pewna_kobieta
07.08.05, 01:08
Po co państwo rzekomo "pomaga" ubogim studentom takim jak ja (dochód na osobę
w rodzinie ok. 350 zł) oferując kredyty studenckie "na preferencyjnych
zasadach", jak w praktyce taki właśnie student nie może z niego skorzystać z
powodu braku poręczycieli?
Składałam wniosek o kredyt w 2001 roku, nazałatwiałam się, nabiegałam,
nastałam w kolejkach przy okienku bankowym... I co z tego, że
się "zakwalifikowałam" do osób uprawnionych (trudno żeby było inaczej z tak
niskimi dochodami), jak nie mogłam podpisac umowy z powodu
braku "odpowiednich" poręczycieli. Rodzice gotowi byli poręczyć, jednakże z
powodu niskich dochodów nie mają tzw. zdolności kredytowej, więc bank
potrzebował jeszcze dwóch poręczycieli z większymi dochodami.
Tym sposobem student mający bardziej dochodowych rodziców, którzy mogą
poręczyć, kredyt dostanie, a ten biedniejszy nie.
Prosiłam "dalszą "rodzinę o poręczenie, ale bezskutecznie. Nie muszę chyba
mówić jakie upokarzające jest proszenie o coś takiego. Czułam się jak jakaś
oszustka próbująca kogoś wmanewrować w zobowiązania finansowe.
Obecnie studiuję drugi kierunek. Rok temu zmieniono ustawę o szkolnictwie
wyższym i obecnie na drugim kierunku nie można pobierać stypendium
socjalnego. Znów zaczynam marzyć o kredycie. Wątpię, żeby coś się zmieniło w
kwestii owego poręczenia.
Mam dosyc hipokryzji - kredyt dla studentów o najnizszych dochodach w
rodzinie! Logiczne przecież, że jak ktoś ma ubogą rodzinę to i ubogich
poręczycieli.
Pytanie do polityków: skąd mam sobie wziąć owych potęczycieli?...Z ulicy?...
A może z kosmosu?...