fionnuala
02.09.24, 21:44
Pewnie było wałkowane ileś razy, ale wrócę, bo mnie temat frapuje: mówienie po imieniu do Gizeli. Jestem o jakieś dwa pokolenia młodsza od Mili i mnie uczono, że do dorosłych osób w moim otoczeniu mówiłam albo "ciociu/wujku", albo "proszę pana/proszę pani" (a jako że z częścią rodziny porozumiewam się po rosyjsku bądź ukraińsku, to była jeszcze wersja "imię plus otczestwo" i "wy" albo wersja "ciocia/wujek" z "ty" albo "wy"). Na "ty" do obcych przechodziłam dopiero w dorosłości, na wyraźną prośbę osoby starszej ode mnie. Nie miałam sytuacji, że do osoby dorosłej zwracałam się po imieniu i na "ty" (chyba że ktoś był z tego samego pokolenia w obrębie rodziny, np. moja o 18 lat starsza kuzynka). Mówienie po imieniu do rodziców lub opiekunów było czymś szokującym. Spotykałam się też ze zjawiskiem mówienia "proszę mamy/proszę taty" (albo, w wersji rosyjskiej, "wy, mamo").
Czasy się zmieniają, znajomi rodzice znajomych dzieci stosują różne strategie (moje rodzone siostrzenice mówią 'ciocia", córeczki przyjaciółki są uczone po imieniu) i ok. Ale to współcześnie.
Zastanawiam się zatem, czy takie zjawisko, jak mówienie po imieniu do opiekunki w czasach gdy dzieje się Kalamburka byłoby możliwe, czy nie jest to anachronizm. Przecież to czasy, kiedy to "proszę mamy" było o wiele bardziej powszechne niż dziś. Bo tak: Gizela była sąsiadką, czyli obcą kobietą. Miała niższe wykształcenie niż Makowscy, ale nie była ani ich służącą, ani osobą przez nich w jakikolwiek sposób zatrudnianą, co uzasadniałoby jednostronne zwracanie się po imieniu, które praktykowano w relacjach "młoda panienka-jej służąca" (a jeśli już, to raczej w trzeciej osobie: "proszę Gizeli"). Zresztą, dorośli ludzie mogli być na ty, ale kilkulatka? Ciotką Mili Gizela też nie była, więc to uzasadniałoby brak "cioci" z początku, ale potem sytuacja się pokomplikowała i wydaje mi się, że w warunkach okupacyjnych takie "ciociowanie" byłoby bezpieczniejsze (no bo rodzina). Dziewczynka została osierocona w wieku 4 czy 5 lat, czyli w takim wieku, w którym można dziecko przyuczyć do odpowiedniego zwracania się ("od teraz mów mi "ciociu"). Dalej: relacja Mili i Gizeli jest porównywana do relacji Ani i Maryli, Ania mówiła do Maryli po imieniu, ale pomijając kwestie kultury, kraju itd., jest jeszcze jeden ciekawy aspekt: w najstarszym tłumaczeniu, Bernsteinowej, Ania wcale nie mówi do Maryli "ty", tylko "proszę Maryli" - wydaje się, że tłumaczce wydało się to jedynym rozsądnym wyjściem w sytuacji, kiedy młodociana bohaterka ma mówić po imieniu, ale okazywać szacunek należny starszej od siebie osobie. Więc o ile rozumiem, że kilkuletnia Mila mówi swobodnie "ty, Gizela", o tyle (zwłaszcza w kontekście tamtych czasów) już nieco podrośnięta Mila mówiąca tak samo brzmi niegrzecznie i dziwi mnie w sumie, że zasadnicza i trzymająca się form Gizela przyzwoliła na to.
Ale może to ja mam mylne wyobrażenie o czasach, kto wie.