jadwinia_t
14.09.13, 02:10
Wiem, ten temat był już omawiany wiele razy. Ale podczytuję znów "Pulpecję" i nie mogę się powstrzymać. O co do cholery chodziło? Dlaczego włożenia kwiatka do rąk śpiącej Idy było tak strasznym przestępstwem?
"wkroczyły do pokoju jak ekipa śledcza i potoczyły w krąg wzrokiem pełnym podejrzeń"
"To Tygrys! To ona. Nie wiem, jak to zrobiła, ale zrobiła" (Święta Gabriela to prawdziwy detektyw Monk w spódnicy! A raczej - z dzielną grzywką)
"Biała róża - powiedziała Gabriela krótko, groźnie i bez ogródek" (teraz bardziej Gestapo)
"Zapadła straszna cisza. Patrycja poczuła że pot wstępuje jej na czoło. (WTF?!)
Całą scenę mogłabym odczytać jako parodię - "śledztwo" jako takie rodzinne wygłupy. Byłoby ok, gdyby po żartobliwym "przesłuchaniu" Gabriela wytłumaczyła dziecku, że źle zrobiło. Ale nie! Potem następuje scena lania łez do kubka z melisą. Po "wychowawczej porażce". Dlaczego nikt nic nie powiedział Tygrysowi? Gabriela nie miała oporów przed obudzeniem dziewczynek w celach "śledztwa", była groźna i co? Laura skłamała i mogła pójść z powrotem spać bez konsekwencji, a rodzina poszła lać łzy we własnym zakresie. Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem.