Słoneczniki pod Górą Gelerta

14.02.07, 23:51
Część pierwsza
Wystawa Van Gogha w Budapeszcie – dwie moje wielkie miłości razem ! To była
decyzja chwili – muszę to zobaczyć !
Śnieżyca opóźnia nasz lot o godzinę, ale jeszcze zdążymy się odświeżyć i
przebrać .
Nasz pobyt rozpoczynamy uroczyście, wizytą w Operze. Już kuluary wzbudzają
zachwyt, nawet szatnia wyłożona rzeźbionym drewnem, szerokie, reprezentacyjne
schody, mozaikowe posadzki. W sali widowiskowej – trzy piętra lóż wybitych
aksamitem, podtrzymywanych przez filigranowe kolumienki, zdobione 24 –
karatowym złotem, strop pokryty malowidłami. Dziwnie kontrastuje z tymi
cudami podłoga ze zwykłych desek z resztkami pościeranej farby . Zwykłe,
dość twarde i krzesła po trzech godzinach spektaklu dadzą nam się nieźle we
znaki. Ale nic to. Na scenie Cosi fan Tutte. Piękne, czyste głosy, skrząca
się muzyka Mozarta.
To był piękny wieczór.
Nazajutrz - nasze najważniejsze wydarzenie - wystawa. Ulice mokre po nocnym
deszczu, ale do Muzeum Sztuk Pięknych na Placu Bohaterów mamy parę kroków.
Pokonujemy podwójne elektroniczne bramki i oto jesteśmy w mrocznym
pomieszczeniu. Najpierw dzieła Jego poprzedników i inspiratorów, są nawet
rysunki i akwaforty Rembrandta. I oto już On. Ale jakże niepodobny do tego,
co się z jego dziełami kojarzy najbardziej – szerokie, niespokojne ruchy
pędzla, gorące kolory Prowansji. Mamy więc najpierw rysunki, studia, potem
już obrazy. Ale najpierw te mroczne, przygnębiające. Portrety, ludzie przy
ciężkiej pracy, przy ubogim posiłku.
I stopniowo nasycają się kolorami, oto dom wiejski w Prowansji (kupiłam
dużą reprodukcję, powieszę w biurze i będzie moim lekiem na całe zło),
kwitnąca kiść kasztana, irysy. Są i Słoneczniki. Ale to nie te znane z
tysięcy reprodukcji. Są bowiem cztery wersje Słoneczników, malowane w Arles
na przyjazd Gaugina. Te pokazywane tutaj są w przygaszonych barwach, smutne.
Zresztą tak to jest, nawet te rozkrzyczane kolorami obrazy nie tchną
radością życia i optymizmem, zawsze jest w nich trochę szaleństwa.
Pomyśleć, że gdyby nie brat Theo, Vincent umarłby z głodu i nędzy. Dziś
najmniejszy rysunek wart jest miliony.
Ta wystawa to byłoby już właściwie dość wrażeń. Ale przecież Muzeum Sztuk
Pięknych ma jeszcze inne bogactwa – Rafael i inni mistrzowie włoskiego
Renesansu, Hiszpanie z El Greco i Goyą, Niemcy z Cranachami i Breughlem,
impresjoniści…długo by wymieniać i grzech nie obejrzeć.
Wychodzimy na rozsłoneczniony Plac Bohaterów. Otacza go pomnik węgierskiego
Millenium, w formie półkolistej kolumnady z alegorycznymi postaciami. Jego
centralnym punktem jest 36 – metrowa kolumna z postacią Archanioła Gabriela,
który we śnie natchnął papieża do przekazania korony madziarskiemu księciu
Istvanowi.
Wracamy do hotelu ulicą Andrassy’ego .To bodaj najpiękniejsza budapeszeńska
ulica, w 2002 roku wpisana jako całość na listę UNESCO. To jednolita w
stylu, elegancka XIX – wieczna ulica, nazywana najbardziej kulturalnym
traktem miasta. Wspomnijmy tylko, że przy niej właśnie znajduje się Opera,
Operetka, Akademia Muzyczna i Akademia Sztuk Pięknych, wiele pałaców i
ambasad. Chyba największą jej ciekawostką jest metro – by nadmiernym ruchem i
hałasem nie zakłócić piękna i harmonii ulicy , w 1896 roku oddano tu do
użytku pierwszą w kontynentalnej Europie linię metra. Wykładane glazurą
ściany i żeliwne, ażurowe balustrady stacji do dziś cieszą swą urodą..
W małym sklepiku za rogiem imponujący wybór win a tuż obok maleńka
restauracyjka w suterenie, zaledwie kilka stolików. Stajemy bezradnie przy
zapisanej kredą liście dań. Ku naszemu zdumieniu za chwilę dostajemy do ręki
tę samą listę po angielsku i niemiecku.
Węgrzy zdali sobie szybko sprawę, że ze swym hermetycznym, chyba najbardziej
obcym językiem Europy nie nawiążą kontaktu ze światem i błyskawicznie
nauczyli się angielskiego. Można się porozumieć na ulicy, w maleńkiej
knajpce, w sklepiku za rogiem – wszędzie. A jeśli nawet nie, jeśli nie
potrafią odpowiedzieć, to nadłożą spory nawet kawałek drogi, by zaprowadzić
turystę tam, gdzie chce trafić. Tu czujesz się naprawdę miłym gościem.
Wróćmy jednak do naszej knajpki. Uśmiechnięty gospodarz przynosi wielkie
miski zawiesistej, pachnącej gulaszowej zupy i pajdy świeżutkiego chleba,
uczta nie lada. Dostajemy miseczkę paprykowej pasty, by sobie stopniować
ostrość potrawy do woli.
Po artystycznych przeżyciach poranka należy nam się odpoczynek. Zdążymy
jednak jeszcze do zabytkowej, XIX wiecznej hali targowej . Możemy sobie tylko
wyobrazić jak barwnie tu musi być w pełni sezonu owoców, papryki,
pomidorów. Ale i teraz piętrzą się kolorowe stosy a tuż obok wabią
zapachem długie szeregi salami, paprykowanej słoninki, wędzonych,
aromatycznych kiełbasek. Kupujemy oczywiście na prezenty a i „na spróbunek”
dla siebie. Obowiązkowo kupujemy też woreczki ostrej i słodkiej papryki
Zapadający zmierzch i zapalające się światła Hotelu Gelerta po drugiej
stronie rzeki wabią do spaceru. Miałyśmy tylko przejść Mostem Wolności
(Szabadsag) na drygą stronę Dunaju. Ale jest taki ciepły wieczór, odbijające
się w wodzie światła nadbrzeża są tak malownicze, że miniemy Most
Elżbiety, wrócimy na Peszteńską stronę najstarszym i najsłynniejszym Mostem
Łańcuchowym, Szechenyi Lanchid. Obejrzymy się jeszcze na oświetloną bryłę
Zamku i, opodal, bajkowe baszty Rybackie i przy nich Kościół Matiasa.
Będziemy tam pojutrze.
Już za chwilę jesteśmy na Vorosmarty Ter. Pomnik poety doby romantyzmu z
kararyjskiego marmuru na zimę okrywa kołderka z folii ale mimo to plac
zachwyca proporcjami i urodą. Najokazalszą budowlą placu jest Gerbaud Var.
Na parterze zabytkowa, XIX wieczna cukiernia Gerbaud. Tu postanawiamy
zakończyć dzień. W gablotkach zbiory porcelany, u pułapu długie kryształowe
żyrandole, marmur i drewno. Pachnie apetycznie i słodko. Same nazwy – tort
Esterhazy, tort Gerbaud i tort Dobozs (najsłynniejszy smakołyk węgierski)
powodują ekstazę. Mocne espresso i kieliszek barack (czyli morelowej)
palinki Esterhazy dopełniają uczty.
Przystanek naszego metra jest u wejścia do kawiarni, ale przejdziemy się
jeszcze ulicą Vaci. To od zawsze najbardziej znany deptak handlowy miasta.
Na poziomie wzroku sklepy najlepszych światowych marek konfekcji,
kosmetyków i biżuterii. Nad naszymi głowami pięknie dekorowane ściany
domów.
Mijajmy jeszcze potężny gmach ratusza i pora wreszcie kończyć dzień. Kilka
stacji metra i jesteśmy w domu.

    • kryzar Re: Słoneczniki pod Górą Gelerta 15.02.07, 00:13
      część pierwszą pochłonęłam i czekam na następną
      Pozdrawiam i dzięki za wspaniały opis Kr
      • malwina52 Re: Słoneczniki pod Górą Gelerta 15.02.07, 06:59
        dzieki, od rana mam dobry humor
        a sloneczniki to moj ulubiony kwiat
        pozdrawiam
        • maladanka Re: słoninka paprykowana:) 15.02.07, 10:45
          a ja tak przyziemnie ....o słonince, ale przypomniałam sobie jak smakuje, już
          lata nie jadłam, a właściwie to na Wegry mam bliżej niż do Wrocławia!
          Oczywiście czekam na cd. i nie smiejcie się ze słoninki
          • dankarol Re: słoninka paprykowana:) 15.02.07, 11:38
            Dzięki za część pierwszą.Tyle wspaniałości i opera i wystawa i spacer po
            mieście, niecierpliwie czekam na następną relację.
            Bardzo żałuję, ze w czasach komuny nie udało mi się pojechać do Budapesztu.
    • toskania8 Re: Słoneczniki pod Górą Gelerta część druga 15.02.07, 23:19
      najpierw wiadomośc specjalna dla Danusi - o słonince jeszcze będzie.
      A oto część druga.

      Dziś wczesna pobudka, jedziemy do Sentendre. Komunikacja w Budapeszcie działa
      znakomicie, przesiadka metro – tramwaj – kolejka zajmuje nam kilkanaście minut,
      za pół godziny jesteśmy w Sentendre. To taki mały Kazimierz na obrzeżach
      Budapesztu. Liczy 23 tys. mieszkańców a przyjmuje rocznie 1,5 miliona gości. O
      tej porze roku jest dość sennie, latem zjeżdżają tłumy. Miasteczko ulubione
      przez artystów, pełne urokliwych knajpeczek, winiarni, sklepików z cudeńkami.
      Kolorowe, zadbane domki, uliczki rozchodzące się od placyku Fo Ter z „krzyżem
      morowym” wystawionym w 1763 roku na pamiątkę zarazy, jaka dotknęła miasteczko.
      W owym czasie mieszkali tu głównie Serbowie, którzy osiedli w tym miejscu
      uciekając przed Turkami. Po nich to pozostało w miasteczku aż siedem cerkwi z
      charakterystycznymi wysokimi ikonostasami. Niestety, choć zachwala je
      przewodnik, nie udaje nam się zajrzeć do żadnej, są zamknięte. Wstępujemy za to
      do maleńkiej kawiarenki na grzane wino. Uśmiechnięta starsza pani podaje nam
      je, pachnące korzennymi przyprawami, w porcelanowych filiżankach, a do nich
      małe czekoladowe ciasteczka. W kawiarence można kupić słoiczki z owocami w
      syropie, buteleczki z sokami, owocowe nalewki ale też słoiczki kolorowych
      marynat.
      Słoneczny, nieprawdopodobnie, jak na połowę lutego ciepły dzień zachęca do
      spaceru wzdłuż straganów z haftowanymi serwetkami, rzeźbionymi puzderkami i
      innymi, ku uciesze turystów zgromadzonymi cudnościami.
      Szczególną atrakcją Sentendre jest Muzeum Marcepanu. W folderku piszą, że
      jedyne na świecie, ale podobne znalazłyśmy w Budapeszcie i w Esztergom, o czym
      za chwilę. Tak czy inaczej miejsce jest ciekawe. Najpierw oglądamy proces
      tworzenia, potem, na pięterku możemy podziwiać chyba półtora metrowej wysokości
      tort weselny, dalej całkiem sporą lokomotywę, niemal naturalnej wielkości
      figurę Michaela Jacksona, rokowy salonik, jest też model budapeszteńskiego
      parlamentu, portrety postaci historycznych i mnóstwo innych atrakcji, wszystko
      oczywiście z marcepanu. No i sklepik, a jakże. Można w nim nabyć figurki,
      kwiatki, serduszka (za parę dni Walentynki, dotarły i tam), najrozmaitsze
      pralinki i pomadki. Kupujemy prezenty i czym prędzej wychodzimy, by nie wykupić
      całego sklepiku.
      Pora jest jeszcze wczesna, łapiemy więc autobus – odwiedzimy dziś jeszcze
      Esztergom, nazywany w dawnej Polsce Ostrzyhomiem.
      Droga prowadzi wzdłuż naddunajskich wzgórz, jak na węgierskie warunki całkiem
      wysokich, po drodze mijamy malowniczo zawieszony na jednym z nich zamek w
      Wyszehradzie.
      Dziś to 30 – tysięczne senne, nadgraniczne miasteczko (po drugiej stronie
      Dunaju to już Słowacja). Ale można je porównać z naszym Gnieznem, to tu jest
      kolebka węgierskiej państwowości, to tu w roku 1000 koronowany został Istvan,
      pierwszy węgierski król, to biskup Esztergom miał wyłączne prawo koronowania
      królów. Do dziś jest tu siedziba arcybiskupstwa. W podziemiach katedry, do
      której zaraz wejdziemy, spoczywają prochy kardynała Mindsenty’ego, nie mniej
      znaczącego w najnowszej historii Węgier jak nasz Prymas Tysiąclecia.
      A oto i katedra. Klasycystyczna budowla z szarego kamienia, malowniczo położona
      na stromej naddunajskiej skarpie. Na jej konsekrację w 1856 roku Franciszek
      List skomponował Mszę Ostrzyhomską.
      U stóp katedry Vizivaros, stara, senna dzielnica naddunajska. Znajdujemy tu
      alejkę Jana III Sobieskiego, który w katedrze odśpiewał ze swym wojskiem
      uroczyste Te Deum po rozgromieniu Turków pod Parkanami. To nie jedyny polski
      akcent w Esztergom. W katedrze znajdziemy tablicę upamiętniającą wizytę papieża
      Jana Pawła II w 1991 roku oraz niewielka tabliczkę poświęconą pamięci Św.
      Kingi, która była przecież węgierską księżniczką.
      Wnętrze katedry surowe, proste. Najcenniejsza, ale i najpiękniejsza jest
      kaplica Rakoczych z czerwonego marmuru, ołtarz zaś jest z białego,
      kararyjskiego marmuru.
      Tuż obok katedry Muzeum Zamkowe z pozostałościami królewskiego zamku a nieco
      poniżej, w dawnym, renesansowym pałacu prymasowskim Muzeum Chrześcijańskie z
      bogatymi zbiorami sztuki sakralnej.
      Idziemy w stronę miasteczka. W sobotnie popołudnie jest cicho i sennie.
      Deptakiem dochodzimy do głównego placu z ratuszem i kolorowo pomalowanymi,
      zabytkowymi domkami.
      Nie uda nam się zjeść obiadu, bo…restauracja ma przerwę obiadową do 18.00.
      Na szczęście – za pół godziny mamy autobus. Jedziemy jakąś krótsza drogą i po
      godzinie jazdy jesteśmy z powrotem w Budapeszcie.
      Węgrom jakimś cudownym, nam niestety nieznanym sposobem udało się pobudować
      porządne drogi. Już schodząc do lądowania w Budapeszcie widzieliśmy autostrady,
      rozjazdy, wielopoziomowe skrzyżowania. Jest ich wiele także w samym mieście.
      Dziś jedziemy naprawdę bocznymi, więc węższymi, ale gładkimi jak stół
      drogami. Jakoś jednak można.
      Także budapeszteńskie metro to wielki skarb komunikacyjny. Trzy linie
      przecinają miasto we wszystkich kierunkach od krańca do krańca, kolejki
      kursują co minutę a w porach małego ruchu, wieczorem czy w niedzielę co pięć.
      Tylko zazdrościć. Linii tramwajowych i autobusowych też sporo, są szybkie i
      czyste.
      O mało nie zostałyśmy na wieczór o głodzie. Postanowiłyśmy dziś zjeść naszą
      wczoraj kupioną paprykowa kiełbaskę. Niestety, jest na obrzeżach wiele wielkich
      centrów handlowych, ale znalezienie w sobotni wieczór na naszej
      reprezentacyjnej Andrassy Utca czynnego sklepu spożywczego okazuje się
      problemem. Wpadamy w końcu, tuż przed zamknięciem, udaje się kupić chleb, strąk
      czerwonej słodkiej papryki, kawałek pirenejskiego sera no i oczywiście
      buteleczkę Egri Bikaver. Ach, jaka to była wspaniała uczta, kiełbaska pachniała
      wspaniale, sowicie doprawiona ostrą papryką i innymi przyprawami, podwędzona i
      wysuszona, aż skrzypiała w zębach. Na deser jeszcze po marcepanowej pralince,
      Pychotka.
      • maladanka Re: Słoneczniki pod Górą Gelerta część druga 16.02.07, 10:52
        o mamuńciu - jakie wszystko smacznie opisujesz! I cieszę się,że zrozumiałas
        moje westchnienie do paprykowanej słoninki - gryzło mnie,że tak wyskoczyłam -
        tu Słoneczniki itp...a ja o słonince smile
        Masz rację z drogami itp..Słowacja także buduje na potęgę drogi...a my..ech...
        Niesamowitego apetytu narobiłaś na podróż do Węgier - już cos mi świta
        • natla Re: Słoneczniki pod Górą Gelerta część druga 16.02.07, 12:18
          Wreszcie dorwałam sie do czytania. Tak plasycznie opowiadasz, że widzę to
          wszystko lub sobie przypominam. Nawet smak czuje i zapachy smile Opowiadaj dalej.
          • del.wa.57 Re: Słoneczniki pod Górą Gelerta część druga 16.02.07, 17:17
            Dzieki Toskanio,swietnie potrafisz opisac swoje wycieczki,przyjemnie sie
            czyta.Byłam na Wegrzech jakies 25/27 lat temu i oczywiście najbardziej pamietam
            Góre Gelerta i fontannę gdzie wrzucalismy drobne monety(przez ramię-tyłem)
            hi..hi.. po to żeby tam kiedys wrocić,to był mój /nasz/byłam tam z moimi
            dziećmi lot samolotem,wrażeń moc,choć lot bardzo krótki(45 min) i pierwszy raz
            jezdżenie metrem co dla moich dzieci było wspaniałą zabawą,dla mnie
            mniejszą,ciągle mi uciekali i tak sobie podrózowali od stacji do
            stacji,pamietam ten wielki bazar,gdzie mozna było sie zgubić choc czuliśmy sie
            tam jak u siebie w domu,mnóstwo naszych handlujacych.Od tamtej pory napewno
            duzo sie zmieniło,nie byłam juz potem na Wegrzech mimo wrzucanych monet.
            Dziekuje raz jeszcze.
    • toskania8 Słoneczniki pod Górą Gelerta - cz.trzecia-ostatnia 16.02.07, 21:56
      No i tak nadszedł ostatni nasz poranek. Jest niedziela, zaczynamy od bazyliki
      Św. Stefana. Wciśnięta między budynki centrum miasta, właściwe widoczna od
      strony rozciągającego się przed jej frontem Placu Św. Stefana. Pierwsza kopuła
      bazyliki zawaliła się, w końcu budowlę ukończono w 1906 roku. Jest trochę
      klasycystyczna, trochę nawiązująca do Renesansu, fasada zdobna rzędem
      korynckich kolumn, wewnątrz zdobiona bogato rzeźbionym marmurem. Węgrzy
      pielgrzymują do tej świątyni, mieści się tu bowiem, w oddzielnej kaplicy, ich
      najcenniejsza relikwia, dłoń Św. Stefana, pierwszego węgierskiego króla.
      Trafiamy na jakieś patriotyczne uroczystości, ale nie wiemy jakie. Mszę
      odprawia kardynał, więc już samo to jest niecodzienne. Po Mszy do kościoła
      wchodzą ludzie w jakichś mundurach, pelerynach z zielonym greckim krzyżem,
      różnych dziwnych strojach. Przed kościołem formuje się pochód ze sztandarami i
      proporczykami z nazwami węgierskich miast.
      Nie udaje nam się domyśleć, co to za uroczystość.
      Kiedy wychodzimy z kościoła, ktoś wkłada nam do ręki plastikowe pudełeczko z
      dziwną zawartością i kolorowy kartonik z opisem. Po węgiersku oczywiście. W
      pudełeczku jest coś jakby musli, jakieś ziarna i owoce w gęstym płynie. Mozolna
      próba odczytania kartki pozwala się domyśleć, że to jakaś organizacja promująca
      zdrowy tryb życia i odżywiania. Jest coś o Adamie i Ewie, o Noem, coś o jakichś
      mędrcach czy prorokach indyjskich. Zawartość to mieszanka ziaren fasoli,
      orzeszków, chyba soczewicy, suszonych moreli, rodzynek, czegoś tam jeszcze, a
      wszystko w lekko słodkawej półpłynnej masie. Nawet dość smaczne.

      Niedaleko Bazyliki znajdujemy największą czynną synagogę Europy - Dohany.
      Nazwę wzięła od ulicy, przy której się mieści. Zbudowana w XIX wieku w
      mauretańskim stylu, zniszczona w czasie wojny, odbudowana, w ostatnich latach
      została pięknie odnowiona dzięki prywatnym darczyńcom, głownie amerykańskim
      Żydom. Miła Pani Przewodniczka barwnie opowiada o żydowskich obyczajach, o
      odprawianiu nabożeństw, o tym dlaczego kobiety muszą siedzieć osobno. Wnętrze
      jest imponujące, balkony dla kobiet z rzeźbionego drewna, rytualne świeczniki
      i zwisające z sufitu kryształowe żyrandole, marmurowa chupa, czyli centralne
      miejsce, baldachim, pod którym odprawiane jest nabożeństwo, Arka Przymierza,
      czyli szafa na przechowywanie zwojów Tory. W krużganku rzecz niezwykła. Żydom
      nie wolno zakładać cmentarzy obok świątyń. Jednakże niezwykle mroźna zima
      1945 roku spowodowała, że na cmentarzu nie dało się kopać zmarzniętej ziemi. W
      dodatku nadeszła zaraza. Setki zwłok układano więc warstwami w grobach
      kopanych na niewielkim dziedzińcu przy synagodze. Upamiętniają to tabliczki z
      nazwiskami tych, których udało się zidentyfikować.
      Na placyku za synagogą, na małym placyku, oryginalna rzeźba, jakby metalowa
      wierzba płacząca i wielka płyta z czarnego marmuru z pustym miejscem po
      dziesięciorgu przykazaniach, zostało tylko jedno – Nie Zabijaj. To rzeźba
      upamiętniająca Holokaust.
      Wchodzimy do Muzeum. Zbiór naczyń, świeczników, tałesów, zwojów Tory –
      przedmioty religijne i codziennego użytku, srebra, porcelana.
      Jest też sala pamięci Holokaustu.
      Raz jeszcze zaglądamy do wnętrza synagogi, jest doprawdy piękna.
      Pora na obiad. Zachęcone małym banerkiem, skręcamy w boczną uliczkę i za chwilę
      jesteśmy w Rozsa Magyar Etterem . Skromna restauracyjka, gdzie na niedzielny
      obiad przyszły całe, wielopokoleniowe rodziny. Właśnie o to nam chodziło,
      szukamy takich właśnie miejsc a nie tych folk restaurants z turystycznym
      zadęciem.
      Zamawiamy oczywiście zestaw Magyar menu – gęsta, pachnąca papryką zupa
      gulaszowa, bitki po węgiersku (podsmażone kawałeczki mięsa, z cebulką i papryką
      a na wierzchu paseczek mocno paprykowanego (co tu kryć, dość tłustego) boczku,
      naciętego przy skórce i podsmażonego na chrupko, tak, że nacięcia rozłożyły się
      w grzebyczek. Aj, jaka pychotka! Do tego podsmażone na chrupiąco ćwiartki
      ziemniaczków. No i kieliszek czerwonego wina oczywiście, bez tego się nie da
      nijak. To nie koniec! Na deser były jeszcze naleśniki a’la Gundel, czyli dwa
      cieniuteńkie, chrupiące naleśniczki z orzechowo – czekoladową masą, polane
      roztopioną czekoladą. W oryginale powinny być jeszcze polane alkoholem i
      zapalone, ale niech tam! I tak były boskie.
      Wytaczamy się z niejakim trudem na ulicę i ruszamy dalej.
      Jesteśmy w samym centrum miasta.
      Pomyśleć, że gdzieś tam w czasach węgierskiej królewny, która poślubiła
      dzikiego litewskiego niedźwiedzia, byliśmy równymi potęgami. Potem jednak…jakoś
      Węgrzy potrafili lepiej ułożyć swoją historię. Może mieli trochę lepsze
      położenie, ale chyba nie tylko. Kiedy my byliśmy po prostu pod zaborem, oni
      wywalczyli sobie (zbrojną ręka, za darmo nie dostali) niemal równorzędną
      pozycję w austrowęgierskiej C.K. Monarchii. Peszt, mocno przypominający Wiedeń,
      to już bardzo wielkomiejska metropolia, z szerokimi, kilkupasmowymi ulicami,
      pięknie, bogato zdobionymi domami i pałacami, parkami, pomnikami. Z mnóstwem
      stylowych kawiarni. Kochamy Warszawę, bo jest nasza, ale przy Budapeszcie to
      jednak trochę uboga krewna. I nie chodzi tu o wojenne ruiny, tu zniszczenia
      były oczywiście znacznie mniejsze. Warszawa po prostu nigdy nie była tak
      pięknym i bogatym miastem.
      Przy handlowym deptaku Vaci (byłyśmy tu już wieczorem) mimo niedzielnego
      popołudnia czynne wszystkie sklepy. Korzystamy, a jakże, kupując buteleczkę
      czerwonego wina ze znanej nam z wyprawy do Egeru winiarni Thumerer.
      Łańcuchowym Mostem przeprawiamy się na drugi brzeg Dunaju, do Budy. Buda to
      starsza część Budapesztu. Dokładnie najstarsze jest położone na budańskim
      brzegu Acquincum, najpierw celtycka a potem rzymska osada, obecnie są tam
      pozostałości rzymskich budowli. Miejsce to późnej nazwano Obudą.
      W XIII wieku Bela IV przeniósł stolicę z Esztergom do Budy. Po mocno burzliwych
      dziejach, wielu klęskach i upadkach w 1873 roku po połączeniu Budy, Obudy i
      Pesztu powstał Budapeszt i pod rządami cesarza Franciszka Józefa miasto
      rozkwitło. Dziś wiele zachowuje z tamtej atmosfery. Kiedy patrzy się z
      wysokiego, budańskiego brzegu, widać, jak mądrze jest rozwijane. Nowe budynki,
      których oczywiście jest mnóstwo, harmonijnie wtapiają się w panoramę, nie ma
      żadnych strzelistych, szklanych wieżowców wystrzelających byle gdzie,
      chaotycznie i bez sensu.
      Zabytkową, zębatą kolejką wjeżdżamy na Plac Defilad i skręcamy w stronę Zamku.
      Wpisany na listę UNESCO, dziś nie pełni funkcji reprezentacyjnych, tylko
      muzealne. Na dziedzińcach kilka pięknych pomników z brązu, w tym turul,
      gatunek orła, symbol węgierskiego Państwa i ponoć najpiękniejszy pomnik konny,
      Eugeniusza Sabaudzkiego.
      Wąskimi uliczkami dochodzimy do jednego z najpiękniejszych zakątków Budy -
      Placu Świętej Trójcy i gotyckiego Kościoła NMP Budzińskiej Pani, znanego
      powszechnie jako kościół Matyasa czyli Macieja, od imienia króla Macieja
      Korwina, zwanego węgierskim Salomonem. Barwne malowidła wewnątrz kościoła
      pochodzą z przełomu wieku. Jedna z kaplic nosi imię Św. Władysława.
      Powiedziałam – gotyckiego, bo bryła jego jest gotycka, ale po wielu
      zniszczeniach, odbudowach i przeróbkach, to mieszanina gotyku, baroku, secesji,
      klasycyzmu i czego tam jeszcze, a jednak zadziwiająco harmonijna i urodziwa.
      Skoro jesteśmy w tym miejscu nie można nie odwiedzić Ruszwurum, kameralnej,
      biedermajerowskiej kawiarenki, do której, jak wieść niesie, z samego Wiednia
      posyłano dyliżanse po kremówki. Tradycja jest żywa, do dziś kremówki są na
      wszystkich stolikach. Niestety, my, po tak sowitym obiedzie, obchodzimy się
      smakiem. Starczy nam filiżanka herbaty.
      Zmierzch zapadł. Pora się żegnać z pięknym, wesołym Budapesztem. Chodźmy więc
      jeszcze na Rybacką Basztę. Ta trochę bajkowa, neoromańska budowla wzniesiona
      na miejscu dawnych murów obronnych to najlepsze miejsce do podziw
    • toskania8 Słoneczniki - urwana końcówka 16.02.07, 21:59
      Zmierzch zapadł. Pora się żegnać z pięknym, wesołym Budapesztem. Chodźmy więc
      jeszcze na Rybacką Basztę. Ta trochę bajkowa, neoromańska budowla wzniesiona
      na miejscu dawnych murów obronnych to najlepsze miejsce do podziwiania
      panoramy Budapesztu. Z wysokiej skarpy doskonale widać doskonale pięknie
      oświetlone mosty, stojący tuż nad brzegiem budynek parlamentu (wzorowany na
      londyńskim), kościoły, hotele, pałace.

      Zegnaj, moje piękne, kochane miasto, w tyle miejsc tym razem nie udało się
      zajrzeć. Tym bardziej trzeba tu będzie wrócić raz jeszcze. I jeszcze…

      I to by było na tyle.

      Ale jeszcze słowo na koniec - chłopcy i dziewczęta, jedźcie do Budapesztu!
      Bilet lotniczy z W - wy tanią linią kosztuje 70 złotych (ze wszystkim !), kto z
      południa ma blisko autobusem; za hotelik w samym centrum, miły i czysty
      zapłaciłam po 70 zł za "osobonoc". Jedzenie pyszne i taniutkie, wino też.
      Piękne, wspaniałe, wesołe miasto. Namawiam !!!

      I na tym kończę moją działalność kronikarską - na ten raz, oczywiście.
      A już za 13 dni następna podróż, a nawet dwie w jednym. A potem jeszcze jedna.
      Się narobiło w tym roku. nawet na tak szaloną podróźniczkę jak ja...



      • maladanka Re: Słoneczniki - urwana końcówka 17.02.07, 08:21
        ojeju jeju....żebym to ja tak potrafiła opisywać!
        Pięknie, tyle wiadomości, a nie nudno...Toskanio,tak sie ciesze,że trafiłas na
        to forum! Nigdzie nikt tak nie opisuje. Niech Ci się podróżne plany sprawdzają
        i pisz,pisz...
      • del.wa.57 Re: Słoneczniki - urwana końcówka 17.02.07, 17:44
        Z wielka przyjemnościa podrożowałam z Toba Toskaniosmile))
        To naprawdę tanio,70zl za bilet a Budapeszt to piękne miasto i warto tam
        pojechać,kto wie może ja tam wróce po latach?
        Miłych wrażeń Toskanio i udanych dalszych wypraw życzę.
        • dankarol Re: Słoneczniki - urwana końcówka 17.02.07, 19:10
          Dzieki Toskanio za wspaniałą wycieczkę, chyba mnie namówiłaś na podróż do
          Budapesztu, tylko niestety ja tak pisać nie umiem.
          • e-baba Re: Słoneczniki pod Górą Gelerta 17.02.07, 20:07
            Toskanio, pięknie się z Tobą podróżuje. To dzięki Twojej umiejętności patrzenia
            i olbrzymiej umiejętności przekazania obrazów i wrażeń. Twoje opowieści - to
            wspaniała lektura, to przebywanie w miejscach, które opisujesz.
            • krista57 Re: Słoneczniki pod Górą Gelerta 17.02.07, 20:54
              Czytając Ciebie mogę tylko sobie powspominac młodośc.Do Budapesztu pierwszy raz
              pojechałam w roku 1975,tam pierwszy raz jechalam metrem,tam pierwszy raz piłam
              kawę espresso i była to moja pierwsza zagraniczna podróż z przygodami.
              Eh! życie....
              • toskania8 Re: Słoneczniki pod Górą Gelerta 17.02.07, 23:20
                Tak właśnie było. W latach 70 - tych i 80 - tych Budapeszt to był pierwszy
                kontakt z Wielkim Światem.
                Pierwszy raz galeria obrazów z dziełami wielkich mistrzów, właśnie pierwsze
                espresso, wielkie, ruchliwe miasto z atmosferką cesarsko - królewską , takie
                inne, niż wszystkie demoludowe stolice. Wtedy, w 72 roku zakochałam się w tym
                mieście od pierwszego wejrzenia, potem byłam tam jeszcze parę razy. I bardzo
                byłam go ciekawa teraz, po wielu, ponad dwudziestu latach, w zupełnie innej
                rzeczywistosci. Teraz, kiedy w międzyczasie widziałam wszystkie prawie stolice
                Eurpoy i nie tylko.
                No i - stara miłość nie rdzewieje, pokochałam je na nowo, i mam nadzieję, że
                jeszcze tam wrócę. A Was - jeszcze raz namawiam gorąco, bo kosztowo osiągalne a
                atmosfera doprawdy nepowtarzalna.
                • graga211 Dzięki! 19.02.07, 10:26
                  Toskanio, bardzo dziękuję za wspaniałe relacje z Twoich podróży
                  img154.imageshack.us/img154/7880/r380aczerkb5bt6.jpg
                  • malwina52 Re: Dzięki! 19.02.07, 12:48
                    ogromne dziekismile)))
                    • regine Re: Dzięki! 20.02.07, 12:31
                      Przeczytałam i jak zwykle jestem pod wielkim wrażeniem Twoich opisów Toskanio smile
                      Bardzo dziękuję smile
Inne wątki na temat:
Pełna wersja