adamszukapracy
19.10.14, 18:22
Nie wysyłam CV, przestałem chodzić po firmach, itp.
Mam już 47 lat, co oznacza, że dla potencjalnych pracodawców od dawna jestem "przezroczysty", tj. parias z kasty "invisble people". W Polsce rynek pracy etatowej zamyka się na cezurze circa 35 lat (choć niektórzy mówią, że to nieprawda, ale tak jest). Pokolenie "Z" (Z jak Zombie) - za młody do trumny, a (w opinii "pracodawców") rzekomo za stary do pracy. Że niby pokolenie sierot po socjalizmie, że już zużyty i lada moment pewnie kopyrtnie i to niedajboże na stanowisku pracy a pracodawcy nie stać na wieniec ;)
Co zostaje? Emigracja? Na pewno, choć ja sam z przyczyn osobistych na razie nie mogę. Własna działalność? To też jest jakaś opcja, "przerabiałem" ją więc coś-niecoś wiem jak to wygląda w praktyce. Jedno pewne: na jakiekolwiek "programy aktywizacji zawodowej" nie ma co liczyć... choć ja osobiście chętnie zdobyłbym jakiś nowy zawód, ale niestety nikt dziś nie daje takich szans, bo i po co, skoro jest multum ludzi gotowych pracować lub "pracować" za jakieś mityczne już "czypińdziesiont" za godzinę.
Reasumując, w pewnym sensie "poszedłem w żyto", choć nie przekreślam jeszcze definitywnie opcji powrotu. Jednak nie spodziewam się, że w tym wcieleniu otrzymam jeszcze jakąś zaskakującą propozycję. Na razie jak do tej pory to zaczepiają mnie jedynie nachalni telemarketerzy, próbując mi coś sprzedać. Najbardziej śmieszy mnie, gdy próbują wciskać mi jakieś "produkty ubezpieczeniowe" - uwielbiam tę konsternację po drugiej stronie telefonu, gdy rozmówca dowiaduje się, że jestem bezrobotnym i NIE MAM pieniędzy na ewentualne składki... choć to nie jest wcale śmieszne, to jednak jest taki mały element żartobliwy.
Doradcy zawodowi? mój Boże... ilu ich było, i w zasadzie wszyscy - jak jakieś obłąkane roboty - klepią te same szmoncesy, zupełnie jakby swoją wiedzę czerpali dokładnie z tych samych książek z gatunku "job-fiction". Już nawet nie pytam ich o radę, bo szkoda mi czasu na słuchanie tych bredni.
"Kapitał relacyjny"? No niestety nie istnieje, rozpadł się w proch i pył dosłownie kilka lat po tym, jak straciłem stałą pracę. Taki lajf, nieprawdaż? Jak to się mawia za granicą - "Nobody wants to be friend of a loser".
Jeśli ktoś z Krakowa tu jest, to możemy pójść na piwo ;) albo coś razem wymyślić...