adg-ak
28.01.09, 13:26
proszę o obiektywną ocenę, bo uczucia padły mi na mózg i za nic
biedny nie może się przebić...
ostrzegam wprowadzenie bedzie długie:) ale wierzę że tylko tutaj sa
osoby zdolne przez to przebrnąć, doradzić, ewentualnie otworzyć mi
oczy lub dać nadzieję (matkę...)...
jestem prawdopodobnie na rozstaju dróg z moim M. byliśmy ze sobą nie
za długo, nie za krótko... w każdym razie czas na poznawanie się i
docieranie był wystarczający. wiedziałam że jest inny od moich
poprzednich co sprawiało że był tym bardziej interesujacy.
niestety tak juz mam ze albo sie zakochuje od pierwszego wrazenia
albo wcale... więc jak na niego spojrzałam to od razu wiedziałam ze
to jest TO. poznalismy sie na konferencji przez wspolnego znajomego
i tak naprawde od nastepnego dnia byliśmy ze sobą. odbierałam go
jako dojrzałego, otwartego człowieka z poczuciem humoru.
wyjechaliśmy na wakacje i było cudownie... jednym słowem nie
tracilismy czasu na randki i zastanawianie sie co i jak- od razu
weszlismy w ten "głębszy" wymiar bawienia sie w dom.
oczywiscie to co powyzej napisałam jest moim odbiorem wtedy tamtej
sytuacji. potem każdy wrócił do siebie ale trwalismy w tym naszym
zwiazku. a teraz co sedna sprawy...
poznawaliśmy sie na bieżąco,ja jego rodziców, on moich. było dużo
wspólnych wyjazdów, troche nieporozumien, trochę problemów, mnostwo
swietnych wspolnych chwil. i tak sobie trwalismy w tym
naszym "zwiazku"... ja jestem kobieta która jak cos nie gra mówi o
tym otwarcie zeby nie było niedomówien, on jest zamkniety w sobie,
dusi problemy, ale nie pokazuje ze cos nie gra...przez co nie
wiadomo ze powinno sie jakos zareagowac. bywały sytuacje kiedy
dowiadywalam sie po miesiacu ze cos go zabolało w moim zachowaniu a
ja robiłam wielkie oczy. czasem strzelał klasycznego focha i nie
odzywał sie i nie wiadomo było co jest grane...A ja oczywiscie
umierałam wtedy z rozpaczy, o co chodzi... starałam sie wyjasniac,
tłumaczyc. teraz jak tak sobie mysle to zastanawiam sie czy on mna
nie manipulował, jestem taką klasyczna kobieta której bardziej
zalezy, bardziej kocha... zawsze kiedy on chciał byłam, zawsze
potrafilam byc na jego zawołanie, on na moje juz trudniej... bywały
momenty ze czułam sie jak zebraczka błagajaca o to zeby przyjechał,
potrzymał za reke, czy poszedł do łózka... /jak to pisze to nie wiem
czy smiac sie czy płakać, obiecuję ze postaram sie jak najszybciej
skonczyc/. kiedys powiedzial, ze wszyscy naginali sie do niego on do
nikogo nigdy...przeczytałam jedna wypowiedz z wątku mary-
beth "rozstanie" i tak ktos napisał ,ze nie reagowanie na problemy,
na rozmowę, nie odzywanie się i milczenie jest bierną agresją... i
chyba ten ktoś ma słuszna rację. słuchał co mówiłam, nigdy nie
reagował, czasem zmieniał swoje zachowanie, czasem nie... Ale
pozwalał mi sie łudzic ze mu zalezy przytulając, nazywac
pieszczotliwie, trzymac za reke i inne czułosci(Jezu, alem głupia...
chyba stałam u Boga w kolejce po urodę...). czasami mówił ze nie
chce mu sie zyc ale zawsze w formie zartu i nie reagowałam na to, ot
głupie gadanie... mieszka z mamusią w wielkim domu i mamusia sie
cieszy ze nie musi mieszkac sama ze synek jest przy niej. M jest
zamożnym człowiekiem, mimo młodego wieku (30) mógłby kupic sobie 3
inne domy ale po co, przeciez ma obiad podłozony pod nos, czyste
skarpetki i porzadek... na pytanie czemu sie nie wyprowadził
powiedzial ze nie ma takiej potrzeby. o dziwo w przeciwienstwie do
mamusi z "na wspolnej" jego mnie lubi i cieszy sie ze jestem z jej
synkiem... (czy ktos dotrwał do tego momentu?). on jest z nia silnie
zwiazany, bardziej niz z ojcem. uwielbia gry komputerowe, potrafi
grac do 3 w nocy, a potem nie ma siły do mnie przyjechac bo
musi "odespac". no normalnie mały niedojrzały emocjonalnie
chłopak... ja oczywiscie to wszystko widzialam/widze ale jakos
udawałam sama przed soba ze mi to nie przeszkadza. no i
ostatnio /powoli dochodze do konca/ zadałam mu pytanie o nas i zonk,
koleś po prostu zbaraniał, zamknał sie w sobie i zmienił temat. no
to ja sobie mysle, ze pieknie wystraszyłam go, ale ze go kocham to
poczekam (standard), tylko sie tu okazuje ze on sobie zaczal tez
myslec i wymyslił ze on nie widzi sensu zycia, jest niewierzacy wiec
nie czeka na raj, jego zycie nie ma głebszego wymiaru, chce sobie
dozyc do konca swoich dni, nie chce zakładac rodziny, pogodził sie z
mysla ze bedzie sam (to mi mowil na poczatku, ze podjal decyzje
nigdy z nikim sie nie wiazac, a tu ja sie pojawiłam...- no ale po co
było załapac aluzje?? no po co....)wiec my tez nie mamy sensu, bo
nic mi nie moze zaoferowac... czyli koniec sobie pomyslicie, ale
nie... bo wspomniał ze on to ma depresje chyba, nie ma celu, nic nie
ma sensu, wiec matka teresa pospieszyła z pomocą ze go z tego
wyciagnie... i przez kilka dni byłam wyjeta z zyciorysu...bo
uzmysłowilam sobie ze przez tyle czas byłam okłamywana, oddalam
serce komus komu na mnie nie zalezy i mnie nie kocha
najprawdopodobniej... ze sie wystraszyl ze zaczne mowic o bialej
sukience i go dreczyc... a ja nie mialam takiego zamiaru, chcialam
zeby było dobrze tu i teraz. i wszystko co mam to on, bo wszystko
robilismy razem... ze jak ja bede robila zakupy w sklepie w ktorym
robilismy je razem, ze jak bede jezdzila ta sama trasa i myslala ile
razy jezdzilismy nia razem, takie typowe uzaleznienie od niego. i
wiecie... normalnie powinnam po takiej gadce odwrocic sie na piecie
i sobie pojsc a ja głupia sie łudze ze jak ma depresje to mu minie,
ze to kryzys... zamiast walnac głowa w mur i sie otrzezwic...
moze wy mnie walniecie... ale to tak boli ta mysl, ze juz nigdy, ze
musze sie nauczyc zyc bez niego... tak licze na jakis cud, ze spac
po nocach nie mogę...
no i co? macie jakies pigułki zapomnienia?