toskania8
14.02.07, 23:51
Część pierwsza
Wystawa Van Gogha w Budapeszcie – dwie moje wielkie miłości razem ! To była
decyzja chwili – muszę to zobaczyć !
Śnieżyca opóźnia nasz lot o godzinę, ale jeszcze zdążymy się odświeżyć i
przebrać .
Nasz pobyt rozpoczynamy uroczyście, wizytą w Operze. Już kuluary wzbudzają
zachwyt, nawet szatnia wyłożona rzeźbionym drewnem, szerokie, reprezentacyjne
schody, mozaikowe posadzki. W sali widowiskowej – trzy piętra lóż wybitych
aksamitem, podtrzymywanych przez filigranowe kolumienki, zdobione 24 –
karatowym złotem, strop pokryty malowidłami. Dziwnie kontrastuje z tymi
cudami podłoga ze zwykłych desek z resztkami pościeranej farby . Zwykłe,
dość twarde i krzesła po trzech godzinach spektaklu dadzą nam się nieźle we
znaki. Ale nic to. Na scenie Cosi fan Tutte. Piękne, czyste głosy, skrząca
się muzyka Mozarta.
To był piękny wieczór.
Nazajutrz - nasze najważniejsze wydarzenie - wystawa. Ulice mokre po nocnym
deszczu, ale do Muzeum Sztuk Pięknych na Placu Bohaterów mamy parę kroków.
Pokonujemy podwójne elektroniczne bramki i oto jesteśmy w mrocznym
pomieszczeniu. Najpierw dzieła Jego poprzedników i inspiratorów, są nawet
rysunki i akwaforty Rembrandta. I oto już On. Ale jakże niepodobny do tego,
co się z jego dziełami kojarzy najbardziej – szerokie, niespokojne ruchy
pędzla, gorące kolory Prowansji. Mamy więc najpierw rysunki, studia, potem
już obrazy. Ale najpierw te mroczne, przygnębiające. Portrety, ludzie przy
ciężkiej pracy, przy ubogim posiłku.
I stopniowo nasycają się kolorami, oto dom wiejski w Prowansji (kupiłam
dużą reprodukcję, powieszę w biurze i będzie moim lekiem na całe zło),
kwitnąca kiść kasztana, irysy. Są i Słoneczniki. Ale to nie te znane z
tysięcy reprodukcji. Są bowiem cztery wersje Słoneczników, malowane w Arles
na przyjazd Gaugina. Te pokazywane tutaj są w przygaszonych barwach, smutne.
Zresztą tak to jest, nawet te rozkrzyczane kolorami obrazy nie tchną
radością życia i optymizmem, zawsze jest w nich trochę szaleństwa.
Pomyśleć, że gdyby nie brat Theo, Vincent umarłby z głodu i nędzy. Dziś
najmniejszy rysunek wart jest miliony.
Ta wystawa to byłoby już właściwie dość wrażeń. Ale przecież Muzeum Sztuk
Pięknych ma jeszcze inne bogactwa – Rafael i inni mistrzowie włoskiego
Renesansu, Hiszpanie z El Greco i Goyą, Niemcy z Cranachami i Breughlem,
impresjoniści…długo by wymieniać i grzech nie obejrzeć.
Wychodzimy na rozsłoneczniony Plac Bohaterów. Otacza go pomnik węgierskiego
Millenium, w formie półkolistej kolumnady z alegorycznymi postaciami. Jego
centralnym punktem jest 36 – metrowa kolumna z postacią Archanioła Gabriela,
który we śnie natchnął papieża do przekazania korony madziarskiemu księciu
Istvanowi.
Wracamy do hotelu ulicą Andrassy’ego .To bodaj najpiękniejsza budapeszeńska
ulica, w 2002 roku wpisana jako całość na listę UNESCO. To jednolita w
stylu, elegancka XIX – wieczna ulica, nazywana najbardziej kulturalnym
traktem miasta. Wspomnijmy tylko, że przy niej właśnie znajduje się Opera,
Operetka, Akademia Muzyczna i Akademia Sztuk Pięknych, wiele pałaców i
ambasad. Chyba największą jej ciekawostką jest metro – by nadmiernym ruchem i
hałasem nie zakłócić piękna i harmonii ulicy , w 1896 roku oddano tu do
użytku pierwszą w kontynentalnej Europie linię metra. Wykładane glazurą
ściany i żeliwne, ażurowe balustrady stacji do dziś cieszą swą urodą..
W małym sklepiku za rogiem imponujący wybór win a tuż obok maleńka
restauracyjka w suterenie, zaledwie kilka stolików. Stajemy bezradnie przy
zapisanej kredą liście dań. Ku naszemu zdumieniu za chwilę dostajemy do ręki
tę samą listę po angielsku i niemiecku.
Węgrzy zdali sobie szybko sprawę, że ze swym hermetycznym, chyba najbardziej
obcym językiem Europy nie nawiążą kontaktu ze światem i błyskawicznie
nauczyli się angielskiego. Można się porozumieć na ulicy, w maleńkiej
knajpce, w sklepiku za rogiem – wszędzie. A jeśli nawet nie, jeśli nie
potrafią odpowiedzieć, to nadłożą spory nawet kawałek drogi, by zaprowadzić
turystę tam, gdzie chce trafić. Tu czujesz się naprawdę miłym gościem.
Wróćmy jednak do naszej knajpki. Uśmiechnięty gospodarz przynosi wielkie
miski zawiesistej, pachnącej gulaszowej zupy i pajdy świeżutkiego chleba,
uczta nie lada. Dostajemy miseczkę paprykowej pasty, by sobie stopniować
ostrość potrawy do woli.
Po artystycznych przeżyciach poranka należy nam się odpoczynek. Zdążymy
jednak jeszcze do zabytkowej, XIX wiecznej hali targowej . Możemy sobie tylko
wyobrazić jak barwnie tu musi być w pełni sezonu owoców, papryki,
pomidorów. Ale i teraz piętrzą się kolorowe stosy a tuż obok wabią
zapachem długie szeregi salami, paprykowanej słoninki, wędzonych,
aromatycznych kiełbasek. Kupujemy oczywiście na prezenty a i „na spróbunek”
dla siebie. Obowiązkowo kupujemy też woreczki ostrej i słodkiej papryki
Zapadający zmierzch i zapalające się światła Hotelu Gelerta po drugiej
stronie rzeki wabią do spaceru. Miałyśmy tylko przejść Mostem Wolności
(Szabadsag) na drygą stronę Dunaju. Ale jest taki ciepły wieczór, odbijające
się w wodzie światła nadbrzeża są tak malownicze, że miniemy Most
Elżbiety, wrócimy na Peszteńską stronę najstarszym i najsłynniejszym Mostem
Łańcuchowym, Szechenyi Lanchid. Obejrzymy się jeszcze na oświetloną bryłę
Zamku i, opodal, bajkowe baszty Rybackie i przy nich Kościół Matiasa.
Będziemy tam pojutrze.
Już za chwilę jesteśmy na Vorosmarty Ter. Pomnik poety doby romantyzmu z
kararyjskiego marmuru na zimę okrywa kołderka z folii ale mimo to plac
zachwyca proporcjami i urodą. Najokazalszą budowlą placu jest Gerbaud Var.
Na parterze zabytkowa, XIX wieczna cukiernia Gerbaud. Tu postanawiamy
zakończyć dzień. W gablotkach zbiory porcelany, u pułapu długie kryształowe
żyrandole, marmur i drewno. Pachnie apetycznie i słodko. Same nazwy – tort
Esterhazy, tort Gerbaud i tort Dobozs (najsłynniejszy smakołyk węgierski)
powodują ekstazę. Mocne espresso i kieliszek barack (czyli morelowej)
palinki Esterhazy dopełniają uczty.
Przystanek naszego metra jest u wejścia do kawiarni, ale przejdziemy się
jeszcze ulicą Vaci. To od zawsze najbardziej znany deptak handlowy miasta.
Na poziomie wzroku sklepy najlepszych światowych marek konfekcji,
kosmetyków i biżuterii. Nad naszymi głowami pięknie dekorowane ściany
domów.
Mijajmy jeszcze potężny gmach ratusza i pora wreszcie kończyć dzień. Kilka
stacji metra i jesteśmy w domu.