Dodaj do ulubionych

Galba i inni

17.04.07, 14:06
Ostatnimi czasy we "Wprost" przeczytałem artykuł o blogach politycznych -
zdziwiła mnie pewna rzecz: nawet ostro lewicowi poważni autorzy wolą polemikę
na blogach prawicy. Jest tam podobno mniej bełkotu w stylu "kaczki=faszyzm",
jaki z lubością uprawia tu (a raczej bezmyślnie powtarza) kilku osobników - i
dlatego dyskutuje się lepiej. Kilka z forów odwiedziłem - jest trochę
ciekawych spostrzeżeń o kłamstwach mediów i prasy nazywajacej siebie niejako
"niezależną" (wybaczcie, że wklejam - wolę pisać z głowy, ale nijak to
streścić, żeby nie zatracic wszystkich smaczków):
1. o "wykształciuchach":
Wykształciuchy, czyli co kogo oburza

Wielu mędrków większego i mniejszego kalibru oburzył wywiad jakiego jakiś czas
temu udzielił Dziennikowi minister Dorn. A właściwie nie tyle sam wywiad owe
multum gromów na głowę ministra ściągnął co jedno słowo, na którego użycie
ten sobie pozwolił. Mianowicie:



"wykształciuchy"

Tym zgrabnym i chwytliwym neologizmem pan minister określił ludzi, którzy
posiadając formalne wykształcenie (tzw. papierek) nie są w stanie pochwalić
się niczym więcej – chyba, że za chwalebne uznamy przekonanie o własnej
wyjątkowości i prawie do pogardliwego traktowania każdego "bez papierka" (ci z
papierkiem ale mający niesłuszne, tj. konserwatywne, poglądy zasługują w
oczach wykształciuchów na jeszcze większą pogardę jako odszczepieńcy). Dla
wykształciucha centrum jego jestestwa jest właśnie ów papierek, który pozwala
patrzeć mu na innych z góry i dlatego każdy głos kwestionujący owo prawo do
wywyższania się traktuje jak cios w największą ze świętości. Takich osobników
zna każdy z nas – czyta taki ale nie rozumie (a właściwie rozumie to, czego
nie napisano – jak w wypadku definicji wykształciucha), mówi ale nie zawiera w
mowie żadnej treści (poza rytualnymi sloganami), marszczy czoło ale nie myśli
(bo to robi za niego pan redaktor z Gazety).

Krytycy oczywistości, którą minister Dorn ubrał w słowo "wykształciuch" na
dźwięk tego wyrazu wpadają w szał. Piszą o pogardzie, o nienawiści, o agresji…
Ci sami ludzie parę miesięcy temu z kąśliwym uśmieszkiem na ustach prawili o
"moherach" i zaśmiewali się do rozpuku z finezyjnych dowcipów na temat tych
"chodzących w fikuśnych beretach zacofanych bab". Okazuje się, że wolno kpić i
poniżać staruszkę słuchającą radia, którego nie lubimy bo to jest trendy, cool
i w najlepszym guście ale wara wam "młode gnoje" (copyright by Adam Michnik)
od naszych świętości... i dyplomów akademickich.

Obrońcy wykształciuchów obrażają większość polskich inteligentów

Wbrew definicji przedstawionej przez twórcę kontrowersyjnego zwrotu jego
krytycy "wykształciucha" rozciągają na całą polską inteligencję. Prof. Środa a
następnie red. Lis piszą, że Dorn obraził każdego, kto zdobył jakikolwiek
tytuł nadawany przez uczelnię wyższą. Ja, w przeciwieństwie do obojga
polemistów, nie czuję się obrażony mimo, że posiadam tytuł magistra. Wręcz
przeciwnie, wdzięczny jestem ministrowi za to, że tak celnie określił
zjawisko, które mimo swej oczywistości dotychczas przez nikogo nie zostało
właściwie nazwane. Mamy tysiące nosicieli dyplomów wyższych uczelni, którzy
wyznają zasady moralne wyniesione wprost z sowieckiego kołchozu – ukraść,
nakłamać, opluć, wetknąć biało-czerwony sztandar w psią kupę. Wielu z tych
osobników na co dzień posługuje się językiem, którego nazwanie "rynsztokowym"
byłoby niezasłużoną obelgą dla rynsztoka. Ludzie ci do łez zaśmiewają się z
prymitywnych dowcipasów podobnych sobie "showmanów" grubiaństwo rodem ze
stalinowskiego kabaretu politycznego nazywając subtelną i celną satyrą
polityczną. Jeśli ktoś ośmieli się zgłosić votum separatum wobec takiego
systemu wartościowania oraz sprowadzania dyskursu publicznego do poziomu
rynsztoka płynącego w programach panów Majewskiego i Wojewódzkiego z miejsca
zostaje zagoniony do kąta jako "piesek reżimu, fetor (tym razem subtelny
copyright by Tomasz Lis) oraz bolszewik".

Pani Środa i pan Lis stwierdzając, że całość (a choćby i tylko większość)
polskich inteligentów to tacy właśnie ludzie rynsztoka i braku zasad obrażają
mnie i miliony pozostałych inteligentów (którzy kochają Polskę, nie rechoczą
ilekroć ktoś zakwacze z ekranu a co drugim słowem padającym z ich ust nie jest
"k..rwa" czy "zajebisty"). Ja jestem w stanie zrozumieć, że redaktor Lis lubi
sobie porzucać mięsem i pooglądać w telewizorze prymitywne "żarciory"… ale
bardzo proszę nie wmawiać mi, że wszyscy (w tym ja) są tacy jak redaktor Lis.

Oczywiście krytycy terminu "wykształciuch" doskonale wiedzą, że przeinaczają
(po ludzku: kłamią) sens słów Dorna. Co by nie powiedzieć o panu redaktorze
Lisie i jego kolegach to oni jednak rozumieją słowo pisane. Jeśli udają, że
jest inaczej to tylko dlatego, że tak jest im wygodniej – jak atakować
znienawidzonego Dorna gdy ten mówi z sensem? Ano włożyć mu w usta coś, czego
nie powiedział i dalej już jakoś pójdzie. Dorn obraził jakąś marginalną
grupkę? No to napiszmy, że "zaatakował nas wszystkich" – zmobilizujmy tych,
którzy bez naszej pomocy nigdy by się nie domyślili, że byli adresatami jego
słów. A co?! Im więcej nas tym większa szansa na wygraną, cel uświęca środki i
usprawiedliwia każde kłamstwo. Nawiasem mówiąc redaktor Lis uwielbia w
dowodzeniu swoich tez posługiwać się argumentami pochodzącymi z rzeczywistości
alternatywnej: w pełnym pasji ataku na Dorna i paru niezależnych publicystów
(Ziemkiewicz, Lisicki) stwierdza, że TVNowski program "Szkoło kontaktowe"
(ponoć kultowy wśród wykształciuchów) oglądają "miliony" I zupełnie nie
przeszkadza mu fakt, że badania oglądalności wskazują, że pisząc o "milionach"
pan redaktor cokolwiek przesadza. Podobnie zresztą było swego czasu w
przypadku rzuconej przez pana redaktora z godną podziwu lekkością uwagi
mającej dezawuować niepokorną firmę sondażową – PGB. Raz uczynił to w trakcie
zeszłorocznej kampanii wyborczej (w swoim polsatowskim programie) a całkiem
niedawno powtórzył swoje nieprawdziwe stwierdzenie w krótkiej wypowiedzi dla
Dziennika. Stwierdził mianowicie, że PGB to taka firma, gdzie w sondażach
zawsze wygrywa Lech Kaczyński. W momencie gdy redaktor wypowiadał te słowa po
raz pierwszy (w roku 2005) na około 30 sondaży prezydenckich ogłoszonych przez
PGB późniejszy zwycięzca elekcji był liderem w mniej więcej co trzecim z nich.
Zaatakowana firma sprostowała informację ale pan redaktor nie raczył
sprostowania wygłosić w ten sam sposób w jaki przekazał społeczeństwu
nieprawdziwą informację (co więcej – powtarzając niedawno swoje nieprawdziwe
stwierdzenie pokazał jak bardzo ceni sobie prawdę i uczciwość komentarza). No
chyba, że problem nie w swobodnym podejściu do prawdy ale w tym, że dla
niektórych 1/3 oznacza tyle co "zawsze"… ale to by dowodziło, że termin
"wykształciuch" do częsci reagujących na niego wściekłością pasuje jak ulał.
Tak czy inaczej ciężko jest znaleźć taką wypowiedź pana redaktora, w której
choć raz nie posłużyłby się on nieprawdą.

Czy polska inteligencja nie zasługuje na to, by obrońcami jej honoru byli
ludzie, którzy nie zwykli w polemice uciekać się do rzucania kłamstw oraz są w
stanie zrozumieć to, co wydrukowano im czarno na białym? I czy w ogóle
potrzebuje ona obrońców skoro nikt (poza jej samozwańczymi adwokatami) jej nie
obrażał?

Każdy kto poznał paru mieszkańców stolicy wie, że można podzielić ich na dwie
grupy: tych, którzy są potwornie dumni z tego, że nie mieszkają "na prowincji"
(którą mają w głębokiej pogardzie) i tych, którzy do miejsca zmieszania
swojego i ludzi spoza Warszawy podchodzą w sposób zupełnie normalny. Tak się
śmiesznie składa, że najgłośniejszymi i najbardziej butnymi "warszawiakami",
tymi, którzy w co drugim zdaniu dowodzą, że poza stolicą jest tylko "bezkresny
syf i zamieszkujące go wieśniaki" są na ogół… niedawni mieszkańcy Pcimia,
Grajdołu Wielkiego czy Trzęsawy. Gdy przypo
Obserwuj wątek
    • heymdall Re: o Pierwszych Damach 17.04.07, 14:09
      kolejne wklejanie (dla ułatwienia link www.galba.net.pl/ ):

      Gdy już przestałem się dziwić widokowi mówiącego ludzkim językiem Wrońskiego
      moje oko wychwyciło komentarz Moniki Olejnik w Dzienniku. "Ranking Pierwszych
      Dam" idzie pod prąd obowiązującej w naszym kraju wykładni elegancji. Mnie akurat
      nie dziwi, że Marię Kaczyńską można stawiać wyżej od odpustowej Jolki.
      Zaskoczyło mnie to, że do takich wniosków doszła klęcząca dotychczas przed
      państwem ex- preziostwem lwica medialnego Salonu. Zaskoczyło mile.



      Niech tekst pani Olejnik będzie pretekstem do poczynienia kilku uwag na temat,
      który fascynował mnie mniej więcej od 1995 roku. Chodzi mi o fenomen Pary
      Preziowskiej: osobnik formatu powiatowego kacyka PZPR i jego wyszarpana z
      meksykańskiej telenoweli małżonka przez całe lata uchodzili, w oczach pokaźnej
      części społeczeństwa, za wzory elegancji i światowości. Zachwyt fenomenem owej
      pary ożył we mnie lekko w ostatnim czasie dzięki temu, że Pan Prezio postanowił
      wrócić do show-biznesu i odbyć tryumfalne tournee po stacjach telewizyjnych.



      Pełen uznania cmok na widok Kwaśniewskich wydobywał się zawsze z osobników,
      których tak celnie przed niemal rokiem zdiagnozował minister Dorn nazywając ich
      "wykształciuchami". Chodzi o osoby posiadające lub aspirujące do posiadania
      świstka papieru, który , w ich mniemaniu, stanowi o ich wartości. Nieważne co w
      głowie i sercu, ważne co w papierach. A kto nie ma papierka ten tłumok i buc
      zacofany (nie mylić z bucem lewicowym czyli Szmajdzińskim). Wykształciuch, jako
      osobnik zakompleksiony, szuka wzoru (idola), który nie przewyższałby go zanadto
      i wmawia sobie oraz otoczeniu, że ów podrzędny idol (który w swej miałkiej
      nijakości przypomina swego wielbiciela) jest ucieleśnieniem wszystkiego co
      eleganckie, mądre, szlachetne i wzorcowe.



      Kwaśniewski (wraz z małżonką) do roli terapeutycznego idola-miernoty nadaje się
      jak mało kto. Z jednej strony kolorowe pisma oraz media elektroniczne twierdzą
      autorytatywnie, że Kwachu to arbiter elegantiarum (idol). Z drugiej każdy może
      posłuchać jego bełkotu (strach powiedzieć ale bełkot Kwaśniewskiego jest
      bardziej absurdalny od rojeń Wałęsy), pooglądać jego pijackie fotki, zobaczyć
      jak wieje po drabinie (miernota). Osobnik o niskiej samoocenie patrząc na niego
      zawsze może pomyśleć: "lubię chłopa, jestem dokładnie taki sam jak on, a skoro
      on jest super to i ja taki muszę/mogę być, skoro on opowiadając okrągłe,
      pozbawione treści komunały jest uosobieniem mądrości to pewnie i ja najgłupszy
      nie jestem bo w końcu też potrafię tak pierdzielić bez sensu i końca".



      Takiego też Olka zobaczyłem ostatnio u Lisa (Polsat) oraz w Teraz My (TVN).
      Akcent z Marsa, dowcip o lekkości dwóch Kaliszów i jednego Senyszyna, bufonada
      na melodię "bo ja już taki jestem, że kocham ludzi", fenomenalne pomysły na
      Polskę rodem z pamiętnika uczennicy gimnazjum (trzeba ufać ludziom, trzeba
      dobrze pracować dla dobra ogółu i od razu będzie super). Tak. Aleksander jest w
      formie! Spokojnie chwyci za kompleksy… przepraszam, za serce tabuny
      wykształciuchów. Jeśli jeszcze uda się oderwać od bezy Matkę Boską TVNowską i
      także puścić ją w objazd po Polsce, w trakcie którego ta święta, kapiąca złotem
      postać będzie pochylać się nad niedolą śmiertelników, to sukces murowany. I
      tylko Donald będzie się drapał w głowę mrucząc "coście zrobili z moimi
      procentami?!".



      Tak więc wczoraj zadziwiły mnie rozsądne teksty trojga ludzi, których generalnie
      uważam za nierozsądnych.



      Kto zadziwi mnie dziś? I czy znowu będzie to zaskoczenie pozytywne?
    • heymdall ..i na dobicie: 17.04.07, 14:13
      W dniach okołorocznicowych media pełne są wspomnień o Janie Pawle II oraz
      zapewnień o Jego wielkiej, nieprzemijającej, ponadczasowej mądrości, która
      pozostanie z nami na wieki. TVN, Gazeta Wyborcza, Dziennik (Nasz i bezpański),
      Rzeczpospolita, Polsat i wszystko inne co się drukuje bądź wypuszcza w eter.
      Wszyscy w skupieniu, z powagą twarzy, drżącym ze wzruszenia głosem (lub piórem)
      zgodnie deklarują przywiązanie do Jego nauczania, wierność Jego wskazówkom,
      uznanie dla Jego pomysłów na świat i człowieka. Oczywiście zupełnie szczerze…


      Tydzień temu, spora część mediów swą bohaterką uczyniła niejaką Alicję Tysiąc.



      Dziennikarze, którzy ze ściśniętymi gardłami, ledwie panując nad reżyserowanym
      wzruszeniem opowiadają o swoim przejęciu Jego naukami parę dni wcześniej
      wzruszali nas historią "niepozornej ale jakże silnej" baby, która poszła do
      eurosądu ze skargą na Polskę za to, że nie mogła zabić swojego dziecka. Pewien
      dziennik poświęcił nawet temu odrażającemu babsztylowi rozkładówkę swojego
      poniedziałkowego dodatku drukowanego na lśniącym, skrzącym się kolorami
      papierze. Alicja jest super, Alicja przewietrzyła zatęchły ciemnogród. Alicja
      walczy o godność człowieka. Zupełnie tak, jak Jan Paweł II…



      Przyznam szczerze, że dziwi mnie, że żaden tytuł nie zaproponował Alicji Tysiąc
      kolumny (albo i dwóch) na jej rozważania o wielkości Papieża. Mogłaby pisać o
      tym, jak ważne było Jego nauczanie, jak się nim stara kierować w życiu
      codziennym i jak będzie przekazywać pamięć i miłość do Niego swojemu
      najmłodszemu dziecku. Dziecku, które przyszło na świat ponieważ jacyś opętani
      przez szatana klero-faszyści uniemożliwili jego ekstrakcję z pani Tysiąc.



      Myślę, że tekst taki mógłby spokojnie ukazać się w gazecie, która pamięć Jana
      Pawła II czciła swego czasu publikowaną z wielką pompą marketingową Ewangelią TW
      Judasza. Jedyną prawdziwą i przełamującą krzywdzące stereotypy. Że gazeta ta ma
      Jana Pawła II głęboko w sercu wiemy, bo publikuje liczne kolorowe dodatki Jemu
      poświęcone. Jan Paweł II – Nasz Święty. "Nasz", czyli naszej postępowej gazety.



      Jan Paweł II głosił rzeczy całkowicie sprzeczne z poglądami oraz z linią
      polityczną zdecydowanej większości mediów. Tych, którzy nie są nim a głoszą
      podobne poglądy media zwykły przedstawiać, w najlepszym wypadku, jako
      niegroźnych wariatów. Jednak On miał siłę, dysponował czymś, co we współczesnej
      cywilizacji telewizyjnej jest szalenie ważne – miał wizerunek (image) Tego
      Dobrego. Dlatego "progresjoniści" nie mogli atakować go wprost (przynajmniej nie
      w Polsce).



      Jeśli nie możesz kogoś pokonać, przyłącz się do niego. A jeszcze lepiej spraw by
      to on przyłączył się do ciebie… Przynajmniej w oczach tych, dla których jest on
      ważny.



      Jak poradzono sobie z problemem głoszącego wsteczne idee Jana Pawła II? W bardzo
      prosty sposób. Wystarczyło zbanalizować Go konsekwentnie przerabiając
      przewodnika i autorytet moralny w herosa popkultury. Nieważne co mówi, nie
      zwracajcie na to uwagi. Popatrzcie raczej jak On cierpi, jakie to ciekawe i
      przejmujące… zupełnie jak Rocky Balboa na ringu. O! A teraz mówi o kremówkach.
      Wiedzieliście, że On uwielbia kremówki? A Angelina Jolie ich nie lubi, woli
      bajaderki. A wiecie kto Mu szyje buty? Tak, ten sam szewc, u którego obuwie
      zamawia Jan Suzin. Kochamy Go, jest jak Batman i John McClane (Szklana Pułapka)
      razem wzięci…



      A teraz pytanie: kogo obchodzi co do powiedzenia na ważne tematy ma Batman?
    • heymdall .. o Michniku i jego spojrzeniu na Polskę: 17.04.07, 14:17
      Guru przemówił
      autor: Galba , Wed 28 Mar 2007 06:45 AM CEST

      Adam Michnik przemówił. Co prawda nie w Polsce i nie do Polaków, ale zawsze coś.
      Na łamach niezwykle przyjaznego Polsce dziennika New York Times opublikował
      tekst poświęcony mizernej kondycji demokracji nad Wisłą.

      Na wstępie autor przybliża amerykańskiemu czytelnikowi historię najnowszą
      Polski: mroki II wojny światowej a potem radosny dzień akcesji do Unii
      Europejskiej. 50 lat komunizmu zasłużyło jedynie na niewielką wzmiankę w zdaniu,
      którego sens sprowadza się do tego, że w PRL opozycjoniści siedzieli za kratami
      bo chcieli akcesji do Unii. Niestety po przystąpieniu do UE Polska oraz inne
      kraje Europy Środkowej, zdaniem Michnika, odwróciły się do Unii plecami.

      Michnik opisuje polskie życie polityczne podając trzy przykłady aktywności
      polskich działaczy publicznych. Dla czytelnika NYT, czyli kogoś, kto o Polsce
      wie tylko tyle, że to tam wymyślono holokaust oraz zbudowano "polskie obozy
      zagłady" są to zapewne jedyne wieści na temat tego, co się dzieje w Polsce. Tak
      więc, wg Michnika, który taką wizję naszego kraju sprzedaje swoim nowojorskim
      czytelnikom, typową formą aktywności politycznej w Polsce są: (1) występy
      Macieja Giertycha, który szokuje europarlament hołdami oddawanymi generałowi
      Franco, (2) sejmowe modlitwy o deszcz, (3) intronizacja Chrystusa na Króla RP.
      Te trzy, typowe dla polskiego zaścianka, formy aktywności politycznej są
      koronnym dowodem wspierającym tezę Michnika, że polski rząd nie "katapultuje
      kraju do przodu" lecz spogląda wstecz marnując szansę powstałą w "radosnym dniu"
      akcesji do Unii.

      Ale to tylko wstęp. Dopiero po nakreśleniu ogólnego obrazu Polski jako kraju, w
      którym Parlament nie zajmuje się niczym poza modłami o deszcz i intronizacją
      Chrystusa, Michnik może przejść do najważniejszego. Do zbrodni lustracyjnej.

      Oto co pisze Guru:

      Najnowszym pomysłem polskiej koalicji rządzącej jest "lustracja", czyli
      poszukiwanie i wykluczanie z życia publicznego wszystkich ludzi, którzy zostaną
      zidentyfikowani jako tajni współpracownicy służb specjalnych w latach 1944-1990.
      Poszukiwania będą trwać 17 lat i dotkną około 700.000 osób, w tym: prawników,
      menagerów bankowych, członków rad nadzorczych, urzędników, naukowców i
      dziennikarzy. Każdy musi oświadczyć czy był współpracownikiem. Jeśli ktoś odmówi
      złożenia oświadczenia lub złoży fałszywe, ten zostanie pozbawiony prawa
      wykonywania swojego zawodu przez 10 lat.

      Dalej Michnik wspomina o poniżającym charakterze oświadczeń oraz o tym, że SB
      fałszowała swoje akta.

      Już w pierwszym zdaniu cytowanego ustępu Guru kłamie. Lustracja nie jest
      "najnowszym" pomysłem. Trudno tak nazwać ideę, która powstała 17 lat temu.
      Kłamstwo Michnika ma służyć przekonaniu amerykańskiego czytelnika, że oto polski
      rząd w kilkanaście lat po likwidacji SB zabiera się za tropienie jej agentury.
      Widzisz, drogi nowojorczyku, jacy to idioci? Przez 17 lat olewali sprawę i nagle
      teraz przyszło im do głowy lustrować… Oczywiście drogi nowojorczyk nie dowie się
      z tekstu Guru tego, co wie każdy nad Wisłą. Michnik mu nie napisze, że on i jego
      potężny koncern medialny przez ostatnie kilkanaście lat zrobili wszystko by
      lustrację uniemożliwić. Nie dowie się także, że Guru, którego brzydzi grzebanie
      się w teczkach, sam w tym źródle SBeckiej ohydy pluskał się radośnie (i
      nielegalnie) w roku 1990. Czego się wtedy dowiedział i jak tę wiedzę wykorzystał
      tego nie wie nie tylko czytelnik NYT ale i my, Polacy. Wiemy za to, w
      przeciwieństwie do nabywców NYT, że Polska po roku 1989 była folwarkiem licznych
      grup mafijno-biznesowych wywodzących się z byłej bezpieki. Wiemy, że więzi jakie
      łączyły konfidentów z SB (i innymi służbami) nie zostały zerwane po likwidacji
      PRL. Wiemy, że to właśnie te więzi stanowiły o żywotności i sile oligarchicznego
      układu, który pasożytując na Polsce niweczył jej szanse na szybki rozwój. Wiemy
      także, że podobną do polskiej operację przeprowadziła większość naszych
      sąsiadów. Oczywiście to, co my wiemy, tego Michnik woli swojemu amerykańskiemu
      odbiorcy nie mówić. Znacznie wygodniej jest epatować masowością współczesnego
      "polowania na czarownice" (700.000 osób).

      Aż dziw, że w tekście Michnika nie pada nazwisko McCarthy (też, jak wiadomo,
      prześladował Bogu ducha winnych komunistów). Padają za to inne nazwiska.
      Bardziej współczesne. Okazuje się, że obecna koalicja rządowa to mix G.W.Busha
      ("konserwatywna retoryka" – tfu!) i W.Putina ("praktyka działania"). Michnik
      szerzej zajmuje się podobieństwem do Putina: polski rząd, tak jak administracja
      Putina, prowadzi atak na wolne media, ogranicza społeczeństwo obywatelskie (w
      jaki sposób, tego niestety się nie dowiadujemy), centralizuje władzę, przesadnie
      eksponuje wewnętrzne i zewnętrzne zagrożenia dla kraju. No i oczywiście ta
      potworna polityka zagraniczna: Polska Kaczyńskich, przez niezrozumiały upór przy
      twierdzeniu, że to Niemcy wywołali II wojnę światową oraz że sowieci postąpili
      nieładnie kilkanaście dni później (i postępowali tak przez następnych
      kilkadziesiąt lat), wyautowała się na margines cywilizowanego świata. A przecież
      każdy prawdziwy europejczyk chciałby by Polska była w samym sercu tegoż świata –
      wystarczy paść na kolana, dać się poklepać po plecach Kremlowi (czasem ciężko
      się połapać czy ten Putin to zły jest czy dobry), przeprosić Niemców za polskie
      zbrodnie wojenne, podpisywać w ciemno wszystko co nam podsuną sklerotycy z
      Komisji Europejskiej. Wtedy będziemy cool i już nie będziemy "budzić demonów
      europejskiej historii" (czyżby Guru sugerował, że obecną, nieodpowiedzialną
      polityką Polska uzasadniała twierdzenie o "bękarcie Traktatu Wersalskiego",
      którego istnienie jest absurdalną pomyłką cywilizowanych narodów?).

      Ale nie martwmy się. Nie jesteśmy sami. Cała Europa Środkowa zawodzi Mistrza.
      Równie paskudni są Węgrzy, Słowacy, Litwini i Czesi. Oni też nie pożytkują czasu
      na radosne pląsy w rytm IX Symfonii lecz tarzają się w brudach populizmu i
      ksenofobii. Najciekawszy jest fragment dotyczący Węgier:

      Na Węgrzech premier przyznał, że w odpowiedzi na żądania, których rząd nie mógł
      spełnić "kłamaliśmy od rana do nocy". Prawicowo-populistyczna prawica (FIDESZ –
      przyp. Galba) zareagowała: "Zdrajca, komunistyczna świnia!".

      Na czym polega tragizm węgierskiej sytuacji? Na tym, że
      "prawicowo-populistyczna" opozycja powiedziała o czerwonej świni, że jest
      czerwoną świnią… Ze słów Michnika można by wywnioskować, że socjalistyczny rząd
      kłamał by… uspokoić hołotę, która stawiała jakieś nierealne żądania. Kłamał, że
      żądania te są spełniane a tymczasem prowadził rozsądną, korzystną dla kraju
      politykę. O rzeczywistych skutkach polityki tak podle znieważonego (czerwona
      świnia) premiera Michnik milczy. Wiadomo: prawica to populizm, lewica oznacza
      europejskość (czyli, jak dalej pisze Guru, mix Chrześcijaństwa i idei Oświecenia).

      Trzeba oddać Michnikowi, że przynajmniej przypuszcza skąd sukcesy
      "populistycznych antykomunistów o twarzach bolszewików":

      Możliwe, że głuchota tych, którzy kierowali transformacją, na dramaty tych,
      którym nie wyszło, przygotowała grunt pod wyborcze sukcesy populistów.

      Tak. To bardzo możliwe. Sądzę jednak, że Guru nie docenia wagi jeszcze jednego
      elementu. Może hołocie po prostu znudziło się bezczynne przyglądanie się
      kradnącym miliardy aparatczykom partii komunistycznej i dogadanym z nimi byłym
      dysydentom (często przez lata "negocjującym" z SB)? Może stwierdzili, że w końcu
      warto posadzić paru złodziei za kratkami? Może mieli dość kapitalizmu
      politycznego prezia? Tak, to możliwe… Chociaż pewności nie ma.

      W ostatnich akapitach swojego tekstu w NYT Michnik popada w profetyczną
      egzaltację. Oczyma swego wielkiego serca widzi przyszłość. A ta jest piękna:

      Przez lata dyktatury Polacy nauczyli się, że muszą bronić swej wolności, dziś
      wiedzą jak to czynić. Dowiodą tego podczas następnych wyborów. A Unia Europejska
      pozost
    • heymdall o "GW" jako medium bezstronnym: 17.04.07, 14:21
      tongue_out.. www.galba.net.pl/blog/_archives/2007/3/14/2803580.html
    • heymdall o zmartiwonych wiecznie inteligantach: 17.04.07, 14:23
      Jak oni pięknie i przekonująco się o nas martwią
      autor: Galba , Sun 18 Mar 2007 05:35 PM CET

      W zeszłotygodniowym wydaniu "Polityki" (nr 11/2007) zamieszczono artykuł pt. Jak
      PiS nas podzielił. Słysząc radiową reklamę tygodnika, w której ów tekst
      eksponowano szczególnie mocno uznałem, że chodzi o lustrację dziennikarzy. Owymi
      podzielonymi "nami", jak sądziłem, będą dziennikarze, którzy rzucili się sobie
      wzajemnie do gardeł z okazji akcji obywatelskiego warcholstwa organizowanego
      przez grupę rozpolitykowanych pismaków o lewicowych i prokomunistycznych
      sympatiach. Pomyliłem się jednak.

      W czasie zakupów w supermarkecie sięgnąłem po wymieniony wyżej periodyk i z
      zaskoczeniem przeczytałem, że tekst panów Janickiego i Władyki nie jest
      wezwaniem do zgody dziennikarskiej i powrotu do wspólnego ataku na PiS. Panowie
      patrzą szerzej. Owi "my", których podzieleniem martwi się duet autorów, to Polacy.

      Polska wg "Polityki"

      Autorzy artykułu malują obraz Polski AD 2007. Takiej, jaką ona IM się wydaje
      być. Kraj pogrążył się w wojnie domowej. Brat podrzyna gardło siostrze, ojciec
      podkłada bombę córce, matka sączy truciznę do zupy syna, wnuczek luzuje śruby w
      wózku inwalidzkim babci… Oczywiście brat, ojciec, matka i wnuczek są
      fanatycznymi zwolennikami braci Kaczyńskich a siostra, córka, syn i babcia
      zdroworozsądkowo wybierają PO lub, jeszcze lepiej, Lewicę albo i Demokratów. Te
      niezdrowe emocje rozpalili, w celu realizacji swoich cynicznych planów,
      przywódcy PiS i podniecają je wciąż by w ten sposób kontrolować żrące się
      społeczeństwo.

      Zacznijmy od uwagi natury formalno-zdrowotnej: obu autorom tekstu przydałaby się
      kuracja. Niedroga i niewymagająca refundacji przez NFZ. Za to bardzo skuteczna.
      Wystarczy kubeł wypełniony po brzegi zimną (im bardziej tym lepiej) wodą.
      Stosować zewnętrznie – na głowę. W razie konieczności powtórzyć. W 9 na 10
      przypadków przywidzenia ustępują.

      Tak więc powiedzmy sobie jasno: Polska panów z "Polityki" jest ICH Polską. Bo w
      mojej żyją wyborcy PiS, PO a nawet SLD i rozmawiają ze sobą, przyjaźnią się,
      wspólnie spędzają czas. Nikt nikomu nie odrąbuje głowy, nikt nikogo nie wykreśla
      z testamentu, nikt nawet nie myśli by się z kimś żreć o tak nieważne sprawy jak
      te, którymi panowie z "Polityki" najwyraźniej żyją od 6 rano do 23 wieczorem.
      Owszem, w mediach wygląda to inaczej ale nie mylmy Polski medialnej i Polski
      prawdziwej. Panowie Janicki i Władyka (a wraz z nimi całe tabuny innych
      dziennikarzo-polityków) produkują artykuły, materiały telewizyjne, audycje
      radiowe wręcz eksplodujące polityczną agresją i nienawiścią i są święcie
      przekonani, że skoro oni, posiadający władzę w postaci możliwości przemawiania
      do milionów, tę agresję propagują to czytelnicy-szaraki automatycznie żyją
      według tego wzoru. Nic z tego.

      Czy "podziały" zaczęły się w 2005 roku?

      Oczywiście nie jest też tak, że Polaków zupełnie nie obchodzi to, co się dzieje
      w sferze polityki. Co prawda kraju nie opanowała powszechna nienawiść, o której
      piszą autorzy tygodnika postkomuny ale podziały polityczne są czytelne i
      wyraźne. Jak w każdym kraju poza Koreą Północną (gdzie podziałów nie ma dzięki
      światłej polityce mistrza osiągania pokoju społecznego Kim Dzong Ila). Jednak
      nie tylko głębokość tych podziałów i ich waga dla codziennego życia Polaków
      zostały w tekście Polityki zakłamane. Także ich geneza, moment, kiedy się
      ujawniły jest cokolwiek inny od tego, co opisują Janicki z Władyką. Według obu
      panów Polska do 2005 r. była krainą spokoju i jednomyślności. Polacy byli
      wielką, kochająca się rodziną rządzoną przez niedoskonałych ale jednak
      przyzwoitych, roztropnych mężów stanu, których kochały masy (choć nie
      bezkrytycznie). Potem przyszły Kaczory i wszystko zepsuły.

      I znowu: moja Polska wyglądała trochę inaczej niż kraj opisywany przez dyżurne
      pióra Salonu. Naród podzielił się ponad pół wieku temu, w chwili gdy Polską
      zawładnęli sponsorowani przez Stalina zdrajcy. Przytłaczająca większość stanęła
      po stronie dobra, reszta wybrała czerwoną legitymację. Z biegiem lat proporcje
      się zmieniały (rosły pokolenia ludzi przekonanych, że komunizm to normalność)
      ale podział wciąż był aktualny. W chwili formalnego odzyskania niepodległości
      (1989) Polacy byli podzieleni na 3 równe sobie siłą obozy: 1/3 po stronie PZPR
      (tyle głosów padło w ’89 na listę rządową), 1/3 po stronie "różowej" opozycji,
      1/3 na pozycjach opozycji prawicowej. Szczególnej mocy podziały te nabrały w
      latach 1990-93 kiedy najpierw przewagę zyskała 1/3 prawicowa (dzięki chwilowemu
      osłabieniu części PZPRowskiej) by potem oddać inicjatywę połączonym siłom
      czerwonych i różowych. Wtedy to ustalony został i utrwalił się schemat
      podziałów, które trwają do dziś: czerwoni i różowi (Salon) przeciwko prawicy
      (Ciemnogród lub Mohery).

      Podział trwał i ani na chwilę nie zatracił swej ostrości. Dlaczego więc
      niektórzy udają, że do 2005 go (podziału) nie było? To proste. Po prostu w
      latach III RP władzę sprawowali reprezentanci owego bloku czerwono-różowego,
      czyli ideowi kumple tych, który dziś tak płaczą nad utraconą jednością
      polityczno-moralno-ideową Narodu. Co więcej wtedy posiadali oni nieograniczoną i
      monopolistyczną władzę nad sferą przekazu społecznego. "Na dole" mogli sobie być
      jacyś oszołomieni prawicowcy ale w mediach kreowano świat pełnej zgody: pan z UW
      debatował z panem z SLD i wspólnie zastanawiali się czy dany pogląd jest bardzo
      dobry czy też jeszcze lepszy. Np. w czasie pamiętnego referendum europejskiego
      do debat telewizyjnych zapraszano wyłącznie przedstawicieli ugrupowań mających
      właściwy stosunek do przegłosowywanej kwestii: debata 3 zwolenników wspieranych
      przez równie entuzjastycznego dziennikarza to był wówczas standard.

      Mąciwodów i innych oszołomów po prostu wyeliminowano z obiegu. Mogli sobie
      istnieć wyłącznie w marginalnych pisemkach i funkcjonować pod czujnym okiem
      bohaterskich oficerów z UOP. Znaczącą grupę społeczną pozbawiono jej
      reprezentacji w polityce oraz sferze przekazu społecznego. Jednak to nie
      sprawiło, że ludzie przestali wyznawać owe "zakazane" poglądy. Panowie z
      Polityki! To szokujące ale wyście przez całe lata żyli w jednym kraju z
      milionami kaczystów! To, że udało się ich na kilkanaście lat uciszyć (nierzadko
      przy użyciu tajnej policji) nie znaczy, że ich nie było.

      Ponadto, jak już napisałem wcześniej, rzeczywistość medialna a rzeczywistość
      faktyczna to dwie różne rzeczy. Gdy wam (panowie z "Polityki") się wydawało, że
      ciemny lud łyka to, co mu sączycie z ekranu czy stron gazet on wiedział swoje.
      To, żeście milczeli jak zaklęci o pijackich ekscesach Kwaśniewskiego nie
      oznaczało, że ludzie (przynajmniej w tej bardziej świadomej części) o nich nie
      wiedzieli. Wyście się zachwycali wspaniałą fundacją Pierwszej Damy i Wybitnego
      Lobbysty a owa 1/3 kaczystów już czuła smród i bynajmniej nie chciała udawać, że
      właśnie wącha najprzedniejszą perfumę z Paryża.

      Wam, panowie z "Polityki", to pasowało. Niech se sfrustrowane oszołomy gardłują
      w niszowych pisemkach a my w naszych masmediach będziemy pokazywać jedynie
      słuszny, cukierkowy obraz prężnie rozwijającego się tygrysiątka Europy. Na tym
      polegała ta wasza "zgoda narodowa". Nie na faktycznym konsensusie lecz na
      zatkaniu gąb tym, który mieli zdanie odrębne.

      Szczerze mówiąc sądzę, że panowie Janicki i Władyka zupełnie poważnie myślą, że
      mają rację. To środowisko po prostu uznało się kilkanaście lat temu (a może
      wcześniej?) za prawowitego posiadacza Polski. Jeśli ktoś owo prawo własności
      kwestionował, ten był łajdakiem, oszołomem i człowiekiem chorym psychicznie (jak
      Herbert w opinii Gazety Wyborczej). A przecież opinii takich ludzi poważnie
      traktować nie można. Dlatego ich zdanie odrębne można było spokojnie uznać za
      niebyłe. I co pozostaje po wyeliminowaniu poglądów owych nieodpowiedzialnych
      "strasznych ludzi"? Konsensus. Ten, którego tak dziś brakuje sierotom po III RP.

      "Niech jedzą ciastka" – tak błysk
    • heymdall bunt jedynie słusznych dziennikarzy .. 17.04.07, 14:33
      Wroński, co pan wypisuje?!
      autor: Galba , Wed 07 Mar 2007 02:36 PM CET

      Motto: Nie jestem prawnikiem, ale prawo polega zazwyczaj na zakazie.
      Jeśli prawo coś ci nakazuje możesz tego nakazu nie wykonać.

      Paweł Wroński

      Konkurs na najbardziej odlotowe uzasadnienie warcholstwa lustracyjnego w
      wykonaniu Ewy Milewicz, Wojciecha Czuchnowskiego i jeszcze jednego, podobno
      znanego, dziennikarza (Przekrój) trwa. Dziś w szranki stanął Paweł Wroński.

      W tekście "Igor, co ty wypisujesz?" dziennikarz GW odnosi się do krytyki postawy
      swoich redakcyjnych kolegów jaką przeprowadził na swoim blogu (i nie tylko tam)
      Igor Janke. Kontra Wrońskiego idzie po takiej linii:

      1. Ewa Milewicz "łamała prawo w 1968, 1976 i 1980" i w sumie wyszło to Polsce na
      dobre więc krytykowanie jej dziś za to, że robi to samo (oraz namawia do tego
      innych) jest głupie.

      2. Ewa Milewicz ma prawo robić ze swoim życiem co chce więc może sobie także
      łamać przepisy gdy tylko poczuje taką chęć.

      3. Ewa Milewicz uważa (jako wybitna prawniczka), że ustawa jest zła więc jej nie
      obowiązuje.

      4. Zapis o lustracji dziennikarzy to spisek PiS i reakcyjnego skrzydła PO mający
      na celu zniszczenie Gazety Wyborczej, dlatego dziennikarze tej ostatniej mają
      prawo mu przeciwdziałać.

      Wszystkie cztery argumenty pana Wrońskiego są przecudne i mówią bardzo wiele o
      tym, jak jego środowisko rozumie prawo i demokrację oraz jaki jest jego stosunek
      do Polski.

      Polska, w naturalny i oczywisty sposób, należy się Michnikowi, Milewiczowej i
      Wrońskiemu. Jako właściciele mają prawo wyłącznej decyzji na temat tego, co się
      w Polsce uchwala jako obowiązujące prawo. Jeśli jakiś tam podejrzany Sejm
      przyjmuje ustawę to ustawa ta jest nieważna jeśli zastrzeżenia do niej zgłosili
      wyżej wymienieni. Nie można ich ganić za nieprzestrzeganie praw, którym są
      przeciwni i które mocą ich orzeczenia są nielegalne ("nie ostai się przed żadnym
      trybunałem" – pisownia oryginału).

      W 2005 roku własność państwa z GW została skradziona przez miliony szubrawców
      zwanych wyborcami. Oni to zawłaszczyli Polskę i oddali ją w ręce paserów z PiS.
      Ci ostatni, działając nielegalnie (bo wbrew woli prawowitych posiadaczy RP),
      przekształcili Polskę w kraj totalitarny, równy swą potwornością PRL lat 1968,
      1976 i 1980 – urządzają opozycji "ścieżki zdrowia", werbują TW, zamykają gazety,
      mordują niepokornych. Dlatego pani Milewicz ma dziś obowiązek łamać prawa tego
      totalitarnego "kraiku"…

      Ponadto pani Milewicz ma pełne prawo "robić ze swoim życiem co chce" i nikomu
      nic do tego. Mnie taka filozofia bardzo się podoba. Nie lubię rozliczać się z
      podatków i dlatego od dziś nie będę tego robił. Tego, kto zarzuci mi, że
      postępuję źle odeślę na nauki do mistrza Wrońskiego.

      Perłą w koronie wywodu pana Wrońskiego jest oczywiście stwierdzenie o
      faszystowskim spisku PiS-PO wymierzonym w Gazetę Wyborczą. Przyznam szczerze, że
      także ja od dawna podejrzewałem, że to właśnie ta redakcja może mieć potworne
      trudności w przypadku ujawnienia całej prawdy na temat agentury SB wśród
      dzisiejszych dziennikarzy. Jedyne co mnie zaskakuje to to, że i pan Wroński
      sądzi, że w jego redakcji może się roić od Tajnych Współpracowników SB… No ale w
      końcu on siedzi w środku więc pewnie jest dobrze zorientowany…



      PS. Proponuję by tych, którzy nie złożą oświadczeń nazywać "tchórzami
      lustracyjnymi" (na wzór "kłamców lustracyjnych"). Niech, wobec braku
      odpowiednich zapisów w ustawie, to będzie sankcją dla tych państwa.
    • heymdall państwo prawa wg tzw. inteligencji 17.04.07, 14:35
      E.Milewicz vs. PRAWO
      autor: Galba , Tue 06 Mar 2007 09:09 AM CET

      Pani Ewa Milewicz (GW) i jakiś drugi pan z Przekroju, którego nie kojarzę (znany
      dziennikarz, wg zapewnień mediów) obwieścili, że nie wykonają obowiązku jaki
      nakłada na nich znowelizowana ustawa lustracyjna. Pani Ewa informuje, że nie
      pozwala jej na to jej godność a jej teksty bronią się same, bez świadectwa
      moralności z IPNu.

      Pani Milewicz formułuje trzy podstawy, na których opiera swoją deklarację olania
      obowiązującego w Polsce prawa: (1) IPN sam z siebie ma przygotować listę
      donosicieli więc po co ona sama ma jeszcze coś robić w tym zakresie?, (2) nie
      była w opozycji dla zaszczytów więc dziś uważa tę kartę za swoją prywatną
      własność, tłumaczenie się z tego faktu godzi w jej godność, (3) po co ma się
      lustrować skoro jej teksty są dobre niezależnie od tego, czy kapowała czy nie,
      same się bronią.

      Niestety żaden z tych trzech "argumentów" nie wytrzymuje próby krytyki.

      1. dziennikarz nie ma złożyć oświadczenia na temat tego, czy w aktach IPN
      zachowały się czy też szczęśliwie zostały zniszczone jego papiery współpracy. On
      ma zadeklarować jak było faktycznie! IPN rok temu na liście donosicieli nie
      umieściłby abp. Wielgusa, dziś już tak. Papiery odnajdują się. To, że IPN coś
      stwierdzi we wrześniu nie znaczy, że za pół roku nie odnajdzie dokumentów
      pozwalających zweryfikować wiedzę na temat konkretnej osoby. Dlatego
      dziennikarze mają obowiązek złożyć oświadczenia wcześniej, bez pełnej informacji
      o tym, czy mieli szczęście w czasie wielkiego czyszczenia akt. Ponadto... ja też
      nie lubię składać rocznych rozliczeń podatkowych – Urząd Skarbowy od dawna ma
      wszystkie dane, które mu w nim podaję a jednak nie uchylam się od tego obowiązku.

      2. panią redaktor mierzi, że musi deklarować czy była patriotką czy sprzedajną
      konfidentką. To godzi w jej godność… Zapewne obowiązek składania przysięgi przez
      lekarzy również jest dla nich uwłaczający – przecież są uczciwymi ludźmi i nie
      muszą tego potwierdzać jakąś pustą formułką! A policjant, któremu nie wolno w
      czasie służby nosić gotówki? Co za podłość! Żeby insynuować, że on może brać?! Itd.

      3. teksty bronią się same… Pewnie tak. Teksty Lesława Maleszki broniły się
      wyśmienicie. Były tak dobre, że redakcja pani Milewicz postanowiła publikować je
      nawet gdy wyszła na jaw przeszłość autora… Zaraz, coś pomyliłem… Chyba jednak
      redakcja GW uznała, że "samobroniące się teksty" nie istnieją. Maleszka, zdaje
      się, nie publikuje już w Gazecie. Nawet sama pani Milewicz zadeklarowała, że "z
      Maleszką ma pewien problem". O co chodzi? Czyżby wyłącznie testy pani Ewy miały
      atrybut samoobrony?

      Parę dni temu do współpracy z SB przyznał się pan Piwowski, zapewne uznał, że
      lepiej sprzedać publiczności własną (dosyć żałosną) wersję niż czekać na to, że
      ktoś ujawni to znienacka. Czy wiedza o jego przeszłości coś nam daje? Mnie tak.
      Pozwala mi w pełni zrozumieć co kierowało reżyserem, gdy w 1993 roku produkował
      ohydny, oparty na panalesiakowych aktach film "Uprowadzenie Agaty", który był
      jednym z mocniejszych akordów w SLDowskiej kampanii wyborczej, w wyniku której
      komuniści odzyskali władzę.

      Pani Milewicz, oraz pozostali stawiający się ponad prawem dziennikarze, od lat
      zwalczali ideę lustracji. Argumenty zmieniały się w zależności od bieżących
      potrzeb oraz nieubłaganych okoliczności. Pamięta ktoś jeszcze co pisała GW
      naście lat temu? Polska zlustrowana to miało być piekło na ziemi – fala
      samobójstw, miliony rozbitych rodzin, sprawiedliwość wymierzana w formie
      samosądów (ofiary SB wieszające TW). Potem przyszła kolej na negację
      autentyczności archiwów – SB fałszowała na potęgę swoje papiery, właściwie nie
      ma tam jednej prawdziwej teczki, agentów nie było, wszyscy oni prowadzili
      misterną grę i robili SBeków w bambuko, sami oficerowie SB o tym wiedzieli i
      wręcz biedakom w tym pomagali…

      Dziś, gdy padły kolejne pomysły na antylustracyjną propagandę a siepacze Kurtyki
      walą do redakcyjnych bram pozostał już tylko jeden oręż walki…

      Sumienie narodu, gwaranci demokracji, depozytariusze prawdy zamknęli oczy,
      zatkali uszy i… wykrzyczeli: "a my, my… my mamy prawo w dupie". Można i tak.

      Nie znam zapisów nowej ustawy lustracyjnej. Nie wiem co grozi tym, którzy będą
      ją ignorować. Mam nadzieję, że jakieś zapisy dyscyplinujące zostały w niej
      ujęte. I liczę, że zostaną one wyegzekwowane z całą surowością.

      Gazeta Wyborcza uwielbia zapełniać kolumny swoich kolejnych wydań panegirykami
      na cześć "demokratycznego państwa prawa". W dniu, w którym prominentna
      dziennikarka tego tytułu złamie prawo lustracyjne a redakcja nie zawiesi
      współpracy z nią, Gazeta straci prawo do posługiwania się tą zbitką słów.
      Pokaże, że nic one dla niej nie znaczą.

      Nie pierwszy raz przekonujemy się, że dla ludzi GW demokracja jest tylko wtedy
      gdy rządzi SLD-UW, a prawo jest po to by służyło ich interesom
    • heymdall O eutanazji 17.04.07, 14:47
      Zabić kalekę
      autor: Galba , Fri 23 Feb 2007 10:33 AM CET

      Dziennik przynosi wyniki sondażu "eutanazyjnego": 50% ankietowanych opowiada się
      za legalizacją uśmiercania nieuleczalnie chorych. O czym świadczy ta liczba?
      Połowa "próby reprezentatywnej" jest wrażliwa na ludzkie cierpienie? Współczująca?

      Zasiadając przed telewizorem spodziewamy się zobaczyć świat idealny. Podziwiamy
      młodych, wysportowanych, pięknych i zadowolonych z życia ludzi sukcesu. Skąpo
      odziana blond-piękność raczy się drinkiem na tarasie ekskluzywnego hotelu, grupa
      młodziaków szaleje do upadłego w bajeranckim lokalu, przystojny twardziel
      pokonuje ostre wiraże w swojej niewyobrażalnie drogiej terenówce, do tego
      słodziutki jak pół tony cukru szczeniaczek, urokliwy zachód słońca i łąka pełna
      kwiatów (kolory unaturalnione dzięki obróbce komputerowej)…

      I nagle taki zgrzyt. Jakiś sparaliżowany, pozbawiony władzy nad własnymi
      członkami kaleka…

      To takie, takie… nieestetyczne. To nie pasuje do naszego wspaniałego, sterylnie
      luksusowego świata. Trzeba coś z tym zrobić. Na szczęście okazuje się, że on
      chce umrzeć. Więc go zabijmy. Wyrzuty sumienia nie będą nas dręczyć bo w końcu
      on sam tego chce. To proste: wystarczy nacisnąć czerwony guziczek i po sprawie,
      świat stanie się lepszy gdy jego już nie będzie.

      Nie będziemy pierwsi – mądrzejsi od nas już dawno rozstrzygnęli, że tak właśnie
      trzeba. Obecnie największe osiągnięcia w doskonaleniu świata mają Holendrzy. My
      się zastanawiamy czy zlikwidować kalekę, który sam sobie tego życzy a oni, bez
      wahania, kierują na przemiał nie dość dobre genetycznie noworodki. Tak, jesteśmy
      całe dziesięciolecia za cywilizowanym światem. Ale szybko się uczymy.

      Aha, i pamiętajmy o jednym – życie ludzkie jest święte. Zwłaszcza życie
      sadystycznego, seryjnego mordercy. Poparcie dla kary śmierci to wyrzeczenie się
      człowieczeństwa, cios w fundamenty naszej cywilizacji i przejaw prymitywizmu
      moralnego…
    • heymdall o WOŚP jako fundamencie służby zdrowia 17.04.07, 15:20
      Kilka luźnych refleksji dotyczących niedzielnego "finału" Wielkiej Orkiestry
      Świątecznej Pomocy (czy też Przemocy – jak nazywa ją Łukasz Warzecha):

      Gdyby nie WOŚP… czyli 0,05 %

      W poniedziałkowy ranek słuchałem trzeciego programu Polskiego Radia. Oczywiście
      obowiązkowo sporą część audycji poświęcono imprezie Owsiaka. Podnieceni
      słuchacze dzielili się z redaktorem prowadzącym mądrościami typu: "Gdyby nie
      Jurek to polska służba zdrowia by nie istniała, to żenujące, że musimy
      organizować takie akcje". Podobnych teksów (nie tylko z ust szarych zjadaczy
      mediów ale i prominentnych dziennikarzy) słyszałem w ostatnich dniach wiele. Nie
      byłbym jednak sobą gdybym nie sprawdził jak się mają te egzaltowane enuncjacje
      do prawdy materialnej obrazowanej liczbami. Okazuje się, że czynnik "bez
      którego… itd." jest KOMPLETNIE pozbawiony wpływu na sposób funkcjonowania
      polskiego sektora medycznego. Tegoroczne wpływy (wg danych na 16.01.07) z Finału
      WOŚP równe są dokładnie połowie promila publicznych wydatków na ochronę zdrowia
      na terenie Rzeczypospolitej Polskiej (20 mln do 40 mld zł). Faktycznie, gdyby
      nie WOŚP…

      Serduszkowe argumenty z sufitu

      Często powtarzającym się argumentem zwolenników twierdzenia o ogromnym (wręcz
      decydującym) wpływie WOŚP na fakt, że mamy jeszcze w Polsce służbę zdrowia jest
      coś w tym stylu: "byłem w szpitalu z synkiem i miał zabieg na urządzeniu z
      czerwonym serduszkiem, gdyby nie Owsiak mojemu dziecku nikt by nie pomógł".
      Problem z tego typu oświadczeniami polega na tym, że, z tego co słyszałem
      wielokrotnie, "serduszka" naklejane są na czym popadnie. Do szpitala czy
      przychodni wpada ekipa WOŚP i dla rekalmy "lepi wszystko", niezależnie od
      pochodzenia.

      Owsiak Polaków zwyczajnie nudzi

      Powiedzmy sobie szczerze – WOŚP wcale nie budzi powszechnie tak skrajnych odczuć
      jak się nam wmawia ("jedni kochają, inni nienawidzą"). Prawda jest taka, że
      dominującą reakcją na owsiakowe wygłupy jest… przeciągłe ziewnięcie. Dane
      obrazujące oglądalność niedzielnej imprezy mówią same za siebie – transmisje z
      Finału przyciągnęły najmniejszą, w swej kilkunastoletniej historii, liczbę
      telewidzów. Co więcej – w niedzielę z oglądania TVP2 (prowadzącej transmisję)
      zrezygnował co czwarty z jej stałych widzów (bieżący przeciętny udział w rynku –
      20%, oglądalność WOŚP – 15%). Wychodzi na to, że telewizja publiczna wydała na
      promocję Owsiaka miliony złotych a w zamian dostała… widzów uciekających do
      konkurencyjnych stacji. Nic dziwnego, że Polsat i TVN postawiły sprawę jasno –
      "nie przyjmiemy WOŚP pod swoje skrzydła, niech się nią cieszy TVP".

      Państwowe molochy i szemrane towarzystwo

      Dla kogo organizuje się całą tę imprezę? "Klienci" są dwaj. (1) Wielkie spółki,
      głównie ze znaczącym bądź dominującym udziałem kapitału państwowego. W ogólnej
      kwocie zebranych przez WOŚP datków, sumy wrzucane przez tzw. zwykłych ludzi do
      puszek kwestarzy stanowią znikomy ułamek całości. Główny dochód pochodzi od
      firm, które ulegają moralnemu szantażowi organizatorów bądź szukają taniej
      reklamy dla swych prezesów. Włączywszy (omyłkowo) transmisję omawianej imprezy
      miałem okazję załapać się na prezentację sponsorów akcji - bodaj tylko jedna z
      reklamowanych spółek nie jest kontrolowana przez państwo. (2) Drugim "klientem"
      Finału WOŚP są oczywiście podejrzane indywidua skuszone darmową porcją rozrywki
      fundowanej przez gminy (darmowej dzięki temu, że płacą za nią wszyscy
      mieszkańcy) i telewizję. Okolice wrocławskiego Rynku co roku zaludniają w czasie
      "nocy Owsiaka" wyrostki oblepione serduszkami i porozumiewające się między sobą
      jakimś nieznanym mi narzeczem składającym się głownie z wyrazów na "k" i "ch".
      Na szczęście następnego dnia pozostaje po nich tylko wspomnienie oraz kupa
      potłuczonych butelek (plus fekalia na podwórzach i wewnątrz bram staromiejskich
      kamienic).

      Wolno już wątpić w świętego Jurka

      Coś się w naszym kraju zmienia. Można już głośno wyrażać wątpliwości dotyczące
      wspaniałości i znaczenia akcji. Wolno już nie padać na twarz na sam dźwięk
      imienia Owsiaka. Co prawda większość ludzi mediów jeszcze nie wyczuła nowego
      trendu ("masy" zwykle zmieniają nastawienie szybciej od elit, które reagują z
      pewnym, wynikającym z kunktatorstwa, opóźnieniem) ale dosyć znane jednostki
      pozwoliły sobie na nieśmiałe słowa wątpliwości. Co prawda od razu pojawiły się
      próby kamienowania odszczepieńców (np. I.Janke polujący na Ł.Warzechę) ale
      zmieniający się klimat sprawił, że z egzekucji nic nie wyszło.

      Tyle spóźnionych refleksji poWOŚPowych.
      • heymdall ludzie są bez serca..:P 17.04.07, 15:29
        Najmilej gdy płaci ktoś inny
        autor: Galba , Thu 28 Dec 2006 08:10 PM CET

        Jak wiadomo telewizja publiczna postanowiła ograniczyć (symbolicznie)
        monstrualne rozmiary programu, którym tradycyjnie katuje swoich widzów w drugą
        niedzielę roku. Relacje z tzw. finału WOŚP miały zostać skrócone o 2 godziny w
        stosunku do tego, czym dręczono widzów rok wcześniej. Z miejsca odezwały się
        głosy oburzenia, które zmusiły szefostwo stacji do ustępstw i ograniczenia cięć
        jedynie do 1 godziny i 30 minut. W efekcie nudna jak PRLowski "Turniej Miast"
        impreza fundacji państwa Owsiaków znowu zajmie kilkadziesiąt godzin czasu
        antenowego państwowego nadawcy (łącznie TVP1, TVP2, ośrodki regionalne), to
        jednak nie zadowala "Jurka": urażony próbą ograniczenia swojego arcynudnego show
        zagroził przeprowadzką tego jakże cennego punktu ramówki do "stacji
        komercyjnych". W końcu każdy wie, że Jurka kochają wszyscy a o jego imprezę bić
        się będą nie tylko stacje polskie ale europejskie, światowe a może, kto wie,
        nawet intergalaktyczne…

        I tu przykra niespodzianka... TVN i Polsat ustami pary Miszczak - Terentiew
        zasugerowały Jurkowi, że gdy ten przyjdzie wyłudzać od nich pieniądze pogonią go
        tam gdzie jego miejsce, tj. na drzewo. Oboje, w sposób niezwykle kulturalny i
        elegancki, stwierdzili, że takiego chłamu jak WOŚP na swojej antenie nie
        puszczą. W wersji do druku brzmiało to tak: "ta akcja jest od początku związana
        z TVP i widzowie chcą ją oglądać w telewizji publicznej" (Miszczak). Gdybym był
        szefem programowym innego wielkiego nadawcy zapewne swoje desinteressment
        wyraziłbym następującymi słowy: "to wspaniały program, takie coś to oczko w
        głowie każdego nadawcy i dlatego pragnę by wciąż pozostawał w ofercie naszej
        ukochanej konkurencji państwowej". Wszyscy kochają Jurka i jego show… pod
        warunkiem, że rachunki płaci ktoś inny.

        Żaden zdrowy na umyśle szef prywatnej stacji telewizyjnej nie wyrzuci w błoto
        milionów złotych tylko po to, żeby wyprodukować megahit telewizyjnego kiczu w
        stylu wczesnego Gierka. Państwowa konkurencja chce marnować kasę na te bzdury
        zamiast za te środki wyprodukować lub kupić coś interesującego i wartościowego?
        Krzyżyk na drogę… Prywatnym w to graj.

        Na doroczną imprezę Owsiaka podatnicy wydają więcej niż zostaje w jej efekcie
        zebrane "na ratowanie dzieci". Telewizja utrzymywana z parapodatku pod nazwą
        abonament RTV udostępnia za darmo sprzęt, pracowników (radośnie pląsających
        przed kamerami a poza kadrem siarczyście klnących, że muszą marznąć na tych
        idiotycznych piknikach dla tłuszczy zamiast spędzać czas z rodziną),
        pomieszczenia i czas antenowy. Gminy płacą za koncerty i ich ochronę, sprzątanie
        śmieci (głownie butelek po alkoholu), pokazy fajerwerków i inne atrakcje.
        Przedsiębiorstwa komunalne udostępniają swój sprzęt oraz wpłacają datki
        pochodzące z naszych opłat za komunikację, wodę, usuwanie nieczystości, a w
        zamian otrzymują możliwość pokazania na wizji swoich hojnych naszymi pieniędzmi
        prezesów. Najłaskawszymi darczyńcami okazują się spółki pozostające pod
        całkowitą lub znaczną kontrolą państwa – firmy typu KGHM mają tego dnia iście
        pański gest. Do tego dochodzą drobiazgi typu kosztów wzmożonej aktywności
        policji oraz konieczność finansowania hospitalizacji co bardziej upojonych
        (oczywiście wspaniałością Jurka) meneli. I tak to się kręci co roku.

        Gdyby w całej tej imprezie naprawdę chodziło wyłącznie "o dzieci" to wszyscy ci,
        którzy dokładają się do akcji mogliby ułamek ponoszonych na organizację WOŚP
        kosztów przeznaczyć na wpłatę na specjalne konto. Bez zanudzania widzów, bez
        nadymania ego prezesów i samorządowców wspaniałomyślnie sypiących naszą kasą,
        bez organizacji masowych spędów dla małowymagającej klienteli. Wyszłoby taniej a
        środków zebranoby co najmniej tyle samo co w czasie finału WOŚP.

        No ale wtedy nie zobaczylibyśmy na naszych ekranach całej tej parady
        hiperwspaniałych, ultracudownych i megafantastycznych działaczy, prezesów,
        burmistrzów i prezydentów... Z pewnym biznesmenem w okularach o czerwonych
        oprawkach na czele. Gdyby nie ten patent z WOŚP za taką reklamę musiałby wybulić
        ładnych kilka milionów zielonych…

        Ale od czego są frajerzy opłacający abonament?
    • heymdall Pinochet a prasa .. 17.04.07, 15:34
      Na koniec zupełnie poważnie: Pinochet i kłamstwa mediów

      W związku ze śmiercią największego syna Ameryki Południowej nasze (?) media
      zamieściły sporo materiałów poświęconych Jego osobie. Praktycznie bez wyjątków
      były to materiały kłamliwe lub w najlepszym razie mocno niepełne. Oto, w
      krótkich słowach, to, o czym Polak nie ma szans się dowiedzieć z gazet:

      a. w prawie każdym tekście o Generale pada liczba 3.300 "ofiar reżimu". Problem
      w tym, że połowa owej liczby to ofiary po stronie… wiernych Generałowi żołnierzy
      oraz cywilów, którzy zostali zamordowani przez komunistycznych terrorystów.

      b. "wróg demokracji, krwawy tyran i pazerny na władzę żołdak" w trakcie swych
      kilkunastoletnich rządów regularnie pytał Chilijczyków o zdanie na temat tego,
      czy ma pozostawać u steru państwa. Odszedł gdy w kolejnym referendum nieznaczną
      większością głosów współobywatele powiedzieli, że wypełnił już swoją misję.

      c. obalony przez Generała prezydent-terrorysta Allende doprowadził kraj i naród
      do skrajnej nędzy, konsekwentnie likwidował własność prywatną, zakładał obozy
      koncentracyjne dla wrogów komunizmu, organizował bądź co najmniej tolerował
      mordy polityczne. W efekcie parlament przegłosował rezolucję pozbawiającą
      Allende władzy prezydenckiej i wzywającą armię do usunięcia go siłą jeśli ten
      nie ustąpi dobrowolnie. Miesiąc później Generał wykonał polecenie parlamentu.

      d. w 1976 roku sowiecka KGB rozpoczęła akcję o kryptonimie Tukan. Jej celem było
      wytworzenie negatywnego wizerunku Generała i Jego administracji u tzw. światowej
      opinii publicznej. Efekty działań KGB były imponujące - udało się zalać światowe
      media potokiem manipulowanych, kłamliwych i nieuczciwych teksów na temat Chile.
      Za swój ogromny sukces sowieci uważali m.in. fakt, że już w pierwszym roku
      realizacji planu lewicowy New York Times (USA) zamieścił 66 tekstów na temat
      "łamania praw człowieka w Chile". Dla porównania o mordujących miliony ludzi
      Czerwonych Khmerach NYT napisał 4 razy… Spora część tekstów NYT opierała się na
      informacjach spreparowanych na Łubiance. To tak dla uzmysłowienia także nam,
      Polakom dlaczego niektóre gazety piszą to, co piszą i skąd biorą się dziwne
      proporcje w doborze publikowanych newsów.
    • heymdall Re: Galba i inni 17.04.07, 15:36
      .. i jeszce wiele "smacznych" tekstów - podoba mi się to, że nawet lewicowi
      interlokutorzy komentują w sposób kulturalny, nie wyciągając po raz
      400-tysięczny żartu o kaczkach z kapelusza (nie mówiąc o obecnych tu niektórych
      dla których jest on szczytem merytorycznej argumentacji) ..

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka