on-na
05.04.06, 12:12
Miałam kilku szefów Francuzów. Co jeden to lepszy. Zaczęłam się zastanawiać po
drugim egzemplarzu, czy oni specjalnie pozbywają się takich z Francji? Czy też
może byli to normlani ludzie, tylko po przyjeździe do Polski im dekiel odbił?
Szef nr 1 - najszybciej nauczył się po polsku przeklinać, potem załapał resztę
potrzebnego słownictwa. Rzucał segregatorami przez cały pokój, sekretarkom
wymyślał od idiotek (jego asystentka przynajmniej raz w tygodniu rozpaczliwie
szlochała, bo obrażał ją bezustannie), kadrową traktował jak psa, księgowych
jak bandę kretynów. Starannie opracowane plany spotkań przekreślał i potem się
wściekał, że "nic nie idzie jak trzeba". Swoim przydupasom rozdawał przywileje
na lewo i prawo, więcej go w pracy nie było niż był, bo bez przerwy przebywał
"na ważnym spotkaniu na mieście" albo za granicą. Odszedł, kied firma zaczęła,
dzięki jego rządom, cienko prząść.
Szef nr 2 - zadufany bubek, traktujący wszystko i wszystkich z góry. Od razu
zażądał mega-fury służbowej "bo on ma dużą rodzinę". I dostał! Firma opłącała
mu także szkółkę i przedszkole francuskie dla jego dziateczek (słone
pieniądze). Zażądał lekci polskeigo na koszt firmy (kolejny wydatek) po czym
regularnie je odwoływał "bo i tak stąd niedługo wyjadę". Nic nie zwiedził w
Polsce, guzik się tym krajem interesował, poruszał się tylko na trasie
praca-szkoły dzieci-dom, ale z obrzydzeniem twierdził, że takiego grajdoła jak
w Polsce i takeigo braku kultury, to jeszcze nigdzie nie widział.
Wydał pożegnalny obiad w przededniu swego wyjazdu - za który musieliśmy sami
zapłacić, bo stwierdził, że za drogo na jego kieszeń.
Miał ktoś z podobnymi Żabojadami do czynienia?