rainer_calmund
06.04.05, 11:32
Komisja Europejska zawiesiła na kołku liberalizację unijnego rynku usług, ale
rynek sam sobie z tym poradzi.
JAROSŁAW OLECHOWSKI, MAREK RABIJ, DOMINIK WIERUSZWALKNOWSKI
1 centrum Brukseli dawno nie było tak hałaśliwie jak przed dwoma tygodniam i,
w trakcie manifestacji przeciw liberalizacji europejskiego rynku usług .
Wściekli uczestnicy wymachiwali płonącymi flagami i bębniąc w b laszane
beczki, zagrzewali eurodeputowanych do obrony miejsc pracy przed fa lą
emigrantów z nowych państw Unii. Po czym... część z nich obsiadła stoliki w
popularnej restauracji St. Michel, należącej do Polak a, zatrudniającej
polskich kucharzy i kelnerów oraz serwującej tradycyjne polskie dania.
Trudno o lepszą ilustrację problemu, jakim n a zachodzie Europy stał się
swobodny w całej Unii dostęp do sektora usług. Z jednej strony obawy przed
konkurencją taniej siły roboczej z nowych krajów członkowskich. Z drugiej
równie powszechne zadowolenie z poziomu i cen usług oferowanych przez
tamtejszych wykonawców.
Wagę problemu widać w statystycznych danych: sektor usługowy przynosi ok. 70
procent dochodów Unii. Ostrzejsza konkurencja dałaby dodatko we korzyści:
wyższą jakość, niższe ceny oraz co najmniej 600 ty s. nowych miejsc pracy
szacują autorzy raportu Copenhagen Economics, przygotowanego na zlecenie
Komisji Europejskiej.
Mimo to projekt dyrektywy komisarza Fritsa Bolkensteina, znoszącej
administracyjne bariery w do stępie do unijnego rynku usług, trafił pod
koniec marca po spotkaniu przywódców państw UE do kosza.
Za zmianą prawa lobbowali now i członkowie UE, chcący dać swoim obywatelom
szansę na zdobycie now ych miejsc pracy, ale również Wielka Brytania i
Hiszpania. Przeważył jednak pogląd chcemy takiej reformy, która nie będzie
nas nic kosztować.
Koszty mogą być rzeczywiście spore. W opinii ekonomistów wolna konkurencja w
najbardziej przyszłościowym sektorze europejskiej gospodarki może stać się
gwoździem do trumny popularnej na za chodzie Europy koncepcji państwa
opiekuńczego. W przeciwieństwie do przemysłu czy gospodarki opartej na
wiedzy, gdzie barierą dostępu do rynku są miliony euro inwestycji, w usługach
liczą się przede wszystkim pomysłowość i jakość oferty uważa prof. Kazimierz
Kłosi ński z Instytutu Rynku Wewnętrznego i Konsumpcji. Dzięki temu firmy
zagraniczne mogą szybko rozwinąć skrzydła i stać się groźnym rywalem. Widać
to już na przykładzie Polaków, którzy z powodzenie m świadczą usługi w UE.
Niezależnie bowiem od obaw Niemcy czy Franc uzi zatrudniają tanich, polskich
opiekunów dla starszych ludzi, a Belgowie sprzątaczki.
W Unii obowiązuje bowiem zasada swobodnego prze pływu kapitału, ludzi i firm.
Polski nauczyciel śpiewu, opiekunka do dzieci czy architekt mogą legalnie
pracować w każdym z krajów UE, o ile zarejestrują tam działalność gospodarczą
i będą płacić podatki oraz świadczenia społecznoemerytalne. O popyt nie muszą
się martwić. Niemcy wręcz zapraszają np. naszych konserwatorów zabytków i
speców od informatyki. Anglikom brakuje lekarzy czy hydraulików, a w
Hiszpanii każdy spec od strzyżenia owiec jest dziś na wagę złota.
Gdy jednak Polak zechce tam świadczyć usługi jako podmiot zarejestrowany nad
Wisłą, zderzy się z rozbudowanymi do absu rdu przepisami. Konieczność
przeniesienia księgowości, obowiązek utrzymywania rezydenta czy informowania
biura pracy o każdym wyjeździe pracowników do klienta to tylko część metod,
jakimi wiele krajów Europy Zachodniej próbuje ukręcić łeb wolnej konkurencji
w usługach. Cała ta biurokracja służy jedynie temu, by stępić atrakcyjność
naszej oferty uważa Konrad Olchanowski, właściciel białostockiej firmy
MaxBud, od pięciu lat świadczącej w Belgii usługi budowlane.
Polscy usługodawcy mają już w Brukseli ugruntowaną opinię tanich i uczciwych
fachowców. O ich belgijskich kolegach mówi się, że przychodzą do pracy na
ósmą, o dziewiątej piją kawę, o dwunastej jedzą obiad, a trzy godziny później
czyszczą narzędzi a, by zdążyć do domu. Polacy z MaxBudu pracują, póki nie
skończą roboty. Wyremontowali już domy m.in. w Brukseli, Antwerpii i
Turnhout . Olchanowski chwali belgijskich kontrahentów, bo nie oszczędzają na
każdym kroku, tak jak klienci w kraju.
Gdyby nie przepisy, byłby to raj zapewnia.
MaxBud zarejestrowany jest w Białymstoku, podatki płaci w Polsce, ale jego
głównym rynkiem jest Belgia. Realizacją zleceń zajmuje się polski personel,
któremu Konrad Olchanowski mu si załatwiać pozwolenie na pracę i
ubezpieczenie za każdym razem, g dy zdobędzie kontakt. Może to trwać nawet
trzy miesiące. Dodatkowo autentyczność polskich certyfikatów, dyplomów i
świadectw kwalifi kacji musi potwierdzić ambasada Belgii w Warszawie i
polskie MSZ.
Gdyby dyrektywa w kształcie zaproponowanym przez Bolkensteina weszła w życie,
MaxBud mógłby ściągać z Polski dowolną liczbę pracow ników. Na razie ma
alternatywę walczyć z wiatrakami biurokracji lub zatrudniać
I Belgów za minimum 900 euro miesięcznie plus pła tne co kwartał świadczenia
społecznoemerytalne, wyższe od polskich o 150 euro.
Pracownicy z Polski zadowalają się 2,5 tys. zł mi esięcznie plus dzienną
dietą w wysokości kilkudziesięciu euro wyjaśnia biznesmen.
Warto jednak się pomęczyć. W ostatnich dw óch dekadach udział firm usługowych
w belgijskim PKB wzrósł z 64, 9 do ponad 67 proc. Belgowie, tak jak większość
europejskich nacji, żyją coraz szybciej i coraz więcej aspektów ' życia codz
iennego powierzają różnym usługodawcom. W firmach usługowych pracuje 73 proc.
Belgów w wieku produkcyjnym, dlatego rząd stara się chronić rynek przed
zagraniczną konkurencją. Wielu moich rodaków boi się, że niekontrolowany
napływ tanich pracowników i firm z nowych pa ństw członkowskich pozbawi ich
gwarancji socjalnych i zwiększy bezrobocie, utrzymujące się na poziomie 8
proc. mówi Nicolas Neve, attache handlowy regionu Brukseli przy ambasadzie
Belgii w Warszawie.
Identyczne niepokoje wstrząsają Niemcami, gdzie bezrobocie oscyluje wokó ł 12
proc.
Gospodarka przeżywa trudności wywołane wyniszcza jącą polityką państwa
opiekuńczego i próbą reanimacji wschodn ich landów
uważa Julian Korman, prezydent Stowarzyszenia Polski ch Przedsiębiorstw
Usługowych w Niemczech. Nie ma przyzwolenia na gł ębokie reformy, wiec część
winy politycy zrzucają na zagraniczną konkurencję.
W roli chłopca do bicia występują tu limity zatrudnienia Polaków w usługach,
wynegocjowane przez nasz rząd. W ub iegłym tygodniu niemiecka stacja RTL i
tygodnik "Spiegel" przyg otowały materiał o wymownym tytule "Nowoczesne
niewolnictwo". Temat polskie firmy usługowe drenujące federalny budżet
poprzez zat rudnianie swoich pracowników wbrew prawu. Na skutek działalności
tylk o pomorskiego DzierzBudu niemiecki fiskus miał stracić ok. 2,4 min euro
podatków i opłat socjalnych. W skali kraju straty mogą iść w mil iardy euro.
Zabrakło natomiast informacji, że zainteresowanie po lskich firm usługowych
Niemcami maleje. W roku 1992 działało ich tam ok. 1,5 tys., a ich obroty
przekraczały 2,6 mld marek.
W pierwszyc h dziewięciu miesiącach roku ubiegłego liczba polskich usługodawc
ów spadła do 550, przychody skurczyły się do 670 min euro (ok. 1,3 mld
marek). Przyczyna niskie limity zatrudnienia. Dziś w niemieckim sekt orze
usług pracuje ok. 1315 tysięcy Polaków. Takie są uzgodnienia z Berlinem.
Wejście w życie dyrektywy Bolkensteina bez poprawek zniosł oby ograniczenia.
Gospodarka mogłaby wchłonąć 60 tys. Polaków świadczących usługi, głównie te,
którymi Niemcy nie chcą si ę parać szacuje Korman. Przy 17,5 min
zatrudnionych w tym sektorze to i tak niewiele. Sektor usługowy to obecnie
ok. 68 proc. niemieckiej gosp odarki, niemal tyle samo, co we Francji (70
proc). Wysoki poziom życia w obu krajach sprawia, że nie brakuje tam chętnych
na największe ekstra wagancje. Liczył na to Andrzej Lejczak, właściciel
zakopiańskie