Dodaj do ulubionych

Taka mała ankietka

07.03.04, 19:18
Ostatnio wiele się dyskutuje o stanie naszej nauki i szkolnictwa wyższego
(por. np. wątki „czy można zrobić w Polsce karierę naukową” na forum
Aktualności/Nauka GW). Przy okazji wyłażą też problemy, które mogą
zainteresować studentów. Ciekaw jestem co sądzicie o poniższym pomyśle. Bony
edukacyjne ani tzw. „homelearning” to żadna nowość. Funkcjonują one np. w
Australii, a i w USA coraz częściej się o tym rozmawia. Pomysł oddzielenia
nauczania od oceniania tez jest znany i realizowany (np. na egzaminach na
prawo jazdy). Czy Waszym zdaniem pozwoliłoby to wyeliminować jakieś patologie
(jeśli je widzicie) i polepszyć warunki studiowania?

„... Z różnych rachunków wynika, że Państwo przeznacza na kształcenie jednego
studenta rocznie ok. 4 tysięcy złotych, a prorektor UJ mówił w 2002 roku o 5-
ciu tys. na studenta UJ. Nie jest to chyba tak całkiem mało, jeśli zauważyć,
że wiele uczelni prywatnych kształci na modnych dziś kierunkach za połowę tej
kwoty. Na pewno jest to znacznie poniżej kosztów na kierunkach technicznych
czy medycznych. Zauważmy jednak, że większość studentów za naukę i tak płaci.
W dającej się przewidzieć przyszłości większej forsy na szkolnictwo nie
będzie. Dobrego wyjścia z tej sytuacji nie ma, ale można ratować się jakimś
systemem stypendialnym. Widziałbym to tak. Każdy podejmujący studia otrzymuje
bon edukacyjny o określonej, zmiennej w czasie (na ile nas aktualnie stać)
wartości. Za bon ten może „wykupić” uczestnictwo w jakich chce i gdzie chce
zajęciach. Może więc np. (jeśli są miejsca) uczestniczyć w wykładach z teorii
prawa na UJ i ekonomiki produkcji w AE. Uczelnie też nie są bierne i mogą
uzależnić uczestniczenie w określonych zajęciach od zdania testu kompetencji.
Może też (na kierunkach nie wymagających zajęć laboratoryjnych) nie
uczestniczyć w żadnych zajęciach, a bon, po upływie terminu jego ważności
odsprzedać państwu. Tym co student musi, jest zdanie przed specjalną,
niezwiązaną z żadna konkretną uczelnią komisją egzaminu. Ważną częścią tego
egzaminu jest specjalny, automatycznie sprawdzany test wiedzy werbalnej i
możliwych do sprawdzenia umiejętności. Dokładny zakres jest podawany w
specjalnych publikacjach i student zna go na co najmniej rok przed egzaminem.
Na wszystkie zajęcia bonu nie starcza; jeśli student jest dobry, to po
pierwszych takich egzaminach (nie powinno ich być więcej niż 2-3 na rok)
otrzymuje stypendium, jeśli nie płaci sam. Nie ma studiów „zaocznych”,
wszystkich obowiązuje ten sam zakres materiału, a sposób i tempo uzyskania
wiedzy reguluje student. Nauczyciel akademicki przestaje być przeszkodą w
uzyskaniu dyplomu, a jego czas i umiejętności stają się kupowanym przez
studenta towarem. Wydaje się, że rozwiązałoby to problem masowości
kształcenia. Do ukształtowania naprawdę dobrego, kreatywnego fachowca
potrzebne jest jednak podejście typu „uczeń-mistrz”. Na skale masową zrobić
się tego nie da i kształceniem na tym poziomie winny się zająć te „lepsze”,
ostro przez PKA kontrolowane, uczelnie. Powinny one otrzymać dużą autonomię,
co doprowadziłoby pewnie do wytworzenia z czasem tzw. „szkół”, zespołów
dobrze rozumiejących się ludzi wytyczających nową drogę w jakiejś dziedzinie
wiedzy. ...” „..Nie ma tez żadnych powodów, aby student płacił tyle samo za
każde zajęcia; są takie przedmioty, których nauczyć się może sam w większym
stopniu niż innych. Tak jest np. w USA, gdzie płaca zależy w dużej mierze od
tego jaki się przedmiot wykłada. Jest jeszcze parę innych problemów, ale
generalnie proponowane rozwiązanie przyczynić by się mogło do urealnienia
zarówno oceny uczelni jak i kosztów kształcenia...”

Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka