black_cash
29.04.09, 21:24
Witam.
Sama nie wiem, dlaczego tu piszę, całkiem przypadkiem trafiłam na to
forum. Przede wszystkim potrzebuję trzeźwego spojrzenia na sprawę -
wiem, że nie ma cud-metody na rozwiązanie wszystkich problemów.
A mianowice - jak zwykle, chodzi o miłość. Równocześnie spełnioną i
nie. Od razu zaznaczę, że mam dopiero (aż? :) ) 18 lat, więc pewnie
według wiekszości z Was prawdziwego uczucia nie znam.
Poznałam Go jeszcze w gimnazjum, poniekąd przed internet, poniekąd
przez szkołę, do której razem chodziliśmy. To była spokojna
znajomość, przez rok rozwijała się głównie internetowo, bo On
poszedł do Liceum, a ja byłam w ostatniej klasie gimnazjum.
Specjalnie wybrałam to samo LO, co On - chcieliśmy wreszcie być
razem, co wcześniej uniemożliwiały nam różne szkoły, różne miejsca
zamieszkania, brak czasu...
Przyszły wakacje. Słuch po Nim zaginął. Wyjechał na Mazury i odciął
się od świata, ode mnie również. Nie mogłam mieć wielkich pretensji,
bo o żadnych zobowiązaniach nie było jeszcze mowy, ale mimo to nie
mogłam się z tym uporać, pierwsze dni w nowej szkole były
niesamowicie stresujące - wszystko nowe, a na dodatek ON - jak się
wobec Niego zachowywać? Nie wytrzymałam, uczucie było silniejsze,
zrobiłam pierwszy krok. Były przeprosiny, obietnice, z mojej strony
niepewność, lecz w końcu schowałam dumę w kąt i dałam się ponieść
temu, co naprawdę czułam. Opłaciło się. Spędziliśmy naprawdę świetne
9 miesięcy razem i choć wiem, że nigdy nie byłam najbardziej
satysfakcjonującą dziewczyną, to On nigdy nie narzekał. Byłam pewna,
że z Jego strony to “po prostu” miłość. Bo z mojej była.. Pod koniec
roku szkolnego nasz związek trochę się rozluźnił, ale nic nie
wskazywało na to, że powtórzy się historia sprzed roku. Wyjechał i
przestał się odzywać, ZUPEŁNIE.
Tym razem uniosłam się dumą, we wrześniu pomyślałam "o nie, nie tym
razem- tym razem On sam musi pokazać, czy Mu zależy i wykonać
pierwszy krok". Niestety, nigdy go nie było.
Mija już powoli rok. Rok pełen pojedyczych znaków i sygnałów, lecz
bez konkretnych kroków. A ja? Myślałam, aj, po miesiącu, max dwóch,
mi przejdzie. Nic z tego. Każdego dnia widzę Go i marzę, by znów
znaleźć się w Jego ramionach. Próbowałam róznych
metod “zapomnienia”, ale z nikim nie czuję tego, co z Nim. Rozsiadł
się w moim sercu i rozpycha go na wszystkie strony. A ja nie jestem
w stanie nic na to poradzić.
Nie jestem zdesperowana, w końcu po roku człowiek może się do
WSZYSTKIEGO przyzwyczaić, nawet do nieustającej tęsknoty. Mam
przyjaciół, z którymi mogę porozmawiać, na to również nie narzekam.
Chciałam jednak napisać tu, by zobaczyć, co Wy doradzicie, patrząc
na to świeżym okiem, bez emocji.
Sama sobie się dziwię, ale kilka dni temu postanowiłam, że dłużej
tak nie wytrzymam - muszę z Nim porozmawiać. Nie wiem, dlaczego tak
długo czekałam, chyba wciąż łudziłam się, że to jednak On wyciągnie
rękę. Jak myślicie, dobrze robię...? Czy zostawić to tak, jak jest,
niech będzie sobie On, otoczony wianuszkiem oddanych znajomych,
włócząc się z imprezy na imprezę i ja, robiąca to samo...? Czy
jednak zrobić to, zdobyć się na tą być może bardzo nieprzyjemną
rozmowę i albo raz na zawsze pozbyć się złudzeń, albo zostać
najszcześliwszą dziewczyną...?
Aż zabawnie jest, jak się czyta to tak wszystko opisane “w pigułce”.
Być może wydaje się to błahe i wręcz śmieszne – wcale nie
zdziwiłabym się, gdybyście tak pomyśleli... :) Ciężko jest tak po
prostu pisać o odczuciach...
Mam nadzieję, że wśród wszystkich odpowiedzi znajdzie się chociaż
jeden post, który doda mi otuchy, cokolwiek w nim będzie.
Pozdrawiam :) M.