ravi10
30.03.06, 09:29
Wiekszosc Polakow w Polsce narzeka na swoich pracodawcow. Moze dla
porownania, a moze dla pokrzepienia Rodakow w kraju, opisze swoje
ostatnie "przezycie" z australijskim Bossem.
Pracuje w firmie, w ktorej jakiekolwiek wydatki na modernizacje biura nie
wchodza w rachube (pomimo, iz firma generuje nawet niezle obroty). Meble
sciagniete najprawdopodobniej ze sklepu second-hand. Sprzet komputerowy
stanowi wspanialy przyklad prototypu )))
Niestety dwa tygodnie temu stracilismy polaczenie internetowe. Jest dla mnie
niezwykle wazne, gdyz internet stanowi jedno z podstawowych narzedzi w mojej
pracy. Oczywiscie nikt z australijczykow nie poczuwa sie i nie ma zamiaru
kontaktowac sie z firma prowadzaca usluge internetowa. Nikt nie ma zamiaru
zaangazowac sie w cokolwiek. Boss arogancko stwierdza, ze to nie jego sprawa.
Nastepuje typowa przepychanka. Po trzech dniach (ja) zalamuje sie i podejmuje
sie prowadzenia rozmow telefonicznych oraz biore rowniez pod uwage
sciagniecie fachowcow do biura. Nie bede sie rozwodzic nad poziomem tych
negocjacji. Powiem jednak, ze w ciagu 2 tygodni wykonalam 27 telefonow do
providera oraz zmusialam owych fachowcow do sprawdzenia wszystkich polaczen
kablowych (w tym czasie nie bylam w stanie wykonywac swoich obowiazkow -
szarpanina z fachowcami pochlaniala moj 8-godzinny dzien pracy). Wykonujac
tych 27 polaczen telefonicznych, za kazdym razem dowiadywalam sie, ze
pierwsze slysza o jakimkolwiek zgloszeniu awarii/uszkodzenia przez nasza
firme. Tak wiec, sprawa zaczynala sie od poczatku. Dodatkowym utrudnieniem
byl fakt, ze uszkodzenie mogla zglaszac tylko osoba upowazniona, czyli sam
boss. Boss oczywiscie sprawe olewal obrzucajac mnie nie nadajacymi sie do
powtorzenia nazwami.
Jakimz cudownym dla mnie dniem okazal sie ten, w ktorym wlasnymi
spostrzezeniami dotarlam wreszcoe do zrodla owego nieszczescia, a okazal sie
nim poprostu modem.
Natychmiast podzielilam sie ta wspaniala informacjia z moim przelozonym.
Ucieszyl sie,a jakze, jednak cala dalsza organizacja spadla oczywiscie dalej
na mnie. W dyrdy wiec pobieglam do sklepu zakupic owe urzadzenie, kupujac je
za wlasne pieniadze, gdyz Boss nie ma cash-u , a ja firmowa karta kredytowa
placic nie moge. Ale to nic, pocieszam sie (odda mie kase pozniej), i jestem
z siebie dumna , ze wreszcie - prawie - uporalam sie z problemem. Szczescie
moje nie trwa jednak dlugo. Okazuje sie, ze trzeba zrobic set up, a Boss
zapodzial wszystkie dane potrzebne do owego dzialania. Nie daje sie jednak
zalamac (ja), dane mozna przeciez uzyskac od providera internetu, proste to
przeciez. Nie do konca jednak. Mozna je uzyskac, ale moze to zrobic tylko
Boss. Prosze wiec szefa o takowa przysluge. I tutaj niespodzianka. Boss wpada
w szal, wyzywa od idiotek, ze jeszcze sprawy nie zalatwilam, dodatkowo ciagle
padaja slowa pod moim adresem "fuck" we wszystkich odmianach, kazda proba
wyjasnienia czegokolwiek konczy sie rykiem "shut up!!!" Ostatecznie Boss
doskakuje do mnie i w ostatniej chwili chyba udaje mi sie ominac niewatpliwy
zamiar uderzenia mnie .
Mam dosyc! Nigdy, przenigdy w zyciu nie podejme sie ponownierozwiazywania
takich problemow w australijskim srodowisku. Zaczynam rozumiec dlaczego
australijczycy nie garna sie do jakiejkolwiek odpowiedzialnosci.
W zasadzie czuje sie podle. W ciagu mojego zycia w Polsce zaden nawet
najbardziej chamski szef (tak mi sie w owym czasie wydawalo) nigdy tak mnie
nie potraktowal.
Kochani Polacy w Polsce, chamstwo jest wszedzie, a moze to rowniez tzw
dyskryminacja ?