hansgrubber
25.10.07, 23:25
Jesli ktos nie czytał:
Ile lat miał pani syn Chris, kiedy zmarł?
Siedem i pół.
Kiedy zachorował?
Miał cztery i pół roku, gdy postawiono diagnozę. Przyjechaliśmy
wtedy do Phoenix w Arizonie, żeby zająć się moją mamą po śmierci
ojca. Ojciec zmarł, kiedy był u nas z wizytą w Illinois. Wracałam do
Arizony jego samochodem.
Następnego dnia Chris zaczął krwawić z nosa, nie chciał bawić się,
rozmawiać. Myślałam: przejdzie, zmęczył się podróżą, przeżywa
pogrzeb dziadka, bo pytał cały czas: "Gdzie jest dziadek Wally?
Musimy po niego wrócić".
To moja mama powiedziała: "Coś jest z Chrisem nie tak, jest zbyt
blady, idźcie do lekarza". Pamiętam, odpowiedziałam nawet: "Mamo,
jest blady, bo u nas nie ma tyle słońca co w Arizonie!". Chciałam
myśleć, że to nic poważnego. Ale mama powtarzała: "Idźcie do
lekarza". Poszliśmy jeszcze tego samego dnia.
Lekarz pobrał krew z palca. Wrócił z wynikami: "Pani syn ma
białaczkę".
Ja byłam prostą dziewczyną, miałam wtedy 25 lat, nie wiedziałam, o
czym właściwie ten doktor mówi, zapytałam: "No dobrze, ale jak się
mamy tego pozbyć, panie doktorze? Jakie są na to lekarstwa?".
Skierował mnie do szpitala dziecięcego. Pojechaliśmy od razu.
Pamiętam każdą chwilę: wnoszę syna po schodach, pielęgniarki
zabierają go z moich rąk, czekam w szpitalu cały dzień, wieczorem
przychodzą do mnie lekarz i ksiądz, bo to był szpital katolicki.
Pomyślałam: "Nie żyje...". Żył. Przekazali mi pełną diagnozę:
będziemy walczyć, ale przy obecnych możliwościach medycyny Chris
przeżyje trzy lata. To był rok 1977, białaczka była wtedy jak wyrok.
Lekarz, patrząc mi prosto w oczy, powiedział: "Chrisowi zostały trzy
lata życia".
I zaczęliśmy żyć
Linda: Zostaliśmy tej nocy w szpitalu, patrzyłam na niego, jak spał,
modliłam się. Rozpacz. I uczucie, że nam te trzy lata życia jeszcze
dano, że mój syn jeszcze żyje... Pomyślałam,
postanowiłam: "Przeżyjemy całe życie w ciągu trzech lat". Następnego
dnia mogłam zabrać go do domu. I wtedy zaczęliśmy żyć.
Z takim wyrokiem? Jak?
Zaczęliśmy robić wszystko, na co mieliśmy ochotę. Pytałam
Chrisa: "Co chcesz robić?". "Chciałbym popływać". Szliśmy
popływać. "Chciałbym pojeździć na koniu". OK! Chodźmy na konie. Nie
miałam wiele pieniędzy, ale to nie miało znaczenia. Chciał buty
kowbojskie - dostał je.
Robiliśmy wycieczki tropem westernów, które uwielbiał.
A każdego piątku mieliśmy randkę. Chris zakładał garnitur i krawat,
ja - elegancką suknię, wkładałam mu do portfela pieniądze i
wychodziliśmy do restauracji. On grał dżentelmena, płacił rachunek,
dawał napiwek, kelnerki przynosiły mu dodatkowy deser. Czasami po
obiedzie szliśmy do kina, to był nasz wieczór na mieście. Czuł się
bardzo dorosły wtedy. I ja właściwie tak go traktowałam przez cały
ten czas, kiedy dorastał, w ciągu tych trzech lat. Zamiast nakazać
mu sposób życia, pytałam: "Czego byś chciał? Jak uważasz, co
powinniśmy zrobić? Co bardziej by ci odpowiadało?".
Chciał jechać pewnego dnia do obozu pionierów na pustyni w Arizonie,
bałam się, czy zdążymy wrócić przed zmierzchem do domu, a on założył
sobie kowbojski kapelusz, stanął i powiedział: "Mamo, jestem
policjantem, policjanci bronią swoich mam. Możemy jechać".
Zaczęliśmy się śmiać. I pojechaliśmy.
Była pani sama z synem?
Mąż został w Illinois, my zamieszkaliśmy w Phoenix, musieliśmy być
blisko szpitala. Nasze małżeństwo już wcześniej zaczęło się
rozpadać, ale mąż wspierał nas cały czas finansowo, odwiedzał.
Rozstaliśmy się po śmierci syna.
Pozwolę mu umrzeć
Chris był świadomy, jak ciężko jest chory?
Tak. Rozmawialiśmy o tym. Pytał, dlaczego dostaje zastrzyki,
dlaczego go boli, dlaczego wypadły mu włosy. Kupiłam książkę z
rysunkami anatomii człowieka, pokazałam mu, jak działa białaczka,
chemioterapia, jak jego organizm reaguje. Mówiliśmy sobie, że leki
to policjanci, którzy walczą z "tymi złymi", z bad guys. Miał misia
pluszowego, podłączał go do kroplówki i robił na nim zabiegi.
Wszystko, co usłyszał ode mnie i od doktora, tłumaczył misiowi.
Słuchając, wiedziałam, jak on to odbierał, co rozumie. Rozmawialiśmy
o śmierci.
Jak?
Nie umiałam mówić w skomplikowany sposób, sama byłam jeszcze
dzieckiem, ale może dlatego w ogóle umiałam o tym z nim mówić.
Mówiłam, że wszyscy musimy umrzeć któregoś dnia. Pytał, czy pójdę
tam razem z nim. Mówiłam, że się spotkamy. Tak o tym myślałam, nadal
tak myślę.
Był coraz słabszy. W jego siódme urodziny wyprawiliśmy przyjęcie,
wieczorem dostał krwotoku z nosa. To był koniec kolejnej remisji,
trzecie uderzenie choroby, a wtedy z białaczką było jak w baseballu -
trzy razy się pomylisz, wypadasz z boiska. Wiedziałam, że jesteśmy
blisko końca, że to nadchodzi...
Rozmawiając z lekarzem, zdecydowałam, że pozwolę mu umrzeć.
Pozwolę umrzeć?
Usłyszałam, że możemy walczyć i podtrzymywać go przy życiu jeszcze
przez krótki czas, dwa--trzy miesiące, albo mu zaprzestać terapii i
pozwolić odejść bez przedłużania cierpienia, uśmierzając ból. Lekarz
zostawił mi decyzję. Myślałam trzy dni i trzy noce, nie spałam,
modliłam się. Widząc go, jak cierpi... Byłoby z mojej strony bardzo
egoistyczne starać się go zatrzymać. Zabrałam Chrisa ze szpitala do
domu.
Dlaczego oni to dla mnie zrobili? Zdążyła pani jeszcze spełnić jedno
marzenie syna, jak to wyglądało?
To nie ja, sama nie byłabym w stanie tego zrobić.
Chris chciał być policjantem. Kiedy jechaliśmy samochodem i zobaczył
policyjny motocykl albo wóz, wychylał się przez okno tak, że
musiałam go trzymać, aby nie wypadł. Wypisywał mi mandaty, kiedy
przejechałam na czerwonym.
Kilka lat wcześniej znajomy policjant obiecał, że przewiezie go
motocyklem, a może nawet helikopterem. Tamtego dnia, kiedy
wróciliśmy ze szpitala, zadzwoniłam do niego: "Jeśli chcesz spełnić
obietnicę, teraz jest ten moment".
Trzy dni później oddzwonił i zapytał Chrisa: "Chciałbyś polecieć
helikopterem?". Tak szczęśliwego nie widziałam go dawno.
Zanim do tego doszło, mój syn zasłabł i wszystko wskazywało na to,
że to już koniec. Jednak następnego dnia w szpitalu obudził się,
zjadł śniadanie, oglądał bajkę w telewizji i czekał, aż ja się
obudzę. Chciał się bawić... Lekarz był zaskoczony tą poprawą,
stwierdził, że możemy wrócić do domu, przeżyć w domu ostatnie dni,
bo było wiadomo, że to są ostatnie dni.
I jednego z tych ostatnich dni do Chrisa przyjechali policjanci.
Okazało się, że mój znajomy powiadomił kolegów i zrobili coś
wspaniałego. Leciał helikopterem nad Phoenix, siedział na kolanach
oficera i kierował wozem patrolowym, jechał na policyjnym motocyklu.
Zawieźli go do Departamentu Bezpieczeństwa Drogowego, gdzie został
zaprzysiężony na pierwszego i jedynego w Arizonie honorowego
policjanta drogówki. "Podnieś prawą rękę i powtarzaj za mną" -
powiedział do niego komendant. Chris podniósł lewą, był małym
chłopcem, jeszcze mu się myliło. "Balonowy policjant" - nazwał go
ktoś, bo Chris żuł gumę i cały czas robił wielkie balony.
Na drugi dzień policjanci zadzwonili i spytali, jakie są jego
wymiary, bo firma szyjąca mundury dowiedziała się o Chrisie i chce
uszyć dla niego mundur. Szyli całą noc. Rano przywieźli. Zajechali
pod nasz dom kawalkadą policyjnych samochodów, motocykli, na
sygnale. O, to było niesamowite! To wszystko na naszej małej,
spokojnej ulicy. Nie chcę wiedzieć, co myśleli o nas sąsiedzi. Chris
przebrał się zaraz w mundur. Dali mu mikrofon, żeby powiedział coś
przez policyjne radio, które nastawili tak, że słyszały go patrole w
całym mieście. Powiedział: "Hallo, Phoenix!". A potem się
wystraszył, bo radio odpowiedziało.
Zauważył, że na mundurze policjanci mają odznakę skrzydeł. "Jak ja
mogę takie skrzydła dostać?" - zapytał. Policjanci postawili słupki,
przejechał między nimi na dziecięcym motorku. Dostał za to skrzydła.
Ci wszyscy wielcy mężczyźni pła