie
nie daje odzewu. Nie uważam się za osobę szczególnie wrażliwą,
cierpię tylko od dziecka na brak zainteresowania ze strony rodziny,
na smutny los jedynaka, odtrącenie ze strony rozwiedzionych
rodziców, odmienność ze względu na "nietuzinkowość" w zachowaniach,
poczuciu humoru, poglądach. Choć innym nie szkodzę, zdaję się nie
mieć "problemu ze sobą", bo takowe posiadają przecież ludzie w
nałogach, depresji, zbyt cisi lub nadmiernie pobudliwi, ja jestem
takim łebkiem od szpilki, mam wrażenie przezroczystości swojej
osoby, nie jestem widoczna dla otoczenia, ale jednocześnie nie szara
masa. To wszystko sprawia, że czuję się strasznie, smutek towarzyszy
mi w codziennym życiu, a lekceważenie ze strony otoczenia boli.
Jestem taką osobą nie braną na poważnie w codziennym życiu, ale
jednocześnie wiele się ode mnie wymaga i każe zbyt mocno za rzeczy
drobne, które innym uchodzą na sucho, boleśnie rozliczana
za "mikrobłędy", pomijana w pochwałach i nagrodach, chce mi się wyć!
Nie ma w moim życiu bliskości, wysłuchania ze strony najbliższych,
muszę liczyć tylko na siebie, a problemy są wyłącznie moje, zbyt
błahe dla innych. Nie mam z kim porozmawiać nawet na przyziemne
tematy, mąż jest obcy, dzieci zbyt małe, żeby zrozumieć zawiłości
psychiki i życia ludzkiego, znajomi interesowni i nastawieni
wyłącznie na rozliczenia typu "mieć", a nie "być". Czuję się w tym
wszystkim jak osoba, która w stanie śmierci klinicznej obserwuje
siebie i otoczenie z pewnej wysokości czekając tylko, aż nadejdzie
kres cierpień.