mcphisto
01.09.07, 14:14
trafiłem niedawno na artykuł, który bardzo mnie zaciekawił
autorka stawia w nim diagnozę polskich problemów społeczno -
politycznych, których mamy wątpliwą przyjemność teraz doświadczać
Sarmatyzm i postkolonializm.
O naturze polskich resentymentów.
W literaturze polskiego renesansu i baroku można usłyszeć ton,
który znikł z polskiego piśmiennictwa w wieku XVIII i dotychczas do
niego nie powrócił. To ton normalności, ton pozbawiony poczucia
krzywdy i świadomości przegranej. W tej literaturze bohaterowie i
narratorzy mogą, a niekiedy muszą być raczej zwycięzcami niż
męczennikami. Ich smutek różni się od niemocy i goryczy późniejszych
polskich bohaterów literackich. W piśmiennictwie tej epoki Polacy
nie odróżniają się zbytnio od innych chrześcijan - bo horyzontem
polskiej literatury renesansowej jest europejskie chrześcijaństwo.
To, co odczuwają, problemy, które próbują wyartykułować, podobne są
do problemów innych europejskich społeczeństw. Pisarze polskiego
renesansu nie są zarażeni resentymentem.
Przypomnijmy: uczucie resentymentu jest - jak pisze Nietzsche w "Z
genealogii moralności" - cechą ludzi słabych i niepewnych własnego
miejsca na ziemi. Resentyment to zgoda na cierpiętnictwo, poczucie,
że jest się poniżonym przez los i ludzi, to chroniczne litowanie się
nad sobą, przyjęcie postawy ofiary. Przekonanie, że jest się
niesprawiedliwie pokrzywdzonym, towarzyszy mu na zasadzie naczyń
połączonych. Tak jak Dostojewskiego "człowiek z podziemia", który
latami rozpamiętywał prztyczki otrzymane od krewnych i znajomych,
człowiek resentymentu nie znosi otaczającego go środowiska,
wyobrażając sobie jednocześnie, że istnieją społeczeństwa i
środowiska bardziej atrakcyjne, gdzie ludzie są bardziej
cywilizowani, uczciwsi, sprawiedliwsi, itd. "Z genealogii
moralności" to książka wyrafinowanie antychrześcijańska, która
zawiera jednak ziarno prawdy o ludziach chronicznie rozgoryczonych,
niezdolnych, by przejść do porządku dziennego nad wielkimi i małymi
niedoskonałościami tego świata.
Literatura przedrozbiorowa nie była wielka ani godna moralnego
podziwu, była jednak literaturą zdrową. Głęboka przepaść oddziela
normalność Paska od neuroz Mickiewicza, spokój Kochanowskiego od
goryczy Wyspiańskiego. Nawet jeśli przyznamy, że bogactwo polskiej
literatury dwóch ostatnich stuleci znacznie przewyższa osiągnięcia
literackie okresu przedrozbiorowego, trudno zaprzeczyć, że istnieje
między nimi fundamentalna różnica psychologiczna.
Nabycie przez polską literaturę cech dyskursu narodów
skolonizowanych (bo to kolonizacja właśnie jest często źródłem
resentymentu) nie oznacza, że pisarze porozbiorowi są "źli" lub
słabi. Oznacza jednak chorobę literatury, w tym sensie, ze straciła
ona zdolność do smakowania sukcesu i generowania radości z
osiągniętych celów. Europa Zachodnia, jak również USA i Rosja
wytworzyły literaturę, w której klęska produkuje pozytywne
osiągnięcia i gdzie regularnie zakosztować można satysfakcji z
wygranej raczej niż monotonnego smaku przegranej. Dlatego kult
bohatera-ofiary, który jest wpisany w polską literaturę ostatnich
paru stuleci, jak również kult bohatera-nieudacznika, bohatera
niedojrzałego, w którym tak rozsmakowują się polscy pisarze
współcześni, nie da się wpisać w kanon rozpoznawalnych postaw
obecnych w literaturze wspomnianych krajów. Społeczeństwa zachodnie
przeszły bowiem szkołę sukcesu i nawet w tragediach nauczyły się
szukać samopotwierdzenia. W "Obcego" Alberta Camusa nie jest wpisana
pogarda dla Francuzów, w przeciwieństwie do niektórych przynajmniej
powieści Stasiuka czy Kuczoka, gdzie brak szacunku dla samego siebie
jest uderzający. W literatury zachodnie, jak również w literaturę
rosyjską wpisany jest kult człowieka wygrywającego, a nie
przegrywającego.
M oja teza jest następująca: porozbiorowi pisarze polscy włączyli do
swego repertuaru wzorzec resentymentu, który tak przejmująco
naszkicował Nietzsche w "Z genealogii moralności". Resentyment stał
się częścią polskiej literatury i postaw społecznych jako jeden ze
skutków skolonizowania Polski. Literatura "sarmacka" (tak umownie
nazwę literaturę przedrozbiorową) była od niego wolna. Pozbycie się
tego resentymentalnego bagażu wymaga zrozumienia procesów
kolonizacyjnych w Europie Środkowej i Wschodniej.
Używam tu przymiotnika "sarmacki" i jego pochodnych, mimo że cały
legion polskich intelektualistów od dawna już poucza osoby
interesujące się polską historią, że słowa te zostały
zdyskredytowane. Używam go, ponieważ "sarmatyzm" najtrafniej określa
splot struktur i postaw cechujący przedrozbiorową polską literaturę.
Ten splot struktur i postaw jest zbliżony do wyartykułowanego trzy
stulecia później dystrybutywizmu G.K. Chestertona oraz
amerykańskiego agraryzmu z lat 20. i 30. XX wieku (Allen Tate, J.C.
Ransom). Wszystkie te trzy modele społeczne cenią nieagresywne życie
w środowisku, do którego człowiek należy z racji urodzenia, cenią
życie rodzinne oraz drobną własność prywatną ("szlachcic na
zagrodzie równy wojewodzie" - myśl, która jest również kamieniem
węgielnym dystrybutywizmu). Sarmata, jak wiadomo, nie jest ciekaw
tego, jak żyją inni, i jego intelektualne horyzonty są raczej
wąskie.
Pozwala on jednak żyć innym tak, jak tego chcą, zakładając, że tego
rodzaju tolerancja będzie odwzajemniona. Sarmatyzm nie jest
zorientowany ani na podboje, ani na podporządkowanie się cesarzowi,
zamiast tego ceni republikanizm. Podłożem tego rodzaju postaw jest
akceptacja rzeczywistości ze wszystkimi jej niedostatkami oraz
założenie, że w ramach tej rzeczywistości pewne rzeczy są normalne i
możliwe, a inne nienormalne i niemożliwe (brzydkim wyjątkiem jest tu
megalomańska mitologia źródeł sarmatyzmu). Sarmatyzm opiera się na
swoistej "zasadzie pomocniczości": ludzie na górze nie powinni
zajmować się załatwianiem problemów, które mogą z powodzeniem
załatwić ludzie na dole. Te wszystkie cechy występują też w
brytyjskim dystrybutywizmie i amerykańskim agraryzmie. Odróżniają
one kulturę sarmacką od kultury resentymentu późniejszych stuleci i
zbliżają ją do podobnych trendów w kulturze anglosaskiej.
Warto do tej przedrozbiorowej literatury wracać, aby usłyszeć "głos
polski" pozbawiony wspólnego mianownika żółci i rozgoryczenia wobec
Innych lub odwrotnie - pogardy dla samego siebie wyrażającej się w
poczuciu, że "polskie społeczeństwo jest ksenofobiczne i prymitywne,
polskie rodziny zaś patologiczne, w przeciwieństwie do kulturalnych
i cywilizowanych społeczeństw i rodzin Zachodu". Te dwa bieguny
resentymentu są wszechobecne w dyskursie polskim dzisiaj, zarówno w
literaturze, jak i w mediach. Powielają je zarówno "oświeceni"
intelektualiści, jak i "ciemnogród". Polskich pisarzy renesansowych
nikt nie skrzywdził, i obcy jest im bezsilny gniew człowieka
pozbawionego podmiotowości politycznej czy społecznej. Obca im jest
również pogarda dla własnego społeczeństwa charakterystyczna dla
postkolonialnej formy resentymentu.
Tym, którzy wątpią, że kolonizacja rzeczywiście miała miejsce w
Polsce, proponuję przechadzkę po Alejach Ujazdowskich w Warszawie i
obejrzenie wielohektarowego gospodarstwa rolnego, które utrzymuje
tam była potęga kolonialna i które różni się porażająco od
sąsiadujących z nim ambasad innych krajów. W czerwcu 2006 roku
podczas takiej przechadzki zauważyłam, że owo gospodarstwo
rolne "wypina się" jak gdyby na ludność kraju, którego jest gościem,
i na sąsiadujące z nim ambasady, ustawiając swoje pojemniki na
śmieci wzdłuż parkanu Alei Ujazdowskich. Można oczywiście przymykać
oczy i udawać, że się tego nie zauważa, ale czy to ma sens? Lepiej
spojrzeć prawdzie w oczy i zaakceptować fakt, że było się
kolonizowanym, ze wszystkimi tego procesu skutkami. Dopiero wtedy
można zabierać się do naprawiania Trzeciej Rzeczypospolitej czy
budowania Czwartej. P