heymdall
17.04.07, 14:06
Ostatnimi czasy we "Wprost" przeczytałem artykuł o blogach politycznych -
zdziwiła mnie pewna rzecz: nawet ostro lewicowi poważni autorzy wolą polemikę
na blogach prawicy. Jest tam podobno mniej bełkotu w stylu "kaczki=faszyzm",
jaki z lubością uprawia tu (a raczej bezmyślnie powtarza) kilku osobników - i
dlatego dyskutuje się lepiej. Kilka z forów odwiedziłem - jest trochę
ciekawych spostrzeżeń o kłamstwach mediów i prasy nazywajacej siebie niejako
"niezależną" (wybaczcie, że wklejam - wolę pisać z głowy, ale nijak to
streścić, żeby nie zatracic wszystkich smaczków):
1. o "wykształciuchach":
Wykształciuchy, czyli co kogo oburza
Wielu mędrków większego i mniejszego kalibru oburzył wywiad jakiego jakiś czas
temu udzielił Dziennikowi minister Dorn. A właściwie nie tyle sam wywiad owe
multum gromów na głowę ministra ściągnął co jedno słowo, na którego użycie
ten sobie pozwolił. Mianowicie:
"wykształciuchy"
Tym zgrabnym i chwytliwym neologizmem pan minister określił ludzi, którzy
posiadając formalne wykształcenie (tzw. papierek) nie są w stanie pochwalić
się niczym więcej – chyba, że za chwalebne uznamy przekonanie o własnej
wyjątkowości i prawie do pogardliwego traktowania każdego "bez papierka" (ci z
papierkiem ale mający niesłuszne, tj. konserwatywne, poglądy zasługują w
oczach wykształciuchów na jeszcze większą pogardę jako odszczepieńcy). Dla
wykształciucha centrum jego jestestwa jest właśnie ów papierek, który pozwala
patrzeć mu na innych z góry i dlatego każdy głos kwestionujący owo prawo do
wywyższania się traktuje jak cios w największą ze świętości. Takich osobników
zna każdy z nas – czyta taki ale nie rozumie (a właściwie rozumie to, czego
nie napisano – jak w wypadku definicji wykształciucha), mówi ale nie zawiera w
mowie żadnej treści (poza rytualnymi sloganami), marszczy czoło ale nie myśli
(bo to robi za niego pan redaktor z Gazety).
Krytycy oczywistości, którą minister Dorn ubrał w słowo "wykształciuch" na
dźwięk tego wyrazu wpadają w szał. Piszą o pogardzie, o nienawiści, o agresji…
Ci sami ludzie parę miesięcy temu z kąśliwym uśmieszkiem na ustach prawili o
"moherach" i zaśmiewali się do rozpuku z finezyjnych dowcipów na temat tych
"chodzących w fikuśnych beretach zacofanych bab". Okazuje się, że wolno kpić i
poniżać staruszkę słuchającą radia, którego nie lubimy bo to jest trendy, cool
i w najlepszym guście ale wara wam "młode gnoje" (copyright by Adam Michnik)
od naszych świętości... i dyplomów akademickich.
Obrońcy wykształciuchów obrażają większość polskich inteligentów
Wbrew definicji przedstawionej przez twórcę kontrowersyjnego zwrotu jego
krytycy "wykształciucha" rozciągają na całą polską inteligencję. Prof. Środa a
następnie red. Lis piszą, że Dorn obraził każdego, kto zdobył jakikolwiek
tytuł nadawany przez uczelnię wyższą. Ja, w przeciwieństwie do obojga
polemistów, nie czuję się obrażony mimo, że posiadam tytuł magistra. Wręcz
przeciwnie, wdzięczny jestem ministrowi za to, że tak celnie określił
zjawisko, które mimo swej oczywistości dotychczas przez nikogo nie zostało
właściwie nazwane. Mamy tysiące nosicieli dyplomów wyższych uczelni, którzy
wyznają zasady moralne wyniesione wprost z sowieckiego kołchozu – ukraść,
nakłamać, opluć, wetknąć biało-czerwony sztandar w psią kupę. Wielu z tych
osobników na co dzień posługuje się językiem, którego nazwanie "rynsztokowym"
byłoby niezasłużoną obelgą dla rynsztoka. Ludzie ci do łez zaśmiewają się z
prymitywnych dowcipasów podobnych sobie "showmanów" grubiaństwo rodem ze
stalinowskiego kabaretu politycznego nazywając subtelną i celną satyrą
polityczną. Jeśli ktoś ośmieli się zgłosić votum separatum wobec takiego
systemu wartościowania oraz sprowadzania dyskursu publicznego do poziomu
rynsztoka płynącego w programach panów Majewskiego i Wojewódzkiego z miejsca
zostaje zagoniony do kąta jako "piesek reżimu, fetor (tym razem subtelny
copyright by Tomasz Lis) oraz bolszewik".
Pani Środa i pan Lis stwierdzając, że całość (a choćby i tylko większość)
polskich inteligentów to tacy właśnie ludzie rynsztoka i braku zasad obrażają
mnie i miliony pozostałych inteligentów (którzy kochają Polskę, nie rechoczą
ilekroć ktoś zakwacze z ekranu a co drugim słowem padającym z ich ust nie jest
"k..rwa" czy "zajebisty"). Ja jestem w stanie zrozumieć, że redaktor Lis lubi
sobie porzucać mięsem i pooglądać w telewizorze prymitywne "żarciory"… ale
bardzo proszę nie wmawiać mi, że wszyscy (w tym ja) są tacy jak redaktor Lis.
Oczywiście krytycy terminu "wykształciuch" doskonale wiedzą, że przeinaczają
(po ludzku: kłamią) sens słów Dorna. Co by nie powiedzieć o panu redaktorze
Lisie i jego kolegach to oni jednak rozumieją słowo pisane. Jeśli udają, że
jest inaczej to tylko dlatego, że tak jest im wygodniej – jak atakować
znienawidzonego Dorna gdy ten mówi z sensem? Ano włożyć mu w usta coś, czego
nie powiedział i dalej już jakoś pójdzie. Dorn obraził jakąś marginalną
grupkę? No to napiszmy, że "zaatakował nas wszystkich" – zmobilizujmy tych,
którzy bez naszej pomocy nigdy by się nie domyślili, że byli adresatami jego
słów. A co?! Im więcej nas tym większa szansa na wygraną, cel uświęca środki i
usprawiedliwia każde kłamstwo. Nawiasem mówiąc redaktor Lis uwielbia w
dowodzeniu swoich tez posługiwać się argumentami pochodzącymi z rzeczywistości
alternatywnej: w pełnym pasji ataku na Dorna i paru niezależnych publicystów
(Ziemkiewicz, Lisicki) stwierdza, że TVNowski program "Szkoło kontaktowe"
(ponoć kultowy wśród wykształciuchów) oglądają "miliony" I zupełnie nie
przeszkadza mu fakt, że badania oglądalności wskazują, że pisząc o "milionach"
pan redaktor cokolwiek przesadza. Podobnie zresztą było swego czasu w
przypadku rzuconej przez pana redaktora z godną podziwu lekkością uwagi
mającej dezawuować niepokorną firmę sondażową – PGB. Raz uczynił to w trakcie
zeszłorocznej kampanii wyborczej (w swoim polsatowskim programie) a całkiem
niedawno powtórzył swoje nieprawdziwe stwierdzenie w krótkiej wypowiedzi dla
Dziennika. Stwierdził mianowicie, że PGB to taka firma, gdzie w sondażach
zawsze wygrywa Lech Kaczyński. W momencie gdy redaktor wypowiadał te słowa po
raz pierwszy (w roku 2005) na około 30 sondaży prezydenckich ogłoszonych przez
PGB późniejszy zwycięzca elekcji był liderem w mniej więcej co trzecim z nich.
Zaatakowana firma sprostowała informację ale pan redaktor nie raczył
sprostowania wygłosić w ten sam sposób w jaki przekazał społeczeństwu
nieprawdziwą informację (co więcej – powtarzając niedawno swoje nieprawdziwe
stwierdzenie pokazał jak bardzo ceni sobie prawdę i uczciwość komentarza). No
chyba, że problem nie w swobodnym podejściu do prawdy ale w tym, że dla
niektórych 1/3 oznacza tyle co "zawsze"… ale to by dowodziło, że termin
"wykształciuch" do częsci reagujących na niego wściekłością pasuje jak ulał.
Tak czy inaczej ciężko jest znaleźć taką wypowiedź pana redaktora, w której
choć raz nie posłużyłby się on nieprawdą.
Czy polska inteligencja nie zasługuje na to, by obrońcami jej honoru byli
ludzie, którzy nie zwykli w polemice uciekać się do rzucania kłamstw oraz są w
stanie zrozumieć to, co wydrukowano im czarno na białym? I czy w ogóle
potrzebuje ona obrońców skoro nikt (poza jej samozwańczymi adwokatami) jej nie
obrażał?
Każdy kto poznał paru mieszkańców stolicy wie, że można podzielić ich na dwie
grupy: tych, którzy są potwornie dumni z tego, że nie mieszkają "na prowincji"
(którą mają w głębokiej pogardzie) i tych, którzy do miejsca zmieszania
swojego i ludzi spoza Warszawy podchodzą w sposób zupełnie normalny. Tak się
śmiesznie składa, że najgłośniejszymi i najbardziej butnymi "warszawiakami",
tymi, którzy w co drugim zdaniu dowodzą, że poza stolicą jest tylko "bezkresny
syf i zamieszkujące go wieśniaki" są na ogół… niedawni mieszkańcy Pcimia,
Grajdołu Wielkiego czy Trzęsawy. Gdy przypo