cathy_bum
04.10.07, 16:21
Zgubiłam bardzo ważną płytę, na której miałam nagrany pewien
dokument. Bez tego to tylko sobie w łeb strzelić. Potrzebne mi to na
dziś, bo jak tego do jutra nie opracuję to mnie szefostwo ubije.
Wszystkie inne płyty leżą sobie razem na kupce, a ta jedna nóg
dostała. A pamiętałam, kiedy ją ostatnio w ręku trzymałam.
Przewaliłam cały dom, Młode mi dzielnie pomagało. Wygląda teraz jak
po przejściu tajfunu, bo na podłodze mieszają się płyty, papiery i
ciuchy. Tylko żywności nie ma, bo lodówkę sobie zostawiłam na koniec.
A płyta JEST!!! Znalazłam!! Spadła gadzina za szafkę (to nic, że dwa
razy tam zaglądałam i jej nie było). Popłakałam się z radości, Młode
kwiczy ze szczęścia, a pies grzebie w pobojowisku.
Fakt, że ja roztrzepaniec jestem (vide mój dawny wątek o spacerze z
psem w samej bieliźnie i parę innych historii). Ja sobie zdaję
sprawę, że moimi przygodami wynikającymi z zakręcenia umysłowego
często rozbawiam towarzystwo. Ale praca to zawsze była dziedzina, w
której byłam pedantyczna aż do bólu. A tu ostatnio coś się dzieje...
Niedawno zawaliłam pewne spotkanie, dziś omal sobie katastrofy na
blond łepetynę nie sprowadziłam. I w ogóle jakoś mi się robota
rozłazi. Powiedzcie, że to jesienne przesilenie...