Dodaj do ulubionych

stachanowczynie

04.11.15, 12:23
Wrocilam do Pulpecji i tak mnie ten opis przygotowan weselnych meczy...
Przed siodma wszyscy jeszcze pija herbatke w kuchni, czyli do roboty zabieraja sie najwczesniej o siodmej. Policzmy.
Udziec, barani w Noelce, jagniecy w Pulpecji, to sa najmarniej cztery godziny pieczenia. Plus bardzo charakterystyczny i ciezki zapach, piekarnik po baraninie trzeba wywietrzyc. Sama kuchnie po osmazaniu tego udzca tez, jesli w planie sa salatki i desery.
Potem indyk - godzina, poltorej ?
Ciasta mogli podac z Wigilii, ale tort chyba byl ? Nastepna godzina co najmniej.
Jablka w ciescie - ile ? Jedzacych bylo co najmniej 12 sztuk - szescioro Borejkow, dwie Pyziakowny, Mareczek z matka i stryjostwo Jozeczkowie (a swiadkowie ? nie wiadomo). Wlasnie sprawdzilam, na mojej najwiekszej blasze miesci sie tylko osiem jablek, moze te stare kuchnie mialy wiekszy piekarnik ?
Wychodzi mi 6-7 godzin na samo pieczenie, bez wietrzenia. A podszykowac sie tez by wypadalo, no chocby przebrac i rece umyc. A slub o szesnastej...
Obserwuj wątek
    • meduza7 Re: stachanowczynie 04.11.15, 12:55
      Gumiana czasoprzestrzeń, pożyczyli parę godzin z innego dnia...
      • tt-tka Re: stachanowczynie 04.11.15, 13:07
        Wezmy jeszcze pod uwage, ze wszystkie byly zmeczone po atrakcjach wigilijnych i niewyspane - cala rodzina (Ignac tez?) poszla spac o drugiej w nocy, bo po pasterce jeszcze prano, suszono i upinano zapaskudzony welon Idy. A pobudka o szostej.
        • kanga_roo Re: stachanowczynie 04.11.15, 13:16
          ja szykuję imprezy głównie sama, ale z reguły siedzę przez całą noc poprzedzającą wydarzenie. nie bardzo widzę pójście spać, kiedy trzeba przyrządzić wymyślne dania na imprezę. przecież od rana po kuchni kręcą się wszyscy domownicy (śniadanie, jakieś przekąski, kawa, herbata) to nie są warunki do pracy :-)
          • kanga_roo Re: stachanowczynie 04.11.15, 13:44
            poza tym, jak piszesz, impreza to nie jest udziec i kropka, tylko jakieś dodatki, bo to przecież raczej obiad, może i zupy nie będzie, ale jakieś ziemniaki/kasza, jakieś zieleniny, sos, a i tort solo się nie sprawdzi, ciasta i ciastka do tego, a przepraszam, miały być jabłuszka. przypominam, że na stałe stołuje się tam osiem osób, plus goście, tego jedzenia, oprócz ilości dań, musi być zwyczajnie dużo. to jest niezłe przedsięwzięcie logistyczne, i jak znam życie, to cała kuchnia, lodówka, balkon powinny być zapchane żarciem. ale przecież zapominamy, że tam liczy się głównie strawa duchowa...
            • tt-tka Re: stachanowczynie 04.11.15, 14:22
              Procz pieczenia miesiw (miesiw ! czyzby cos jeszcze poza udzcem ?) i drobiu w planie bylo jeszcze lepienie koldunow i ubijanie wykwintnych deserow. Do koldunow to chyba zupa, do mies tez by cos wypadalo podac...No mowie, Stachanow wysiada.
              • mamuka_z_boru Re: stachanowczynie 04.11.15, 17:29
                Jak czytałam Noelkę pierwszy raz, to byłam dziewczęciem mocno nieletnim i sprawy kuchni jeszcze mnie tak nie obchodziły, ale już wtedy zastanowiła mnie wykonalność tych wszystkich mięsiw i deserów. Mając przed oczami znaną z domu przedświąteczną logistykę piekarnikowo-lodówkową powątpiewałam w możliwość wykonania tego wszystkiego w normalnej kuchni, dysponującej jedną lodówką i jedną kuchenką. No i dlaczego, mając do zrobienia multum rzeczy, te baby zaczęły od nieśpiesznej herbatki i pogaduszek? Dusza już wtedy mnie bolała na taką niekonsekwencję ;). Zresztą, za każdym razem jak czytam Noelkę to w tym momencie zgrzytam zębami.
                Potem zastanowiły mnie te jabłka, wymyślone niemal w ostatniej chwili - to jak, nie miały zaplanowanego żadnego innego deseru? No i w ogóle, deser wymagający zapieczenia zaraz przed podaniem i podania na ciepło nadaje się raczej na kameralną wizytę herbatkową, a nie na wesele, gdzie nie wiadomo, czy będzie wolny piekarnik (wywietrzony po udźcu), czy ktoś będzie miał głowę przy tym stać.
                No i poza tym, ostateczne menu uczty weselnej obmyślane było, jak widać, w przeddzień... naprawdę, w tym kontekście oburzanie się na Gabona, że o przyjęciu weselnym córki zaczyna myśleć z tygodniowym wyprzedzeniem to złośliwość czcza złego foruma. Jak na rodzinne standardy w tej materii, to ona jest mega zorganizowana i przewidująca ;)
                • tt-tka Re: stachanowczynie 04.11.15, 17:55
                  No nie, troszke wczesniej chyba... udziec byl zamarynowany, indyka tez w wigilie nie kupowali. A z deserow byl krem - orzechowy, z bita smietana, ajerkoniakiem i posypany wiorkami czekoladowymi. Lubie slodycze, ale przy tym opisie mnie zemdlilo. Podobnie przy jablkach, ktore mialy byc z konfitura, migdalami i mandarynka w srodku. Nie za duzo szczescia ?

                  Rzeczywiscie oni kochaja dowalac sobie roboty na ostatnia chwile, tak samo z pranim firanek :-). I Idusia, ktora wymusila na leniwych siostrach balaganiarach odkurzenie i wymiane przepalonego abazurka, zostawilaby brudne firanki w swoim gniazdku milosci ? Nie wierze.

                  A na weselu Laury mialo byc ok. 30 gosci, wiecej niz dwa razy wiecej niz u Idy :-), to i Gabunia pomyslala o menu i reszcie troche wczesniej. Masz racje, jak na standardy borejcze to az dziwnie wczesnie. Przeciez od jej pomyslunku do wesela cale dziewiec dni bylo !
                  • siberiana Re: stachanowczynie 04.11.15, 19:24
                    A ja mam takie pytanie do bardziej doświadczonych w temacie forumowiczek.

                    Jakie były standardy weselne za komuny? Czy zmieniały się w jakiś sposób - tak, że można wydzielić wesela lat 50-tych, 60-tych itd?

                    Czy normą było wesele w mieszkaniu, czy wynajmowało się lokal?
                    Niestety, moja książkowa wiedza o dawnych weselach ogranicza się do "Autobiografii" Chmielewskiej (wesele w mieszkaniu, na obiad jakaś pieczeń). A filmowo-serialowa do "Alternatyw" - chyba Balcerkowie kogoś żenili no i "Kogel-Mogel" - z colą wyciąganą ze studni jako największą atrakcją wieczoru.

                    Czy opisywane przez Chmielewską 3-miesięczne wyprzedzenie przy organizacji wesela (u niej akurat skrócone) było wtedy normą? Dziś przecież trzeba planować przynajmniej rok wcześniej.
                    Liczba osób - te 15 u Idy to była norma czy dziwactwo?

                    A co do roboty na ostatnią chwilę - droga Tt-tko, to tylko świadczy o tym, jaką gospodynią była Twoja ukochana Milicja :D
                    Niepracująca zawodowo od dawien dawna, mająca 3 wyrośnięte córki do pomocy (Idzie chwilowo darujmy - i tak ma co przeżywać), znająca termin spotkania i zdająca sobie doskonale sprawę, że pierwsze spotkanie, że teściowa z Ameryki, że trzeba zrobić dobre wrażenie a tymczasem mieszkanie brudne i zakurzone... I zostawia to całe bordello do ogarnięcia na ostatnią chwilę. Eh...
                    • meduza7 Re: stachanowczynie 04.11.15, 19:32
                      > Czy normą było wesele w mieszkaniu, czy wynajmowało się lokal?

                      Moi rodzice mieli wesele w mieszkaniu, ale naprzeciwko naszego domu znajdował się osiedlowy dom kultury, gdzie co sobotę w największej sali odbywało się jakieś wesele, tylko w Wielkim Poście człowiek miał odrobinę spokoju ;) A tak, standardem było, że w środku nocy budzili mnie pijani weselnicy, wywrzaskujący sprośne piosenki do mikrofonu ;)
                    • kooreczka Re: stachanowczynie 04.11.15, 19:35
                      Że się zmieniały- to na pewno. Podobnie jak różniły się ze względu na region czy miejsce, nie mówiąc o ślubnej modzie czy samej uroczystości.

                      Szybki przelot po rodzinnych wspomnieniach- wesele raczej po kościelnym ślubie. Na wsi- w domu, z biciem świniaka. Często zatrudniano za opłatą utalentowanych sąsiadów do robienia mięs i ciast, ale i tak zazwyczaj połowa wsi pomagała w przygotowaniach. Nawet mali chłopcy zanim dostali ciasto ucierali ser i bili pianę.

                      W mieście- można w domu, jeśli się miało dom. Raczej wynajmowano remizy, kawiarnie czy stołówki w szkołach czy internatach- nie tylko, żeby zmieścić gości, ale też żeby mieć gdzie wszystko przygotować- wielkie przemysłowe patelnie, graczki czy piekarniki były sporym ułatwieniem.
                    • kajagugu77 Re: stachanowczynie 04.11.15, 20:06
                      Małopolska - końcówka lat 70 i lata 80: wesela organizowano w kawiarni tzn. piwnicy pod sklepem GS-u. Wynajmowano kucharki, ale część potraw i tak szykowano w domu (np. swojskie wędliny). Ciasta piekły ciotki i sąsiadki. Były torty i (ukochane do dzisiaj) kruche ciastka Antoninki:-)
                      • vi_san Re: stachanowczynie 04.11.15, 22:16
                        Rzuć przepisem na ciastka Antoninki... :D Nazywają się wdzięcznie, a ja lubię ciekawostki.
                        • kajagugu77 Re: stachanowczynie 05.11.15, 22:55
                          Rzucę przepisem, obiecuję (dzisiaj jest za późno, a wstaję baaaardzo wcześnie). Niestety, recepturę na oryginalną masę grylażową (???) zabrała do grobu legendarna (w naszej rodzinie) ciocia Michasia.
                          • melmire Re: stachanowczynie 05.11.15, 23:08
                            Szkoda, bo grylazowosc (czt to masy, czy cukierkow) to moje niespelnione marzenie, nigdy nie jadlam a brzmi tak ohhhhh
                            • kajagugu77 Re: stachanowczynie 06.11.15, 16:47
                              Okazało się, że po przepis muszę zgłosi się skypowo do mamy. A Antoninki robi się prosto: piecze się okrągłe kruche ciastka, potem taką samą ilość okrągłych kruchych z dziurką. Przekłada się je karmelem, a potem smaruje lukrem cytrynowym. Moja mama robi całe pudełka tych ciastek, bo wszyscy je lubią i można je długo przechowywać w lodówce. Co do grylażu: w latach 70' ten grylaż był podobno robiony z pokruszonego kruchego ciasta.
                              • tt-tka Re: stachanowczynie 06.11.15, 17:08
                                Przepisow na mase grylazowa w guglu ile chciec
                                Robilam cos podobnego dawno temu, nie wiedzac, ze to grylaz :-) - ucieralo sie w mozdzierzu swieze orzechy, powinny byc wilgotne i tluste, z cukrem - niewiele, bo to juz byly kartkowe czasy - i do tego wcieralo sie pokruszone herbatniki, zwyczajne kupne ptibery. Dobre bylo.
                                O podpiekaniu czy podsmazaniu orzechow na suchej patelni nie slyszalam wczesniej, ale zapewne tak jest prawidlowo.
                                • kajagugu77 Re: stachanowczynie 06.11.15, 18:32
                                  Jasne, że wujek google grylaż znajdzie, ale to chodziło o TEN grylaż śp.cioci Michasi... A przepis na takowy mogła mieć ewentualnie jeszcze ciocia Tosia, a ta niestety już też nie żyje, więc może jej córka, ciocia Marysia??? Swoją drogą to musi być po prostu pyszne! Chyba się skuszę i wyprodukuję coś takiego na święta:-)
                                  • tt-tka Re: stachanowczynie 06.11.15, 19:10
                                    kajagugu77 napisała:

                                    > Jasne, że wujek google grylaż znajdzie, ale to chodziło o TEN grylaż śp.cioci M
                                    > ichasi... A przepis na takowy mogła mieć ewentualnie jeszcze ciocia Tosia, a ta
                                    > niestety już też nie żyje

                                    A. To bardzo mi przykro.
                                    Moze jakis maly seansik spirytystyczny ? *o ile uznajesz*
                                    • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 06.11.15, 19:14
                                      Wiesz Tt-tko, jesteś jednorazowa. Będziesz Ciocię z zaświatów fatygować dla grylażu?
                                      • tt-tka Re: stachanowczynie 06.11.15, 19:36
                                        Myslisz, Agafio, ze Czcigodna Ciocia nie chcialaby sie podzielic ? Moze nawet by sie wzruszyla, ze ktosia pragnie kontynuowac jej dzielo i skorzystac z wiedzy i doswiadczenia...
                                        A jak nie zechce byc fatygowana, to sie nie zjawi po prostu :-). I nie powie.
                                        • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 06.11.15, 20:07
                                          A wiesz, może i masz rację. Do moich babć i ciotek tez miałabym kilka pytań...
                                    • vi_san Re: stachanowczynie 06.11.15, 19:24
                                      Jak juz będziecie seans spirytusowy organizować, to zaproście też moją cioteczną babcię, która do grobu zabrała przepis na torcik - przekładaniec [warstwa czekoladowego ciasta, warstwa ptasiego mleczka, warstwa konfitury malinowej, warstwa bezy, i tak dwa razy, oblane roztopioną czekoladą i oprószone mielonymi migdałami... - polewę i migdały umiem, z resztą mam problem... :D ].
                                      • kajagugu77 Re: stachanowczynie 07.11.15, 10:12
                                        Coś mi się wydaje, że lista osób do "wywołania" wydłużyłaby się znacznie, bo mam milion pytań do moich dziadków, których (głupie cielę za młodu) nie zadałam. A szkoda. Bo książka ze wspomnieniami byłaby piękna:-) Nie to, żeby pradziadek płynął na Titaniku, ale i tak szkoda.
                                    • kajagugu77 Re: stachanowczynie 07.11.15, 10:08
                                      E... nieprawdaż... to ja już wolę skontaktować się z ciocią Marysią ;-)
                                  • neandertalka Re: stachanowczynie 20.11.15, 09:14
                                    Przepis na masę grylażową wyjęty z googla trochę mnie zaskoczył. W dzieciństwie owszem, jadałam cukierki grylażowe i dla moich dziecięcych kubków smakowych było to rzeczywiście coś niebiańsko pysznego. Wg mojej obecnej oceny musiały to być orzechy przemieszane z karmelem, czyli cukrem podprażonym, a nie po prostu cukrem. Zresztą o prażeniu mówi sama nazwa - grillage. Chyba że... prażyło się orzechy, nie cukier? I to możliwe :-)
                    • iwoniaw Re: stachanowczynie 04.11.15, 21:03
                      CytatLiczba osób - te 15 u Idy to była norma czy dziwactwo?

                      Jeśli ktoś nie robi wesela tylko skromny obiad, oraz nie ma ani jednej koleżanki ani innej rodziny niż rodzice, rodzeństwo i stryj (który nie zabrał tym razem swej czterdziestoletniej córki z mężem, hehe), to chyba zawsze norma?
                      Ja sobie czegoś takiego nie wyobrażam, więcej osób mam na wigilii, gdzie przecież tylko najbliższa rodzina.
                      • sowca Re: stachanowczynie 04.11.15, 21:33
                        Doliczmy do tego kolegę Marka, który, jako świadek, na weselu być musiał. Świadka Idy nie liczymy gdyż tym była -hehe, niespodzianka- Gabryjela.

                        Ogólnie wesele w dzień po wigilii wydaje mi się szaleństwem organizacyjnym, ale ok. Część rzeczy jednak chyba warto było przygotować wcześniej, a nawet wigilia jest na ostatni moment -chociażby piernik Idy... a właśnie,czy piernika czasem nie piecze się dużo wcześniej? Kołacze mi się coś w głowie o dwóch tygodniach wcześniej, chyba że piernik z papierka, ale w 1993 były pierniki z papierka?

                        Na weselu mojej siostry, robionym w domu, było ponad 30 osób, a liczyła sie tylko rodzina panny młodej, gdyż rodzina pana młodego za granicą i to daleką. A rodzina wcale nie jest duża.
                        • tt-tka Re: stachanowczynie 04.11.15, 21:50
                          Wesela rodzinne i te, na ktorych bylam, lata 70-te i 80-te z reguly byly w wynajetej sali, restauracja, dom weselny, a nawet budynek administracyjny na dzialkach :-), te byly najlepsze, bo halas nikomu nie przeszkadzal i bylo gdzie przetrzezwiec, zaprzyjazniona lesniczowka, klub studencki, kawiarnia; w domu najrzadziej, ale tez bywalo; w pokoleniu moich rodzicow - lokal albo sala w akademiku, ewentualnie w domu rodzinny obiad, a potancowka z jednym daniem goracym i duza iloscia picia gdzie indziej.

                          W palacyku Szustra w Warszawie, gdzie slubowalo w latach 80-tych sporo znajomkow, byl maly lokalik w piwnicy, gdzie na stojaco serwowano szampana z malenka przegryzka dla gosci slubnych, niezaleznie od wesela - cieszyl sie ogromnym powodzeniem, bo urokliwy, a szczegolna atrakcja byl chlopak grajacy marsz weselny na pile, ogromnej pile tasmowej. Na ten minikoncert lazilo sie tak samo chetnie jak na sluby :-)
                          Wesela ponizej 30 osob nie pamietam, a zwykle bywalo wiecej.

                          Pierniki z papierka bywaly nawet wczesniej, sama robilam, tylko on z kolei musial odlezec swoje, zeby stwardniec. Prawdziwy musi polezec, zeby zmieknac. Wniosek prosty - borejki robily piernik na sztucznym miodzie.
                          • gat45 Re: stachanowczynie 05.11.15, 06:22
                            Oto jak o przedwojennych wiejskich weselach opowiadała mi pewna urocza dama : ... a kiedy gospodarską córkę wydawali, to jakby pogotowie trzy razy nie obróciło, ludzie na języki by wzięli na lata". Wykazałam się tępotą, musiałam o to pogotowie dodatkowo dopytać. Otóż hic był w ilości alkoholu, postawionego przez ojca panny młodej do dyspozycji biesiadników, ze szczególnym uwzględnieniem tzw. kawalerki.
                            Ponoć z dobrego wesela trzy następne wynikały. Najmarniej.
                            • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 05.11.15, 07:53
                              Dobrze, że wesela wynikały a nie stypy, bo i to się ponoć zdarzało, szczególnie jak panna młoda wybierała na ślubnego młodziana z innej wsi. Zaraz po wojnie to dwie góralskie wsie regularną bitwę podobno stoczyły, posiłki w postaci żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego z Krakowa ściągano aby krewki naród spacyfikować i rozbroic, boć to panie nie tylko sztachety i kłonice w ruch poszły, ale w sąsieku i karabin się znalazł, a co poniektórzy i pancerfaustem dysponowali. Różni ludzie w różnych czasach różne przydasie posiadali, a podobnież niejeden chłop w stodole i czołg słomą troskliwie ogacony na tzw. wszelki wypadek trzymał.
                              O jednym takim weselisku gdzie ofiary istotnie były wiem z pierwszej ręki jako,że ród Tichonowa z okolic Nowego Targu się wywodzi a krwawymi wspomnieniami jego własny pradziadek mnie uraczył. Mocno stareńki już wtedy był, dziewięćdziesiąt lat jak nic, ale opowiadając oczka mu błyszczały - takie to imprezy drzewiej były.
                              A wracając do wyczynów kulinarnych pań Borejko- mnie się zdaje, że MM naoglądała się disneyowskiej Spiącej Królewny. Tam trzy wróżki przygotowują przyjęcie urodzinowe dla Aurory i niezbyt sprawnie im to idzie, więc myk - różdżki w dłonie i proszę - mąka sama się do miski wsypuje, jajeczka ochoczo popylają i same się do tejże wtłukują, mleczko wlewa, ciasto osobiście się miesza, miotła ze ścierą idą w tan i raz dwa cała chatka posprzątana. Wyjątkowe pokłady zazdrości ta scena we mnie zawsze budzi, jak sądzę, nie tylko we mnie.
                              Wykonanie tego całego menu, ogarnięcie się i mieszkania, nakrycie do stołu / a wszak wszystkie były niewyspane/ jest IMHO niewykonalne. Chyba żeby, tak jak napisała Tt-tka, fryzury i makijaże miały wczorajsze, po pracach kuchennych nie zażywały kąpieli i bajzlu nie usuwały, no to może... Eeee, nie , dalej nieprawdopodobne. Ale co ja się na tym znam - od lat wielu /oj, wielu/ prowadzę dom, gotuję urządzam imprezy i rodzinne uroczystości, więc co ja mogę o tym wiedzieć - to autorka ma zawsze rację, szczególnie autorka powieści typu fantasy
                              • vi_san Re: stachanowczynie 05.11.15, 08:56
                                W którejś części Harry'ego Pottera tez jest podobna scena, acz nie gotowania a porządków, po jakimś włamaniu [?]: staje dwóch czarodziejów, mach - mach różdżkami i krzesełka same wstają i kłusikiem do stołu, książki podskakują z podłogi i hyc na półki itd. Ale MM nie pisała, żeby któraś z jej bohaterek różdżkę magiczną posiadała i w planach miała zastosowanie magii?
                                • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 05.11.15, 09:35
                                  O różdżkach pani autorka istotnie nic nie wspomina, ja jednak wierzę święcie, że to tylko przez niedopatrzenie. Różdżke posiadają Borejki w omawianej poniżej scenie, różdżkę przejęła Pulpa, nieodrodne dziecię nie tylko Stachanowa , ale i rodzimego Wincentego Pstrowskiego, która ciągnie śpiewajaco trzy czy cztery etaty, ma czas na czytanie nowości i dbanie o siebie i do tego jeszcze ma potencjał. Różdżkę ma też Dorotka hodująca kury, kaczki, gęsi, kobyłki, ciocie i co tam jeszcze w gospodarstwie ma. I dojeżdżająca do szkoły, świetnie , ma się rozumieć, ucząca i mistrzyni w grze w szachy. Ja niestety takowego przedmiotu nie posiadam - przeto więc idę tymi ręcami grabić liście i zbierać resztki jabłek pozostałe po tegorocznej klęsce urodzaju. Same do skrzyneczek nie pomaszerują, nad czym bardzo boeję.
                                  • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 05.11.15, 09:37
                                    boleję, oczywiście
                                  • vi_san Re: stachanowczynie 05.11.15, 09:49
                                    Się nie dziwię, że bolejesz.
                                    Też nie posiadam pożądanego nader przedmiotu więc wczoraj musiałam własnymi rękami ogarnąć chałupę. I odkurzacz sam nie chciał jeździć, książki "hyc" same z siebie też nie chciały... :(
                                    Gaba też ma. Pracę naukową jej ta różdżka załatwia. Moi rodzice to nauczyciele. Nie akademiccy, co prawda, ale zawszeć. I taki obrazek mam "utrwalony": spory stół, nad nim lampa z żółtobrązowym kloszem, po jednej stronie mama pochylona nad startą zeszytów, po drugiej stronie tata uzupełniający dziennik... Ktoś widział Gabę przy pracy? Ja nie pamiętam. No to tylko różdżka zostaje....
                                    • neandertalka Re: stachanowczynie 20.11.15, 09:42
                                      Tak, Gabie i ja się zawsze dziwiłam. Wykłady, ćwiczenia, przygotowywanie się do nich, kolejno zaliczane stopnie naukowe - doktorat i habilitacja, audycje, tłumaczenia, artykuły do periodyków, chyba nawet jakieś książki były? - pamiętam, że gdzieś tam (Imieniny?) wylicza to wszystko Pyza jako argument, że mama b. się stara zarobić, ale i tak się nie przelewa, bo ma ich troje. Kiedy i jak ona to wszystko robi w danej sytuacji mieszkaniowo-przestrzennej i rodzinnej??? Kiedy codziennie trzeba ogarnąć fizycznie i logistycznie obiad dla tej armii (nawet jeśli z pomocą Mili, to jednak Gaba jest filarem), zakupy, elementarny porządek w chałupie, codzienne potrzeby trojga dzieci, stała obecność fizyczna i mentalna innych dzieci, troska o rodziców, uczestnictwo w kłopotach sióstr, jakieś minimum uwagi dla własnego męża i związku, nigdy chwili samotności na jakieś skupienie, niezbędne przecież w takiej pracy... Dla mnie niewykonalne. A przecież są jeszcze własne chandry i smutki Gaby! Wcale się nie odbijają na jej funkcjonowaniu, zawsze potrafi się wziąć do kupy?

                                      Ale myślę, że p. MM widzi to przez pryzmat opiewanej i lansowanej przez siebie wielkopolskiej pracowitości, o której tyle mówi, podając za przykład członków własnej rodziny, w "Tym razem serio". W jej koncepcji zapewne się da.
                                      • vi_san Re: stachanowczynie 20.11.15, 10:09
                                        Mnie tam intryguje, że nie ma ANI JEDNEJ SCENY jakiejkolwiek pracy naukowej Gaby. A wystarczyłoby jedno zdanie w rodzaju "Malutki Ignacy musiał nauczyć się spać przy zapalonej lampie, bo jego mama akurat pisała doktorat/habilitację/książkę", czy "[ktoś] wszedł do kuchni. Gaba siedziała na stołku, kiwała chodakiem na czubkach palców lewej stopy. Przed nią piętrzył się stosik prac studentów, a ona zamaszyście podkreślała błędy czerwonym długopisem. Równocześnie nie spuszczała oka z piecyka, w którym dochodziła pieczona szynka/indyk/ciasto"...
                                        A co do zajęć Gaby: gotować gotuje, i owszem; zakupy swobodnie moga odwalać inni domownicy, choćby pełnoletni syn, nie upośledzony fizycznie ani umysłowo; sprzątać nie sprząta, bo przecież tam wiecznie wszędzie miły syf panuje, kurz wieloletni narasta i b...ajzel totalny; potrzeby dzieci NIGDY nie zajmowały Gabie czasu, abstrahując od tego, że rzeczone dzieci teraz są już dorosłe i w większości mają własne dzieci; GaboGrzesie mają swój pokój, do którego z zasady nikt nie wchodzi, poza Ignasiem śpiącym za szafą, więc fizyczne przeszkadzanie siostrzeńców nijak w grę nie wchodzi; siostry są zasadniczo dorosłe i kłopotów specjalnych nie mają - wszystkie szczęśliwie mężate, dzieciate, mające gdzie mieszkać, mające pracę i dochody, zdrowe jak konie - jakież to siostrzane problemy ta kretynka przeżywa; mąż nigdy nie był jej do niczego potrzebny, poza spłodzeniem Ignasia, mieszaniem sałaty i zmywaniem garów, troski codziennej poświęca mu mniej - więcej tyle co ja wspominaniu wczesnopodstawówkowej miłości... Jedynym i głównym jej problemem jest szlochanie po Januszu, który ją był ćwierć wieku wcześniej porzucił podle. Że porzucił też córki to mały detal jest. Że ona sama od dwudziestu lat z okładem ma nowego [podobno kochanego] partnera - to nie istotne. Łzy roni, bo pod Wierzbą ją niecny CKNUK całował, a potem wziął i poszedł precz. Jakie inne problemy ma Gaba?
                                        • tt-tka Re: stachanowczynie 20.11.15, 12:20
                                          Mnie tkwi w pamieci ta scena z Pulpecji, kiedy to Gaba wraca do wyjatkowo! pustego domu, siada, a po chwili podrywaja ja wyrzuty sumienia "Boze, ja nic nie robie!".
                                          I coz robi nasza poderwana wyrzutami bohaterka ? przez reszte strony martwi sie. Ze mamie trzeba kupic masc, tata cos tam, a Pulpa cos tam. Po czym, jak sie juz namartwila, zabiera sie za szykowanie obiadu. Ktore to szykowanie polega na tym, ze wlewa wode do garnka, w ktorym czeka juz rozmrozona wolowina, wrzuca tam juz obrana (wczesniej, przez Milicje) wloszczyzne i z rozmachem stawia na gazie.
                                          I tak mniej wiecej widze jej domowe zajecia :-(
                                      • bupu Re: stachanowczynie 20.11.15, 16:31
                                        neandertalka napisał(a):

                                        > Tak, Gabie i ja się zawsze dziwiłam. Wykłady, ćwiczenia, przygotowywanie się do
                                        > nich, kolejno zaliczane stopnie naukowe - doktorat i habilitacja, audycje, tłu
                                        > maczenia, artykuły do periodyków, chyba nawet jakieś książki były? - pamiętam,
                                        > że gdzieś tam (Imieniny?) wylicza to wszystko Pyza jako argument, że mama b. si
                                        > ę stara zarobić, ale i tak się nie przelewa, bo ma ich troje. Kiedy i jak ona t
                                        > o wszystko robi w danej sytuacji mieszkaniowo-przestrzennej i rodzinnej??? Kied
                                        > y codziennie trzeba ogarnąć fizycznie i logistycznie obiad dla tej armii (nawet
                                        > jeśli z pomocą Mili, to jednak Gaba jest filarem)

                                        Przy gotowaniu najczęściej widać Milicję, z Gabą w roli pomagiera akurat.

                                        > zakupy,

                                        Po które zapycha na ogół Grzegorz, albo Milicja (z niebieską torbą w kratkę).

                                        > elementarny porządek w chałupie

                                        Elementarne co? Przecież tam zawsze miły bałagan panuje :D

                                        > codzienne potrzeby trojga dzieci

                                        ...którymi Gaba zajmuje się tak bardzo, że Ignaś, jej oczko w głowie zimą w adidaskach popyla.

                                        > troska o rodziców

                                        Rodziców Gaba ma zasadniczo zdrowych, nie podupadających fizycznie, ani też umysłowo. Nie wymagają oni stałej opieki, nie chorują ciężko, a przewlekle. Czymż tu się tak straszliwie troskać?

                                        > uczestnictwo w kłopotach sióstr

                                        Siostry też zdrowe byki, ze zdrowymi dziećmi, tudzież małżonkami, z którymi pozostają w udanych związkach. Materialnie wszystkie trzy młodsze Borejkówny też prosperują nie najgorzej, o żadnych zgryzotach nigdy słychać nie było.


                                        > jakieś minimum uwagi dla własnego męża i związku

                                        Przeciez Grześ ma w tym związku status mebla.

                                        > nigdy chwili samotności na jakieś skupienie, niezbędne przecież w takiej pracy...

                                        No przecież do pokoju Gabrielostwa nikt nie włazi, poza Ignasiem, który tam miał swój kąt za szafą, ale po prierwsze Ignaś jest mało hałaśliwy, a po drugie nikt nie kazał Gabie trzymać syna za szafą. Mogła złapać Grześka za gacie i kazać mu wykroić na tych poszczepańskich metrach dwa pokoje plus korytarzyk, żeby każdy miał osobne wejście. Ba, mogła nawet, w ramach rozpusty, wynająć do tego ekipę budowlaną!
                                        • verdana Re: stachanowczynie 20.11.15, 16:54
                                          Jednak się wtrącę:) Da się. Nawet bez matki gotującej obiady:)
                                          • neandertalka Re: stachanowczynie 20.11.15, 18:22
                                            Wobec tak zmasowanego odporu mówię pas i wycofuję się z wdziękiem :-)
                              • tt-tka Re: stachanowczynie 27.11.15, 01:58
                                Jeszcze co do wesel i jak to drzewiej bywalo...
                                "Awans" Redlinskiego, rozmowa wiejskiego nauczyciela z dzialaczem z powiatu
                                - zabijalnosc na weselach ?
                                - dwa, trzy trupy rocznie
                                - nozami ?
                                - sztachetami, drzewo tu tanie
                                No. Krotko i konkretnie.
                                Co do logistyki weselnej w latach 50-tych bardzo polecam Dabrowskiej "Na wsi wesele", w latach 70-tych - "Nie ma mocnych" (film). Roboty na kilkanascie rak na dwa dni i dwie noce, na same zakupy tprzedweselne najmarniej tydzien.
                        • morekac Re: stachanowczynie 04.11.15, 21:52
                          ale w 1993 były pierniki z papierka?

                          Były. Ale śluby w BN to brało się raczej w 2 dzień świąt.
                          • sowca Re: stachanowczynie 04.11.15, 21:54
                            Borejkówna robiąca piernik z papierka? Na wigilię? :D Co za czasy, panie tego :P
                            • morekac Re: stachanowczynie 04.11.15, 22:11
                              Zważywszy, jak za czasów KK panny Borejko były zaznajomione z wypiekami i kuchnią, to i tak te stosy wypieków i inne kuchenne potrawy należy uznać za znaczny postęp. Nawet jeśliby coś było z papierka.
                        • vi_san Re: stachanowczynie 04.11.15, 22:27
                          Eee... Sowco, moi rodzice mięli właśnie wesele dzień po Wigilii, pod koniec lat '60. Z tym, że nie w dużym mieście, a na wsi kompletnej. Impreza była w domu dziadków [duża leśniczówka to była]. Ponieważ rodzina na Wigilię się zwyczajowo zjeżdżała cała, a tu dodatkowa okazja "ślubna", to jadła było w bród [i tak szykowanego na święta]. Więc kulinarnie jedynym "nadprogramowym" elementem był tort, który piekła i dekorowała osobiście moja babcia, która zawsze robiła to artystycznie i wyjątkowo. Więc w normalnym domu wesele dzień po Wigilii to wcale nie szaleństwo a wręcz wygoda [jeden bajzel w kuchni ;) ].
                          Nie wiem jak było z piernikiem z papierka, w życiu takowego nie popełniłam. Ja piekę taki z paskudnego przepisu mojej babci [jeszcze z pensji, nastolatką będąc, przywiozła!]: roboty z nim od licha i ciut ciut, a rzeczony piernik po upieczeniu nadaje się świetnie na narzędzie zbrodni jako przedmiot do walenia w potylice lub ciemię. Musi sobie odleżeć 3 tygodnie najmarniej, a lepiej miesiąc - wtedy jest pyszny, miękki, wilgotny, no, fantazja po prostu.
                          • melmire Re: stachanowczynie 05.11.15, 10:02
                            Podzielisz sie przepisem? moze tym roku uda mi sie zagniesc wystarczjaco wczesnie :)
                            • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 05.11.15, 10:13
                              Też bym poprosiła. Wprawdzie ciasto na staropolski już w piwnicy dojrzewa, ale dobrych przepisów nigdy za dużo, szczególnie że wszelkie pierniki i pierniczki sa u nas mile widziane
                              • tt-tka Re: stachanowczynie 05.11.15, 10:47
                                Co do zabiegow okolo wygladu, info mamy nastepujace
                                - mama Borejko wykapala sie, umyla glowe i zrobila fryzure poprzedniego dnia, we Wigilie. W dniu slubu wiemy, ze ubrala sie cieplo
                                - Pulpa wypluskala sie w goracych odmetach
                                - Gaba wziela zimny prysznic
                                - ojciec zjawia sie w kuchni i wilgotnym recznikiem, ale w pizamie, wiec te jego ablucje raczej powierzchowne byly
                                - Ida wchodzi do kuchni w szlafroku, do lazienki nie wstepuje
                                A potem wszystkie porywaja sie do roboty i nastepna scena to juz przed kosciolem.

                                Coz, na pewno wiemy, ze przynajmniej Ida sie przebrala. Co do innych, nawet tej pewnosci nie ma.
                              • melmire Re: stachanowczynie 05.11.15, 10:51
                                Daj przepis i na staropolski, piernikow nigdy nie za duzo!
                              • vi_san Re: stachanowczynie 05.11.15, 10:58
                                Przepis babci [niestety] jest w większości "około" - czyli dokładnie proporcje trzeba dobrac samemu. :)

                                500 g miodu, lub więcej [ja tam uważam, że można i mniej, jak kto lubi];
                                WAŻNE: miód musi być naturalny!!!
                                2 szklanki cukru;
                                250 g masła [Prawdziwego! Nie margaryny!];
                                1 kg mąki
                                3 jajka
                                3 łyżeczki sody
                                1/2 szklanki mleka (125 ml)

                                Przyprawa do piernika [babcia robiła własną, ale można i z torebki]
                                4?5 łyżeczek cynamonu lub dwie kory
                                2 łyżeczki imbiru
                                1,5 łyżeczki goździków
                                1 niecała łyżeczka kolendry
                                1/2 gałki muszkatołowej
                                2 owoce kardamonu
                                ok. 6 kulek ziela angielskiego
                                1 gwiazdka anyżu
                                1 łyżeczka pieprzu kolorowego
                                - Wyjąć ziarenka z owocu kardamonu i gwiazdki anyżu, utrzeć w moździerzu podobno najlepiej kamiennym, ale mikser też daje radę ;)], dodać większe pryprawy [ziele angielskie, pieprz], utrzeć dokładnie, na koniec zetrzeć drobno gałkę muszkatołową i całość dobrze wymieszać - przechowywać szczelnie zamknięte [nie lubi wilgoci, zbryla się!]
                                jeśli gotowa przyprawa do piernika - 1,5 - 3 torebki, zależnie od gustu i smaku.

                                dodatkowo:
                                2 słoiki powideł [najlepiej własnych, ale się nie upieram];
                                2 tabliczki czekolady

                                WAŻNE: Nie zastępować mąki jasnej żytnią, bo piernik skwaśnieje! Można dodać do ciasta "dla koloru" dwie łyżki kakao, ale nie jest to niezbędne.

                                Działanie:
                                Do rondelka wlać miód, dołożyć mu masło i cukier, wszystko rozpuścić na małym ogieńku, mieszając od czasu do czasu i "mając oko", bo po rozpuszczeniu całość się dość szybko zaczyna gotować, a nie powinna! Odstawić, żeby trochę odstygło i "odpoczęło". Mąkę przesiać [można nawet dwukrotnie! - nie wiem po co, mi się nigdy nie chciało]. Dodać do niej sodę, mleko i jajka, trochę wyrobić. Dodać masę miodową z rondelka, wyrabiać dalej. Ciasto będzie luźne i lepkie. Przykryć białą ściereczką, odstawić w chłodne miejsce na dwa tygodnie. Podzielić ciasto na trzy części, podsypując mąką rozwałkować na blaty potrzebnej wielkości i grubości [zależnie od posiadanej formy]. Blaty piec po 15 - 20 minut [zależnie od ich grubości] w temperaturze około 180 st. C. Trzeba bardzo uważać, by nie spalić, ciasto ma się zazłocić, ewentualnie zbrązowieć [a ma tendencję do szybkiego przypalania. Podgrzać powidła. Upieczone blaty przełożyć powidłami [nie gorącymi, ale zdecydowanie ciepłymi]. Całość odstawić w suchym, chłodnym miejscu pod białą ściereczką i niech czeka. Na dzień, dwa przed konsumpcją polać roztopioną czekoladą [czekoladę roztopić w kąpieli wodnej]. Po zastygnięciu - kroić.
                                WAŻNE: całość prac należy zacząć najpóźniej w dniu 6. XII jeśli ma być na święta!
                                • dziabka1 Re: stachanowczynie 05.11.15, 11:04
                                  vi_san napisała:

                                  > Przepis babci
                                  [ciach]

                                  pięknie dziękuję!

                                  Tetetka takoż podrzuciła swój.
                                  Może ktoś jeszcze ma autorski przepis?

                                  Chyba sobie popierniczę tej jesieni..
                            • vi_san Re: stachanowczynie 05.11.15, 10:58
                              Przepis babci [niestety] jest w większości "około" - czyli dokładnie proporcje trzeba dobrac samemu. :)

                              500 g miodu, lub więcej [ja tam uważam, że można i mniej, jak kto lubi];
                              WAŻNE: miód musi być naturalny!!!
                              2 szklanki cukru;
                              250 g masła [Prawdziwego! Nie margaryny!];
                              1 kg mąki
                              3 jajka
                              3 łyżeczki sody
                              1/2 szklanki mleka (125 ml)

                              Przyprawa do piernika [babcia robiła własną, ale można i z torebki]
                              4–5 łyżeczek cynamonu lub dwie kory
                              2 łyżeczki imbiru
                              1,5 łyżeczki goździków
                              1 niecała łyżeczka kolendry
                              1/2 gałki muszkatołowej
                              2 owoce kardamonu
                              ok. 6 kulek ziela angielskiego
                              1 gwiazdka anyżu
                              1 łyżeczka pieprzu kolorowego
                              - Wyjąć ziarenka z owocu kardamonu i gwiazdki anyżu, utrzeć w moździerzu podobno najlepiej kamiennym, ale mikser też daje radę ;)], dodać większe pryprawy [ziele angielskie, pieprz], utrzeć dokładnie, na koniec zetrzeć drobno gałkę muszkatołową i całość dobrze wymieszać - przechowywać szczelnie zamknięte [nie lubi wilgoci, zbryla się!]
                              jeśli gotowa przyprawa do piernika - 1,5 - 3 torebki, zależnie od gustu i smaku.

                              dodatkowo:
                              2 słoiki powideł [najlepiej własnych, ale się nie upieram];
                              2 tabliczki czekolady

                              WAŻNE: Nie zastępować mąki jasnej żytnią, bo piernik skwaśnieje! Można dodać do ciasta "dla koloru" dwie łyżki kakao, ale nie jest to niezbędne.

                              Działanie:
                              Do rondelka wlać miód, dołożyć mu masło i cukier, wszystko rozpuścić na małym ogieńku, mieszając od czasu do czasu i "mając oko", bo po rozpuszczeniu całość się dość szybko zaczyna gotować, a nie powinna! Odstawić, żeby trochę odstygło i "odpoczęło". Mąkę przesiać [można nawet dwukrotnie! - nie wiem po co, mi się nigdy nie chciało]. Dodać do niej sodę, mleko i jajka, trochę wyrobić. Dodać masę miodową z rondelka, wyrabiać dalej. Ciasto będzie luźne i lepkie. Przykryć białą ściereczką, odstawić w chłodne miejsce na dwa tygodnie. Podzielić ciasto na trzy części, podsypując mąką rozwałkować na blaty potrzebnej wielkości i grubości [zależnie od posiadanej formy]. Blaty piec po 15 - 20 minut [zależnie od ich grubości] w temperaturze około 180 st. C. Trzeba bardzo uważać, by nie spalić, ciasto ma się zazłocić, ewentualnie zbrązowieć [a ma tendencję do szybkiego przypalania. Podgrzać powidła. Upieczone blaty przełożyć powidłami [nie gorącymi, ale zdecydowanie ciepłymi]. Całość odstawić w suchym, chłodnym miejscu pod białą ściereczką i niech czeka. Na dzień, dwa przed konsumpcją polać roztopioną czekoladą [czekoladę roztopić w kąpieli wodnej]. Po zastygnięciu - kroić.
                              WAŻNE: całość prac należy zacząć najpóźniej w dniu 6. XII jeśli ma być na święta!
                              • melmire Re: stachanowczynie 05.11.15, 11:04
                                Mozna trzymac w lodowce? to jedyne dostpene chlodne miejsce :)
                                • vi_san Re: stachanowczynie 05.11.15, 11:14
                                  Trudno mi powiedzieć, w domu zwykle ląduje w komórce [mamy takie małe coś na korytarzu, nie ogrzewane wcale. W lodówce nie próbowałam... Możesz spróbować i opisz efekt! :D
                              • melmire Re: stachanowczynie 25.11.15, 15:03
                                Wyrobilam! ale jest naprawde lejace sie, takie ma byc? bo w stanie aktualnym nie widze mozliwosci walkowania, chociaz moze przez dwa tygodnie sdazy stwardniec?
                                • vi_san Re: stachanowczynie 25.11.15, 20:19
                                  No, nie zupełnie płynne być powinno, ale zdecydowanie nie do wałkowania! Do wałkowania za rzadkie. Co w nim zachodzi przez ten czas "oczekiwania" to nie wiem, ale potem po podsypaniu mąką wałkuje się całkiem dobrze.
                                  • melmire Re: stachanowczynie 25.11.15, 20:26
                                    No to chyba bedzie dobrze, w kazdym razie udalo mi sie je wyrobic, wiec pierwszy sukces zaliczony. A nie bylo latwo, bo okazalo po zmieszaniu skladnikow ze miejsca w misce jest na styk :) a potem przypomnialam sobie jak raz moja mama wyrabiala piernik w miedniy, i utknela w nim na smierc i musialam ja sila od niego odrywac. A ja dzis lekkomyslnie bylam sama w domu :) ale udalo mi sie zdesolidaryzowac z masa :)
                                    • vi_san Re: stachanowczynie 25.11.15, 20:29
                                      No to gratuluję!
                                      Faktycznie, psia kostka, zapomniałam nadmienić, że micha musi być spora!
                                      Moja wina!
                        • bupu Re: stachanowczynie 04.11.15, 22:37
                          sowca napisała:

                          > Doliczmy do tego kolegę Marka, który, jako świadek, na weselu być musiał. Świad
                          > ka Idy nie liczymy gdyż tym była -hehe, niespodzianka- Gabryjela.
                          >
                          > Ogólnie wesele w dzień po wigilii wydaje mi się szaleństwem organizacyjnym, ale
                          > ok. Część rzeczy jednak chyba warto było przygotować wcześniej, a nawet wigili
                          > a jest na ostatni moment -chociażby piernik Idy... a właśnie,czy piernika czase
                          > m nie piecze się dużo wcześniej? Kołacze mi się coś w głowie o dwóch tygodniach
                          > wcześniej, chyba że piernik z papierka, ale w 1993 były pierniki z papierka?

                          Piecze się dużo wcześniej, zgadza się. Piernik zaraz po upieczeniu, jak ktoś tu już napisał, nadaje się wyłącznie na narzędzie zbrodni, natomiast pogryźć go dałby może radę rottweiler. Człowiek na pewno nie.

                          Mnie fascynuje co innego, mianowicie skąd Ida wytrzasnęła słoik płynnego smalcu z majerankiem i cebulką. Musiała być szalenie zakochana, że nie zauważyła woni specjału, ani pływającej w nim cebulki, która w miodzie, nawet rzepakowym, kolorem do smalcu zbliżonym, nie występuje. Oraz, że nie zauważyła podejrzanej tłustości ciasta, natomiast braku charakterystycznej lepkości.
                          • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 04.11.15, 23:24
                            Cos mi się nie zgadza z liczbą gości na weselu. W Pulpecji stoi jak byk - po kawie i ciastach ruszyli się Fela z Józeczkiem i tym samym dali hasło do odwrotu. "Wymiotło wszystkich". To ja się pytam kogo wymiotło i kim są ci wszyscy? Swiadek Marka i Monika? 9 sztuk się ostało, legalnie zakwaterowanych , w tym jedna sztuka w osobie oblubieńca. Faktycznie, siła narodu opuściła imprezę.
                            • 3piota Re: stachanowczynie 05.11.15, 01:33
                              agafiatichonowna napisała:
                              > "Wymiotło wszystkich". To ja się pytam kogo wymiotło i kim są ci wszyscy? Swia
                              > dek Marka i Monika? 9 sztuk się ostało, legalnie zakwaterowanych , w tym jedna
                              > sztuka w osobie oblubieńca. Faktycznie, siła narodu opuściła imprezę.

                              W rzeczy samej. W książce stoi jak wół, że po imprezie została nie dojedzona połowa tortu. Chybaż ten tort nie miał średnicy samochodowej opony. Jeżeli połowa została, a zakładając, że już czego jak czego ale weselnego tortu to raczej każdy kawałek zmoże dla tradycji...
                              Mnie jeszcze zastanawiają pozostałe - cytuję: nieruchawe warstwy dymu tytoniowego. I mama Borejko, która zebrała WSZYSTKIE popielniczki. Któż tam tak ćmił???
                              • tt-tka Re: stachanowczynie 05.11.15, 01:48
                                Ktoz tam tak cmil ?

                                Ani chybi stryj Jozeczek odpalal jednego od drugiego, zdenerwowany tym, ze Fela marznie. Jezeli swiadek Marka tez byl palacy, to juz maman Borejko mogla zebrac WSZYSTKIE dwie popielniczki.
                    • mika_p Re: stachanowczynie 04.11.15, 23:32
                      > Czy opisywane przez Chmielewską 3-miesięczne wyprzedzenie przy organizacji
                      > wesela (u niej akurat skrócone) było wtedy normą? Dziś przecież trzeba planować
                      > przynajmniej rok wcześniej.
                      > Liczba osób - te 15 u Idy to była norma czy dziwactwo?

                      Dziś planuje się przynajmniej rok wcześniej, żeby:
                      a) zarezerwować salę
                      b) zarezerwować zespół
                      c) zarezerwować fotografa
                      d) ewentualnie zarezerwować jakiś wybitnie oblegany kościół.

                      Podstawa to chyba sala, jak już się ją wybierze, to o termin wcale nie jest łatwo (bo porezerwowane). Ale sytuacja beznadziejna nie jest, bo czasem się coś zwalnia i wtedy się można wstrzelić. Dobry zespół też ma terminy porezerowane. Z fotografem łatwiej, bo tych jest więcej. A na zdjęcia i film z wesela czeka się kilka miesięcy :)
                      Kuzynka we wrześniu brała ślub, o terminie wiedzieliśmy rok temu, jakoś tak latem dowiedzieliśmy się o godzinie ślubu (tu: przygoda, kuzynka zamarudzila ciut za długo i lepszą godzinę ktoś zajął - niewielki wiejski kościół - więc ona miala slub dość późno), zdjęcia i film będą może rpzed końcem roku, ale pewniej w nowym.
                      O, suknię jeszcze trzeba wybrać. Jak cżłowiekowi nie zalezy na najnowszej kolekcji, to jakoś własnie we wrześniu są wyprzedaże i wchodzi nowa kolekcja, na wyprzedazy ceny są w okolicy 1/3 ceny pierwotnej, a suknie równie śliczne :) Asystowałam przyszłej bratowej w objeździe salonów, to wiem na bieżąco :)
                      A samo menu, zaproszenia, procedury urzędowe i kościelne spokojnie mozna załatwić w krótszym czasie.

                      Jeśli chodzi o gości, to zalezy od liczności rodziny.
                      Dla przykładu, moja babcia miala piecioro dzieci, każde z nich 1-2 dzieci, w sumie dziewięcioro wnucząt o rozpiętości wieku 18 lat. Czyli na naszych pierwszych weselach w pokoleniu samej najbliższej rodziny z jednej strony bylo około dwadzieściorga, plus osoby towarzyszące wszystkich, którzy nie byli dziećmi. Wcześniej komunie czy imieniny to kilkanaścioro dorosłych i mnóstwo dzieciaków. Lata 80-te.

                      Chmielewska miala malą rodzinę.
                      Borejkowie też. Poza stałymi mieszkańcami Roosevelta 5, gości z zewnątrz była śladowa wręcz liczba.
                      • miodowocytrynowa Re: stachanowczynie 04.11.15, 23:36
                        O weselu Idy jest spory wątek tu:
                        forum.gazeta.pl/forum/w,25788,133503310,,Wesele_Idy_w_domu.html?s=0
                        ale co tam mozna powałkować temat i po raz 10:) Mnie od zawsze fascynuje, jak one się z tym wszystkim wyrobiły, a przede wszystkim jak panna młoda wyrobiła się z upiększeniem samej siebie na ślub, reszta Borejkówien i mama tez chyba powinny były zadbać o siebie w ten szczególny dzień. No chyba, ze wszystkie jak jeden mąż poszły nieumalowane, skromne, bez manikiuru - bo przecież wg MM tak jest najlepiej:P
                        • tt-tka Re: stachanowczynie 04.11.15, 23:55
                          Umalowaly sie i zrobily fryzury na prezentacje oblubienca i tesciowej Idy dzien wczesniej. I na wesele juz im tak zostalo.
                      • gat45 Re: stachanowczynie 05.11.15, 15:45
                        Blisko 20 lat temu moja kuzynka zażyczyła sobie prawdziwego rodzinnego wesela, a że rodzina po calutkim globusie się rozpełzła, to termin wyznaczyła rozsądny - z rocznym wyprzedzeniem. Jak już wyznaczyła, to i za inne przygotowania wcześnie się zabrała - ślub we wrześniu, a ona już wczesną wiosną z goroda Bournemoutha się wybrała do Londynu z siostrą artystką w charakterze konsultantki i zakupiły cud miód suknię stosowną do okoliczności. Świnkę swoją panieńską stłukła na to cudo. No i już w czerwcu okazało się, że będą kłopoty. A w lipcu było całkowicie pewne, że panna młoda żadną miarą w tę dziewiczą biel wbić się nie zdoła po linii zwiększającego się obwodu w talii. No i brała ślub w spodniach i tunice, a suknia wisiała na ramiączku, udrapowana na ścianie w charakterze ozdoby sali weselnej.
                        Córeczka urodziła się w listopadzie - zdrowa i donoszona. Jeszcze troszkę i suknia będzie jak znalazł (nie jest z piki !!!!). Młoda od dziecka wie, że MUSI w tej sukni wystąpić i twierdzi, że to jej zawyża standardy wyboru faceta jako dodatku do sukni.
                        • tt-tka Re: stachanowczynie 05.11.15, 16:05
                          Jestem niepraktykujaca w kwestii wlasnego slubu :-), ale w cudzych uczestnicze. I zwykle wlasnie na rezerwacje sali potrzeba najwiecej czasu - zeby byla taka jak trzeba i z wolnym terminem.
                          Przy weselu w domu ten problem odpada, niemniej - gosci trzeba zawiadomic odpowiednio wczesniej, bo moga miec swoje plany; menu obmyslec i skompletowac; jesli zamowic katering, to wczesniej wyprobowac, jak tam karmia; wyszukac stosowny ubior i dodatki do niego; wydrukowac/wypisac zaproszenia i wyslac; i tak dalej;
                          Mozna oczywiscie obskoczyc to wszystko w trzy miesiace, nawet w miesiac, i za czasow brakow zaopatrzeniowych tez mozna bylo, ale nerwow to zwykle kosztowalo wiecej, niz warto.
                          • dakota77 Re: stachanowczynie 05.11.15, 17:06
                            Jak sie nie robi wielkiego wesela w wynajetej sali, a male przyjecie w restauracji, trzy miesiace przygotowan sa dosc komfortowym terminem. Wolne sale na wesele i czas na koscielne formalnosci w najwiekszym stopniu wyznaczaja czas na przygotowanie slubu i wesela.
                    • ciotka_scholastyka Re: stachanowczynie 05.11.15, 11:19
                      > Dziś przecież trzeba planować przynajmniej rok wcześniej.

                      A właściwie dlaczego? Zawsze mnie to "trzeba" potężnie śmieszy.
                      • iwoniaw Re: stachanowczynie 05.11.15, 11:40
                        Nie no, w sumie to nie trzeba. Jeśli jesteś sierotą jedynaczką bez babć, kuzynów i wujostwa, koleżanek (o przyjaciołach nie wspominając) nie masz żadnych - i oblubieniec podobnie, to w sumie nie ma powodu, żebyście się nie zmieścili całym orszakiem weselnym na kanapie w kawalerce albo przy stoliku dla sześciorga zarezerwowanym w ostatniej chwili w przybytku, który akurat nie zamknął się na randomowych klientów, bo np. obsługuje przyjęcie weselne.

                        Ale jeśli masz jakąś rodzinę i/lub znajomych, których chcesz podjąć jakimś obiadem (o wystawniejszej imprezie nie śmiem wspominać) niekoniecznie osobiście gotowanym tuż przed włożeniem welonu i nie mieszkasz w pałacu ze stołem na kilkadziesiąt osób i kamerdynerem na stanie, to jednak nie jest tak całkiem bez sensu zaplanować to wydarzenie nieco wcześniej niż tydzień przed ślubem.
                        • tt-tka Re: stachanowczynie 05.11.15, 12:18
                          iwoniaw napisała:

                          Jeśli jesteś sierotą jedynaczką bez babć, kuzynó
                          > w i wujostwa, koleżanek (o przyjaciołach nie wspominając) nie masz żadnych - i
                          > oblubieniec podobnie, to w sumie nie ma powodu, żebyście się nie zmieścili cały
                          > m orszakiem weselnym na kanapie w kawalerce albo przy stoliku dla sześciorga za
                          > rezerwowanym w ostatniej chwili w przybytku, który akurat nie zamknął się na ra
                          > ndomowych klientów, bo np. obsługuje przyjęcie weselne.

                          Tam wesele... Robie tylko parapetowke, tu jestem sama (bez rodziny), a samo ustalenie terminu, jaki wszystkim, ktorych pragne goscic, podchodzi, trwalo ponad miesiac. Ludzie to jakies dziwne som, pracuja, wyjezdzaja, zycie towarzyskie praktykuja...
                          • iwoniaw Re: stachanowczynie 05.11.15, 12:32
                            No więc otóż.
                            Ja z kolei mam z jednej strony stół dość spory w nie najmniejszym na świecie pokoju - i wiem, dlaczego niemożnością fizyczną jest umieszczenie przy nim jednocześnie więcej niż 15 osób.
                            Tudzież zdarzyło mi się szukać niewielkiej, ot na 20 miejsc, sali (bądź części sali) na przyjęcie w okresie dowolnego weekendu majowego (wszytko zarezerwowane - w soboty na wesela, w niedziele na komunie, akcja działa się we wrześniu roku poprzedzającego interesujący mnie maj)
                            • tt-tka Re: stachanowczynie 05.11.15, 12:56
                              iwoniaw napisała:

                              > Ja z kolei mam z jednej strony stół dość spory w nie najmniejszym na świecie po
                              > koju - i wiem, dlaczego niemożnością fizyczną jest umieszczenie przy nim jednoc
                              > ześnie więcej niż 15 osób.

                              A, no widzisz. Nie mam wyobrazni przestrzennej, u nas w domu nie sadzalo sie przy stole wiecej niz 8 osob naraz - ale teraz juz wiem, czemu z wesela Laury wszyscy wywiewali - stare Boreje na strych, Ignas z Magda na pokaz sztucznych ogni, jozwa do Dziuby, Gabon do Pyziaka i wcale sie z powrotem nie spieszyla... Skoro tam samej rodziny jest prawie 30 osob...
                        • ciotka_scholastyka Re: stachanowczynie 05.11.15, 14:42
                          iwoniaw napisała, zupełnie niepotrzebnie i niegrzecznie ociekając sarkazmem (...)

                          Tak się składa, że sama jestem od lat po ślubie, sierotami nie jesteśmy, przyjaciół Bóg też nie poskąpił, wesela nie było w kawalerce na kanapie (zapomniałaś napsiać, że zdezelowanej, z wystającymi sprężynami), a mimo to nadal potężnie mnie śmieszy ślubna histeria i psychoza nakazująca rozpoczęcie przygotowań na co najmniej rok przed. Dziwnym trafem padają jej łupem rozhisteryzowane narzeczone, nigdy oblubieńcy.
                          Odpuść sobie ten pogardliwy protekcjonalizm.
                          • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 05.11.15, 15:16
                            Droga Ciotko, rok na załatwienie, rezerwację i koordynację wszystkiego jeszcze jestem w stanie pojąć, szczególnie jesli w grę wchodzi przygotowanie naprawde dużej imprezy na wiele osób. Tyle, że sa i takie przypadki, że narzeczona zaczyna przygotowania TRZY lata wcześniej. Na forum Slub i wesele słynna była onegdaj niejaka Zia, o ile mnie pamięć nie myli. Tematy okołoślubne są mi dość odległe jednak nie mogłam się powstrzymać i kilka wieczorów spędziłam śledząc ten wątek. Posty szły w tysiące. Roztrząsano kolory motylków /motyw przewodni imprezy!/, kształt kopert na zawiadomienia o zawiadomieniu, czy ciasteczka sprowadzać z Paryża czy stykną nasze, nie pomnę wszystkiego ale tematów do dyskusji było tak wiele, a atmosfera momentami tak gęstniała, że miałam wrażenie jakby od tego czy motylki będą bardziej lila czy pójdą w róz zależała przyszłość nie tylko potencjalnej oblubienicy ale i losy świata. O kwocie przeznaczonej ten cel nawet nie wspomnę.
                            • dziabka1 Re: stachanowczynie 05.11.15, 15:21
                              Może się mylę, ale mam wrażenie że dla niektórych panien młodych ślub i wesele są ważniejsze od samego faktu wychodzenia za mąż za konkretnego faceta.
                              Ze najważniejsza jest oprawa, kiecka, muzyka, motylki i inne fajerwerki, a facet jest tylko dodatkiem.
                              Znam to tylko z teorii, nie miałam w życiu okazji wyprobować, jak to jest naprawdę.

                              Ale te dyskusje, suknia taka owaka, buty takie owakie, i tego typu rzeczy, świadczą chyba o tym, że nie sakrament czy też uroczystość w urzędzie jest ważna, ale oprawa.

                              Może to wynika z faktu, ze baby chociaż raz w życiu chcą poczuć się księżniczkami?
                              A może to tylko ozdobna furtka do wielu lat niewoli?

                              Mężate dziewczyny, jak to jest?
                              • dakota77 Re: stachanowczynie 05.11.15, 17:10
                                dziabka1 napisał(a):

                                > Może się mylę, ale mam wrażenie że dla niektórych panien młodych ślub i wesele
                                > są ważniejsze od samego faktu wychodzenia za mąż za konkretnego faceta.
                                > Ze najważniejsza jest oprawa, kiecka, muzyka, motylki i inne fajerwerki, a face
                                > t jest tylko dodatkiem.

                                Mam dokladnie takie samo wrazenie w stosunku do wielu kobiet. Nie uwazam oczywiscie, zeby bylo cos zlego w marzeniach o takim czy innym weselu, sukni itp., w radosci z przygotowan, ale tak, dla wielu kobiet, zwlaszcza tych ktore sie spotyka na forach slubnych, slub i oprawa wydaja sie wazniejsze niz malzenstwo. Ja juz nie mowie o kobietach z programow typu Bridezillas, to dopiero koszmar :))
                      • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 05.11.15, 12:05
                        Vi san, toż to jak najbardziej staropolski piernik, robię dokładnie z tego przepisu, jedynie w moim jest jeszcze 0,5 łyżeczki soli., a po przełożeniu powidłami zawijam w folie spożywcza i równomiernie obciążam, świetnie się sprawdzają albumy wszelkiego sortu, bo to i duże i ciężkie, a u mnie rzeczony pierniczek ma wielkość płyty chodnikowej. Im dłużej stoi tym lepszy, a stać może długo.
                        Ja trzymam ciasto w piwnicy, ale raz, nie pamietam już z jakiego powodu leżakowało w lodówce i też było w porządku. Byle nie tam gdzie najzimniej.
                        A jakby jakaś forumka masochistycznie chciała piec pierniczki /mogą być i na choinkę/ to mam bardzo dobry przepis. Pierniczków wychodzi mrowie a mrowie i mimo,że w przepisie stoi jakoby po upieczeniu twardnieją to mnie się to nigdy jeszcze nie przytrafiło. Są miękkie, pięknie pachną i można je przechowywać w puszkach bardzo długo. Na choince, ma się rozumieć, stwardnieją.
                        • dziabka1 Re: stachanowczynie 05.11.15, 12:09
                          agafiatichonowna napisała:

                          [ciach]

                          > A jakby jakaś forumka masochistycznie chciała piec pierniczki
                          [ciach]

                          Ja chętnie!
                          Może żeby się nie zagubić, daj przepis w wątku o pier(d)niku.
                        • vi_san Re: stachanowczynie 05.11.15, 20:46
                          No patrz, nie wiedziałam, że on staropolski jest! Dla mnie [i w rodzinie] zawsze był piernikiem babci Janki. A z ciekawostek mam w Jej [tejże babci] zapiskach kulinarnych przepis na piernik... z marchwi! Wojenny przepis. Jeśli sobie życzysz mogę zapisać. Ale to może raczej w wątku o pier[d]niku?
                          • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 05.11.15, 21:40
                            Przepis na ,kryzysowy pierniczek mile widziany. Tez mam zapisanych parę takich starych, nawet z okresu pierwszej wojny - m.innymi na tort z kartofli, czekoladę, palcokruchy i nawet na lek przeciw brodawkom.
                          • yowah76 Re: stachanowczynie 07.11.15, 18:14
                            wojenny nie wojenny, normalne carrot cake tylko mocniej przyprawione ;)
                      • sanciasancia Re: stachanowczynie 07.11.15, 00:15
                        Dlaczego? Bo strasznie trudno o miejsce w restauracji. Nawet na obiad weselny na 30 osób. Przećwiczyłam to osobiście 9 lat temu, jak postanowiliśmy zorganizować ślub w 4 miesiące. Skończyło się na tym, że trzeba było załatwiać salę przez znajomych znajomych, sala była do luftu (stoły przystawione do ław na ścianie, wychodziłam pod stołem, żeby porozmawiać z goścmi), a kucharz zdębiał jak usłyszał o niegotowaniu na mięsie (restauracja była warszawska, a jakże). Całe szczęście panna młoda była ładna ;), więc się udało.
                    • iskrzy_54 Re: stachanowczynie 05.11.15, 19:18
                      Moja kuzynka miała wesele w mieszkaniu moich rodziców, o miejscu zdecydowano tak coś na tydzień przed weselem, ale moja ciocia pracowała w rzeźni na Żeraniu, więc z miesem nie było problemów, mój kuzyn wyprawiał wesele w mieszkaniu swojej chrzestnej, która miała duży pokój z równie wielkim stołem (czy ten stół po Makowskich przenieśli do zielonego salonu z kuchni, czy tam był jakiś inny?), ale już mój brat wesele na 70 osób wyprawiał w klubie garnizonowym do którego goscie przeszli piechotą z Urzedu Stanu Cywilnego - róznie to bywało, moja przyjaciółka miała dwa przyjęcia - jedno dla rodziny w domu, jedno w lokalu dla przyjaciół I młodych członków rodziny.
                    • sanciasancia Re: stachanowczynie 07.11.15, 00:11
                      Moi rodzice pobierali się w roku 1980-tym, obiad weselny był w restauracji. Obiad był bodajże na 30 osób (głównie rodzina), ślub był w miarę cichy.
                  • mika_p Re: stachanowczynie 04.11.15, 23:38
                    > I Idusia, ktora wymusila na leniwych siostrach balaganiarach
                    > odkurzenie i wymiane przepalonego abazurka, zostawilaby brudne firanki w swoim
                    > gniazdku milosci ?

                    Butów zapomniała kupić, więc w firanki wierzę jak najbardziej.
                    Mogla zresztą o nich wiele razy pamiętać. Z dala od domu, mysląc, co ma do zrobienia. Jak pralka chodziła, odkładając swoje na "jak skończy".
                    Ja tak mam: wiele razy o czyms pamiętam, ale w nieodpowiednich czasach i miejscach :)
                • bisturi Re: stachanowczynie 06.11.15, 11:51
                  Te zastrzeżenia natury logistycznej, o których piszecie to słuszne są... ale.. jak byłam mała i u nas w domu coś się działo, to znaczy sproszeni byli goście to naprawdę serdecznie i z całego serca nie znosiłam tego terroru kuchennego - tego nie dotykaj bo to do salatki, teraz nic nie ma do jedzienia, poczekaj do 18.00, ręcznik w łazience czysty nie używać bo się pogniecie itd. itp. Kuchnia była wyłączona, rodzice poddenerwowani i poirytowani, ja znudzona bez zajęcia i na głodniaka aż do upragnionego dzwonka u drzwi. Jakja im (Borejkownom) wtedy zazdrościłam tego, że u nich tak wszystko na luzie się odbywa, że mieszkanie nie musi być sterylne, że potrawy nie muszą być jak z Wersalu. Odbierałam to tak, że goście też przyjdą wyluzowani, że nie będzie im przeszkadzał kurz pod szafą ani nierówno ulożone jajka z majonezem ani nic takiego, że w razie co pomogą w kuchni etc. Teraz wiem, że przygotowania do wesela Idy są kompletnie nieprawdopodobne ale bardzo się staram np., żeby moje dzieci w dniu przyjęcia albo Wigilii nie czuły się przez cały dzień jak piąte koło u wozu. Planuję mniej potraw, staram się przypomnieć sobie co czułam czytając wtedy Noelkę bo to jednak bardzo fajne było. Lubię Noelkę. Kiedyś Borejkowie to taki antywzór zadęcia byli. Często jak zapraszam gości to danie główne mam gotowe wcześniej ale deser szykuję jak już są albo nawet razem z nimi - je się u mnie w kuchni (no, w takim ołpenspejsie kuchnio-salonie czy zwał jak zwał), nikt jakos nie narzeka, że czeka przy piecyku aż si szarlotka dopiecze. Dla mnie ta scena w kuchni z jabłkami Hesperyd jest jedną z najfajniejszych w całej Jeżycjadzie.
                  • tt-tka Re: stachanowczynie 06.11.15, 14:27
                    Tylko ze nie wiadomo, jak to bylo u Borejkow... po sniadanku kobiety rzucaja sie do roboty, dziewczynki jeszcze wtedy spia, a nastepna scena jest juz przed kosciolem. Te corki gaby w pierwszych tomach, w ktorych sie pojawiaja, nie placza sie pod nogami, nie chca jesc wtedy, gdy wszyscy maja ubabarane rece, nie podkradaja ze stolu i nie sa przeganiane z kuchni, bo ich po prostu nie ma.
                    A jak sobie wyobraze, ze jednak obudzily sie i wlazly do tej kuchni... plus stary Borej, ktory tam wlasnie przesiaduje z herbatka i na kazdy temat ma zawsze cos do powiedzenia... Horror.
            • turzyca Re: stachanowczynie 05.11.15, 23:07
              że na stałe stołuje się
              > tam osiem osób,

              I oni na tych osiem osob maja jedna normalna kuchnie? Z normalnym piekarnikiem? Hmmmm...


              Btw. warto by chyba bylo policzyc, ile sie stoluje w roznych czasach. Bo ostatnio to chyba 11, nie? Seniorzy (2), Strybowie (4), Palysowie (5).
              • tt-tka Re: stachanowczynie 05.11.15, 23:38
                turzyca napisała:

                > że na stałe stołuje się
                > > tam osiem osób,
                >
                > I oni na tych osiem osob maja jedna normalna kuchnie? Z normalnym piekarnikiem?
                > Hmmmm...
                >
                >
                > Btw. warto by chyba bylo policzyc, ile sie stoluje w roznych czasach. Bo ostatn
                > io to chyba 11, nie? Seniorzy (2), Strybowie (4), Palysowie (5).

                Ostatnio to seniorow szt. 2, Palysow szt. 3 (Marka od bardzo dawna nie widzialam w borejczej kuchni, a taki Ziutek, co on zje ?), a Stryby, hm - Grzegorz i Ignas miesa nie jedza, Laura wyszla z domu; kiedy jeszcze byla, jadla nieoszczednie, fakt, ale Nadszympans do stolu sie nie pchal, w przeciwienstwie do Py...pyziaka, ktory stale zasiadywal sie i zostawal na posilku. Ubogich Borejkow objadal, CKNUK jeden !
    • slotna Re: stachanowczynie 05.11.15, 18:58
      A w ogole to jeden udziec jagniecy, to jest porcja dla czterech osob (jak lakome, to sie jeszcze bija).
      • tt-tka Re: stachanowczynie 05.11.15, 19:41
        slotna napisała:

        > A w ogole to jeden udziec jagniecy, to jest porcja dla czterech osob (jak lakom
        > e, to sie jeszcze bija).

        Tam jeszcze indyk byl... jeden indor to na ile osob ?
        padla uwaga, ze po atrakcjach wigilijnych pieczenie MIESIW I DROBIU zostawiono na dzien slubu - moze MM przez skromnosc nie wymienila wszystkiego ? :-)
        A moze tradycja, tam od zawsze podkradano sobie jedzenie.

        Nie lubie takich niedorobek, u Rolleczek szykowano uczte z okazji powrotu ojca i wyraznie napisano, ze bylo po pol kurczaka na twarz !
        • bupu Re: stachanowczynie 05.11.15, 20:03
          tt-tka napisała:

          > Tam jeszcze indyk byl... jeden indor to na ile osob ?
          > padla uwaga, ze po atrakcjach wigilijnych pieczenie MIESIW I DROBIU zostawiono
          > na dzien slubu - moze MM przez skromnosc nie wymienila wszystkiego ? :-)
          > A moze tradycja, tam od zawsze podkradano sobie jedzenie.

          Indyk to ze cztery godziny pieczenia jak w pysk dał. Udziec ze dwie pewnie, daje godzin sześć, gdyby zaczęły o siódmej, z wysiłkiem wyrobiłyby się do pierwszej, no, pierwszej trzydzieści, jeśli weźmiemy poprawkę na wietrzenie piekarnika pomiędzy. Jabłka wprawdzie pieką się szybko, ale przed wetknięciem ich w piec też trzeba przewietrzyć, jeśli nie mają przejść aromatem jagnięciny. Zależnie od gabarytów zatem jabłuszka piekły się od 25 do 45 minut, przyjmijmy jednak, że to były te mniejsze. Ze względu na liczbę biesiadników należało tych jabłek upiec dwie blachy, co daje nam minut 50. Czyli o pierwszej wchodzą, o drugiej wychodzą i nie zostaje już czasu na pieczenie niczego większego.
          • sowca Re: stachanowczynie 05.11.15, 21:38
            Ależ Vi_san, nie mam nic przeciwko robienia wesela dzień po wigilii. Jak kto lubi :)
            Co do terminów poprzedzania wesela, to można i tak, i tak: dzisiaj są normą rezerwacje sali i zespołu rok wcześniej, ale jak ktoś dobrze zorganizowany, to da radę załatwić wsyzstko piorunem: w marcu tego roku dostałam informację od przyjaciółki, że "wesele 26 czerwca" i w pierwszym momencie byłam pewna, że chodzi o przyszły rok! A chodziło o bieżący i wszystko się dało załatwić. Więc tu raczej kwestia tego, czy sie woli na spokojnie i dużo kaprysić, czy raczej chce się spiąć i załatwic wszystko szybko.
            Natomiast szaleństwem jest dla mnie to szykowanie uczty w dniu zaślubin! Niby cztery baby do ogarnięcia sprawy (Idy nie liczę), ale sama Gaba mówi, że na niej spoczywa odpowiedzialność za wszystko. A ubrać się, uczesać, umalować (przypomniało mi się, że Pulpa miała na ten dzień błękitną suknię z butiku). A staropolskie błogosławieństwo w domu panny młodej? Obiad jakiś trzeba było przynajmniej odgrzać dla dzieciaków i Boreja. No da się, da: tylko w pośpiechu i stresie. Nie wiem, czy warto. Szkoda, że nie wiemy, ile osób było na weselu. Na pewno Monika (a jej siostra, która pojawiła się w Kalamburce? też powinna być), kolega Marka, Józeczek z Felicją... jeśli tylko ta czwórka, to rzeczywiście, nie było dużo więcej szykowania niż na co dzień...
            • zla.m Re: stachanowczynie 05.11.15, 22:04
              sowca napisała:
              > Natomiast szaleństwem jest dla mnie to szykowanie uczty w dniu zaślubin! Niby c
              > ztery baby do ogarnięcia sprawy (Idy nie liczę),

              4 baby do jednej kuchni, to wcale nie musi być lepiej niż 2. Nadal mamy tylko jeden piekarnik, jeden kran i ograniczoną przestrzeń. Mogą sobie więcej wchodzić w drogę i tracić czasu na dyskusje "gdzie jest mój rondelek? ale który? niebieski? nie, biały! a co w nim było? o, tu jest! Kto go przestawił na słońce!!" niż to warte. [Mam temat na tapecie średnio 2 razy w tygodniu dyskutując z szefostwem różnej maści na temat zarządzania projektem i dlaczego 2 nowych programistów nie poprawia nam wyników o 100%... W sumie natchnęło mnie, moze dam im przykład z jednym piekarnikiem i pieczeniem kilku ciast i czy nowy kucharz zmieni sytuacje...]
            • vi_san Re: stachanowczynie 05.11.15, 22:15
              1. Wiem, że nie masz, po prostu odniosłam się do twoich słów, że to szaleństwo - tu wiele zależy od organizacji, sytuacji domowej i rodzinnej. może nie tylko nie być szaleństwem, ale wręcz zdroworozsądkowym podejściem. :)
              2. Ja byłam lepsza - ślub cywilny postanowiliśmy w kwietniu, a pod koniec czerwca się uroczystość odbyła w USC. :D Z tym, że był tylko obiad [ w restauracji] dla najbliższych, a nie wesele jako takie. Jak się chce to się da. Oczywiście mam świadomość, że NIE DAŁOBY SIĘ w tak krótkim czasie zorganizować wesela na kilkadziesiąt osób - chociażby rezerwacja sali itd.
              3. Całkowicie i w stu procentach się zgadzam, że wariactwem jest szykowanie tej całej "uczty weselnej" W DZIEŃ ŚLUBU! I na dodatek dopiero ustalanie menu! Jak wiem z opowiadań rodziców - na ich wesele [stricte rodzinne] wszystko było przygotowane WCZEŚNIEJ, przed Wigilią, w dzień ślubu tylko do odgrzania, udekorowania, wykończenia itd. A i tak zarówno mamy jak i taty siostry miały roboty sporo!
              • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 05.11.15, 23:04
                A mnie się przypomniał mój ślub- wszystko dopięte w cztery miesiące, ale i tak trafiła się okazja żeby zrobić wesele z marszu. Jak? Otóz do weselnej knajpy od miejsca zaślubin było jakięś 40 minut jazdy a pannie młodej w polowie drogi zachciało się, z przeproszeniem, na stronę. Welonu wprawdzie nie miałam, ąle kieckę długą, bardzo prostą, za to z trenem. Wizytować krze w czymś takim odpadało. Trafił sie przydrożny zajazd dla kierowców, niestety po drugiej stronie autostrady. Trudno, zatrzymaliśmy się a za nami świadkowie z przyległościami. Orszak się uformował i wziął azymut na knajpę. Wszystkie jadąće w obie strony samochody się zatrzymały, bo też było na co patrzeć. Panna młoda z bukiecikiem stokrotek, ktory z daleka wyglądal jak pęczek dorodnej rzodkiewki, drobiąca nóżkami niczym gejsza, obok brodaty pan młody, jako gwardia przyboczna dwóch brodatych świadków, za panną młodą dzierżące w dłoniach tren dwie druhenki, obie w bardzo zaawansowanej ciąży, a pochód zamykał rudy jak pochodnia fotograf ze szmaragdową muszką formatu A4. Fellini by się nie powstydził. Panią bufetowa na nasz widok zatchnęło, a jak świadek zapodał, że własnie chcieliśmy tu urządzic przyjęcie to biedna kobieta jęknęła - Jezusie, Maryjo, jo mom ino gulasz z płucek.
                Po chwili jednak padło - państwo siadajom. Coś zorganizujemy. Rozczuliła nas kompletnie, juz chciała gdzies dzwonić, coś załatwiac. Poprzestaliśmy na wypiciu z nią szampana i skorzystaniu z toalety ale gdyby nie czekający na nas weselni goście to kto wie, kto wie... Może byśmy i zostali..
                • iwoniaw Absolutnie cudowna historia :-D 05.11.15, 23:09
                  Aż widzę to wszystko oczyma mej duszy! ;-)
                • vi_san Re: stachanowczynie 05.11.15, 23:24
                  :D
                  chcieć to móc! :D
                • zaisa Re: stachanowczynie 16.11.15, 13:30
                  Agafia! Aż się popłakałam ze śmiechu. Dziękuję:) Najmocniej rozłożyły mnie druhny w zaawansowanych ciążach. Z ciążowych historii jedna koleżanka w mocno zaawansowanej ciąży broniła magisterki za wsparcie mając drugą koleżankę w mocno zaawansowanej ciąży. Komisja b. starała się nie zdenerwować żadnej z pań w obawie by któraś nie zaczęła rodzić.
                  Nasze wesele zostało zorganizowane w 3 mies. - na 30 kilka osób, trwało do północy, do ślubu jechaliśmy powozem + tydzień później przyjęcie dla znajomych i ich smarkatych dzieci w warunkach domowych. Na weselu była jedna wpadka - zamiast walca Straussa na początek poleciał walc z "Jeziora Łabędziego" Czajkowskiego:)
          • nigolla Re: stachanowczynie 23.11.15, 09:20
            Aaaaa może mają kombiwar? (jak to nazywa moja babcia, ja takiego nie mam) - moja babcia wszelkie mięsiwa piecze w kombiwarze, duże toto, cały indyk by się zmieścił + różne udka, skrzydełka na dwa dodatkowe poziomy.
            • agafiatichonowna Re: stachanowczynie 23.11.15, 09:36
              Kombiwar? Ależ to niedopuszczalne jako przejaw wybujałego konsumpcjonizmu.Na stanie posiadania winny być jeno podstawowe sprzęty gospodarskie, najlepiej stare i lekko rzęchowate plus wyszczerbione kubeczki.W szafie natomiast odwieczne dżinsy, koszula w kratkę i szary, skromny płaszczyk jako i archaiczna ślubna garsonka. W łazience woda i mydło. i wystarczy.
              Kombiwar? Fi donc! Ty wiesz ile za jego cenę można by było kupić podwójnych egzemplarzy książek?
              • vi_san Re: stachanowczynie 23.11.15, 14:41
                Żółta peleryna p.deszczowa? Albo mi się wydaje, nie upieram się, ale kojarzę, że Gaba w czymś żółtym na grzbiecie chodziła? A poza tym oczywiście! Ręczny moździerz, prodiż. W łazience może być najzwyklejszy szampon do włosów. Chociaż nie wiem, czy to już nie byłby przejaw snobizmu, włosy przecież można umyć tez zwykłym mydłem...
                • iwoniaw Re: stachanowczynie 23.11.15, 15:15
                  No coś ty, one się tam pławią w szamponie palmolive oraz odżywkach ziołowych. Tudzież perfumach rozmaitych. Było nieraz; na chemii (gospodarczej i kosmetycznej) nikt tam nie oszczędza, buteleczek i zapachów jest mnóstwo od czasów, gdy się pojawiły w handlu ogólnie dostępne.
    • tt-tka Re: stachanowczynie 06.11.15, 00:03
      Wrzucilam babe muslinowa w gugla. Przepisow nie chcialo mi sie czytac, ale jako jedna z pierwszych wyskakuje w zajawce staropolska babka muslinowa z 96 zoltek.
      A i tak upieram sie przy dwoch kopach :-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka