Jak to przechodziliście? Jak to przeżyć nie tracąc zdrowych zmysłów. Co prawda
jeśli mogę się czymś pocieszyć, to tym że nigdy w naszym związku nie było
idealnie. Za duża różnica charakterów, dużo nerwów po drodze, mało szacunku ze
strony żony więc i mało okazywanych uczuć z mojej.
Jednak pomijając to to była moja rodzina, kocham córkę, mimo bólu jaki mi
często zadawała przywiązałem się do żony.
Teraz pustka w domu a ja w bezsilności czasami wyję jakby mnie ktoś mordował.
To jakiś koszmar. Zobaczyłem dziś na mieście reklamy zabaw andrzejkowych, to
dla mnie największa abstrakcja ale wiem że święta będą jeszcze gorsze. Jak
żyć? Przyszłości nie widzę bo jako zatwardziały pesymista nie wierzę, że ew
rozwód wygram. Jakaś cząstka mojej winy też w tym jest, może niewspółmierna do
jej ale jest.
Więc alimenty na nie obie, mnie pozostanie jedynie samotna wegetacja bo na
następny związek nie starczy mi ani sił ani środków.
No i poza wszystkim ja nie miałem praktycznie od zawsze w dzieciństwie
rodziny, teraz ten los spotka moją córkę. Dlatego jak już dojdzie do rozwodu
chciałbym aby żona ułożyła sobie życie na nowo z kimś innym, kimś mam nadzieję
dobrym na tyle, że w życiu codziennym jako ojczym przejąłby moje obowiązki
wobec córki.
Przepraszam, rozkleiłem się na dobre