Dodaj do ulubionych

O Pulpecji...

16.11.21, 17:23
Trochę z inspiracji wątkiem o Laurze i Róży...
Od razu uprzedzę, ze książki nie mam pod ręką, więc być może faktografia nie jest prawidłowa, jakby co - proszę o poprawki, głównie z datami/porami roku, kolejnością.
Wystarczyłyby dosłownie DWIE poprawki, by książka całkowicie zmieniała swoją wymowę.
1. Florian nie informuje Pulpy, że Roma wyjechała z rodzicami i narzeczonym, i jak możesz tego nie wiedzieć jako jej przyjaciółka. Mówi coś w stylu
- Kowalików nie ma. Tomek wybył na grzyby/do dziewczyny/na księżyc, staruszkowie pojechali do Łeby, do brata któregoś z nich, a Roma wyjechała ze znajomymi z kursu.
- Ale jakiego kursu?
- A to nie wiesz? Roma się zapisała na takie kursy, przygotowujące do egzaminów na medycynę/studiów medycznych (nie pamiętam, czy wówczas były egzaminy?). Organizuje to Studenckie Koło Naukowe. I teraz całą paczką z tych kursów wyjechali na dwa tygodnie w góry/nad morze, na jeziora/dokądkolwiek.
2 Gdzieś pod koniec, sam już koniec książki scena typu (od razu uprzedzam, że ja nie Homer, ani Orwell, ani nawet Musierowicz wczesna, więc nie oczekiwać cudów, bo nie o stricte słowa tu chodzi a o wyraz sceny):
"... Patrycja stała w pobliżu przystanku autobusowego i mokła czekając na Florka, który wszedł na chwilę do sklepu. Na wieczór zaplanowali zagrać wraz z rodzicami w Skojarzenia/Państwa i Miasta/warcaby. Z nudów obserwowała pasażerów, ale i ci byli nieliczni, gdyż ruszające właśnie 157 uwiozło większość w kierunku Placu Barykad. Na ławeczce została tylko wyfiokowana trzydziestokilkulatka tłumacząca trzymanemu pod pachą yorkowi, że nie może pobiegać, bo by sobie pomoczył łapki i staruszka, mamrocząca coś pod nosem i zawzięcie szukająca czegoś w torbie w kratkę. Nieco bliżej Patrycji, już obok wiaty stała jakaś dwójka młodych ludzi. Dziewczyny Patrycja nie widziała zbyt dobrze, stała tyłem, ale chłopak... Wyglądał jak człowiek prometejski, idealnie wysoki, przystojny jak młody Bóg, ze złocistą grzywką opadającą zawadiacko na szafirowe oczy... W jednej ręce trzymał ogromny, pomarańczowy parasol, którym osłaniał od deszczu siebie i swoją dziewczynę, drugą troskliwie i opiekuńczo oparł na jej talii, podkreślanej, przez modny, wiązany w pasie płaszczyk. Dyskutowali zawzięcie choć cicho, najwyraźniej zachwyceni sobą i swoim towarzystwem. Nagle Patrycję dobiegł radosny śmiech dziewczyny. Zaraz! Ona znała ten głos!
- Roma!? - Krzyknęła zdumiona. Dziewczyna odwróciła się powoli. I tak, to była Romcia, ale jakże dziwnie zmieniona! Znikły gdzieś nietwarzowe lenonki, mysie włosy, zapewne "zaczarowane" wprawną ręką Kopiec Arletty nabrały objętości, a asymetria cięcia podkreśliła ciekawe rysy twarzy niegdysiejszej brzydulki. Płaszczyk w odcieniu bursztynowo - herbacianym świetnie się prezentował na jej szczupłej sylwetce, a fantazyjnie zamotany pasek podkreślał perfekcyjną talię, wciąż obejmowaną przez towarzyszącego jej chłopaka. Roma uśmiechnęła się, choć bez wylewności.
- O, cześć, Patrycja. Co słychać?
- No, nic nowego, a co u ciebie? Kto to jest? - wskazała na jej towarzysza.
- Mój chłopak, Bartek. Poznaliśmy się na kursach, na uniwerek medyczny. - Ze sklepu wyszedł Florian, taszczący dwie butle napoju "Orange" i pięć paczek chipsów. Krzyknął z podziwem
- O, cześć, Roma! Super wyglądasz, jak modelka z najlepszych wybiegów!
- Baltona? Cześć, staruszku! Syrenka się rozsypała? - Roześmiała się nieco złośliwie i bez żadnych sentymentów. W tej chwili przerwał ów człowiek prometejski imieniem Bartek.
- Przepraszamy was, ale... Muszko, kochanie, jedzie 142, jeśli mamy zdążyć do "Medyka" na dzisiejszą wieczornicę to musimy jechać. Chyba, że wolisz porozmawiać z koleżanką? Wtedy tylko zadzwonię, że nas nie będzie, dobrze?
- Nie, nie, kochanie. Jedziemy! Tak czekałam na ten wieczór... Na razie Pat! - I para odpłynęła w stronę hamującego właśnie autobusu 142. Patrycja patrzyła jeszcze, jak Bartek troskliwie pomaga Romci wspiąć się na stopnie, zręcznie wskakuje za nią i odjechali. Patrycja zmarszczyła brwi. Nie, nie zazdrościła Romie, w końcu miała ukochanego Florka, ale... Coś ją gryzło. Nie, nie fakt, że Roma kogoś ma. Raczej... Takie przykre, niemiłe uczucie, że jej dotychczasowa satelitka - ośmiela się nie tylko świecić własnym światłem, ale na dodatek... Jakby to ująć? Kompletnie ma to dla niej znaczenia. Jakby zupełnie nie liczyło się to, że Patrycja jest ładniejsza, że zawsze i bez fatygi zdobywała każdego chłopaka... Ale znacznie bardziej dotkliwe było to, że ów Bartek patrzył na Pulpecję... Tak jakby widział w niej właśnie tylko "Pulpeta". Ot, apetyczne to, może i "smakowne", ale pulpety można dostać w każdej garkuchni i każdym garmażu, a prawdziwa dziewczyna - jest jedna! Patrycja w zamyśleniu postukała się palcem wskazującym po pulchnych wargach. Florek pociągnął ją za rękę.
- No, ruszajmy, Patrycjo, bo pada coraz mocniej! Wręcz leje! A swoją drogą - Romka się na serio wylaszczyła, super wygląda!

I voila. Nie mamy paskudnego ze strony MM sprzedania Romci cwaniakującemu doktorkowi, za to mamy malutki pstryczek w nos zarozumiałej i zadufanej w sobie pannicy, że nie jest centrum wszechświata i nie będzie się on (ów wszechświat) wokół niej kręcił. Za to mamy info, że Romie zakochanie we Florze minęło, że ma SWOICH znajomych, nie jest tylko doklejona do Patrycji "na doczepkę". Ba, nawet i późniejsze info o Clooneyu z uszami mi pasuje - bo wynika z tego, że ów student Bartek NIE ZOSTAŁ koniecznie jej mężem i wypełniaczem ramion!
Obserwuj wątek
    • bupu Re: O Pulpecji... 17.11.21, 20:05
      Podoba mi się to, co zrobiłaś, zwłaszcza sprezentowanie Romci własnej paczki znajomych. Ja bym chętnie dopisała zakończenie "Sprężynie", hie, hie, a nawet he he he. Taką scenę, żeby Larwa ujrzała nagle Maszpana w innym, nieromantycznym i zgoła niepochlebnym świetle i żeby jej od tego prysły zmysły, za to naszła ją świadomość, że tak w zasadzie, to nie ma zielonego pojęcia jakim ten mydłek złotoniciany jest człowiekiem. I że zamiłowanie do Mozarta oraz talent do polonistyki to nie są wystarczające zalety u potencjalnego partnera. I że, może, tam do licha, niekoniecznie trzeba się uczepiać w życiu chłopa jak szalupy ratunkowej, bo nie posiadanie chłopa jest wyznacznikiem kobiecej wartości. Może wtedy ów utwór przestawałby wyrywać ze mnie zgrzytanie zębami.
      • kocynder Re: O Pulpecji... 17.11.21, 20:32
        Ja się przyznam, że o pulpecjowej scenie pomyślałam, bo to właśnie Pulpecja jest dla mnie "początkiem końca" Jeżycjady. Jest to książka jeszcze napisana dobrze, prawdziwie, jeszcze świat nie dzieli się na "my=dobrzy, nie my =źli"... Ale dla mnie pierwszym symptomem "jednego kierunku ruchu" było to, że Patrycja kompletnie się nie zmienia. Jak na początku książki jest egoistyczną, zadufaną w sobie i przekonaną o własnej doskonałości panienką, tak na koniec jest egoistyczną, zadufaną w sobie i przekonaną o własnej doskonałości panienką, zaopatrzoną w wybraną parę portek. Jest pierwszą z bohaterek Jeżycjady, która nie dochodzi do żadnych wniosków na swój temat, nie zmienia niczego ani w swoim podejściu, ani w relacjach z nikim (poza wybranym chłopem)... No i jest pierwszą, którą MM opisała jako takiego "ideała". Śliczna, słodka, z wdziękiem, seksowna, no, ciutkę tam leniwa, ale jakaż to wada, skoro ma dobre serduszko? No, i co ona może poradzić na to, że ten Jacunio, Wojtunio, Marcelunio na nią lecą, ach, ona taka słodka idiotka... No i tak leżąc sobie na oddziale szpitalnym i czytając wątek o poprawkach do relacji Pyzy i Tygryska mi się nasunęło, że TYM przypadku wystarczyłyby dosłownie kosmetyczne zmiany, żeby "uratować" "Pulpecję". I nawet te zmiany nie musiałyby nijak wpływać na żadne późniejsze tomy! Bo wszak taki "pstryczek w nos" żadnej prawdziwej Pulpecji by nie zmienił - może by uwierał, może by sprawił ciut mniej zarozumialstwa, ale życiowo - by nie zmienił. :) Za to bardzo by zmienił wymowę książki... Moim zdaniem - na plus. Oczywiście napisać by to trzeba było lepiej niż ja, ale mi o sens chodziło, a nie o sformułowania. :)
        Może ktoś się pokusi o podobne karkołomne ekwilibrystyki? Czyli poprawić jedną, dwiema scenami coś, co kuleje? Wiem, że niektórych kwestii NIE DA SIĘ uratować, bo nie kuleją a leżą na, przysłowiowym, pysku i trudno...
        • piotr7777 Re: O Pulpecji... 18.11.21, 10:56
          Dwie uwagi:
          1. Słowo "wylaszczyć", pochodzi gdzieś z końca pierwszej dekad XXI wieku, nie znano go w 1992 r.
          2. Kopiec Arleta jest rówieśniczką Aurelii Jedwabińskiej, w 1992 r. miała około 15 lat. Raczej nie praktykowała jako fryzjerka.
      • kocynder Re: O Pulpecji... 24.11.21, 14:12
        Wiesz, nie wiem czy by się dało... Bo "clou" S jest to, że obrzydzany do "wyrzygu" przez grammarnazi Nadszympans okazuje się być tym słuchaczem Mozarta. Chociaż... Może coś na zasadzie (już po tym koncercie, po którym Larwa dowiedziała się o faktach), nie jednej sceny, ale tak... Poupychanych tu i tam, przed ślubnym szaletem... Szaleństwem, chciałam powiedzieć - nazwy własne miejsc fikcyjne, nie chce mi się teraz szukać i sprawdzać:
        1. Laura siedziała w "Mozaice", nad zimną już kawą. Niecierpliwie zerkała na zegarek. Dochodziła już 18:00, a ona umówiła się z Adamem na 17:00 - miała w torebce bilety. Bezcenne, bo zdobyte z ogromnym trudem, na jedyny spektakl z udziałem ... (wstawić nazwisko) w Polsce! Teraz to już, oczywiście nie ważne, opera zaczynała się o 18:00... Na litość boską, co go mogło zatrzymać?! Przecież wiedział, jakie to ważne, jedyne takie wydarzenie! No i przecież to nauczyciel polskiego, a nie chirurg ratujący życie na bloku operacyjnym, tajny agent Jej Królewskiej Mości zbawiający świat! Owszem, Laura kochała go nad życie, ale takie drobiazgi coraz bardziej ją drażniły. W końcu Adam wpadł do kawiarni jak bomba, spóźniony o równe 52 minuty, o czym upewnił Laurę zarówno jej zegarek na ręku jak i duży, wiszący na ścianie. Podbiegł, musnął ustami jej policzek.
        - Przepraszam, kochanie, ale przyszła matka Zuzi, tej z VIc i po prostu musiałem... Dziewczyna ma problemy, chłopak ją rzucił, z matką nie chce gadać... Wiesz, ale do mnie czasem ma ludzkie słowo, to tylko dziecko, musisz zrozumieć... - Nie, Laura nie tylko nie "musiała", ale po prostu nie mogła zrozumieć dlaczego obcy dzieciak, nawet nie z klasy Adama ma być ważniejszy od niej i czekających od dawna biletów na operę, w której występowała sama... (wstawić nazwisko). Dlaczego pogadanka z mamuśką, nawet nie z samym dzieckiem nie mogła zostać przełożona na następny dzień?
        2. Święta w rodzinnym domu Laury zawsze były huczne i radosne i tak też miało być i tym razem. W przestronnej kuchni uwijały się wszystkie "gospodynie", każda pilnie zajęta przy swojej robocie: Babi zaglądała do piecyka, w którym "dochodziła" pieczeń na pierwszy dzień świąt, Ciocia Ida kroiła drobniutko daktyle, mama ucierała coś w makutrze, Róża, która akurat przyjechała z Oxfordu, zawzięcie wałkowała ciasto na uszka (pełna micha farszu z grzybów i druga - kapuścianego stały na półeczce nad blatem... Laura stała w oknie i patrzyła na białe podwórko. Było ślicznie, spokojnie i wesoło. Radio, nastawione dość głośno właśnie zakończyło kolejny blok kolęd i ryknęło reklamami, gdy zadzwonił jej telefon. Utwór "Zawsze tam gdzie ty" zwiastował połączenie od jej ukochanego Adama. Wybiegła z kuchni i zamknęła się w łazience, jako jedynym miejscu w miarę cichym, w którym nikt im nie będzie przeszkadzał.
        - Tak, kochanie? - odebrała słodkim głosem.
        - Witaj, Sarenko! Mam nadzieję, że masz dziś dobry dzień? W końcu jutro Wigilia...
        - O, tak. Bardzo fajnie. Prawie wszystko już gotowe do Wigilii i na święta, nie wiem tylko czy włożyć ta sukienkę granatową, czy raczej tą szmaragdową w maki na wieczerzę?
        - No to, słoneczko, masz dylemat z głowy! Szykuj się, bo jutro raniutko wyjeżdżamy, zamówiłem dla nas pokój w fantastycznym pensjonacie w Bieszczadach. Wrócimy po Nowym Roku.
        - A... A... Ale jak to? Przecież ja nic nie wiedziałam?! Nic nie mam przygotowane...
        - Nie cuduj, maleńka! Nic nie musisz przygotowywać i po co miałaś wiedzieć? Przecież to ja wszystko zaplanowałem!
        - Ale ja nawet nie mam ciuchów!
        - I po co ci ciuchy? Ja i tak najbardziej lubię cie ubraną tylko w powietrze...
        3. Laura była w rozterce. Oczywiście, niby wszystko było jasne: za dwa dni poślubi ukochanego Adama i będzie szczęśliwa. Jak cholera. Choćby musiała sobie to szczęście rysować. Suknia już wisiała w pokoju na uchylonych drzwiach szafy. Była piękna - ozdobna, ale nie przeładowana, elegancka matowa biel połączona z przecudowną koronką w kolorze szampana. Do tego złote pantofelki, nowiutka bielizna, i welon. Długi, szyty specjalnie do tej właśnie, także szytej na zamówienie z projektu autorskiego, sukni - bieluteńki, ale obszyty tą samą koronką co suknia. Przyjęcie miało być w Pcimiu Górnym, w zajeździe "Sami Swoi". Adam wraz z nieodłącznym panem Gruszką wszystko załatwili - pyszne jedzenie, DJa, dekorację sali... Laura westchnęła. Dotąd nie miała żadnych wątpliwości, ale teraz... Wczoraj po południu Adam zadzwonił, że ma spakować wszystkie swoje rzeczy, bo on chce, by po ślubie już wszystko na nią czekało w nowym domu. Spakowała bezmyślnie prawie wszystko, w jej pokoju została w sumie tylko suknia ślubna, piżama i upchnięte niedbale w turystycznym plecaku ciotki Natalii kilka starych szmat - znoszone dżinsy, dwie koszule w kratkę, kilka t-shirtów, dwie pary tenisówek i jeszcze kilka temu podobnych. Nagle... To był impuls, ale silniejszy niż wszystko co Laura do tej pory czuła. Sięgnęła po telefon.
        - Tato...
        - Co się dzieje, córeczko?
        - Tato, ja nie mogę...
        - Skarbie, co się stało? Mogę ci jakoś pomóc?
        - Ja... Tato... Tatusiu... - Łzy poleciały po jej policzkach.
        - Kwiatuszku, poczekaj. Ja już jestem w Poznaniu, zatrzymałem się w hotelu Metropol. Za piętnaście minut będę u was pod domem!
        - Nie wchodź, tatusiu... - Wyjąkała przez łzy - Ja wyjdę... Ale... Tato...
        - Nic się nie martw, córcia! Już jadę. Za piętnaście minut jestem! Wszystko da się naprawić! - Faktycznie w chwilę później Laura wpadła w ciepłe objęcia ojca. Przytuliła policzek do jego marynarki pachnącej tytoniem fajkowym i nieokreślonym poczuciem bezpieczeństwa. Gładził ją po włosach pozwalając jej się wypłakać. Znał ją dobrze, co prawda nie od maleńkości, ale od niedoszłego ślubu Pyzy z Fryderykiem stale, niemal codziennie rozmawiali przez Messengera.
        - Nie wyjdę za Adama. - Oznajmiła twardo, gdy już się trochę uspokoiła.
        - To słuszna decyzja, córeczko. Nie byłabyś z nim szczęśliwa. A co ci dało impuls do tej decyzji? - opowiedziała. Jak Adam znowu, po raz kolejny, kompletnie nie licząc się z nią i jej zdaniem zadecydował w ostatniej chwili zmieniając wspólne wcześniejsze ustalenia. Bo on chce. I nie ma opcji, że nie. Ojciec nie powiedział "A nie mówiłem!", chociaż owszem, niejednokrotnie zauważał, że ukochany Laury jest apodyktyczny, wymagający i nie dopuszcza nikogo do głosu. Nie powiedział, chociaż mógł. Po prostu wysłuchał, pokiwał głowa ze zrozumieniem.
        - I co teraz?
        - Właśnie nie wiem... - Stropiła się Laura. - Janusz popatrzył na okna mieszkania swojej byłej żony.
        - W kuchni pali się światło, jeszcze nie śpią. Chodź, córcia. Wyjaśnimy co i jak, że żadnego ślubu nie będzie. A potem... A potem pojedziemy do Monachium. Nie mam żadnych "wejść" w świecie opery, ale słyszałem, że masz na prawdę dobry głos, i profesjonalnie szkoliłaś. Świetnie. Załatwimy ci tam, u mnie, w Niemczech skończenie szkoły, dodatkowe lekcje u najlepszych. Albo, jeśli będziesz wolała, to coś innego. Wiesz, córeczko, mówiłem ci uczciwie jak to było ze mną i twoją mamą... Ja byłem za młody, za niecierpliwy, ona też... Nie wyszło nam. Trudno. Ale zawsze za wami tęskniłem, za tobą i Różyczką, przez te wszystkie lata płaciłem regularnie alimenty, nawet jak na niemieckie warunki dość wysokie. Chciałem was widywać, przyjeżdżałem... Ale odbijałem się od muru - twoja babcia i matka nie darowały mi faktu, że nie chciałem być w ich domu nikim... Przecież wcale nie musisz mieszkać ze mną, jak już się "odchwycisz", to możesz sobie SAMA ułożyć życie jak tylko zechcesz. - Ramię w ramię podeszli do drzwi kamiennicy i ojciec nacisnął klamkę. Laura poczuła, że może to jest koniec tego co znała dotąd, ale za to początek nowej, fantastycznej przygody - być może takiej na resztą życia.
          • kocynder Re: O Pulpecji... 28.11.21, 20:57
            Od razu uprzedzam - nie mam bladego pojęcia o "realiach" operowych, nie wiem czyj to występ mógłby być wtedy, gdy Laura czekała, nie wiem, jakie byłyby możliwości kariery czy szkolenia głosu Laury w Monachium... Nie mam pojęcia czy w Poznaniu jest kawiarnia Mozaika, ani itd. Ale darzę Nadszympansa oceanem niechęci i uważam, że KAŻDA dziewczyna, zwłaszcza tak potężnie zakompleksiona jak Laura (tak, pomimo pozornej pewności siebie uważam, że ona jest w głębi duszy piekielnie zakompleksiona), miałaby z takim egoistą i egocentrykiem, do tego ze skłonnością do przemocy przewalone.
      • kocynder Re: O Pulpecji... 24.11.21, 13:09
        Nie wnioskuję, żer ten za którego Roma wyszła cwaniakował. Wnioskuję natomiast, że ten z którym MM Romę zaręczyła - i owszem. Sorry, ale rezydent NAGLE zaręczający się ze smarkatą, niezbyt piękną córeczką ordynatora, z którą absolutnie NIC go nie łączyło choćby miesiąc wcześniej?? Tak ot, bo piorun miłości go trafił? Bo zaimponowała mu swoim intelektem? Bo poczuł pokrewieństwo dusz? Wiesz, możliwe to jest, niby ok, ale...
        "Był młody, który życie wstrzemięźliwie pędził;
        Był stary, który nigdy nie łajał, nie zrzędził;
        Był bogacz, który zbiorów potrzebnym
        udzielał;
        Był autor, co się z cudzej sławy rozweselał;
        Był celnik, który nie kradł; szewc, który nie pijał;
        Żołnierz, co się nie chwalił; łotr, co nie rozbijał;
        Był minister rzetelny, o sobie nie myślał;
        Był na koniec poeta, co nigdy nie zmyślał.
        — A cóż to jest za bajka? Wszystko to być może!
        — Prawda, jednakże ja to między bajki włożę."
        Jakby na to nie patrzeć - w wielkie a nagłe uczucie uwierzyć się nie da. A skoro do ZARĘCZYN (podkreślę, bo wszak Baltona mówi o zaręczynach i wyjeździe już z narzeczonym, a nie z chłopakiem!) doszło, to zgadujmy - czym się kierował ów rezydent? No, niestety, JEDYNYM powodem wiarygodnym - jest chęć usłania sobie wygodniejszej ścieżki zawodowej poprzez mariaż z "ordynatorówną". I jeśli nie określić podrywania smarkatej córki przełożonego w celu ułatwienia sobie życia zawodowego cwaniactwem - to jak to nazwać?
        • iwoniaw Re: O Pulpecji... 24.11.21, 13:36
          Abstrahując od cwaniactwa vs. uczuć krysztalowyvh i szczerych, to jest właśnie coś, co mnie w neoJ irytuje przeokrutnie: zaręczanie się i branie ślubu z obcymi ludźmi. Sztandarowymi przykładami są tu Roma i Laura, post factum dopisano to również Idzie (w Noelce i Pulpecji nie mamy wprost napisane, jak długo Ida i Marek się znają, można sobie wyobrażać, że od studiów i że jesli nie narzeczeństwo, to znajomość trwała kilka lat, w Neo nie pomnę gdzie (WdO? CZ?) Ida wyraźnie mówi, że pierwszy raz zobaczyli się (!) jakieś 3 m-ce przed ślubem - no cud, że z formalnościami zdążyli... 😐) Jest to tak nieprawdopodobne, a przede wszystkim to tak glupi i szkodliwy wzór dla młodych czytelniczek i taka harlekinowa szmira, że ie chce mi się nawet dalej komentować.
          • bupu Re: O Pulpecji... 24.11.21, 15:09
            iwoniaw napisała:

            > Abstrahując od cwaniactwa vs. uczuć krysztalowyvh i szczerych, to jest właśnie
            > coś, co mnie w neoJ irytuje przeokrutnie: zaręczanie się i branie ślubu z obcym
            > i ludźmi. Sztandarowymi przykładami są tu Roma i Laura,

            Jeśli chodzi o się zaręczanie z obcymi, to czempionami są Józin z Derotką, którzy się zaręczyli, zanim zdążyli się bodaj sobie przedstawić.

            > post factum dopisano to
            > również Idzie (w Noelce i Pulpecji nie mamy wprost napisane, jak długo Ida i M
            > arek się znają, można sobie wyobrażać, że od studiów i że jesli nie narzeczeńst
            > wo, to znajomość trwała kilka lat, w Neo nie pomnę gdzie (WdO? CZ?) Ida wyraźni
            > e mówi, że pierwszy raz zobaczyli się (!) jakieś 3 m-ce przed ślubem

            Ciotka Zgrozotka. I nie tylko się zobaczyli. gorzej. Znacznie gorzej. Spotkali się pierwszy raz w bibliotece uniwersyteckiej, Ida zawlokła Pałysa na kawę, po czym na tej kawie oznajmiła, że chce być z Mareczkiem już na zaffsze i przez resztę życia. Facetowi którego dosłownie spotkała kwadrans wcześniej. Dlaczego Marek nie uciekł z tej kawiarni, bąkając o pozostawionym na ogniu żelazku, to ja nie wiem, może już wtedy miewał ataki narkolepsji i zasnął nad kawą, czego tonąca w sielankowych wizjach wspólnej przyszłości Ida nie zauważyła. A uznała że to ten łón jedyny bo, cytuję, "miał w oczach taki słodki mrok". Zgroza ogarnia.

            > że z formalnościami zdążyli... 😐) Jest to tak nieprawdopodobne, a przede wszys
            > tkim to tak glupi i szkodliwy wzór dla młodych czytelniczek i taka harlekinowa
            > szmira, że ie chce mi się nawet dalej komentować.

            No zwłaszcza uczenie dziewczyn, że wystarczy jedno spojrzenie w oczy, aby ocenić faceta. Świetny przepis na wkopanie się w związek z jakimś popaprańcem.
            • armari Re: O Pulpecji... 24.11.21, 18:40
              bupu napisała:

              > No zwłaszcza uczenie dziewczyn, że wystarczy jedno spojrzenie w oczy, aby oceni
              > ć faceta. Świetny przepis na wkopanie się w związek z jakimś popaprańcem.

              Ja lubię myśleć, że gdyby Sprężyna powstała w czasach SK, to tuż po romantycznym dumaniu Laury o duszach złączonych muzyką otrzymalibyśmy narrację z naszpańskiego punktu widzenia; okazałoby się, że facet stanął jak słup przy ulicznym grajku, bo mu się przypomniało, że umówił się na spotkanie z matką ucznia w tym samym czasie, w którym powinien zawieźć ojca do lekarza i nijak tego nie pogodzi. Jest tak zafrasowany, że gdyby ktoś go spytał, co to za muzyka leci w tle, nie byłby w stanie określić czy to Mozart, czy Britney Spears.
        • kloi0505 Re: O Pulpecji... 25.11.21, 07:36
          <Wnioskuję natomiast, że ten z którym MM Romę zaręczyła - i owszem. Sorry, ale rezydent NAGLE zaręczający się ze smarkatą, niezbyt piękną córeczką ordynatora, z którą absolutnie NIC go nie łączyło choćby miesiąc wcześniej?? Tak ot, bo piorun miłości go >

          Znam kilka par, które szybko się zaręczyły. Może Roma była całkiem ładna tylko inaczej niż Pulpa, a może ładniejsza. Może narzeczony urodą nie grzeszył a może uroda nie miała dla niego znaczenia. Autorka zrobiła z Baltony przystojniaka a jak na mój gust on był obciachowy (+ ta głośna, kolorowa syrenka). Często jest tak, szczególnie w młodości, że ktoś nam się podoba najwyżej kilka tygodni a za chwilę zaczyna nam się podobać ktoś inny. Może Roma poznała lekarza i b. jej się spodobał z wzajemnością. Bo z twojego wpisu wynika, że była brzydka i jeśli ktoś ją chciał to tylko dlatego, że miał w tym interes. W moim odczuciu Roma była ładna, tylko jak to często młoda dziewczyna nie umiała się ubrać (te lenonki). Podejrzewam, że w późniejszym wieku, w przeciwieństwie do Pulpy stała się b. atrakcyjną kobietą. A to, że szybko się zaręczyli nie znaczy że szybko wzięli ślub.
          • tt-tka Re: O Pulpecji... 25.11.21, 08:52
            W mojej wizji, i bardzo sie do niej przywiazalam, zareczyny bardzo nagle zmontowala Roma, a nie stazysta. Zeby sobie samopoczucie poprawic albo/i cos ugrac w zyciu rodzinnym i pozarodzinnym. A jak juz ugrala i poprawila, to normalnie pozyla jako studentka, bujnie i z rozmachem, zeby sie w swoim czasie ustatkowac :)
            Znalam dziewczyny nie bardzo atrakcyjne u progu doroslosci, a w okolicach trzydziestki kapcie z nog spadaly z wrazenia na ich widok. I z Roma tez tak bylo, na pewno !
            • kloi0505 Re: O Pulpecji... 25.11.21, 10:02
              <W mojej wizji, i bardzo sie do niej przywiazalam, zareczyny bardzo nagle zmontowala Roma, a nie stazysta. Zeby sobie samopoczucie poprawic albo/i cos ugrac w zyciu rodzinnym i pozarodzinnym. A jak juz ugrala i poprawila, to normalnie pozyla jako studentka, bujnie i z rozmachem, zeby sie w swoim czasie ustatkowac :)
              Znalam dziewczyny nie bardzo atrakcyjne u progu doroslosci, a w okolicach trzydziestki kapcie z nog spadaly z wrazenia na ich widok. I z Roma tez tak bylo, na pewno ! >

              Podoba mi się twoja wizja i jest b. prawdopodobna.
          • bupu Re: O Pulpecji... 25.11.21, 14:47
            kloi0505 napisał(a):

            > <Wnioskuję natomiast, że ten z którym MM Romę zaręczyła - i owszem. Sorry,
            > ale rezydent NAGLE zaręczający się ze smarkatą, niezbyt piękną córeczką ordynat
            > ora, z którą absolutnie NIC go nie łączyło choćby miesiąc wcześniej?? Tak ot, b
            > o piorun miłości go >
            >
            > Znam kilka par, które szybko się zaręczyły. Może Roma była całkiem ładna tylko
            > inaczej niż Pulpa, a może ładniejsza. Może narzeczony urodą nie grzeszył a może
            > uroda nie miała dla niego znaczenia.

            A ilu znasz ludzi, którzy w miesiąc przeszli z poziomu "znajomi" do poziomu uroczyste zaręczyny? Bo jeszcze ósmego marca Roma ma resztki nadziei na Baltonę, tymczasem dwunastego kwietnia już wyprawiała huczne zaręczyny z młodym lekarzem.
            No nie, nawet mniej niż miesiąc, huczne zaręczyny wymagają bowiem jakichś przygotowań, sproszenia gości... Roma i doktorek musieli przelecieć od luźnej znajomości do oświadczyn w jakieś circa trzy tygodnie.

            Co do urody Romci, to autorka opisuje nam chude stworzenie o kościstej twarzy, bez większych chęci i umiejętności by eksponować, czy podkręcać swoje wdzięki. Piorun sycylijski znienacka trafiający poznańskiego doktora Kildare jest raczej wątpliwy, na stopniowy rozwój uczucia czasu nie było. Najbardziej prawdopodobne jest zatem to, co postulują w tym wątku dziewczyny: że poznański Kildare zdecydował się na ożenek z Romą dla kariery i z uwagi na jej ojca ordynatora.

            Wypchnięcie Romy za doktorka jest chyba jedną z pierwszych oznak dziewiętnastowieczenia Borejsagi. Bo w XIX wieku córka dobrze sytuowanego, szanowanego lekarza na brak kandydatów do mariażu by nie narzekała, a wychodzenie za mąż bez miłości było normą, zaś 18 lat u dziewczyny było wiekiem stosownym do zamążpójścia. Ale u schyłku XX wieku to już jest znacznie mniej sensowne.
            • iwoniaw Re: O Pulpecji... 25.11.21, 14:57

              > Wypchnięcie Romy za doktorka jest chyba jedną z pierwszych oznak dziewiętnastow
              > ieczenia Borejsagi. Bo w XIX wieku córka dobrze sytuowanego, szanowanego lekarz
              > a na brak kandydatów do mariażu by nie narzekała, a wychodzenie za mąż bez miło
              > ści było normą, zaś 18 lat u dziewczyny było wiekiem stosownym do zamążpójścia.
              > Ale u schyłku XX wieku to już jest znacznie mniej sensowne.
              >

              Zgadza się. Zastanawiam się tylko, jak prawdopodobne jest, by Tosia i Mamert w takiej sytuacji zgodzili się na coś takiego bez mrugniecia okiem (córka jeszcze nie zdążyła dobrze odebrać świadectwa maturalnego, gdy poznaje podwladnego swego ojca i za 3 tygodnie już przygotowane uroczyste zaręczyny?). Toż nawet stary Borej, ktorego małżonka przerwała studia "x powodu małżeństwa", ma w tej kwestii obiekcje wobec chęci Patrycji? Nie wydaje mi się to specjalnie prawdopodobne, a gdyby Młody Doktor chciał przez małżeństwo z Romą robić karierę, to przecież nie rozpocząłby akcji "zięć ordynatora" od doprowadzenia tegoż ordynatora do białej gorączki?
              • tt-tka Re: O Pulpecji... 25.11.21, 16:06
                hej, hej, bo to bylo calkiem odwrotnie !
                to Roma chciala cos wydusic od rodzicow, moze i pokazac faka baltonie i eksprzyjaciolce, a stazysta wcale nie chcial robic kariery u Mamerta, tylko zmienic srogiego szefa na bardziej przyjaznego. Dogadali sie, uzyskali co chcieli i milo sie pozegnali :)
                • iwoniaw Re: O Pulpecji... 25.11.21, 18:48
                  Nie, to nie pasuje - gdyby stażysta chciał wymienić szefa, to po co mu znajomość z jego córką w ogóle?
                  No i te zaręczyny ekspresowo doszły jednak do skutku - moim zdaniem Mamert by się w życiu na coś takiego nie zgodził. Baltona by wiedział od Tomka, że jest jakaś afera, a nie idylla rodzinna.
                  • tt-tka Re: O Pulpecji... 25.11.21, 18:57
                    Zeby dostac dobra opinie i dogodne miejsce.
                    A Mamert zgodzilby sie na wszystko, gdyby mu corka zagrozila, ze w ogole nie przystapi do matury. To bylo w kwietniu, matury za piec minut.
                    I nie stazyscie byla potrzebna znajomosc z corka szefa (choc okazala sie przydatna), tylko Romie znajomosc ze stazysta. Z kimkolwiek doroslym na tyle, ze realnie moglby byc mezem, i sklonnym isc na taka gierke - stazysta sie napatoczyl :)
                    • kloi0505 Re: O Pulpecji... 26.11.21, 06:13
                      <Zeby dostac dobra opinie i dogodne miejsce.
                      A Mamert zgodzilby sie na wszystko, gdyby mu corka zagrozila, ze w ogole nie przystapi do matury. To bylo w kwietniu, matury za piec minut.
                      I nie stazyscie byla potrzebna znajomosc z corka szefa (choc okazala sie przydatna), tylko Romie znajomosc ze stazysta. Z kimkolwiek doroslym na tyle, ze realnie moglby byc mezem, i sklonnym isc na taka gierke - stazysta sie napatoczyl :)>


                      Tłumaczenia i tak nie mają sensu. Forumki już ustaliły, że Roma była brzydka i nikt by się w niej nie zakochał nie mając w tym żadnego interesu. Bo jak wiadomo w brzydkich ludziach nigdy nikt się nie zakochał. Rodzice mojej przyjaciółki w latach 70-tych po dwóch miesiącach wzięli ślub, stąd wiem że są takie pary. Ja znam tylko jedną ale to nie oznacza, że nie ma więcej takich ludzi. I ze złotym nicieniem nie miało to nic wspólnego, oboje byli na zakręcie życiowym i podjęli taką a nie inną decyzję.
                      • kocynder Re: O Pulpecji... 26.11.21, 07:05
                        Nie forumki ustaliły, że Roma jest nieładna, tylko MM to napisała. To po pierwsze. A po drugie: mama twojej przyjaciółki wiążąc się z jej ojcem była dzieciakiem w liceum? Czy jednak byli oboje ludźmi dorosłymi? Bo to jakby zmienia postać rzeczy...
                        I po kolejne: oczywiście że do miłości uroda pięciogwiazdkowa jest niepotrzebna. Ludzie nieurodziwi także kochają i są kochani. Roma, nawet taka jak ja MM opisała (czyli brzydka i zaniedbana) jak najbardziej mogła znaleźć prawdziwą miłość. Ale nie ma opcji by wielkie i trwałe uczucie wybuchło w trzy tygodnie, między tymi ludźmi i tak napisanymi.
                        P. S. A Balony nie określiłabym jako "prostaka", bo dla mnie to za delikatne określenie gada, który świadomie wykorzystuje zakochaną w sobie dziewczynę po to, żeby być bliżej jej psiapsiółki.
                        • kloi0505 Re: O Pulpecji... 26.11.21, 08:15
                          Byli bardzo młodymi ludźmi. Miej więcej w wieku Romy i lekarza. Jak na mój gust, kiedy Baltona związał się z Patrycją Roma przeżyła być może nawet załamanie nerwowe. I tak jak pisze tt-tka możliwe, że zmontowała zaręczyny żeby sobie poprawić samopoczucie, a nie jako brzydka i zaniedbana dziewczyna została wykorzystana. To, że pewne sytuacje nie mieszczą nam się w głowie nie znaczy, że się nie zdarzają. Najdziwniejsze scenariusze pisze samo życie.

                          <Roma, nawet taka jak ja MM opisała (czyli brzydka i zaniedbana)>

                          A w którym miejscu w książce pisze, że Roma była zaniedbana? Wydaje mi się, że raczej miała swój styl. Mnie też lenonki nigdy się nie podobały ale to nie znaczy że jestem wyrocznią. Zresztą od lat dyskutujemy nad strojami, w które ubiera swoich bohaterów MM i nad gustem autorki. Pani MM, kiedy pisała Pulpecję miała chyba +/- 50 lat. Ja mam lat 46 i też nie podoba mi się styl dzisiejszej młodzieży. Podejrzewam, że pani MM podobają się dziewczyny ubrane w stylu Pulpecji czyli zwyczajnie.
                      • bupu Re: O Pulpecji... 26.11.21, 08:02
                        kloi0505 napisał(a):


                        > Tłumaczenia i tak nie mają sensu. Forumki już ustaliły, że Roma była brzydka

                        O mosz. Tak, ustaliłyśmy to na forum, potem wsiadłyśmy w wehikuł czasu i za pomocą broni palnej zmusiłyśmy autorkę do napisania Romy jako brzyduli. Potwory z nas.

                        A ciut bardziej serio - nie widzę sensu w dyskusji prowadzonej w taki sposób.

                        > nikt by się w niej nie zakochał nie mając w tym żadnego interesu. Bo jak wiadom
                        > o w brzydkich ludziach nigdy nikt się nie zakochał.

                        Nie wkładaj nam w klawiatury twierdzeń, których nie napisałyśmy, grzecznie proszę. Nikt tu nie napisał że w brzydkich ludziach nikt nigdy się nie zakochał, tylko że nagłe zakochanie (piorun sycylijski) w niezbyt atrakcyjnej Romci nie jest zbyt prawdopodobne.

                        Rodzice mojej przyjaciółki
                        > w latach 70-tych po dwóch miesiącach wzięli ślub, stąd wiem że są takie pary. J
                        > a znam tylko jedną ale to nie oznacza, że nie ma więcej takich ludzi. I ze złot
                        > ym nicieniem nie miało to nic wspólnego, oboje byli na zakręcie życiowym i podj
                        > ęli taką a nie inną decyzję.

                        Fajnie, też znam. Nikt nie twierdzi, że takie rzeczy się nie zdarzają.Bo się zdarzają. Niemniej jednak, wedle mojej wiedzy, ekspresowe śluby rzadko miewają cokolwiek wspólnego z miłością. Albo jest to efekt młodzieńczego zadurzenia, albo narzeczeni mają własne, ukryte powody by pchać się do ołtarza/USC. Trudno poznać kogokolwiek w miesiąc, więc nie wierzę w rzetelną miłość jako motyw takiego kroku.
                        • kloi0505 Re: O Pulpecji... 26.11.21, 08:25
                          <A ciut bardziej serio - nie widzę sensu w dyskusji prowadzonej w taki sposób.>

                          Ja jak nie widzę sensu w dyskusji, to nie dyskutuję a tym bardziej nie pouczam.

                          <Nie wkładaj nam w klawiatury twierdzeń, których nie napisałyśmy, grzecznie proszę. Nikt tu nie napisał że w brzydkich ludziach nikt nigdy się nie zakochał, tylko że nagłe zakochanie (piorun sycylijski) w niezbyt atrakcyjnej Romci nie jest zbyt prawdopodobne.>

                          Dobrze, niech ci będzie. Atrakcyjna kobieta (piorun sycylijski - tak) brzydka kobieta (piorun sycylijski - nie).

                          <Trudno poznać kogokolwiek w miesiąc, więc nie wierzę w rzetelną miłość jako motyw takiego kroku.>

                          Nigdzie nie napisałam, że to była rzetelna miłość. Nie wkładaj mi w klawiaturę twierdzeń, których nie napisałam, grzecznie proszę :).



                          • bupu Re: O Pulpecji... 26.11.21, 08:51
                            kloi0505 napisał(a):

                            > <A ciut bardziej serio - nie widzę sensu w dyskusji prowadzonej w taki spos
                            > ób.>
                            >
                            > Ja jak nie widzę sensu w dyskusji, to nie dyskutuję a tym bardziej nie pouczam

                            To ty. Ja mam inaczej. Ponadto jestem tu modem, więc pouczanie leży w moich kompetencjach. Dlatego pouczam: dyskutujmy, zamiast strzelać fochy. Dobrze?


                            > <Trudno poznać kogokolwiek w miesiąc, więc nie wierzę w rzetelną miłość jak
                            > o motyw takiego kroku.>
                            >
                            > Nigdzie nie napisałam, że to była rzetelna miłość. Nie wkładaj mi w klawiaturę
                            > twierdzeń, których nie napisałam, grzecznie proszę :).

                            Nigdzie nie napisałam, że tak twierdzisz.
                      • przymrozki Re: O Pulpecji... 27.11.21, 23:05
                        kloi0505 napisał(a):

                        > Rodzice mojej przyjaciółki
                        > w latach 70-tych po dwóch miesiącach wzięli ślub, stąd wiem że są takie pary. J
                        > a znam tylko jedną ale to nie oznacza, że nie ma więcej takich ludzi. I ze złot
                        > ym nicieniem nie miało to nic wspólnego, oboje byli na zakręcie życiowym i podj
                        > ęli taką a nie inną decyzję.

                        W prawdziwym życiu dzieją się takie rzeczy, że się filozofom nie śniło, to fakt. Ale Roma nie jest znajomą znajomej, o której w sumie nic nie wiemy, więc możemy sobie najwyżej domniemywać, co to to też dziewusze strzeliło do łba z ekspresowymi zaręczynami, ale tak po prawdzie to wszelkie poważniejsze dywagacje należałoby uciąć stanowczym "nie znasz sytuacji, to nie oceniaj".

                        O Romie wiemy absolutnie wszystko, co można o niej wiedzieć, bo jako postać fikcyjna nie ma żadnego życia poza kartami książki. Wiemy zatem na pewno, że była nieszczęśliwie zakochana w Baltonie i zazdrosna o powodzenie u mężczyzn, jakie miała jej przyjaciółka, Patrycja. Że płakała po Sylwestrze, że miała jakiś zatarg z rodzicami i się przeciwko nim ostentacyjnie buntowała. A potem nagle, dosłownie z dnia na dzień, widząc, że Baltona też woli Patrycję, a rodzice dalej są toksyczni, robi dokładnie to, co zdenerwuje rodziców i udowodni światu, że ona, Roma, też może wzbudzić romantyczne uniesienie. Na dodatek rozgrywa to tak, że Patrycja dowiaduje się o wszystkim przypadkiem, od Baltony. Musierowicz opisała zaręczyny Romy w sposób, który czytelniczce ma pachnieć szczeniackim wybrykiem i desperacją.

                        Jak się ten romans dalej potoczył, tego w sumie nie wiemy, chyba nie wiemy nawet, czy uszaty Clooney i szczęśliwy wybranek maturzystki to ta sama osoba.
                  • kloi0505 Re: O Pulpecji... 26.11.21, 06:25
                    < Baltona by wiedział od Tomka, że jest jakaś afera, a nie idylla rodzinna.>

                    Nie wątpię, że ty będąc na miejscu Tomka dzieliłabyś się takimi informacjami, ale nie sądzę żeby Tomek opowiadał Baltonie takie rzeczy. Myślę że wiedział, że siostra się Baltonie podkochuje i zapewne jej kibicował. Mądry i empatyczny człowiek nie będzie o takich sprawach rozpowiadał, a szczególnie Baltonie. Osobiście uważam Baltonę za zwykłego prostaka ( tak go odebrałam w Noelce i Pulpecji).
        • la_felicja Re: O Pulpecji... 27.11.21, 16:21
          kocynder napisała:
          . Sorry, ale rezydent NAGLE zaręcz
          > ający się ze smarkatą, niezbyt piękną córeczką ordynatora, z którą absolutnie N
          > IC go nie łączyło choćby miesiąc wcześniej?? Tak ot, bo piorun miłości go trafi
          > ł?
          To nie jest cwaniakowanie. To jest tak nieprawdopodobne, że nie mogło mieć miejsca.
          Obracałam się kiedyś w środowisku medycznym i młodych lekarzy znałam sporo. Wszyscy jak jeden mąż - nawet ci grubi i najmniej przystojni - uważali się za półbogów. Nawet trudno im się dziwić: studentki za nimi latały, pielęgniarki się im podlizywały, pacjentki się zachwycały, każdy miał grono wielbicielek. Amatorów żeniaczki i zakładania rodziny było mało, dwóch otwarcie się przyznawało, że najlepiej ożenić się z młodą dentystką, bo taka będzie nie tylko zarabiać krocie w prywatnym gabinecie, ale też i przypilnować męża nie będzie miała czasu. A wymagania co do urody kandydatek mieli - pod niebo.

          Wątpię, żeby jakis młody lekarz poleciał na licealistkę, nawet gdyby miała ciało jak bogini. A już na pewno nie w celach matrymonialnych, skoro dookoła czekalo tyle ładniejszych i bardziej doświadczonych pań, które w dodatku same pchały się w ręce. A że córka szefa? W karierze by to nie pomogło, co najwyżej ów szef mógłby się solidnie wkurzyć.

          Pamiętam, że czytając Pulpecję, na informację o zaręczynach Romy odłożyłam książkę i popukałam siew czoło. I pomyślałam, że Autorka za mocno się zasugerowała dziewiętnastowiecznymi romansidłami.
        • tt-tka Re: O Pulpecji... 25.11.21, 11:04
          Pytanie za sto punktow, a gdzie i dlaczego licealistka miala sluchac czegokolwiek wspolnie z zaharowanym po uszy (znamy przeciez Mamerta !) stazysta swego ojca ? :)
          • haszyszymora Re: O Pulpecji... 25.11.21, 12:37
            Stażysta przyszedł po coś do domu Mamerta, już z okien płynęła muzyka, już po wejściu ukazała mu się podrygująca do taktu Roma jak ten czarny anioł. Clooney odruchowo zagibał się do taktu, spojrzeli na siebie, zobaczyli słodki mrok w oczach - BĘK! Złota nić połączyła ich na amen.
            • herbacianasaszetka Re: O Pulpecji... 28.11.21, 19:38
              Roma poszła po coś do pracy do ojca (np. zapomniała kluczy do domu) i, zamiast na niego, wpadła na uszatego Clooneya. Ten spojrzał na nią z odrazą ("Dlaczego ten chudy dzieciak w lenonkach mi zawraca gitarę? Liczyłem na chwilę spokoju..."). Roma łapie to spojrzenie i wszystkie emocje, które miesiącami w sobie trzymała, znadują ujście. Wybucha niepohamowanym płaczem. Przestraszony mężczyna ją pociesza, poklepuje niezgrabnie po kanciastym ramieniu, a Roma, pierwszy raz od dawna czując, że ktoś chce ją zrozumieć (w przeciwieństwie do skonflikotowanych z nią rodziców, "przyjaciółki", która ukradła jej faceta i zakochanego brata, który niby ją rozumie, ale ma swoją Elkę, więc co on wie o samotności), opowiada mu o wszystkim. O rodzicach, maturze, atrakcyjnej przyjaciółce, dotkliwej samotności, poczuciu niezrozumienia i tym, że czuje się gorsza. Długo rozmawiają, w końcu pojawia się między nimi nić porozumienia. Uszatek dochodzi do wniosku, że dziewczyna jest bardzo dojrzała jak na swój wiek (i nie tylko! Te baby na medycynie i farmacji... tylko kasa im w głowie). Na dodatek ma bardzo szczupłą sylwetkę, a on lubi bardzo szczupłe kobiety. Wraca do domu i długo o niej myśli, aż w końcu postanawia umówić się z nią na kawę. Bo zapunktuje u przełożonego, pocieszając jego córkę, może namawiając do zakopania konfliktu z rodzicami... Tak sobie to tłumaczy, ale z czasem uświadomia sobie, że powód, dla którego chce ją znów zobaczyć, jest inny i odległy od celów zawodowych. Niepewność siebie tej dziewczyny jest bardzo atrakcyjna, wręcz urocza i świadczy o dużej wrażliwości. Uszat nie lubi głośnych, przebojowych i pewnych siebie dziewczyn - takie cechy kojarzą mu się z głupotą. Po tygodniu, w ciągu ktorego spędzał z dziewczyną każdą wolną chwilę, uświadamia sobie, że nie umie tego dłużej tego kryć przed samym sobą - jest po uszy zakochany w Romie i nie wyobraża sobie życia bez niej. Że żaden z przelotnych romansów z kobietami zafascynowanymi jego pracą nie dorastał do pięt temu, co teraz czuje. Że jest między nimi duchowe połączenie, a Roma jest jego ideałem kobiety. Jedzie się jej oświadczyć, robi to burzliwie i romantycznie. A Roma... widzi w jego oczach ogrom miłości i wzruszenia. W tamtej chwili rozumie, że nigdy nie dostanie tego od Baltony, bo on jest inny, bo kocha inną, bo to zamknięty rozdział. I że chce kogoś równie wrażliwego, jak ona, a nie świrniętego harleyowca, przy którym zawsze się będzie czuła, jakby na niego nie zasługiwała. Bez wahania przyjmuje oświadczyny.

              A Patrycja i Baltona? Pfff... co ją oni? Wreszcie jest szczęśliwa!
              • bupu Re: O Pulpecji... 28.11.21, 19:47
                herbacianasaszetka napisała:
                > Po tygodniu, w ciągu ktorego spędzał z dziewczyną
                > każdą wolną chwilę, uświadamia sobie, że nie umie tego dłużej tego kryć przed
                > samym sobą - jest po uszy zakochany w Romie i nie wyobraża sobie życia bez nie
                > j. Że żaden z przelotnych romansów z kobietami zafascynowanymi jego pracą nie d
                > orastał do pięt temu, co teraz czuje. Że jest między nimi duchowe połączenie, a
                > Roma jest jego ideałem kobiety. Jedzie się jej oświadczyć, robi to burzliwie i
                > romantycznie. A Roma... widzi w jego oczach ogrom miłości i wzruszenia. W tamt
                > ej chwili rozumie, że nigdy nie dostanie tego od Baltony, bo on jest inny, bo k
                > ocha inną, bo to zamknięty rozdział. I że chce kogoś równie wrażliwego, jak ona
                > , a nie świrniętego harleyowca, przy którym zawsze się będzie czuła, jakby na n
                > iego nie zasługiwała. Bez wahania przyjmuje oświadczyny.
                >
                > A Patrycja i Baltona? Pfff... co ją oni? Wreszcie jest szczęśliwa!


                O, podoba mi się takie wyjście!
              • kocynder Re: O Pulpecji... 28.11.21, 20:50
                Nie kupuję.
                1. Dorosły facet, z tzw perspektywami po TYGODNIU leci się oświadczać? Na przełomie XX i XXI wieku? Serio? Że dostrzegłby związek, te pokrewieństwo dusz itd. Zakochanie. Wszystko co napisałaś bardzo ładnie. Ale nie zaręczyny!
                2. Nadal nie poprawia to perspektywy Romy. Pozostaje osobą ważną TYLKO przez posiadanie pary spodni na stanie. Że te spodnie zakochane a tamte nie - nie robi różnicy. Dlatego mi się bardziej podoba moja wersja: czyli Roma owszem, zaopatrzona w zakochanego chłopaka, bo czemu nie, ale OPRÓCZ tego mająca jakieś grono znajomych, no i ponieważ opisany przeze mnie "człowiek prometejski" to blondyn o szafirowych oczach - wiadomo, że ów pierwszy "poważny" chłopak NIE ZOSTAŁ jej mężem. To (moim zdaniem) lepszy przekaz dla potencjalnych czytelniczek: "MOŻE być tak, że twoja pierwsza miłość będzie tą na resztę życia, ale równie prawdopodobne (realnie znacznie prawdopodobniejsze!), że po pierwszej miłości będzie kolejna itd, i wcale to nie znaczy, żeś płocha i tania flirciara". :)
                • herbacianasaszetka Re: O Pulpecji... 28.11.21, 21:42
                  kocynder napisała:

                  > Nie kupuję.
                  > 1. Dorosły facet, z tzw perspektywami po TYGODNIU leci się oświadczać? Na przeł
                  > omie XX i XXI wieku? Serio? Że dostrzegłby związek, te pokrewieństwo dusz itd.
                  > Zakochanie. Wszystko co napisałaś bardzo ładnie. Ale nie zaręczyny!
                  > 2. Nadal nie poprawia to perspektywy Romy. Pozostaje osobą ważną TYLKO przez po
                  > siadanie pary spodni na stanie. Że te spodnie zakochane a tamte nie - nie robi
                  > różnicy. Dlatego mi się bardziej podoba moja wersja: czyli Roma owszem, zaopatr
                  > zona w zakochanego chłopaka, bo czemu nie, ale OPRÓCZ tego mająca jakieś grono
                  > znajomych, no i ponieważ opisany przeze mnie "człowiek prometejski" to blondyn
                  > o szafirowych oczach - wiadomo, że ów pierwszy "poważny" chłopak NIE ZOSTAŁ jej
                  > mężem. To (moim zdaniem) lepszy przekaz dla potencjalnych czytelniczek: "MOŻE
                  > być tak, że twoja pierwsza miłość będzie tą na resztę życia, ale równie prawdop
                  > odobne (realnie znacznie prawdopodobniejsze!), że po pierwszej miłości będzie k
                  > olejna itd, i wcale to nie znaczy, żeś płocha i tania flirciara". :)
                  >


                  100% zgody. Jedna uwaga - wyszłam z założenia, że oni są ze sobą do dzisiaj. Trochę przez brak odautorskiej wzmianki o rozwodzie lub odwołanych oświadczynach, a trochę dlatego, że już znam tę serię :D Po perypetiach Józefa i Doroty nawet zaręczyny po tygodniu i szczęśliwy związek pełen dzieci mnie nie zdziwi.

                  To, co napisałam, to próba zrobienia czegoś w miarę sensownego na gruncie - nazwijmy to po imieniu - niezmiernie naiwnym i szkodliwym. No ale cóż.
              • pi.asia Re: O Pulpecji... 01.12.21, 13:29
                herbacianasaszetka napisała:

                > Roma poszła po coś do pracy do ojca (np. zapomniała kluczy do domu) i, zamiast
                > na niego, wpadła na uszatego Clooneya. Ten spojrzał na nią z odrazą ("Dlaczego
                > ten chudy dzieciak w lenonkach mi zawraca gitarę? Liczyłem na chwilę spokoju...
                > "). Roma łapie to spojrzenie i wszystkie emocje, które miesiącami w sobie trzym
                > ała, znadują ujście. Wybucha niepohamowanym płaczem. Przestraszony mężczyna ją
                > pociesza, (...) Roma, opowiada mu o wszystkim. O rodzicach, maturze, atrakcyjnej przyjaciółce, dotkliwej samotności, poczuciu niezrozumienia i tym, że czuje się gorsza. Długo rozmawiają,

                Nie, nie i jeszcze raz nie.
                Czy lekarz na stażu ma czas pocieszać zaryczaną licealistkę i długo z nią rozmawiać? Zwłaszcza, że postrzega ją jako chudego dzieciaka, a nie piękność o urodzie pięciogwiazdkowej, którą chciałoby się przytulić do swej męskiej piersi. Dodatkowo liczył na chwilę spokoju, a więc wiadomo, że: a) faktycznie jest zarobiony; b) nie uśmiecha mu się pocieszanie ryczącej licealistki.
                Ja wiem, że w wyobraźni wszystko się mieści, ale w świecie realnym lekarz wziąłby Romę za chude ramię, zaprowadził do pielęgniarek i zaordynował porcję neospasminy, a nie sterczał na korytarzu słuchając jaki to świat jest zły i dodatkowo narażając się na ciężki opierdziel od szefa. Poza tym Mamerta szlag by trafił na miejscu, gdyby ujrzał swą córkę płaczącą w objęciach podwładnego. Mamert jest cholerykiem, nie pytałby co jak i dlaczego, tylko podwładnego strzeliłby w dziób na temat "coś ty jej zrobił, że płacze???" a potem wywaliłby go na zbity i obity pysk.

                > Niepewność siebie tej dziewczyny jest bardzo atrakcyjna, wręcz urocza i świadczy o dużej wrażliwoś
                > ci. Uszat nie lubi głośnych, przebojowych i pewnych siebie dziewczyn - takie cechy kojarzą mu się z głupotą.

                Yyyy na pewno mowa o Romie? Romie, która potrafi złośliwie skomentować wygląd Elki ("ciałka ma sporo - faktycznie!"), która o bracie mówi "półgłówek", którą Pulpa ceni między innymi za cięty język i złośliwość, która po odtrąceniu przez Baltonę zaczęła się zachowywać coraz bardziej wyzywająco i krzykliwie? Tak, wiem, że to jest poza na pokaz, ale dziewczyna naprawdę niepewna i wrażliwa raczej wycofuje się w cień i liże rany na osobności.
                Romie można sporo zarzucić, ale zdecydowanie nie brak pewności siebie. Ona tylko w relacji baltonowskiej (a raczej braku tej relacji) jest zagubiona, niepewna i nieszczęśliwa.
                • tt-tka Re: O Pulpecji... 01.12.21, 15:13
                  Roma z pewnoscia nie poszlaby po klucze do ojca do pracy (mogl operowac i byc nieosiagalny przez najblizszych kilka godzin), tylko jesli juz, to do brata, albo w gole weszlaby do domu przez kwiaciarnie. Albo i przez okno.

                  I nie, zaden gosc, a juz zwlaszcza podwladny Mamerta, nie bedzie sie zareczac z calkiem obca nastolatka dlatego, ze ta mu sie rozryczala w kamizelke kilka tygodni wczesniej. A i Roma nie byla do wywnetrzen sklonna.
                  • kooreczka Re: O Pulpecji... 02.12.21, 07:59
                    Jeszcze o realiach.

                    Wtedy nie było rezydentur- zatrudnienie młodego lekarza zależało od ordynatora, co szpitale zwłaszcza w dużych miastach wykorzystywały oferując głodowe stawki. W specjalizacjach zabiegowych bardzo ważne było gdzie się szkoliłeś- oczywiście najlepsza była klinika albo oddział gdzie jest duży SOR, robiąc specjalizacje na prowincji zostawiłeś tam zazwyczaj do śmierci.


                    I tenże młody oświadcza się córeczce szefa- oj bynajmniej umawiając się z dziewczyną po maturze na pewno by nie zapunktował. A Mamert to nie bezwolne Borejko.
                    W takiej sytuacji Uszaty musiałby się pakować z wilczym biletem w całym Poznaniu i okolicach. Inne wielkie miasta obsadzone przez starą gwardię, pozostaje daleka prowincja.


                    Nie mówiąc o tym, że ożenek z dziewczyną po maturze raczej nie pomógłby w oczach kolegów- na takie rzeczy mógł pozwolić sobie dobry specjalista z rzadkimi umiejętnościami, o młodym powiedzą, że nienormalny skoro taka młoda na jego poziomie

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka