Dodaj do ulubionych

Moja przyjaciółka...

31.07.12, 22:43
... No właśnie. Na fali OT o Patrycji i Romie tak sobie zaczęłam myśleć o tym, że w Jeżycjadzie z przyległościami brak prawdziwych dziewczęcych przyjaźni. Takich wiecie, plotki, chichotki, wspólne zakupy czy odprowadzanie się godzinami i "on powiedział, spojrzał, a Kaśka z drugiej ławki nie ma u niego szans"

W 6Klepce - Cesia podziwia Dankę, a Danka ją wykorzystuje; w Kłamczusze - Aniela raczej nie bije rekordów popularności wśród koleżanek (w tle jest przyjaźń czy może bliskie koleżeństwo Joanny B. z Olą, ale to naprawdę tylko tło). KK - Gaba zwierza się z kwiatu jabłoni koleżance z drużyny i to jest jedyne takie jej "dziewczyńskie" zachowanie, generalnie Gaba raczej przyjaźni się z chłopakami. Za przyjaciółkę uważa też Anielę, ale chyba na zasadzie rozpędu, bycia razem w jednej grupie. Ida - nie ma koleżanek, ale przynajmniej jako jedna z niewielu, wydaje się ubolewać nad tym. Dla Patrycji ważniejszy jest Baltona niż długoletnia przyjaźń, Nutria przyjaciółek zdaje się nie mieć i w ogóle nad tym nie boleje (co chyba jest dziwne), Tygrys i Róża nie mają przyjaciółek, mają siebie, ale mimo że są siostrami, to chyba nie ma między nimi prawdziwej sympatii. Rozwydrzona pannica z Noelki przyjaciółek nie ma i temu się nie dziwię. Dziwię się natomiast, że ona także zdaje się nie odczuwać ich braku. Nie ma przyjaciółek Kreska (podobno przyjaźni się z Gabą, ale z racji różnicy wieku nie jest to relacja równorzędna, ale raczej "podziwianie Gaby przez młodszą koleżankę), nie ma ich też Bebe, Aurelia (w jej przypadku jest to dość prawdopodobne) ani Bella - nawet nie wspomina nikogo z Łodzi.

Co dziwne - normalną przyjaciółkę czy nawet dwie ma Mila z Kalamburki - to są takie zwykłe, dziewczyńskie przyjaźnie, z pierwszym winem, spotkaniami na kawę/lody, ciągnięciem mniej interesującej koleżanki na imprezy, żeby kogoś poznała itp.

Podsumowując - w uniwersum MM przyjaźni damsko-damskich specjalnie nie ma, jeżeli się pojawiają, to raczej deklaratywnie i jako komentarz odautorski (opisy przyjaźni Romy i Pulpy, której to przyjaźni w zachowaniu jakoś brak), ewentualnie jest pragnienie przyjaźni, ale i ono znika męskim cieniu. Generalnie, mimo (a może właśnie dlatego), że jest to świat bardzo kobiecy, ważniejsi są w nim mężczyźni - nie tylko CI JEDYNI, ale wszyscy - też jako przyjaciele (Robrojek i Gaba), koledzy, znajomi...
Obserwuj wątek
    • mika_p Re: Moja przyjaciółka... 31.07.12, 23:52
      Tak jak Tereska i Okrętka u Chmielewskiej :) Cudny finał :Większego kawałka świata":
      "Jakim cudem udało wam się spędzić te wakacje oddzielnie?..." kiedy po powrocie z Mazur odprowadzały się do ciemnej nocy :)

      Aniella miała przyjaciółkę, Kasię, w Łebie. I brak przyjaźni w Poznaniu można zrozumiec, szkolny czas akcji w "Kłamczusze" to ledwie trzy-cztery miesiące.

      Miedzy Tygrysem i Pyzą są trzy lata różnicy, na moje oko to do dorosłości za dużo, żeby się zaprzyjaźnić.
      • mkw98 Re: Moja przyjaciółka... 01.08.12, 12:58
        > Aniella miała przyjaciółkę, Kasię, w Łebie. I brak przyjaźni w Poznaniu można
        > zrozumiec, szkolny czas akcji w "Kłamczusze" to ledwie trzy-cztery miesiące.

        Sądzę, że z Kreską było podobnie - przyjaciółki i koleżanki zostały we Wrocławiu.
        Ale to oczywiście czysta gdybologia.
        • briar_rose Re: Moja przyjaciółka... 12.04.24, 16:13
          Do tego sama Aniela czuje, że Kasia jest prawie jak siostra (mama Kasi pomogła wychowywać osieroconą Anielę), że nie będzie miała już tak bliskiej przyjaciółki. Chociaż ich relację przedstawiono skrótowo, przyjemnie się to czytało, szczególnie, gdy potem Aniela przeprosiła Kasię za swój egoizm.
          • ako17 Re: Moja przyjaciółka... 12.04.24, 22:08
            briar_rose napisał(a):

            > Do tego sama Aniela czuje, że Kasia jest prawie jak siostra (mama Kasi pomogła
            > wychowywać osieroconą Anielę), że nie będzie miała już tak bliskiej przyjaciółk
            > i. Chociaż ich relację przedstawiono skrótowo, przyjemnie się to czytało, szcze
            > gólnie, gdy potem Aniela przeprosiła Kasię za swój egoizm
            Lubię to :)
    • anutek115 Re: Moja przyjaciółka... 01.08.12, 13:58
      zla.m napisała:

      Nutria przyjaciółek zdaje się nie mieć i w ogóle nad
      > tym nie boleje (co chyba jest dziwne),

      Boleje, a przynajmniej wyraża żal. W "Córce Robrojka" mówi do Roberta, że byli z ESD taka fajną, trzymającą sie razem grupą, ona nie ma takich przyjaźni, zawsze odbierałam tę uwage jako rozżaloną, z taka nuta zazdrosci, i trochę też taką... eee.. "kombatancką", w stylu "przyjaciele to byli za okupacji, a teraz ludzie się nie przyjaźnią i zajmują tylko sobą". I zawsze miałam też ochote powiedzieć jej, że wszystko zależy od człowieka, a nie od rocznika, bo ja od rocznika kombatanta Robrojka odległa, a wlasna grupę ESD miałam (i nawet częściowo nadal mam, mimo ukończenia szkół, uniwersytetów i wyprowadzek w każdy możliwy zakątek swiata)...
    • guineapigs Re: Moja przyjaciółka... 01.08.12, 20:05
      Ten temat/problem mnie zawsze zadziwial. Przeciez kolezanka/przyjaciolka to taka wrecz niezbedna sprawa. Nie wiem, jak to wyrazic: naturalna potrezba? Biologiczny nacisk? Ja rozumiem, ze Natalia - ale to osoba ze tak powiem dziwna, ale zeby Gaba czy Ida nie mialy takiej kolezanki co to od podstawowki do starosci? Moze nie co dzien, moze nawet nie co miesiac, ale co te pol roku jakis kontakt jest (zwlaszcza, jak kolezanka wyemigrowala do kanady czy Australii).
      Ze Pyza nie ma kolezanek - to sie nie dziwie, tak sie zachowuje, ze naprawde ciezko o kontakt (woli liczyc kalorie jablka niz pogadac z klasa), poza tym ona tego chyba naprawde nie tyle nie potrzebuje - co wrecz nie chce.
      A moim zdaniem to, ze ma sie koleznake - przyjaciolke, taka od serca (nawet dwie, ale trzy to max) oznacza jakies zdanie egzaminu z zycia z ludzmi. ja zrozumiem, ze artysta jest samotnikiem, nikt go nie rozumie itp., ale tu nie mamy artystow - tu mamy zwykle osoby, ktore po prostu z pokolenia na pokolenie nie maja przyjaciolek we wlasnym wieku.
      Z przyjaciolka idziesz na piwo/kawe/wino jak jest zle (tobie czy jej), uciekasz z nia na wagary, spedzasz wakacje bez chlopow, przepytujesz sie z chemii/laciny itp. Masz jakies moralne zobowiazania (np. nie podrywasz chlopaka, ktory jej sie podoba). Przegladasz z nia zawartosc bielizniarki (czyli pokazujesz jej najstarsze staniki z pytaniem: czy zostawic, czy wyrzucic).
      Moim zdaniem, taka sytuacja jest normalna i zdrowa, a niezdrowa, kiedy panienki maja za przyjaciol starzejacych sie malarzy, przypadkowych lub nie absztyfikantow wlasnych siostr, itp.

      • truscaveczka Re: Moja przyjaciółka... 02.08.12, 07:46
        Wychodzi na to, że w wieku przeddzieckowym byłam jakimś dziwadłem. Nie miewałam prawdziwych przyjaciółek i ich nie pragnęłam. Miałam kumpli od piwa i rozmów o boskich cząstkach i Frommie, linuksie i globalizmie...
        Z kobietami zaczęłam się przyjaźnić dopiero po urodzeniu dziecka/dzieci. Przedtem nie czułam żadnej potrzeby więzi ze swoją płcią.
        Mówiąc szczerze to, co opisujesz jako elementy przyjaźni, nadal do mnie nie przemawia. Zwłaszcza kwestia starych staników :P
        • ginny22 Re: Moja przyjaciółka... 02.08.12, 09:24
          Dziewczyny z uniwersum Jeżycjady nie mają też przyjaciół płci męskiej ;) Nikogo nie mają, poza rodziną. I to jest jednak dziwne, zwłaszcza że występuje licznie.
          A przyjaźń jest dla mnie czymś niezbędnym do funkcjonowania. Do rozmów i w rodzaju "a on mi powiedział... a ja mu na to...", i do tych prawdziwych. Do podzielenia się problemem ze świadomoscią, że zostanie wysłuchany. Do szaleństw. Do poczucia, że świat o 1 w nocy po winie jest taki piękny ;)
          • truscaveczka Re: Moja przyjaciółka... 02.08.12, 18:35
            Wierzę.
            Choć są to rzeczy dla mnie niepojęte. Obce. Dziwne.
            • yowah76 Re: Moja przyjaciółka... 22.08.12, 18:45
              Pdobnie. mialam kolezanki, ale niezbyt bliskie, zadna nie byla imprezowa, nie chodzilysmy w miasto, na wakacjach bylysmy razem raz, nie zwierzalysmy sie (moze i nie bylo z czego :P) ibielizny razem nie ogladalysmy...
      • the_dzidka Snoby nie miewają przyjaciół ;) 02.08.12, 09:34
        > Ze Pyza nie ma kolezanek - to sie nie dziwie, tak sie zachowuje, ze naprawde ci
        > ezko o kontakt (woli liczyc kalorie jablka niz pogadac z klasa),

        Jedna panienka oddala się od grupy, bo ta rozprawia o DiCaprio, druga w wieku dwunastu lat słucha jazzu nowoorleańskiego i gardzi tymi, co słuchają Backstreet Boys...

        Ciekawe, czy Maciek czytający Szestowa miał kumpli?
        • turzyca Miewaja, miewaja 02.08.12, 13:13
          Nawet nie masz pojecia, z iloma osobami lapalam fale pod haslem "tylko nie znow BB/Michal Wisniewski".

          Pomijam juz fakt, ze DiCaprio w czasach Titanica to byl budyn z soczkiem. ;)
          • klymenystra Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 13:23
            Zgadzam się z Turzycą :) Snobowanie się to jedno, a outsiderstwo czy inne poczucie estetyki to drugie (nawet połączone z poczuciem wyższości, typowym w okresie nastoletnim). Dla mnie snob to ktoś, kto się snobuje na coś - czyli np. słucha zespołu X., który uchodzi za wyrafinowany i ęą, choć de facto muzyka ta wcale do niego trafia i wcale jej nie czuje. Albo czyta Prousta, choć ten go męczy, zamiast siąść nad Coelho :P
            • croyance Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 14:41
              No ale za komuny nie bardzo sie bylo na co snobowac, wiekszosc osob z tej samej klasy naprawde jechalo na tym samym wozku. Ponadto - nie wiem, jak Wy - ale ja pamietam rozne kolektywizujace zabiegi i godziny wychowawcze poswiecone temu, zeby w klasie 'nie tworzyly sie paczki' i 'jak zaradzic temu, ze klasa nie jest zgrana'. To bylo wtedy cholernie wazne - mnie kiedys przesadzono, bo spedzalam za duzo czasu z jedna z kolezanek a powinnam, prawda, z kolektywem. To nie byly czasy na outsiderstwo (co nie znaczy, ze go nie bylo, ale mowie raczej o ogolnej tendencji).

              Zreszta, nawet jak juz jest outsider (Nutria czy kto tam), to raczej spiknal by sie sie z innym ousiderem i by spedzali czas na wagarach na emowaniu i dyskusjach o tym, jakie sa obie inne niz wszyscy i genialne.
              • turzyca Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 15:41
                croyance napisała:

                > No ale za komuny nie bardzo sie bylo na co snobowac, wiekszosc osob z tej samej
                > klasy naprawde jechalo na tym samym wozku.

                Odnozka jest o Pyzie i Laurze, wiec to juz czasy postkomunistyczne. A jako rowiesniczka Pyzy rozumiem jej niechec do DiCaprio bardzo dobrze, zaakceptowalam faceta dopiero na studiach, gdy zupelnym przypadkiem zobaczylam go jako Romeo, bardzo pozytywnie mnie wtedy zaskoczyl. Wczesniej jego nazwisko na plakacie dyskwalifikowalo dla mnie film.

                Formy snobizmu intelektualnego mozna uprawiac za grosze, maniaczki zielnikow np. beda latac w malej grupce po laczkach i kasowac sie wiedza wyszukana w bibliotece. Mozna tez np. znac na wyrywki pociagi odjezdzajace ze stacji Poznan Glowny i zakasowywac sie informacjami o przystankach i wadze wagonow.


                Ponadto - nie wiem, jak Wy - ale ja
                > pamietam rozne kolektywizujace zabiegi i godziny wychowawcze poswiecone temu,
                > zeby w klasie 'nie tworzyly sie paczki' i 'jak zaradzic temu, ze klasa nie jest
                > zgrana'. To bylo wtedy cholernie wazne - mnie kiedys przesadzono, bo spedzalam
                > za duzo czasu z jedna z kolezanek a powinnam, prawda, z kolektywem. To nie byl
                > y czasy na outsiderstwo (co nie znaczy, ze go nie bylo, ale mowie raczej o ogol
                > nej tendencji).

                A wiesz dlaczego? Ja wiem przypadkiem - moja klasa licealna nie zintegrowala sie w ogole. To nie znaczy, ze sie nie lubilismy, czemu nie, imprezy, nie imprezy, ale nie bylismy w zaden sposob kolektywem, nie mielismy nawet dwoch, trzech duzych grup, uklady towarzyskie byly zdecydowanie bilateralne (co mi sie potem czkawka odbijalo, bo u nas uklady typu przyjaciel mojego przyjaciela jest moim wrogiem sobie funkcjonowaly, w wielu innych grupach okazywalo sie to nie do przejscia, raczej zasada "albo on(a) albo ja"). Paru nauczycieli nas z tego powodu bardzo nie lubilo, bo jak sformulowala to nasza historyca "normalnie do klasy trzeba dopasowac jeden klucz, czasem kilka, a u Was jest 35 indywidualnosci i do kazdego trzeba dobrac oddzielny kluczyk, cholernie duzo roboty." Kolektyw jest genialnym narzedziem do latwego rzadzenia ludzmi.
                • ginny22 Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 16:40
                  Jak rówieśniczka Pyzy mogłabyś też widzieć DiCaprio w "Romeo i Julii", "Gilbercie Grape'ie" czy "Całkowitym zaćmieniu" przed "Titanikiem" albo w jego okolicach. Wtedy mogłabyś mieć do niego zgoła inny stosunek.
                  • emae Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 16:51
                    ginny22 napisała:

                    > Jak rówieśniczka Pyzy mogłabyś też widzieć DiCaprio w "Romeo i Julii", "Gilberc
                    > ie Grape'ie" czy "Całkowitym zaćmieniu" przed "Titanikiem" albo w jego okolicac
                    > h. Wtedy mogłabyś mieć do niego zgoła inny stosunek.

                    Nie mówiąc już, że przecież DiCaprio zagrał w tym nieszczęsnym "Titanicu" naprawdę dobrze! Tylko że z miejsca stał się idolem nastolatek, zaszufladkowanym przez masy jako "ten piękniś, co sprawia, że dziewczyny piszczą". Podobnie było swego czasu z Bradem Pittem.
                    • croyance Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 17:31
                      Ale Titanic byl po Gilbercie Grape, mnie sie np. zakodowalo, ze Caprio to swietny aktor, i zaden Titanic tego nie zmienil ...
                      • nessie-jp Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 17:57
                        croyance napisała:

                        > Ale Titanic byl po Gilbercie Grape, mnie sie np. zakodowalo, ze Caprio to swiet
                        > ny aktor, i zaden Titanic tego nie zmienil ...

                        Ależ przecież właśnie o to chodzi, że di Caprio to dobry, POPULARNY i ZNANY aktor, rozumiesz. Nie niszowy, nie antyczny, tylko dostępny dla szerokich Kopiec-rzesz. I co gorsza przystojny. Dlatego na niego padło.

                        Gdyby był po prostu kiepskim aktorem, to nie miałby racji bytu jako element Masowej Pop-Tfu-Ohydztwo-Kultury.
                        • yowah76 Re: Miewaja, miewaja 22.08.12, 18:43
                          nie no, przystojny to nie, a fuuuu... :P
                  • turzyca Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 18:47
                    ginny22 napisała:

                    > Jak rówieśniczka Pyzy mogłabyś też widzieć DiCaprio w "Romeo i Julii", "Gilberc
                    > ie Grape'ie" czy "Całkowitym zaćmieniu" przed "Titanikiem" albo w jego okolicac
                    > h. Wtedy mogłabyś mieć do niego zgoła inny stosunek.

                    Nie bardzo. Pierwszy raz sama w kinie bylam w marcu 1998 roku, po miescie poruszac sie zupelnie samodzielnie zaczelam rok wczesniej. A to znaczy, ze moglam zobaczyc Titanika (1997), a raczej nie moglam zobaczyc o rok wczesniejszego "Romeo i Julia". A juz na pewno nie "Co gryzie Gilberta Grape", bo byl puszczany dobre dwa lata przed osiagnieciem przeze mnie wymaganego wieku (to nie jest film w kategorii open).

                    I ja nie mowie, ze DiCaprio nie jest dobrym aktorem, ale ze akurat ta niechec Pyzy byla naprawde realistyczna psychologicznie - ja DiCapriowi bardzo dlugo nie dawalam szansy, bo go sobie zaszufladkowalam jako idola nastolatek i progromowo nie chodzilam na filmy, w ktorych gral. Dopiero po latach odkrylam, ze to bardzo dobry aktor i jako Romeo byl faktycznie swietny. Ale wtedy nie dawalam mu szansy i jak Pyza, gdy wokol mnie wybuchaly jeki, ze DiCaprio jest taki slodki, oddalalam sie (fizycznie lub mentalnie) w inne rejony. To samo robilam, gdy odbywaly sie wybory na najslodszego z bekstritow. Nie, dziekuje, nie moja bajka. Nie przeszkodzilo mi to w zadzierzgnieciu przyjazni, ktore trwaja do dzis.
                    • ginny22 Re: Miewaja, miewaja 03.08.12, 11:20
                      > Nie bardzo. Pierwszy raz sama w kinie bylam w marcu 1998 roku, po miescie porus
                      > zac sie zupelnie samodzielnie zaczelam rok wczesniej. A to znaczy, ze moglam zo
                      > baczyc Titanika (1997), a raczej nie moglam zobaczyc o rok wczesniejszego "Rome
                      > o i Julia". A juz na pewno nie "Co gryzie Gilberta Grape", bo byl puszczany dob
                      > re dwa lata przed osiagnieciem przeze mnie wymaganego wieku (to nie jest film w
                      > kategorii open).

                      Pisałam z właśnego doświadczenia, osoby od Pyzy młodszej o rok czy dwa (nie pomnę, czy ona jest z 1981 czy 1982) ;) - "Romeo i Julię" widziałam w kinie, "Gilberta" w tv, przed "Titanikiem" Leoś miał już u mnie wyrobioną markę. Ale, oczywiście, zjawisko młodzieżowego snobowania się "znany i ładny, to go nie lubię" nie jest mi obce.
                • croyance Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 17:30
                  He, no mnie juz jako dziecku wydawalo sie to dziwnym zalozeniem, zeby w przypadkowo dobranej grupie 45 uczniow (jak moja klasa) wszyscy sie lubili i byli zgrani. Ale to nie bylo zgodne z zalozeniami ideologicznymi :-P

                  Gaba i Ida (czy Nutria tez?) wychowaly sie w podobnych czasach przeciez ...
                  • nessie-jp Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 17:59
                    > zeby w przypad
                    > kowo dobranej grupie 45 uczniow (jak moja klasa) wszyscy sie lubili i byli zgra
                    > ni. Ale to nie bylo zgodne z zalozeniami ideologicznymi :-P

                    "Za moich czasów" nie było w tym nic dziwnego, że klasa ma obowiązek umieć ze sobą pracować. "Lubienie" to dziecinny termin, używany, żeby dotrzeć do dzieci. Nikt nie oczekiwał głębokich przyjaźni i zrozumienia, ale BARDZO tępiono kliki znęcające się nad jednostkami i w rozmaity sposób zachęcano do współdziałania.
                    • turzyca Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 18:32
                      nessie-jp napisała:

                      > > zeby w przypad
                      > > kowo dobranej grupie 45 uczniow (jak moja klasa) wszyscy sie lubili i byl
                      > i zgra
                      > > ni. Ale to nie bylo zgodne z zalozeniami ideologicznymi :-P
                      >
                      > "Za moich czasów" nie było w tym nic dziwnego, że klasa ma obowiązek umieć ze s
                      > obą pracować. "Lubienie" to dziecinny termin, używany, żeby dotrzeć do dzieci.
                      > Nikt nie oczekiwał głębokich przyjaźni i zrozumienia, ale BARDZO tępiono kliki
                      > znęcające się nad jednostkami i w rozmaity sposób zachęcano do współdziałania.

                      Dla mnie wlasnie zgrana klasa jest takim koszmarem, ktory powoduje outsiderstwo. Ale moze dlatego ze zmieniajac szkole trafilam wlasnie do takiej swietnie zgranej klasy, a ze nie pasowalam do trzonu, to praktycznie nie mialam szansy sie zintegrowac, osoby, z ktorymi byloby mi po drodze nie bardzo chcialy sie wychylac ze zgranego kolektywu. Z czasem - gdy czesc osob odeszla, a przyszly nowe - to sie nieco zmienilo. Pozniejsza licealna klasa czyli niezintegrowana banda indywidualistow, w ktorej z kazdym moglam realizowac jakas forme kontaktu (na zasadzie - z Piotrkiem nie laczy nas nic oprocz milosci do jazzu nowoorleanskiego, wiec spedzimy godziny gadajac o jazzie, ale nie bedziemy rozmawiac o literaturze, sztuce, zyciu, ciuchach czy czymkolwiek innym), byla zdecydowanie latwiejszym srodowiskiem do zycia.
                      • klymenystra Re: Miewaja, miewaja 03.08.12, 09:21
                        Nas też nazywano bandą indywidualistów, klasa liczyła 40 osób, które dobrały się w 2-4 osobowe grupki, najczęściej się nielubiące. Ja lawirowałam między grupkami, co było fajne, choc miałam oczywiście bliskich przyjaciół. Zgraliśmy się dopiero w klasie maturalnej, gdy zmienił się wychowawca. Fajnie było obserwowac przez te 4 (właściwie 3) lata dynamikę grupy.
              • anutek115 Re: Miewaja, miewaja 02.08.12, 21:15
                croyance napisała:

                > No ale za komuny nie bardzo sie bylo na co snobowac, wiekszosc osob z tej samej
                > klasy naprawde jechalo na tym samym wozku.

                Ależ oczywiście, że było, prawdziwy snob komuny się nie boi! Wiiem, bo miałam snoba w klasie. I snobkę. Nie outsiderów, a snobów, odróżniało sie ich od outsiderów od pierwszego kopa!

                Ponadto - nie wiem, jak Wy - ale ja
                > pamietam rozne kolektywizujace zabiegi i godziny wychowawcze poswiecone temu,
                > zeby w klasie 'nie tworzyly sie paczki' i 'jak zaradzic temu, ze klasa nie jest
                > zgrana'.

                Ja pamietam odwrotne :)) - moja klasa była ZA BARDZO zgrana. Przyznaję, że typowe to nie bylo, moja klasa skladała się z outsiderów i oryginałów w 95 procentach, a pomimo to była zgrana i życzliwa "nowym" - przyjmowaliśmy na pokład nowe dusze ufnie i z zaciekawieniem, co też nowego wniosą. A jednocześnie uwielbialiśmy ze sobą być, wzorowo współpracowaliśmy - i nauczyciele nie mogli tego znieść, mieliśmy "wtykę" w pokoju nauczycielskim, życzliwa nam nauczycielkę, która czasem (bardzo dyskretnie, czego żalowaliśmy ;D) puszczała parę, więc wiedzieliśmy o dyskusjach, co by tu zrobić, aby nas podzielić, a w drugiej klasie stanął plan, by klasę w ogóle zlikwidować i rozparcelowac po innych - to wiem, bo na wywiadówce była o tym mowa. Rodzice się nie zgodzili, bo klasa była profilowana, i dlatego sprawa upadła...

                To bylo wtedy cholernie wazne - mnie kiedys przesadzono, bo spedzalam
                > za duzo czasu z jedna z kolezanek a powinnam, prawda, z kolektywem. To nie byl
                > y czasy na outsiderstwo (co nie znaczy, ze go nie bylo, ale mowie raczej o ogol
                > nej tendencji).

                > Zreszta, nawet jak juz jest outsider (Nutria czy kto tam), to raczej spiknal by
                > sie sie z innym ousiderem i by spedzali czas na wagarach na emowaniu i dyskusj
                > ach o tym, jakie sa obie inne niz wszyscy i genialne.

                Chyba, że było się, jak ja, w klasie outsiderów :). Ale taka klasa, przy pogladach pani MM na młodzież i szkoły, nie pojawi się na kartach Jeżycjady NIGDY.
                • the_dzidka Re: Miewaja, miewaja 03.08.12, 11:21
                  w drugiej klasie stanął
                  > plan, by klasę w ogóle zlikwidować i rozparcelowac po innych - to wiem, bo na w
                  > ywiadówce była o tym mowa.

                  O_O
                  A jak to uargumentowano?! No bo chyba nie tym, że klasa jest za bardzo zgrana?!
                  • anutek115 Re: Miewaja, miewaja 03.08.12, 12:36
                    the_dzidka napisała:

                    > w drugiej klasie stanął
                    > > plan, by klasę w ogóle zlikwidować i rozparcelowac po innych - to wiem, b
                    > o na w
                    > > ywiadówce była o tym mowa.
                    >
                    > O_O
                    > A jak to uargumentowano?! No bo chyba nie tym, że klasa jest za bardzo zgrana?!

                    Owszem, w pewnym sensie. Że nie sposób z nami pracować, bo mamy na siebie nawzajem fatalny wplyw, a jednocześnie jesteśmy oporni na współpracę z nauczycielami. Nieoficjalny komunikat z pokoju nauczycielskiego "Trzeba rozbić to Kolo Wzajemnej Adoracji" :D.

                    Szczegółów nie pamiętam, bo to jednak było parę lat temu, ale jak rodzice nie zgodzili się na podział klasy (z rozszerzonym angielskim, uczniowie mieli być rozparcelowani po klasach: ogolnej, z rozszerzonym niemieckim - nie wiem, jak sobie to wyobrazano, bol-chem - też nie wiem i mat-fizie - tu wiem, mielismy w klasie jednego geniusza i paru pomniejszych mędrców matematycznych :))) podjęto indywidualna próbę urabiania, kazdy rodzic na wywiadówce uslyszał coś takiego: "Ja nie mam pana/-ni synowi/córce nic do zarzucenia, to takie pilne, spokojne, dobrze ulożone, garnące sie do nauki (iscie Pyzunia :)) dziecko, ale ta klasa ma na nie fatalny wplyw! Tu jest paru prowodyrów, którzy mącą, on/-a dostał/-a się pod ich wpływ, jest nie do poznania, od pierwszej klasy zmienił/-a się na gorsze..." i tak dalej, dosłownie to samo, tylko imiona się zmieniały (zgadalismy sie po serii spotkań indywidualnych z rodzicami i kazdy powiedział, co w domu usłyszał), niektorzy rodzice sie przejęli i naprawdę chcieli dzieci do innych szkół przenosić, szczęśliwie żaden planów w koncu nie zrealizował...
              • klymenystra Re: Miewaja, miewaja 03.08.12, 09:16
                Ale mowa jest o Pyzie i czasach już po komunie...
                • anutek115 Re: Miewaja, miewaja 03.08.12, 09:25
                  Ale ja odpowiadalam Croyance, ktora twierdzila, że za komuny nie było sie na co snobować.

                  A wzgledem Pyzy - snobki wzglednie outsiderki tez powiedziałam, co myślę. Snobką nie jest. Ale outsiderki jest w niej tyle, co empatycznego ciepła w "niezawodnie bezstronnej" Mili ;D.
                  • croyance Re: Miewaja, miewaja 03.08.12, 17:44
                    Nie, nie twierdze, ze nie bylo na co sie snobowac, tylko roznice byly jednak mniejsze i procentowo snobow bylo nieco mniej. U nas w podstawowce np. jeden chlopak mial w domu odtwarzacz video i duzo sie o tym mowilo. Ale byl jeden i do szpanu mial tylko video, a nie prywatny jacht. Materialnie rzecz biorac wiekszosc z nas byla w bardzo podobnej sytuacji, bez wzgledu na wyksztalcenie rodzicow - przydzielono nas wszak do klasy rejowo, 95% osob z mojej klasy bylo z mojego bloku.
                    • croyance Re: Miewaja, miewaja 03.08.12, 17:47
                      Rejowo! :-D

                      Rejonowo mialo byc ...
                  • klymenystra Re: Miewaja, miewaja 04.08.12, 13:28
                    Ja też odpowiadałam Croyance :)
          • the_dzidka Re: Miewaja, miewaja 03.08.12, 10:21
            Widzę, że mój nieco prowokacyjny tytulik posta zrobił swoje :)

            However, nadal uważam, że Pyzoróże są same sobie winne. IMHO Pyza powinna robić za klasowego jelenia nawet, takie cielę, co to z niego wszyscy się nabijają i robią na złość.
            • iwoniaw I to byłby rzeczywiście pomysł 03.08.12, 10:59
              primo - realistyczny, secundo - poruszający problem, z jakim nastoletnia czytelniczka może się identyfikować prędzej niż z byciem pięciogwiazdkową pięknością nie mogącą się opędzić od adoracji stada prymusów fryckowatych i latin loverów lelujczych.
              Marysueizm jest natomiast średnią koncepcją na powieść ku pokrzepieniu nastolęcego serca i stąd właśnie to wrażenie coraz większego rozziewu pomiędzy deklaracją odautorską (realistyczne powieści krzepiąco-dydaktyczne) a faktami.
        • nessie-jp Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 02.08.12, 15:08
          > Ciekawe, czy Maciek czytający Szestowa miał kumpli?

          Miał, miał, to już inny wiek. 17-latkowie ze snobizmem literackim (technicznym, muzycznym, kulturowym) to zupełnie inna kategoria, niż stare-malutkie, smarkule, które guzik widziały i guzik rozumieją, ale pierwsze, czego się nauczyły, to pogardzać "gorszymi" koleżankami. Bo te dyskutują, nieprawdaż, o niewłaściwych filmach (nie Ogniem i Mieczem) albo o niewłaściwej muzyce (nie fletnia Pana).
          • ginny22 Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 02.08.12, 15:24
            Poza tym Maciek (jak jak Jurek Hajduk) sprawia wrażenie młodego człowieka, który ma zainteresowania z różnych półek. Zresztą w ogóle tak było w starej Jeżycjadzie, dopiero nowa zaczęła nam machać przed nosem kulturą wysoką li i jedynie.
          • ananke666 Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 02.08.12, 19:03
            > pogardzać "gorszymi" koleżankami. Bo te dyskutują, nieprawdaż, o niewłaściwych
            > filmach (nie Ogniem i Mieczem)

            Słusznie czynią, nawiasem mówiąc, bo to zły film jest.
            • nessie-jp Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 02.08.12, 19:08
              > > filmach (nie Ogniem i Mieczem)
              >
              > Słusznie czynią, nawiasem mówiąc, bo to zły film jest.

              Dla mnie wręcz koszmarny, ale Borejkowie zdaje się docenili? Podobnie jak komedie romantyczne i Szklaną Pułapkę.
              • maryboo Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 21.08.12, 15:45
                nessie-jp napisała:


                >
                > Dla mnie wręcz koszmarny, ale Borejkowie zdaje się docenili? Podobnie jak komed
                > ie romantyczne i Szklaną Pułapkę.
                >

                Ignac nie, bo płakał, że jego ulubioną lekturę przerobiono na maszynkę do robienia pieniędzy.
        • anutek115 Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 02.08.12, 21:36
          the_dzidka napisała:

          > > Ze Pyza nie ma kolezanek - to sie nie dziwie, tak sie zachowuje, ze napra
          > wde ci
          > > ezko o kontakt (woli liczyc kalorie jablka niz pogadac z klasa),
          >
          > Jedna panienka oddala się od grupy, bo ta rozprawia o DiCaprio, druga w wieku d
          > wunastu lat słucha jazzu nowoorleańskiego i gardzi tymi, co słuchają Backstreet
          > Boys...

          No właśnie, mnie sie wydaje po prostu, że rzecz nie w snobiźmie/ousiderstwie Pyzy i Laury (zresztą, litości, Pyza outsiderką, toż to o niej jest "jajko pozbawione skorupki, przyjmujące kształt naczynia, w którym się znajduje", o niej, nie o Anieli!), tylko w pogladzie pani MM na "dzisiejszą mlodzież", która to młodziez pani MM widuje na spotkaniach autorskich i wlasnej stronie internetowej (gdzie jest slodko, ciu, ciu, ciu, oraz jak dobrze widzieć te wysepki na oceanie, nieprawda, chamstwa i prostactwa), albo obserwuje z odraza i obawa na ulicy, gdy, chichocząc, opowiada sobie młodzież o chłopakach i ciuchach, albo w ataku głupawki rży na cały park z byle czego.

          I tak mi sie zdaje, że nic a nic nie bierze autorka pod uwagę, że ulica to nie jest miejsce na dyskusje o zyciu, a na głupawkę i owszem, i że te same osoby, ktore wymieniaja sie uwagami na temat nowego ciucha w czasie długich, nocnych Polaków rozmów mówią zupełnie o czym innym. Ja zawsze, zawsze, jak widzę rżącą jak kto glupi bande dziecząt w wieku +/- 15 i mam ochotę pomysleć "Co za idiotki, moglyby się zamknąć!" przypominam sobie, jak wracalyśmy z grupą koleżanek ze szkoły i bawiłyśmy się w wiązania chemiczne, a jedna była elektronem walencyjnym (nie pytajcie), i mi od razu narzekanie starszej pani z głowy wywiewa.

          A pani MM nie wywiewa, dla niej człowiek jest - bez względu na deklaracje - bolesnie jednowymiarowy, jak glupi, to głupi, jak bogaty, to wredny, a jak ma tipsy, to zakończył przygodę z literaturą na dlugim, trzysylabowym slowie w "Wesołych przygodach malej żyrafki", a teraz to najwyżej sylabizuje program telewizyjny. No bo żeby taka z makijazem umiała czytać? Niepodobna!

          I, oczywiście, działa to na odwrót - jak bez makijazu, to czyta w trzech językach literature wyższą, jak biedna, to szlachetna na duchu, jak z kamienicy, to z dobrego domu... Strasznie trudno zdobyć przyjaciół osobom o tak wyśrubowanym poziomie moralno-duchowo-intelektualnym.

          To pisałam ja - outsider i osoba wycofana, której jednakze zdarzało sie gadać o d... Maryni i ulegać napadom glupawki, o zdobyciu przyjaciół nie wspominając.

          Tak, mialam szczęście, wiem. Ale wyjątkowe wydają mi się raczej Borejkówny, z których żadna (no dobra, niech będzie, że oprocz Gaby), takiego szczęścia nie miała.
          • klawiatura_zablokowana Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 03.08.12, 13:44
            Ha, ja bym powiedziała, że to wręcz symptomatyczne w standardowym jeżycjadowym wieku bohaterek, czyli wśród młodzieży licealnej. Wygłupy w galerii handlowej, walenie wina w parku czy malowanie paznokci na różowo w niczym się nie kłóci z czytaniem Tołstoja, Oscara Wilde'a w oryginale czy słuchaniem Wagnera. Albo brania udziału w olimpiadzie polonistycznej czy chodzeniem na spotkania chóru kościelnego. Człowiek dopiero siebie samego poszukuje, próbuje różnych rzeczy. Ten dualizm, ta wielotwarzowość dotyczyła zarówno mnie, jak i większości moich znajomych. Do dzisiaj pamiętam, jak zszokowana byłam, gdy okazało się na pewnej lekcji historii, że kolega wydawający się na pozór zjaranym hiphopowcem po lobotomii (spodnie w kroku, mętny wzrok pod czapką wciśnięta głęboko na czoło, etc.) fascynuje się historią starożytną i wie bardzo dużo o piramidach. Albo jak się okazało, że klasowa metalówa czarnymi paznokciami, pijąca co piątek jabola po lekcjach, recytuje Makbeta z pamięci.

            Byłam ostatnio w moim własnym liceum i gadałam z moją polonistką. Zapytałam, czy to prawda, że "teraz ta młodzież taka i owaka". Odpowiedziała z całą stanowczością, że nie - zmieniają się tylko hobby, muzyka, mody, topowe lektury (teraz pod ławką nie czyta się Sapkowskiego, tylko Igrzyska śmierci), ale młodzież jest zasadniczo taka sama. Na mój komplement, że w ogóle się nie zmieniła od czasów mojej matury, powiedziała ze śmiechem, że to zasługa kontaktu z młodzieżą - nie ma czasu zgredzieć.

            No i może tu tkwi problem pani Musierowicz? Kiedyś widziało się, że ona z tą młodzieżą ma kontakt i ją "czuje". Przebija to wyraźnie z Kłamczuchy, Szóstej Klepki, Kwiatu kalafiora - jakby autorka była starszą koleżanką, co najwyżej życzliwą nauczycielką czy matką jednej z bohaterek, która obserwuje je z uśmiechem. Jest BLISKO. Późniejsze tomy brzmią trochę jakby życzliwa mama, przysłuchująca się rozmowie córek albo uczennic na przerwie zamieniła się w starszą sąsiadkę, która z 10. piętra obserwuje z niesmakiem "tę dzisiejszą młodzież", jak wraca po nocy i ćmi papierosy pod klatką. Obserwuje z daleka, z bezpiecznego dystansu, jakby w zoo. Jeśli ktoś jest jej bliski, to raczej rodzice i dziadkowie tych szczeniaków, których narzekań i lęków chętnie posłucha.
            • iwoniaw Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 03.08.12, 14:56
              CytatPóźniejsze tomy brzmią trochę jakby życzliwa mama, przysłuchująca
              > się rozmowie córek albo uczennic na przerwie zamieniła się w starszą sąsiadkę,
              > która z 10. piętra obserwuje z niesmakiem "tę dzisiejszą młodzież", jak wraca p
              > o nocy i ćmi papierosy pod klatką. Obserwuje z daleka, z bezpiecznego dystansu,
              > jakby w zoo.


              Bardzo trafne. Obserwacje jakby przez p. Szczepańską czynione - i to w sumie nie byłoby takie złe, a nawet mogłoby być ciekawym zabiegiem, tymczasem autorka wkłada te refleksje w głowy nieletnich bohaterów (Józinek) i wychodzi karykatura.
            • the_dzidka Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 03.08.12, 20:52
              klawiatura_zablokowana napisała:

              > Ha, ja bym powiedziała, że to wręcz symptomatyczne w standardowym jeżycjadowym
              > wieku bohaterek, czyli wśród młodzieży licealnej. Wygłupy w galerii handlowej,
              > walenie wina w parku czy malowanie paznokci na różowo w niczym się nie kłóci z
              > czytaniem Tołstoja, Oscara Wilde'a w oryginale czy słuchaniem Wagnera.

              Przypomnijmy sobie, jaką młodzieżą byli nasi rodzice - to była, plus minus, młodzież taka jak Paweł i Anula z "Wojny Domowej" :) Sodomia i Gomoria to była, panie. Na gitarach brzdąkali jejeje, zamiast poważnie pomyśleć o przyszłości.

              A tak poważniej - to ja oczywiście wpadłam w dokładnie te same sidła kilka lat temu. Że Jezus, co to za młodzież, że myśmy tacy nie byli. Przeszło mi przede wszystkim dzięki Internetowi - poznałam młodzież, która mimo że wygłupia się do wypęku i zapewne chichocze (i beka) na przystankach, to jednak okazuje się, że robi coś poza tym. I ja tę młodzież uważam za uroczych i wartościowych znajomych. I mam ich na Facebooku :) Bo myśmy dokładnie właśnie tacy sami byli ;)

              Więc ja też, widząc tę rozrechotaną młodzież na ulicy, już teraz patrzę na nią z sympatią.

              A pani Musierowicz - nie. Bo ona ich tylko widzi na ulicy, nie poznawszy bliżej.
              • klawiatura_zablokowana Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 12:59
                > Przypomnijmy sobie, jaką młodzieżą byli nasi rodzice - to była, plus minus, mło
                > dzież taka jak Paweł i Anula z "Wojny Domowej" :) Sodomia i Gomoria to była, pa
                > nie. Na gitarach brzdąkali jejeje, zamiast poważnie pomyśleć o przyszłości.

                Heh, moja babcia do dzisiaj narzeka, jaka moja matka była okropna jako nastolatka, jak się rozpędzi. Mama mi po latach powiedziała, że ja i moja siostra przeszłyśmy dojrzewanie "lajtowo" w porównaniu z buntem, jaki ona czuła wobec swoich rodziców ;)

                Kkokos
                >to trzeba dojrzeć. a jak czytałam po raz pierwszy 6K, to byłam tym przeglądem sportowym u >hajduka potwornie zawiedziona i rozczarowana, znacznie bardziej niż dmuchawiec. miałam >pewnie z 12-13 lat.

                Też mi się tak do 15 r.ż. wydawało, że pewne rozrywki są "niskie", a jak pomaluję rzęsy, to mi się od tego mózg skurczy :))) Serio, dylematy Cesi i Gaby nad pierwszym tuszem i pierwszą sukienką czy też kolorami ziemi były mi bardzo bliskie. Tym bardziej żałuję, że w późniejszych tomach bohaterki Jeżycjady przestały mieć takie problemy, bo się okazało, że są zarówno wszystkie w jedną fizycznie BOSKIE, jak i intelektualnie wysnobowane.
            • kkokos Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 10:03
              > Ha, ja bym powiedziała, że to wręcz symptomatyczne w standardowym jeżycjadowym
              > wieku bohaterek, czyli wśród młodzieży licealnej. Wygłupy w galerii handlowej,
              > walenie wina w parku czy malowanie paznokci na różowo w niczym się nie kłóci z
              > czytaniem Tołstoja, Oscara Wilde'a w oryginale czy słuchaniem Wagnera.
              (...)
              > No i może tu tkwi problem pani Musierowicz? Kiedyś widziało się, że ona z tą mł
              > odzieżą ma kontakt i ją "czuje".

              no dokładnie
              kiedyś czuła - vide hajduk i przegląd sportowy, dziś nie czuje

              ale ja tu widzę jeszcze cóś
              do takich refleksji - że różowe paznokcie nie kłócą się z wagnerem, a jedno i drugie jest poszukiwaniem siebie - to trzeba dojrzeć. a jak czytałam po raz pierwszy 6K, to byłam tym przeglądem sportowym u hajduka potwornie zawiedziona i rozczarowana, znacznie bardziej niż dmuchawiec. miałam pewnie z 12-13 lat.
              więc też po trochu rozumiem, że neojeżycjada z takim zerojedynkowym podziałem na mądrych i głupich trafia do bardzo młodych czytelniczek, które są idealnym materiałem na słitaśne kółko adoracyjne i budują je, budują.

              • guineapigs Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 12:02
                Chyba nie szokiem byl Przeglad Sportowy ale ze Hajduk czytal go pod lawka?
                Bo nie chce miec takiego wrazenia, ze 15-17 letni chlopak, czytajacy Przeglad Sportowy, to jakies paskudztwo? Przeciez to ze tak powiem aksjomat: masz 17 lat i czytasz o sporcie - norma. Bym powiedzila ze wrecz na odwrot - masz 17 lat, jestes chlopakiem i nie czytasz o sporcie - cos nie tak.
                Moze nie od razu zaburzenia psychiczne, ale moze ktos ci zadaje jakis gwalt emocjonalny (np. dziadek albo ojciec).
                Zainteresowanie nastolatkow sportem jest tak samo normalne i oczywiste, jak zainteresowanie pan w ciazy odpowiednia dieta.
                Jakby mi absztyfikant w klasie maturalnej powiedzial, ze nie interesuja go gole czy czasy w biegach narciarskich, za to ma wiecej czasu na Norwida czy Bialoszewskiego - to bym sie zastanowila (a czy na pewno aby Norwida i Bialoszewskiego nie interesowaly czasy, rkordy w pchnieciu kula czy gole???) czy chce takiego kogos u swego boku.
                • kkokos Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 12:36
                  dżizas, świnki, na drugi raz zanim na mnie napadniecie, to idźcie pobiegać albo się ze sobą poboksujcie i upuście trochę pary, dobrze?

                  skoro nie rozumiesz, to zajrzyj do książki, zobacz, jak jest ta scena opisana, potem spróbuj zrozumieć, dlaczego 13-latka łykająca narrację odautorską jak swoją była głęboko rozczarowana, a potem się bulw, dobrze?
                  • guineapigs Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 19:40
                    Kkoos, przeczytalam Twoja wypowiedz i moja powiedzmy odpowiedz - i naprawde nie wiem, gdzie tu widzisz moj atak na Ciebie. Po prostu pokazujemy dwie mozliwosci oceny kolegow ze szkoly, kolegow przylapanych na czytaniu PS. Dla ciebi to byl szok czy cos w tym stylu, dla mnie nie byl to szok tylko cos, czego nalezy sie spodziewac po pietnastolatkach, konkretnie pienastoletnich chlopcach.
                    Uwazam, ze moja wypowiedz nie byla zadnym atakiem na twoja wypowiedz. po prostu roznice z doswiadczenia.
                    A te teksty o wybieganiu sie itp to tak ujme - nie wiem co robisz w sensie zawodu czy zarabiania na zycie, ale mysle, ze jazda konna i bieganie za konmi po padokach zabieraja mi wystarczajaco duzo energii, by nie miec zadnych rezerw na bycie atakujacym bez konkretnego powodu. Ba, nawet byle jaki powod nie bylby wystarczajaca inspiracja do mojego ataku. Zal czasu i energii.
                • agni_me Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 17:01
                  W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, w świadomości "ogółu", czytelnikami Przeglądu Sportowego byli ludzie, dla których był najczęściej jedyną lekturą, w dodatku lekturą ze wszech miar niewymagającą i źle napisaną. Z tą wiedzą rozczarowanie bohaterki jest zrozumiałe.
                  • guineapigs Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 19:04
                    Ja kwestie stereotypow rozumiem, ale stereotyp to stereotyp. A skad mieli czerpac wiadomosci profesorzy - fani Widzewa czy kolarstwa? Moze jeszcze napiszmy, ze nikt powyzej matury nie interesowal sie sportem. Jezyk jezykiem, ale wyniki, czasy, odleglosci rzutow itp byly chyba podawane prawidlowo.
                    Ja absolutnie rozumiem kwestie ze komus moglby sie Hajduk wydac zdrajca, bo czytal PS a nie Mlodego Technika pod lawka. Ale to spojrzenie jednostronne, i o tym mowimy. Zreszta, spojrzmy naukowo: sport to czysta fizyka (oczywiscie z wyjatkiem gier zespolowych, gdzie wkracza wspolpraca i element ze tak powiem humanistyczny). Moze Hajduk po prostu byl ciekaw, jak zmiana dlugosci skoczni wplywa na odleglosc skoku albo jak zmiana wagi zawodnika na cos tam?
                    Ale nie o to chodzi, chodzi o to, ze MM jakos zapuscila zle nasienie w mysleniu albo je ugruntowala. Bo w takim normalnym mysleniu czytanie PS nie ma sie nijak do bycia dobrym fizykiem, dobrym biologiem czy dobrym pisaczem wypracowan. Malo tego: o sportowcach mozna napisac takie powiesci, ze ho ho.
                    Film pt. Zapasnik chyba daje do myslenia.
                    Mowimy tu o roznych stereotypach, ze np. nie zawsze dom lacinsko-kresowy to dobry dom.
                    powiedzmy wiec tez, ze dom, gdzie ojciec/brat/wujek czyta PS nie oznacza domu wyzutego z kultury, ze nikt tam nie czyta ksiazek, ze wogole nic tam sie nie dzieje i ludzie pluja sobie do zupy, podstawiaja nogi albo chowaja ksiazki w piwnicy bo tak.
                    • kkokos Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 19:52
                      no proszę cię, guineapigs, drugi długi post o tym, że to normalne, że nastolatek interesuje się sportem. mam nadzieję, że po moim poście z cytatem z książki wreszcie zrozumiesz, o co mi chodziło.
                    • agni_me Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 05.08.12, 10:07
                      guineapigs, odczep się, ja cię proszę, od tego sportu, zapomnij o nim, w wyobraźni zamień Przegląd Sportowy na Pudelka choćby i świat stanie się bardziej zrozumiały. Kkokos świetnie rozwinęła wątek PS po cytacie z Szóstej Klepki.
                  • kkokos Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 19:47
                    agni_me napisała:

                    > W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, w świadomości "ogółu", czytelnikami
                    > Przeglądu Sportowego byli ludzie, dla których był najczęściej jedyną lekturą,
                    > w dodatku lekturą ze wszech miar niewymagającą i źle napisaną. Z tą wiedzą rozc
                    > zarowanie bohaterki jest zrozumiałe.

                    o, tak było.
                    ale przede wszystkim ta scena jest napisana tak:

                    W kiosku „Ruchu” Dmuchawiec uzyskał zwięzłą informację, że "Glos” już się skończył. Bez zdziwienia odstąpił od okienka i w tym momencie ujrzał, jak od bocznej ściany kiosku odrywa się wysoki dryblas w skafandrze z kapturem. Dryblas wpadł na Dmuchawca, nadepnął mu na czubek lewej stopy, przeprosił uprzejmym basem patrząc sobie pod nogi i ruszył zgarbiony, zamyślony, wymachując teczką.
                    Było coś znajomego w tej dryblasowatej sylwetce i powolnych ruchach, pełnych namysłu. Dmuchawiec miewał często kłopoty z rozpoznawaniem swoich uczniów. Po pierwsze, źle widział, po drugie, ci młodzi ludzie wyglądali z daleka zupełnie jednakowo. W tym wszakże wypadku przed Dmuchawcem szedł oryginał. Dryblas nie miał na sobie półkożuszka ani dżinsów, ani kurteczki odsłaniającej okolice nerek. Najwyraźniej było mu wszystko jedno, co wciąga na grzbiet. Był ponadto krótko ostrzyżony i dopiero po tym szczególe Dmuchawiec poznał swego ucznia z Ib. ,,Hajduk - pomyślał. - Fizyk mówił, że chłopak zdolniacha, tylko niekomunikatywny”. Na lekcjach polskiego Hajduk zaskakiwał Dmuchawca krótkimi, celnymi uwagami, które mamrotał patrząc w bok. Wypracowania pisał przeciętne, pełne szczerego znudzenia, gdzieniegdzie tylko okraszone oryginalnymi zwrotami, które wymykały mu się jak gdyby mimo woli.
                    Dmuchawiec ze zdziwieniem stwierdził, że znalazł się ponownie na hałaśliwej ulicy Mickiewicza. Przed wielką kamienicą, na parterze której mieścił się Urząd Kontroli Prasy, nauczyciel stanął przejęty zdziwieniem. Jerzy Hajduk siedział na schodkach przed urzędem i najwyraźniej na coś czekał.
                    Hajduk zauważył Dmuchawca. Nauczyciel podszedł bliżej,
                    - Dzień dobry - przemówił. - Co ty tu robisz, koleżko?
                    - Czekam - padła zwięzła odpowiedź. Hajduk stanął w pozie swobodnej, lecz nie pozbawionej szacunku. Oczy miał roztargnione.
                    - Spóźnisz się do szkoły.
                    Hajduk spojrzał na zegarek.
                    - Raczej nie - odparł grzecznie.
                    - Może pójdziemy razem? - zaproponował Dmuchawiec impulsywnie.
                    - Czekam na kogoś. Dziękuję bardzo - poważnie odpowiedział chłopiec. Jego oczy rzuciły bezwiednie tęskne spojrzenie na róg ulicy Słowackiego. Dmuchawiec wyczuł, że najlepiej byłoby, gdyby sobie poszedł.
                    Chrząknął, mruknął niewyraźnie „przepraszam” i pomaszerował szybko w stronę szkoły.

                    Nie, nie, Hajduk nie był wystraszonym barankiem. Dmuchawiec siedział na swoim krześle za katedrą i nieznacznie przyglądał się uczniowi. Była godzina dwunasta i do mrocznej klasy zajrzało słońce, które wychyliło się zza dachu Collegium Chemicum. Beata Kowalczuk stała wdzięcznie w swojej ławce i afektowanym głosem deklamowała:
                    - „O białoskrzydła morska pławaczko, wychowanico Idy wysokiej, łodzi bukowa...”
                    Jerzy Hajduk czytał coś pod ławką.
                    Profesor Dmuchawiec z wysiłkiem stłumił w sobie przekonanie, że jeśli kogoś nie interesuje Kochanowski, to niegłupio robi, wykorzystując czas lekcji na lekturę. Chrząknął, chcąc dźwięcznym głosem poprosić Hajduka o uwagę. Ale nagle wzięła w nim górę zwykła ciekawość książkowego maniaka. Strasznie chciał wiedzieć, co Hajduk czyta.
                    - Co czytasz. Hajduk? - spytał życzliwie.
                    Chłopak wzdrygnął się.
                    - Pokaż no to - zażądał nauczyciel, spodziewając się ujrzeć treść awangardową lub tomik poezji.
                    Ale ujrzał „Przegląd Sportowy”.
                    W drugiej ławce koło drzwi ktoś prychnął pogardliwie. Dmuchawiec zerknął spod okularów i stwierdził, że autorką prychnięcia była blondyneczka o nazwisku Żak. Nie dość, że prychnęła, to jeszcze zaśmiała się ironicznie.
                    A Jerzy Hajduk nagle się zaczerwienił.


                    patrzymy na hajduka oczami dmuchawca, który ucznia hajduka nie potrafi rozgryźć i którego uczeń hajduk najwyraźniej intryguje. cały ten fragment podprowadza czytelnika do zabawnej puenty, nadyma balonik wyjątkowości hajduka, a tu zonk, pod ławką banalny przegląd sportowy - gazeta dla głupków. jako 12- czy 13-latka dałam się wpuścić w ten kanał, że hajduk będzie czytał jakieś kolejne wykłady z fizyki albo ten zasugerowany tomik poezji awangardowej. komizmu nie doceniłam wcale, poczułam tylko rozczarowanie. bo bohater romansowej historii powinien być wzniośle doskonały i doskonale wzniosły, nieprawdaż.

                    a to świetna scena, bardzo życiowa (choć wielu nauczycieli uznałoby, że w rozmowie pod gmachem cenzury hajduk był bezczelny)
                • slotna Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 23:22
                  > Przeciez to ze tak powiem aksjomat: masz 17 lat
                  > i czytasz o sporcie - norma. Bym powiedzila ze wrecz na odwrot - masz 17 lat, j
                  > estes chlopakiem i nie czytasz o sporcie - cos nie tak.
                  > Moze nie od razu zaburzenia psychiczne, ale moze ktos ci zadaje jakis gwalt emo
                  > cjonalny (np. dziadek albo ojciec).

                  Ale ty teraz opisujesz stereotyp czy swoje mniemanie? Bo pewnosci nie mam.
                • the_dzidka Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 23:31
                  > Chyba nie szokiem byl Przeglad Sportowy ale ze Hajduk czytal go pod lawka?

                  Chyba jednak nie. Bo Dmuchawiec widząc, że uczeń coś czyta, spodziewał się czegoś bardziej wysublimowanego niż PS.
                  Podławczenie nie miało większego znaczenia - z tego co jest napisane wynika, że gdyby to był Feynman, Dmuchawiec nie robiłby kwestii.
                • black-apple Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 05.08.12, 01:38
                  Przeciez to ze tak powiem aksjomat: masz 17 lat
                  > i czytasz o sporcie - norma. Bym powiedzila ze wrecz na odwrot - masz 17 lat, j
                  > estes chlopakiem i nie czytasz o sporcie - cos nie tak.
                  > Moze nie od razu zaburzenia psychiczne, ale moze ktos ci zadaje jakis gwalt emo
                  > cjonalny (np. dziadek albo ojciec).
                  Powiem wprost: skąd w tobie taka potrzeba do generalizowania? Skąd to poczucie graniczące z chorą pewnością, że wszyscy nastolatkowie płci męskiej interesują się sportem? Skąd to aroganckie przekonanie, że poprzez używanie stereotypów masz prawo do oceniania, kto jest normalny a kto nie?
                  Obraźliwych i pachnących na kilometr ignorancją kawałków o gwałcie emocjonalnym nie skomentuję mając na uwadze dobro dyskusji.

                  > Jakby mi absztyfikant w klasie maturalnej powiedzial, ze nie interesuja go gole
                  > czy czasy w biegach narciarskich, za to ma wiecej czasu na Norwida czy Bialosz
                  > ewskiego - to bym sie zastanowila (a czy na pewno aby Norwida i Bialoszewskiego
                  > nie interesowaly czasy, rkordy w pchnieciu kula czy gole???) czy chce takiego
                  > kogos u swego boku.
                  Pomijając, że ten tekst idealnie pasuje mi do kogoś, kto uważa, że chłopcy-sportowcy są lepsi od tych, którzy w głębokim poważaniu mają kto i ile zdobył medali na Igrzyskach, a na dodatek ośmiela się na tej podstawie dzielić ludzi na tych ~normalnych i "innych", to jest on zwyczajnie głupi i zdradza objawy naiwnego przekonania Borejków o tym, że ktoś znający łacinę lub lubiący Mickiewicza to doskonały kandydat na męża i ojca. Gdyby nie fakt, że takie zachowanie mnie obrzydza, to spytałabym się na jakiej to zasadzie chłopcy lubiący sport są lepsi od tych lubiących literaturę, a nuż istnieje matematyczny wzór wyjaśniający to zagadnienie.

                  > Zainteresowanie nastolatkow sportem jest tak samo normalne i oczywiste, jak zai
                  > nteresowanie pan w ciazy odpowiednia dieta.
                  A to już podpada pod autoparodię. Czekam na kolejny smaczek o tym, jak to zainteresowanie chłopców sportem jest tak samo ~normalne i ~oczywiste jak zainteresowanie dziewczyn sukienkami i makijażem.

                  PS: Doskonały temat, jak znajdę więcej czasu to się dopiszę i to sporo.
                  PS2: W moim prywatnym headcanonie Laura jest otoczona wianuszkiem wielbicieli obu płci i jak na typowe party animal przystało, jest gwiazdą wszystkich imprez, które zaszczyca swą obecnością, natomiast Pyza kisi się w domu idealizując nieobecnego (bo w pracy) Fryca i traktując małą Milę jako swoją jedyną przyjaciółkę (gdzieś w tle majaczy Gaba).
              • nessie-jp Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 04.08.12, 18:44
                > no dokładnie
                > kiedyś czuła - vide hajduk i przegląd sportowy, dziś nie czuje
                >
                > ale ja tu widzę jeszcze cóś
                > do takich refleksji - że różowe paznokcie nie kłócą się z wagnerem, a jedno i d
                > rugie jest poszukiwaniem siebie - to trzeba dojrzeć.

                No właśnie. Kiedyś MM naprawdę doskonale to czuła i widziała. Więc nie tylko można (trzeba) dojrzeć, ale co gorsza można zezgredzieć i zapomnieć... :(

                Sceny, w których romantyczny Pawełek i mhoczny i gotycki Hajduk-intelektualista ryczą do siebie grubo "a on mu drybling, brahu, i gola!", poklepując się jak pawiany po plecach
            • zla.m Re: Snoby nie miewają przyjaciół ;) 06.08.12, 03:54
              Fajna obserwacja :) Chyba słuszna.

              To widać też nie tylko w kwestii przyjaźni, ale ogólnie w kwestii ważności miejsc akcji. Dla przeciętnego nastolatka zwykle ważniejsza "psychicznie" jest grupa rówieśnicza niż rodzina (nie mówię o sytuacjach wyjątkowych), co potwierdza psychologia rozwojowa. Dom i rodzice to nuda i w kółko to samo, rówieśnicy - nieustanna zmiana, przyjaźnie, miłości, nienawiści, intrygi... Nawet ci zbuntowani i odstający jako to, przeciw czemu się buntują i od czego odstają wybierają często (zwykle?) wartości grupy - nie oglądam filmów z DiCaprio, bo wszystkie "głupie z mojej klasy" oglądają, czytam Szołochowa, bo żaden kolega nie czyta itp. (oczywiście, rodziców i ich wartości też się kontestuje)...

              I generalnie tak jest w pierwszych książkach Musierowicz - bohaterki nie tylko się zakochują z kolegach, ale też mają szkolne problemy (brak pozycji w klasie i ból z tego powodu u Cesi), wraz z całą klasą walczą z nauczycielami (klasa Kreski, poniekąd też klasy Gabrysi i Bebe), poznają jakichś ludzi i przejmują się ich problemami albo obserwują ich życie (właściwie cała Ida, ale też znowu Cesia i obserwacje życia siostry i jej paczki). A gdzieś tak od NiN to wszystko znika - albo rzecz dzieje się w wakacje/ferie (NiN, Córka Robrojka, Dziecko Piątku, Czarna Polewka - wątek Laury, Noelka) albo szkoła jest tylko pretekstem by do niej chodzić i z niej wracać (właściwie cała historia Pyzy i duża część historii Patrycji dzieje się w drodze z/do szkoły). Szkoła jako taka, miejsce gdzie się coś myśl i czuje - niekoniecznie "bozebozespojrzałnamnie" pojawia się chyba tylko jeszcze w Języku Trolli, w wersji raczej karykaturalnej... A tak, to cała ta seria książek dzieje się w domu i rodzinie, sprawy rodzinne zajmują ważne miejsce w życiu nastolatków, a to chyba tak nie działa... Czy nastolatkę (a tym bardziej 10-latka) naprawdę tak bardzo zajmują kwestie wychodzenia za mąż i ciąż ciotek starszych o pokolenie albo niechby i kuzynek, starszych o dekadę..?
      • buka_z_muminkow Re: Moja przyjaciółka... 21.08.12, 18:05
        guineapigs napisała:

        > Ze Pyza nie ma kolezanek - to sie nie dziwie, tak sie zachowuje, ze naprawde ci
        > ezko o kontakt (woli liczyc kalorie jablka niz pogadac z klasa),

        Kto desperacko próbował się odchudzać i miał potężne kompleksy, ten akurat się nie dziwi jej postawie. ;)

    • kkokos Re: Moja przyjaciółka... 02.08.12, 14:13
      >>>Rozwydrzona pannica z Noelki przyjaciółek nie ma i temu się nie dziwię.

      e tam, w formule książki nie ma miejsca na przyjaciółkę
      • zla.m Re: Moja przyjaciółka... 06.08.12, 03:33
        kkokos napisała:

        > >>>Rozwydrzona pannica z Noelki przyjaciółek nie ma i temu się nie
        > dziwię.
        >
        > e tam, w formule książki nie ma miejsca na przyjaciółkę

        Nie ma miejsca na przyjaciółkę w życiu Elki, co jest expressis verbis wyłuszczone:

        Nie rozglądała się zbytnio wokół siebie, a już całkiem nie lubiła spoglądać w tył, na tych, co zostawali daleko za nią. Energiczna i dziarska, miała oczywiście kolegów i koleżanki, ale żadnej przyjaciółki.
    • kopiec_esmeralda Re: Moja przyjaciółka... 21.08.12, 14:20

      > ... No właśnie. Na fali OT o Patrycji i Romie tak sobie zaczęłam myśleć o tym,
      > że w Jeżycjadzie z przyległościami brak prawdziwych dziewczęcych przyjaźni. Tak
      > ich wiecie, plotki, chichotki, wspólne zakupy czy odprowadzanie się godzinami i
      > "on powiedział, spojrzał, a Kaśka z drugiej ławki nie ma u niego szans"

      1. Rodzinka (szczególnie Borejcza) zaspokaja wszelkie potrzeby emocjonalne, a szczególnie intelektualne. Poznawcze też.
      2. Rówieśnice (-cy) są za próżni, głupi, powierzchowni, bogaci, prymitywni, pretensjonalni, czy są "hurtownikami". Etc.
      3. A dorośli mają przyjaciół? Mila, Ignacy (no, chyba, ze "panie kolego" docent to kumpel...), Stryba? Nie mają. Nie jest to możliwe, bo patrz pkt 1.

      Zastanawiam się, co z poznawaniem świata. Chyba tylko też "nowobogaccy" jeżdżą po świecie dla przyjemności, a nie za chlebem lub "na stypendium".
    • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Moja przyjaciółka... 13.04.24, 10:56
      Nie wiem czy w tym braku bliskich przyjaciół (albo nie korzystaniu z nich w "odpowiedni" sposób), nie można upatrywać się, przynajmniej częściowo, problemów Gaby z pójściem dalej po utracie Pyziaka. Bo czy ona kiedykolwiek rozmawiała o tej sprawie z kimś bliskim "z zewnątrz", niezaangażowanym w ich konflikt? Kimś, kto chciałby jej dobra, ale umiał na tę sytuację spojrzeć trzeźwiej niż:
      - matka od początku do zięcia uprzedzona i dająca sobie prawo do decydowania za Gabę w tej kategorii
      - ojciec nastawiony do Janusza życzliwie, ale zbyt odklejony od życia by zaproponować coś sensownego
      - Nutria i Pulpa, które kiedy to się działo miały kilkanaście lat, a nawet jako dorosłe pozostają Gaby młodsze i mniej doświadczone, więc mają niewiele do zaoferowania, poza tym przejmują narrację rodziców

      Ida wydaje się nie podzielać poglądu rodziny i mogłaby pełnić tę rolę, ale gdy próbuję w nią wejść, jest w domu natychmiast jednogłośnie uciszana (jakiś mężczy... o, przepraszam!).
      • sowca Re: Moja przyjaciółka... 13.04.24, 11:02
        No właśnie nie. Gaba nie chce o tym rozmawiać i rodzina nie pozwala o tym rozmawiać. Nie wolno jej też płakać - gdy płacze w "Imieninach", Ignac i Mila nie pozwalają jej się nie wypłakać spokojnie.
        • pi.asia Re: Moja przyjaciółka... 13.04.24, 12:08
          sowca napisała:

          > No właśnie nie. Gaba nie chce o tym rozmawiać i rodzina nie pozwala o tym rozma
          > wiać. Nie wolno jej też płakać - gdy płacze w "Imieninach", Ignac i Mila nie po
          > zwalają jej się nie wypłakać spokojnie.
          >
          Przypomnij tę scenę, bo kompletnie nie kojarzę.
          Natomiast doskonale pamiętam scenę z OwR:
          - Tak naprawdę - powiedziała nagle Gabriela wciąż tym samym pękniętym głosem - tak naprawdę, Janeczko, to tym właśnie koniecznie trzeba się przejmować. Tą jedną sprawą... miłością.
          - Od tego ona jest, żeby się nią przejmować - zgodziła się Kreska.
          - Właśnie. Czasami nawet -• dodała Gabrysia. - Czasami nawet... można sobie ewentualnie... troszeczkę popłakać.
          - Uhm - przytaknęła Kreska.


          chwilę później:
          Popłakały sobie razem przez dziesięć sekund i trochę im ulżyło. Może płakałyby i dłużej, ale niespodziewanie otworzyły się drzwi i do pokoju wkroczyła zamaszyście mama Borejko z cukiernicą i talerzem pełnym świeżutkiej szarlotki. Gabrysia natychmiast zrobiła minę dziarską, ale Kreska nie zdążyła i mama Borejko skarciła je obie wzrokiem.
          - Powinnyście się nawzajem podtrzymywać na duchu, a nie do-smucąc! - powiedziała mimochodem a surowo.


          Płacz jest w tym domu wyraźnie zakazany, zapłakana Pyza też jest przywoływana do porządku. Może właśnie to tłamszenie uzasadnionego płaczu prowadzi do tego, że Gaba wciąż reaguje histerycznie na każdą wzmiankę o Pypypy i korzysta z każdej okazji by sobie poryczeć, gdy nieszczęście dotyka innych (suknia Laury, ciąża Pyzy)? Dziwne, że wtedy jej płacz jest celebrowany.
          Widocznie u Borejków nie wolno płakać z powodu własnych problemów, można natomiast beczeć, gdy dramat przytrafia się komuś innemu.
          • briar_rose Re: Moja przyjaciółka... 14.04.24, 21:20
            pi.asia napisała:

            > Natomiast doskonale pamiętam scenę z OwR:
            > - Tak naprawdę - powiedziała nagle Gabriela wciąż tym samym pękniętym głosem
            > - tak naprawdę, Janeczko, to tym właśnie koniecznie trzeba się przejmować. Tą
            > jedną sprawą... miłością.
            > - Od tego ona jest, żeby się nią przejmować - zgodziła się Kreska.
            > - Właśnie. Czasami nawet -• dodała Gabrysia. - Czasami nawet... można sobie ewe
            > ntualnie... troszeczkę popłakać.
            > - Uhm - przytaknęła Kreska.

            >
            > chwilę później:
            > Popłakały sobie razem przez dziesięć sekund i trochę im ulżyło. Może płakały
            > by i dłużej, ale niespodziewanie otworzyły się drzwi i do pokoju wkroczyła zama
            > szyście mama Borejko z cukiernicą i talerzem pełnym świeżutkiej szarlotki. Gabr
            > ysia natychmiast zrobiła minę dziarską, ale Kreska nie zdążyła i mama Borejko s
            > karciła je obie wzrokiem.
            > - Powinnyście się nawzajem podtrzymywać na duchu, a nie do-smucąc! - powiedział
            > a mimochodem a surowo.


            Ba, jeszcze i tu:

            Imieniny.

            – O, tato – z oczu Gabrieli znów spłynęły dwie łzy. – Jeszcze niedawno byłam taka szczęśliwa, zadowolona z losu, z siebie, z dzieci, taka pewna, że potrafię je wychować, że wszystko mi się udaje... popatrz, tato, życie każdego nauczy pokory.
            – Na szczęście tak – rzekł ojciec. – No, Gabrysiu, moje dziecko – wyciągnął rękę i poklepał ją po dłoni. – Miło tak się użalić kochającemu tacie, ale radziłbym już skończyć. To absolutnie nie konstruktywne. Nie poznaję cię. Nigdy nie miałaś zwyczaju, rozczulać się sama nad sobą i nie ukrywam, że budziło to mój szczery podziw.


            Rety, przecież ona zamieniła z nim tylko kilka zdań... Takie tłumienie emocji, nawet tych złych, przykrych, zdrowe nie jest. Czasem naprawdę dobrze się wypłakać.
      • catwoman21 Re: Moja przyjaciółka... 13.04.24, 11:16
        Jeśli chodzi o bliskich przyjaciół to Bernard też wydaje się podzielać narrację Borejków.
        • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Moja przyjaciółka... 13.04.24, 13:16
          catwoman21 napisała:

          > Jeśli chodzi o bliskich przyjaciół to Bernard też wydaje się podzielać narrację
          > Borejków.

          I tu przechodzimy do kolejnego problemu - przyjaciele, jak już są, to nie wspierają. Zamiast pomóc Gabie rozwiązać jej problem, tylko jeszcze bardziej go nakręcają.
          Bernard to jeszcze pół biedy, zresztą i tak nie miał bezpośredniego wglądu w sytuację. Ale jest jeszcze Aniela. Choć znała Gabę i Janusza długie lata, przyjmuje "prawdę" o ich rozstaniu bez zająknięcia i nic nie wskazuje by próbowała Gabę podnieść na duchu albo postawić do pionu. Wręcz przeciwnie, olewa to. Jej wewnętrzny monolog na ten temat w BBB brzmi raczej jakby była dla tych dwojga tylko luźną znajomą i wszystko o ich związku wiedziała z drugiej ręki.
          Następny "przyjaciel" do opieprzenia - Robwąs. To już nawet nie jest kwestia tego czy on jest Robrojkiem czy nie. Chłop świadkował na ślubie Pyziaków, więc był dla nich kimś bliskim. A mimo to zaraz potem znikł z ich życia, całkowicie urwał kontakt i nie miał pojęcia co się z nimi działo przez te kilkanaście lat. A gdy wrócił, też z jakiegoś powodu łyknął jak gęś borejczą narrację, że Pyziak podły, a Gabunia ma być przez niego wiecznie nieszczęśliwa. I jeszcze czuł się w obowiązku indoktrynować podważającą ten rodzinny mit Laurę.
          • tt-tka Re: Moja przyjaciółka... 13.04.24, 17:28
            Jak przyjaciele nie wspieraja ? Aniela przykladowo, i Lebe zapewnia zarowno niedojdzie studentce z dziecmi (po ktore trzeba wyjechac do innego miasta), jak i starszym panstwu, i Roba z corka gotowa jest pod dach przygarnac sciesniajac wlasna rodzine, i spotkanie dawnych eesdowcow organizuje, i bilety sle...

            Nie-da-sie ZA KOGOS rozwiazac jego problemow. A Gabon swoje problemy czule holubi, bo one daja jej niebagatelne profity. I wcale sobie nie zyczy ich rozwiazywania. Z pazurami ci do oczu skoczy (vide scena z Ida w Pulpecji), jesli sprobujesz chocby napomknac.
            • tt-tka Re: Moja przyjaciółka... 13.04.24, 17:31
              Ciekawa rzecz, swoja droga, ze tych przyjaciol coraz mniej... podobno tlumy sie przewalaly przez borejkowska kuchnie, ale jak policzyc, to ostal sie, do czasu zreszta, milczacy Robroj i wprost odwrotny Bernard. Cus Gabunia w przyjaciol uboga, pytanie, czemu.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka