Dodaj do ulubionych

Kulinarne dziwactwa PRL-u

14.08.08, 23:36
Z nudów przegrzebywałam stare zasoby forum i wpadł mi w oko topik kulinarny z obowiązkowym offtopem, tym razem o maśle:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=25788&w=49514021&v=2&s=0
Pomyślałam sobie, że może starsza część forumowiczów zebrałaby swoje wspominki kulinarne z tamtych lat?
Paskudne masło, którym wyrównywało się deficyt tłuszczów, ubarwiając wrażenia smakowe bladą nadzieją, że jakieś witaminy w tym maśle zostały, już omówiono, podobnie jak śmierdzący olej. Dodałabym nieszczególnego uroku twaróg chuderlawy, zwykle kwaśny i kruszący się, jogurt w prostokątnych kubeczkach z krową na wieczku, który wyglądał niewiele lepiej od zsiadłego mleka i posiadał w sobie zdechłe fragmenty truskawkopodobne (nie lubiłam tego, jogurty polubiłam dopiero dłuuugo później), a także ser żółty gumowy, za to bez dziur ;) Tyle nabiałowo. Ponieważ miałam rodzinę na wsi, co jakiś czas jeździliśmy i zwykle wracaliśmy z łupami, na przykład butelkami mleka i porządnym serem, i zwłokami kury.
Pamiętam też, że lansowano wówczas różne dziwaczne przepisy, w stylu babki ze skwarek, tortu marchwiowego względnie budyniu z kalafiora. Część przepisów można znaleźć w starych książkach kucharskich. Na szczęście moja Mama nie wygłupiała się z wypróbowywaniem takich cudów.
Pieczywo nader często bywało na przykład przedwczorajsze. Sposób funkcjonowania piekarni w związku z tym pozostał dla mnie niepojęty.
W sklepach Centrali Rybnej do nabycia bywały ryby drugiej świeżości.
W celu nabycia ochłapów należało stanąć w kolejce na przykład o czwartej rano - bodajże na początku lat 80 tak było, budziłam się w ciemnościach nad ranem wiedząc, że Mama właśnie idzie zająć miejsce...
W warzywniakach królowały ziemniaki, kiszona kapusta i takież ogórki w beczkach, za to ze smutkiem stwierdzam, że jabłka, które bywały w kilku odmianach, miały normalny smak i różniły się od siebie.
Pamięta ktoś jaja wapienne i jajka w proszku? Albo zupę mleczną, którą katowali dzieci w stołówkach masowego rażenia, składającą się z mleka i kaszy gryczanej?
Pamiętam też urodziny koleżanki, w czasie których atrakcją był banan, sztuk jeden, podzielony na plasterki...
Obserwuj wątek
    • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 14.08.08, 23:52
      Ja pamiętam jeszcze obrzydliwe parówki, w których nie wiem co było i boję się
      podejrzewać, no i hit mojego dzieciństwa, tzw "ciepłe lody" czyli sztuczne
      paskudztwo do nabycia między innymi w sklepiku szkolnym,obok zdechłych pączków
      i"oranżady". W stołówkach były dania naprzemienne-dziwna, mięsnopodobna papka z
      ziemniakami, blade "łazanki"ze strzępami kapusty i rozgotowany ryż z
      "truskawkami".Do tego u nas bywał rosół z długim makaronem a la spagetti.
      Pamiętam taki widok spod sklepiku szkolnego-koleżanka w granatowym fartuchu
      zajada ciepłego loda posługując się pięciozłotówką niczym łyżeczką...
    • olga233 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 00:21
      Były jeszcze tzw. "wyroby czekoladopodobne" - tak głosił napis na
      etykiecie. Była to jakaś fatalna namiastka czekolady z nadzieniem,
      trudna do przełknięcia. A z mięs - była kiełbasa zwyczajna na
      przykład, w której były prawie same tłuste oka i jeść się tego nie
      dawało.
      • sowca Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 01:02
        Co za szczęście, że w czasach PRL-u byłam jeszcze fragmentem
        przestrzeni względnie bardzo malym dzieciątkiem (urodziłam się w
        1988 roku) i nie pamiętam tego typu przysmaków! Moja Mama wspomina
        jednak wyroby czekoladopodobne - wtedy sama nauczyła się robić
        domową czekoladę,którą robi do dzisiaj i która jest o niebo lepsza
        od tej kupionej w sklepie!
        • super-historynka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 10:03
          Fakt, można było zrobić czekoladę w domu, ale te wyroby
          czekoladopodobne dostępne w sklepie tej domowej w ogóle nie
          przypominały... to naprawdę była masakra, też to pamiętam. I masło
          solone oraz obowiązkowy ocet na półkach.
          • jhbsk Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 16:37
            Obok octu były jeszcze liście bobkowe!!
    • mama_kotula Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 01:40
      >Albo zupę mleczną, którą katowali dzieci w stołówkach masowego >rażenia, składającą się z mleka i kaszy gryczanej?

      A to nie była przypadkiem kasza jęczmienna, a nie gryczana?
      W każdym razie była mniaaam, jak zresztą wszystkie zupy mleczne

      Mało co pamiętam (bom rocznik 81) - ale smak lizaków i cukierków robionych na patelni czuję do dzisiaj :)
      I placki z serka homogenizowanego.
      • dakota77 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 05:46
        Ja myslalam, ze ta zupa mleczna to byla typowa owsianka?
        • mama_kotula Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 09:51
          dakota77 napisała:

          > Ja myslalam, ze ta zupa mleczna to byla typowa owsianka?

          Ja pamiętam i owsiankę - z rozklejonymi płatkami owsianymi, ale i zupę z kaszą
          jęczmienną, moja babcia taką robiła :)
          Najlepszą zupą świata jednak był ryż na mleku, który dostałam po 25-godzinnej
          głodówce po cięciu cesarskim, normalnie niebo w gębie ;>
          • truscaveczka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 21:17
            Mnie na pierwszy obiadek przynieśli yyyy grysik na rosole. Mało nie umarłam z
            zaślinienia, teraz bym kijem nie tknęła, phooey ;)
            A na śniadanie ciężarne dostawały codziennie żur z kiełbasą, przysięgam :D
            • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 23:56
              > Mnie na pierwszy obiadek przynieśli yyyy grysik na rosole. Mało nie umarłam z
              > zaślinienia, teraz bym kijem nie tknęła, phooey ;)

              Moja siostra dostała kleik. Twierdziła potem, że była już tak głodna, że o mało nie pożarła go razem z garnkiem.

              Ja z kolei leżałam parę lat temu po operacji, żreć mi dali w trzeciej dobie bodajże. Dostałam pyszne sucharki z opieczonej bułki i także kleik - bez soli, cukru, no jak od Kononowicza, bez niczego. Z racji kroplówek nie byłam przesadnie wygłodniała i wzgardziłam paskudztwem.
              • yowah76 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 17.08.08, 00:19
                A dla odmiany w angielskim szpitalu gdzie trafilam po paskudnym
                zatruciu czy innej zoladkowej grypie jak to mowia, w szczegoly
                wchodzic nie bede, wystarczy, ze musieli mi wpakowac 6 l plynow w
                ciagu pierwszej doby i w ogole trzymali mnie w izolatce dopoki nie
                dostali potwierdzenia ze to nie ebola np;) na drugi dzien bardzo
                byli zdziwieni ze ja nie chce sniadania, a przed obiadem przyniesli
                mi menu i kazali sobie wybrac - dowolnie. Moglam wziac smazone,
                ostre, zapiekanke z cebuli itp i byli b. zdziwieni ze sie domagam
                ryzu albo ostatecznie golych kartofelkow.
      • paszczakowna1 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 10:45
        > >Albo zupę mleczną, którą katowali dzieci w stołówkach masowego >rażeni
        > a, składającą się z mleka i kaszy gryczanej?

        Ja sie w stolowce z tym nie zetknelam, a szkoda, bo kasze gryczana z mlekiem
        lubie do tej pory. Ale to chyba specjalnosc Lubelszczyzny i okolic. W reszcie
        kraju z kasz raczej kasza manna z mlekiem.
        • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 14:29
          > Ja sie w stolowce z tym nie zetknelam, a szkoda, bo kasze gryczana z mlekiem
          > lubie do tej pory. Ale to chyba specjalnosc Lubelszczyzny i okolic. W reszcie
          > kraju z kasz raczej kasza manna z mlekiem.

          Jest to bardzo możliwe, ja pochodzę właśnie z Lublina i w lubelskiej podstawówce pasiono mnie tym specjałem, zamiennie z kaszą manną.

          W lubelskiej placówce Centrali Rybnej moja Mama nabyła też rybkę, jak się jej przyjrzała, to wrażenia opisała gwałtownie w dużym telefonie, czyli mniej eufemistycznie mówiąc, miotała w kibelku wiktem. Pamięta ktoś słynne robaczywe błękitki?
          • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 06.02.09, 15:19
            > Pamięta ktoś słynne robaczywe błękit
            > ki?

            Widzieć nie widziałam, ale słyszeć słyszałam :) Mama i babcia nawzajem się
            napominały, żeby nie kupować błękitków, bo robaczywe.
      • k_linka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 24.08.08, 21:16
        mama_kotula napisała:

        > >Albo zupę mleczną, którą katowali dzieci w stołówkach masowego >rażeni
        > a, składającą się z mleka i kaszy gryczanej?
        >
        > A to nie była przypadkiem kasza jęczmienna, a nie gryczana?




        Ja z czasow szkolnych pamietam obowiazkowy kubek mleka. Z muchami. Bylo ich tyle
        w tym mleku (zazwyczaj przypalonym) ze na pewno dodawano je celowo. By nie pic
        mleka symulowalismy rozne ciezkie choroby i chowalismy sie w wc...
        • lezbobimbo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 24.08.08, 21:24
          W któryms Kieslowskim dekalogu, chyba pierwszym, jest migawka z zycia szkolnego
          o absurdalnej akcji domleczania wlasnie, a zeby dzieci w szkole nie wylewaly
          tego mleka do ubikacji, to wszystkie swiatynie dumania tej szkoly w czasie
          przerwy zamykano na amen ;-)
          • lezbobimbo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 24.08.08, 21:24
            Wrrrrr.. ile razy zdolam naduzyc przymiotnika szkolny w jednym gasienicowym
            zdaniu? Mi tez trzebno redaktora ;)
    • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 07:08
      Chyba wyrażę pogląd niepopularny. Wiecie, wydaje mi się, że tak źle pod względem
      jakości potraw było tylko w rodzinach, w których dobrą i dostatnią kuchnię
      utożsamiano z jedzeniem w kółko mięsa w różnych postaciach (w mojej również).
      Wiadomo, że tu z góry stało się na przegranej pozycji, chociaż jeśli już się coś
      w tej kolejce wystało, to miało to smak i zapach, w przeciwieństwie do nabytków
      dzisiejszych (mówię nadal o mięsie i wędlinach). Też pamiętam wyprawy na wieś i
      powroty z łupami, teraz robi mi się na myśl o tym niedobrze. Moim zdaniem,
      zbędny wysiłek, bo można było kupić i warzywa, i całkiem dobry nabiał, i dobre
      pieczywo w małej piekarni (w naszym miasteczku była taka). Jakoś przy tych
      niedoborach większość mężatek miała wyraźną nadwagę (naprawdę występowało takie
      zjawisko, szczupłe dojrzałe kobiety były rzadkością, dlatego pod tym względem
      rodzina Borejków też jawi się jako wyjątkowa), a choroba wieńcowa bardzo była w
      owych czasach niedostatku rozpowszechniona.
      Jak smacznie i bez tych tytanicznych wysiłków można było zjeść, przekonałam się
      dopiero, gdy poznałam w liceum moją późniejszą długoletnią przyjaciółkę, której
      rodzina była w 100% żeńska i nie było nikogo, kto by upierdliwie się tych
      mięsnych rarytasów domagał. Jadały surówki (bardzo dużo), owoce, pieczywo,
      nabiał - dla mnie to była nowość i bardzo mi się to spodobało.
      Ten mięsny trend jest moim zdaniem wynikiem tego, że ogromna część społeczeństwa
      PRL niezbyt odbiegła jeszcze wtedy pod względem wiedzy i obyczaju od swoich
      przodków z ubogich środowisk wiejskich, w związku z czym ludzie po prostu nie
      mieli wiedzy na temat wykorzystania warzyw w kuchni.
      Mogę się mylić, to takie moje przemyślenia intuicyjno-wspomnieniowe.
      A zupy mleczne lubiłam i będę lubić, oprócz ryżowej. Piernik z marchwi jest
      również pyszny i robiłam go już w latach dziewięćdziesiątych z przepisu z
      jakiejś kolorowej gazety.
      Czy nasze dzieci są naprawdę uprzywilejowane pod względem dostępu do dobrego
      jedzenia? Owsianka czy nawet kasza jęczmienna na mleku nie poraża może urodą,
      ale jest naprawdę zdrowa i (moim zdaniem) smaczna. Teraz czekoladowe kulki są
      witaminizowane, aromatyzowane i nie wiadomo co jeszcze, tamte potrawy były w
      sposób naturalny pełne witamin.
      Z ostatnich wakacji mam taki obrazek: dwóch pulchnych chłopczyków w wieku
      poniżej 7 lat z wielką torbą czipsów, siedzą na ławeczce, pojadają i wzdychają:
      o, jakie dobre. Za mojego dzieciństwa wszyscy chłopcy byli chudzi, nadaktywni i
      aż do wieczora nie zawracali sobie głowy jedzeniem - to było dzieciństwo.
      Żeby nie było, że jestem jakąś ogarniętą nostalgią zwolenniczką PRL, ale wydaje
      mi się, że wiele zjawisk nie da się uczciwie tak prosto opisać, jak to się teraz
      czyni.
      • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 09:25
        Na pewno było różnie, różne są też wspomnienie-np wczasy nad morzem w Dziwnowie
        i zapach w stołówce rano. Była zupa mleczna,której nie cierpiałam, a moje
        rodzeństwo zajadało się, chleb,żółty ser,wędlina i trochę dżemu.Niby nic
        nadzwyczajnego, ale ten zapach pamiętam doskonele do dziś i jest to wyjątkowo
        nostalgiczne wspomnienie.
        Albo święta-naprawdę wydaje mi się że część ich magicznej atmosfery i
        niezwykłości brała się także z tego co było na stole.Teraz,kiedy mozna sobie
        wszystko kupić, ugotować i zjeść kiedy się chce(tylko kwestia czasu i chęci)to
        już jest jakieś nieporozumienie.Uwielbiałm sałatkę jarzynową,tę najprostszą z
        pokrojonych,gotowanych warzy-teraz patrzeć już na nią nie mogę.Ech...
        • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 09:36
          > Albo święta-naprawdę wydaje mi się że część ich magicznej atmosfery i
          > niezwykłości brała się także z tego co było na stole.Teraz,kiedy mozna sobie
          > wszystko kupić, ugotować i zjeść kiedy się chce(tylko kwestia czasu i chęci)to
          > już jest jakieś nieporozumienie.Uwielbiałm sałatkę jarzynową,tę najprostszą z
          > pokrojonych,gotowanych warzy-teraz patrzeć już na nią nie mogę.Ech...

          O, właśnie. Teraz, podczas każdych świąt, nie możemy wyjść ze zdziwienia, o ile
          mniej jemy... Pamiętam, że wtedy podczas świąt wielkanocnych jedliśmy śniadanie,
          obiad, kolację, a jeszcze przegryzaliśmy ciastami i pisankami;-) Teraz jest to
          po prostu długie i solidne śniadanie, a potem jakieś na chwilę jedno posiedzenie
          przy stole. Nawet jednak podczas śniadania nie jemy tyle, co kiedyś.
          A pamiętacie może potrawę, którą Joanna Chmielewska w swojej "Książce poniekąd
          kucharskiej" określa mianem wroga wątroby? To była duszona na tłuszczu
          (niestety, smalcu) cebula z kawałkami mięsa, do tego chleb. Kiedyś mi to bardzo
          smakowało, teraz z wyjątkiem sytuacji ekstremalnych (siedem dni bez jedzenia czy
          coś; chociaż i to nie wiem) nie wzięłabym do ust.
        • lutecja4 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 10:04

          kaliope3 napisała:

          > Na pewno było różnie, różne są też wspomnienie-np wczasy nad morzem w Dziwnowie
          ja jezdzilam na kolonie do Dziwnowka i tez pamietam kanapki z zoltym serem i
          dzemem :))
          • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 14:58
            :)) a myśmy sobie do Dziwnówka robili spacery plażą, podjadając wybłagane na
            rodzicach "mleko z tuby"-Boże co to był za przysmak!
            • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 15:05
              A dyni to ja się tego lata naszukałam bardzo-wszystko inne było-wszelkie odmiany
              cukinii, patisony, kabaczki, bakłażany, a dyni nigdzie. W końcu od babinki przy
              przystanku tramwajowym kupiłam,woląc nie myśleć gdzie też jej działka może być
              położona.Jeszcze mi dała dobrą radę w sprawie zupy dyniowej-wyszła pyszna!
            • lutecja4 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 10:56
              kaliope3 napisała:

              > :)) a myśmy sobie do Dziwnówka robili spacery plażą, podjadając wybłagane na
              > rodzicach "mleko z tuby"-Boże co to był za przysmak!
              mleko z tuby -eech pychota
              tez pamietam-kupowalismy je w takim sklepiku-pseudo latarni morskiej
              i tez chodzilismy na spacery do Dziwnowa :))
              bo jezdzilam tam tez na wczasy z rodzicami
              • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 11:10
                My też w sklepiku pseudo latarni!! Ha! Może się tam gdzieś mijałyśmy nawet? Też
                miałaś przyspieszone bicie serca jak się szło na plażę i już zaczynał się ten
                piasek na chodniku, jeszcze kilka kroków i było widać drewniane schody na
                plażę,a potem człowiek po prostu leciał w stronę morza nic innego nie
                widząc,gubiąc po drodze jakieś koce,oklapłe koła do pływania i
                ręczniki...Dopiero głos rodziców przywoływał po paru chwilach do porządku,
                zbierało się co trzeba i zaczynała się wędrówka w głąb plaży, byle
                dalej(niestety, jako dziecko żałowałam)od tłumu, w zasadzie na jakies kompletne
                pustkowie,gdzie dopiero rozkładane były koce, wbijany w piach parawan od wiatru...
                • lutecja4 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 17.08.08, 10:34
                  moze stalysmy wjednej kolejce po to mleko:))
                  ja pamietam jeszcze bita smietane w wafelku polana musem malinowym
                  sprzedawana w budce wlasnie przy zejsciu na plaze przed schodami
                  piekne czasy byly
                  • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 17.08.08, 10:42
                    O,tak...w ogóle plaża jakby większa, piasek czystszy czy co...W ośrodku
                    wczasowym w którym się rok w rok zatrzymywaliśmy było dwa razy w czasie turnusu
                    wędzenie śledzi-nigdy wędzone ryby mi później tak nie smakowały.W niedzielę za
                    to w stołówce bywały lody.Nie było coli,czipsów i tych ton batonów czy czekolad
                    a było wspaniale(pewnie właśnie dlatego)
                • sylwiam_m Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 12:56
                  kaliope łzy mi w oczach stanęły ...opis bicia serca na drewnianych
                  schodach piękny ,tak właśnie to czułam.Mleko w tubie kupowała mi
                  mama w takiej mleczarence gdzie i lody były.
                  • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 15:41
                    :) bardzo mi miło, takie wspomnienia są zupełnie bezcenne, prawda? A pamiętasz
                    jeszcze spokojne, ciepłe wieczory na plaży,po gorącym dniu, kiedy morze jest
                    zupełnie ciche i płaskie jak stół i chodzi się po tej przeźroczystej płyciźnie,
                    po malutkich kolorowych kamyczkach. Można tak chodzić bardzo długo, bo w Bałtyku
                    są takie miejsca.Nawet jakaś meduza czasami przepływała.A człowiek powoli robił
                    się zmęczony i potem jak się już zasypiało na piętrowym łóżku w domku
                    campingowym to miało się wrażenie ciągłego obmywania przez fale.I tak się w
                    końcu zasypiało
                    • ponis1990 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.11.18, 15:08
                      Heh, ja morze zobaczyłam pierwszy raz w życiu dopiero dwa lata temu a więc w iweku 26 lat, i czułam dokładnie to, co opisałyście - od przystanku (bo podjechałam przelotem będąc trasie do... Olsztyna, zahaczyłam o Gdańsk celowo:D) tramwajowego biegłam, a jak już widzałam piasek i wodę to biegłam jakby mi miało to morze odpłynąć albo co ;)))
                      • dakota77 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.11.18, 15:25
                        ponis1990 napisała:

                        > Heh, ja morze zobaczyłam pierwszy raz w życiu dopiero dwa lata temu a więc w iw
                        > eku 26 lat, i czułam dokładnie to, co opisałyście - od przystanku (bo podjechał
                        > am przelotem będąc trasie do... Olsztyna, zahaczyłam o Gdańsk celowo:D) tramwa
                        > jowego biegłam, a jak już widzałam piasek i wodę to biegłam jakby mi miało to m
                        > orze odpłynąć albo co ;)))
                        >
                        Ja co prawda morze zobaczylam po raz pierwszy jakos w dziecinstwie, ale za kazdym razem, kiedy widze morze lub ocean, mam taka reakcje, jak ty. Nie moge sie doczekac, zeby sie znalezc nad woda, a najlepiej w :)
        • kebbe Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 18:10
          >>>Albo święta-naprawdę wydaje mi się że część ich magicznej atmosfery i
          niezwykłości brała się także z tego co było na stole.<<<
          Jasne! Ja jestem dzieckiem późnego PRL, ale do dziś zapach pomarańczy kojarzy mi
          się ze Świętami! Co poradzić... :)
          Pamiętam też Gerbery (zupki i dania dla mojej małej siostry) i Marsy w paczkach
          od przyjaciela Rodziców, który mieszkał w Stanach. A tak w ogóle to smak mnóstwa
          wymienionych tu potraw przywodzi mi na myśl dzieciństwo i chyba sobie mlecznej
          zupy na jutro naważę. Pozdrowienia!
          • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 18:18
            O,przypomniałaś mi! Zapach pomarańczy-zawsze ze świętami!
            A z dzieciństwa to pamiętam jeszcze gumy kulki, które przychodziły w paczce od
            zaznajomionej rodziny z Niemiec i jak chodziłam na jakieś zastrzyki to tato mi
            po wszystkim dawał, tytułem rekompensaty za straty moralne, chyba:)
            W ogóle jak taka paczka przychodziła to dochodziło do gorszących scen, ale
            najpierw wszyscy nabożnie zbierali się wokół stołu, mistrzem ceremonii był
            tato,który wyjmował po kolei rzeczy z paczki. Mama układał je grupami- słodycze
            do słodyczy, kawa do kawy, herbata, wędliny( zwłaszcza taka wędzona westfalska
            szynka, której nie lubiłam) i jakieś tam inne drobiazgi. Słodycze były
            natychmiast chowane i wydzielane po kawałku.Było nas czworo, więc do scen
            gorszących dochodziło prędzej czy później...
      • lutecja4 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 09:59
        mnie tez tamte czasy kulinarnie kojarza sie raczej dobrze-owszem pamietam
        kolejki (urodzilam sie w latach 70-tych) ale pamietam tez, ze szynka miala inny
        smak niz poledwica a kielbasa szynkowa roznila sie od krakowskiej(teraz
        wszystkie wedliny smakuja tak samo i po 2 dniach nawet pies moich rodzicow nie
        chce ich jesc) no i pamietam rewelacyjny,goracy, okragly chleb,ktory piekly
        siostry zakonne,kolejka po ten chleb byla dluuuuga ale siostrzyczki szybko sie
        uwijaly przy sprzedawaniu-siostry robily tez przesmaczny barszcz-zakwas,po ktory
        przychodzilo sie z wlasnym sloikiem i nikt sie nie zatrul,choc siostry nalewaly
        go z wielkiego kotla-teraz jestesmy w Unii i siostry,z powodow higienicznych,
        nie sprzedaja juz barszczu i chleba :(
        moze to sentyment za dzieciecymi czasami powoduje,ze nie pamietam za bardzo
        brakow zywnosci w moim domu, a moze tez to,ze tata z racji roznych "znajomosci"
        zawsze przywozil jakies swojskie wedliny czy inne "zdobycze",a mama zawsze
        dobrze gotowala-ciasto z marchewka bylo bardzo dobre-pol podworka je u nas jadlo
        a z lat 80-tych pamietam prywatne zieleniaki(jablka faktycznie byly w roznych
        gatunkach i smakach-na szczescie teraz sa specjalne programy z powrotem
        wdrazajace hodowle dawnych rodzimych gatunkow roslin i zwierzat)-i w tych
        zieleniakach mozna bylo np kupic napoj w woreczku-dostawalo sie do niego slomke
        i ta slamka przekluwalo sie woreczek i pilo, naboje do syfonu,zeby zrobic wode
        sodowa w domu(ale wtedy woda w kranie byla pitna)i sporo slodyczy chyba z
        prywatnego importu z NRD i Czechoslowacji
        to se ne wrati...
        • lutecja4 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 10:01
          pamietam tez napoj serwowit sprzedawany w butelkach takich jak smietana :))
      • paszczakowna1 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 10:59
        > Wiadomo, że tu z góry stało się na przegranej pozycji, chociaż jeśli już się co
        > ś
        > w tej kolejce wystało, to miało to smak i zapach, w przeciwieństwie do nabytków
        > dzisiejszych (mówię nadal o mięsie i wędlinach).

        No, nie, moje wspomnienia sa inne. Wieprzowina skladala sie glownie z tluszczu
        (hodowalo sie rasy tzw. miesno-tluszczowe), tzw 'mortadele' (kupowalo sie na
        kartki wedlinowe jak juz nic innego nie bylo) do tej pory wspominam z
        obrzydzeniem (przez to wspomnienie nie wezme do ust prawdziwej mortadeli, a
        podobno szkoda), a o parowkach szkoda gadac.

        > powroty z łupami, teraz robi mi się na myśl o tym niedobrze. Moim zdaniem,
        > zbędny wysiłek, bo można było kupić i warzywa, i całkiem dobry nabiał, i dobre
        > pieczywo w małej piekarni (w naszym miasteczku była taka).

        Warzywa byly OK, prawda (tu byl wolny rynek), tyle ze w skapym wyborze. Nabial
        byl niedobry (mleko obrzydliwe, jogurty poza wszelka krytyka), a poza tym wcale
        nie bylo latwo go kupic (przynajmniej komus, kto mieszkal w W-wie na nowym
        osiedlu, a w godzinach pracy pracowal). Pieczywo bylo albo stare, albo nieobecne
        (chyba ze ktos wystal w piekarni).

        Ale byc moze, ze ja mam wyjatkowo ponury obraz w pamieci, bo mieszkalam na
        warszawskim Ursynowie, a tam z zaopatrzeniem byla tragedia. Faktycznie, w malych
        miasteczkach (a nawet w Lublinie), bylo znacznie lepsze pieczywo (acz na wsi,
        gdzie jezdzilam na letnisko, chleb byl przywozony 3 razy w tygodniu, bulki raz,
        a i to nie zawsze - na bulki byly zapisy), i byl tez nabial.

        > Jakoś przy tych
        > niedoborach większość mężatek miała wyraźną nadwagę

        Bo jadlo sie duzo potraw macznych i tlustych. Po czesci kwestia przywyczajen
        kulinarnych, zgadzam sie, ale i zaopatrzenia. Wez pod uwage, ze o papryke,
        kabaczki czy cukinie nie bylo latwo (byly dynie), a baklazany juz byly totalna
        egzotyka.
        • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 06.02.09, 15:28
          > Ale byc moze, ze ja mam wyjatkowo ponury obraz w pamieci, bo mieszkalam na
          > warszawskim Ursynowie, a tam z zaopatrzeniem byla tragedia.

          Mam dokładnie identyczne wspomnienia. Na Ursynowie były wszystkiego dwa sklepy
          (początkowo jeden!), o kupieniu mleka czy śmietany po godzinie 12:00 w ogóle
          można było zapomnieć, w budkach warzywnych bywały lekko ziemniaki, podwiędłe
          marchewki i kapusta oraz ogórki kiszone i ohydny żur w butelkach. Kupienie
          pieczywa po 12:00 również było trudne.

          Pamiętam, że wychodziłam ze szkoły na przerwie obiadowej, żeby kupić coś na
          obiad, bo potem już nie można było dostać. Pamiętam, że po nieświeży chleb stało
          się w kilometrowej kolejce po kilkadziesiąt minut. Pamiętam, że trzeba było stać
          w kolejce po to, żeby mieć pawo wejść do sklepu z koszykiem!

          Pamiętam, że takie produkty, jak arbuzy, banany, pomarańcze czy grejpfruty
          pojawiały się w randze sensacji, wymagały długotrwałego stania w kolejce i
          bardzo szybko znikały. Można je było zjeść może 2 razy w roku.

          Zeby w tamtych czasach dobrze się odżywiać bezmięsnie, trzeba było mieszkać na
          wsi lub mieć tam rodzinę
      • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 13:32
        Ale Onion, ja nie twierdzę wcale, że wszędzie było beznadziejnie i nic się nie dało zjeść! Chciałabym tylko uwiecznić co większe głupoty i dziwactwa. A tych nie brakowało.
        Dla równowagi podam rzeczy dobre, za którymi tęsknię:
        Warzywa i owoce! Ówczesne warzywa w porównaniu z dzisiejszymi były pyszne, krojone ogórki pachniały w całym mieszkaniu, a pomidory miały intensywny smak. Rzodkiewka piekła w język, odmiany jabłek rozróżniało się swobodnie na oko i smak, węgierki w handlu bywały prawdziwe, z ciemnożółtym miąższem, od którego gładko odchodziły pestki, a nie tylko jakieś śliwki biłgorajskie, czy jak tam się toto nazywa - duże, kwaśne i bez zapachu. Dziś o to trudno, jabłka smakują tak samo, rzodkiewka i pomidory jakieś jałowe... Przy okazji siostra wyleczyła mnie szybko z mitu warzyw od drobnego hodowcy, z targu, że to niby zawsze lepsze i zdrowsze. A skąd, przyglądała się metodom hodowlanym i własnym okiem ujrzała, że tacy hodowcy chcą sprzedać jak najszybciej, walą oprysk za opryskiem a okresy karencji mają głęboko w d...
        Chleb bywał w wielu miejscach bardzo smaczny, za to świeży niestety trudno dostępny. Najlepszy sprzedawali na wsi, jeździłam tam na wakacje i rano w małym sklepiku były do nabycia okrągłe, wielkie, pyszne bochny. Dzisiejszy chleb z kolei często w smaku jest kiepski, za to błyskawicznie pleśnieje. Z trudem odzwyczaiłam się wpajanego latami szacunku do chleba i po prostu go wyrzucam.
        Wędliny, jeśli były, na pewno były lepsze niż dzisiejsze. Inna rzecz, że szynkę oglądałam od wielkiego dzwonu. Teraz większość wędlin jest "soczysta", czyli nastrzyknięta do wypęku solanką, po kilku dniach oślizła i nadaje się do wyrzucenia. Powoli przerzucam się na wędliny własnej produkcji - dziś kończę marynować schab, który po południu wyląduje w piekarniku, nadziany śliwkami. Nie muszę chyba pisać, że w były okresy, w których nabycie kilogramowego kawałka schabu było praktycznie niewykonalne.
        Złej kuchni w domu nie pamiętam, bo moja Mama gotowała znakomicie i z ochłapów też potrafiła zrobić coś dobrego. Święta to był zwykle czas rozkoszy kulinarnych, pysznego barszczu, uszek (grzyby zebrane we własnym zakresie), świetnie przyrządzonej rybki, sałatki jarzynowej, sernika, makowca i boskiego bigosu. Na świąteczny brak wędlin też nigdy nie narzekaliśmy - rodzina na wsi przerabiała przed świętami świńskie zwłoki i zawsze ktoś przyjeżdżał do miasta w przedświątecznym okresie i przywoził. Nie żerowało się na rodzinie, tylko płaciło oczywiście. Niezbyt dużo, za to znakomite - ciotki i wujkowie robili wędliny tradycyjnymi sposobami, od przypraw po wędzenie. Poza tymi kilkoma razami w roku zdobywało się wędlinki normalnie, czyli na kartki w ogonie.

        >Czy nasze dzieci są naprawdę uprzywilejowane pod względem dostępu do dobrego
        >jedzenia?
        Mimo wszystko - tak! Ja córce bez kłopotu i z wielką przyjemnością podaję banany, pomarańcze, gruszki i brzoskwinie. Ananasa świeżego ja widywałam tylko na obrazku. Specjalnie dla niej kupujemy królicze mięso. Mięso jakie jest, takie jest - ale jest! Nie je słodyczy, ale ma wielki wybór serków i jogurtów w każdym smaku. Kasz dla dzieci jest wielka liczba, a nie tylko dwie na krzyż. Mleko w różnych rodzajach (córka koleżanki musi pić specjalne, na receptę)... itd...
        • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 14:45
          Ależ ja tego tak nie odebrałam, tylko też mi się na wspominki zebrało, dla
          odmiany pozytywne.
          A w Jeżycjadzie mamy bardzo wyrazisty i zapewne prawdziwy opis z tej serii: "pod
          papierem upstrzonym przez muchy psuł się biały ser", błee.
        • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 06.02.09, 15:33
          > Dla równowagi podam rzeczy dobre, za którymi tęsknię:
          > Warzywa i owoce!

          Ja teraz też bez problemu rozróżniam gatunki jabłek po wyglądzie i zapachu. Bez
          problemu kupuję szempiony
    • ginny22 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 10:18
      Jestem rocznik'83 i wobec tego prawie nic nie pamiętam z PRLowskiej
      kuchni. Pamietam za to pierwsze w życiu frytki (w Łebie, miałam 4
      latka i do dziś nie jadłam nic tak dobrego ;)) i kuliste, wsciekle
      kolorowe gumy w długich paskach, przywożone z Węgier.
      Ze stołówki przedszkolnej nie pamiętam nic szczególnego, może
      gotowali dla odmiany nieźle?
      • metwoh Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 13:33
        Kasza w stołówce, obojętnie w szkole czy na uczelni zawsze była
        jedną wielką kluchą. Paskudztwo. Polubiłem kaszę dopiero kiedy sam
        zacząłem ją robić.
        A z kultowych PRLowskich produktów przypominam oranżadę w proszku,
        konsumowaną na sucho.
        • iskrzy_54 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 25.11.18, 15:57
          A z kultowych PRLowskich produktów przypominam oranżadę w proszku,
          konsumowaną na sucho.

          mniam, pyszulka:)
      • ayo2137 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.06.20, 12:33
        Gumy kulki? Też pamiętam, w kiosku były po 10 groszy sztuka. Twarde toto jak cholera, puste w środku, żucie wymagało silnych szczęk. Najczęściej trafiały się gumy zielone i niebieskie, więc bardziej pożądane (i podobno smaczniejsze) były te czerwone.
        No i w niektórych kioskach były gumy-papierosy.
    • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 16:21
      Dziewczyny już wczesniej obroniły postponowane ;-) ciasto z marchwii, ale ja tez
      się dorzucę - moja kolezanka piecze takie, pyszne, i zazwyczaj nie mówi, z czego
      jest, dopiero, jak juz goscie się pozachwycaja to puszcza parę. Kilka razy
      bowiem zetknęła się z tym, że jak ujawniła przepis przed konsumpcja, do
      konsumpcji nie doszło :-).

      Jak zwykle, gdy przeczytam cały watek na za jednym zamachem mam w głowie mętlik
      i masa rzeczy przychodzi mi do głowy, więc teraz poskaczę z tematu na temat :-))).

      Jeśli chodzi o to mięsiwo w każdym domu, to wydaje mi się, że nie tyle było to
      coś w rodzaju niewyrobienia kulinarnego, choć to też (pamiętam panikę, jaką
      wywołałam przechodząc na wegetarianizm we wczesnych latach 90-tych, dla mojej
      rodziny potrawy bezmięsne to były naleśniki i jajko sadzone z ziemniakami), ale
      to, że społeczeństwo "w kościach" miało przekonanie "bogaty człowiek=mięso na
      kazdy obiad". Pamiętam, że jak kiedyś, dawno temu w "Na przełaj" (kto jeszcze
      pamięta "Na przełaj"?) wydrukowano artykuł o wegetarianiźmie z przepisami byli
      ludzie, którzy dopatrywali się spisku - oho, chcą nas przekonac do niejedzenia
      mięsa, ciekawe, kto coś z tego będzie miał!

      Za to zgadzam się z Onion w kwestii tych nieruchliwych, objadających się
      chipsami chłopców. Mąż mi kiedyś zwrócił uwagę, jechaliśmy gdzieś i liczyliśmy
      szczupłe dzieci - większość był jeśli nie otyła to pulchna. Za moich czasów to
      była mniejszość, na klasowym zdjęciu z klasy 7 widzę jedną pulchną koleżankę...
      No, ale bywając u mojej mamy, która mieszka w wieżowcu na drugim piętrze widuję
      nader często jej sąsiada, 9-latka, który na to drugie piętro wjeżdża windą. To
      ja, matka dzieciom, z trzylatkiem i niemowlakiem, zazwyczaj wchodzę pieszo.
      Oczywiscie dziewięciolatek jada chipsy, pije colę, czas wolny spędza siedząc na
      ławeczce z kolegami (osiedle upstrzone placami zabaw i boiskami, dodajmy). O,
      jeszcze przypomina mi się, jak ze starszym synkiem (wtedy lat 1) jechałam do
      lekarza, a przede mną babcia pchała wózek z obywatelem z rok starszym, i
      przemawiała do niego "Dawidek zaraz dostanie colę". "Duzią!" domagał sie
      Dawidek. "Tak, dużą, dwulitrową". "Ja mje!" informował Dawidek. "Tak, calutką
      dla Dawidka...". I tak się zastanawiałam, czy rodzice dawidka o tym wiedzą?
      czywiście, zasadniczo Ananke ma rację, żywienie dzieci teraz jest o niebo
      łatwiejsze, a gotowanie przyjemniejsze, ale te lata posuchy zaowocowały również
      wysypem babć, cioć i rodziców, którzy, aby "osłodzić" dzieciom dzieciństwo
      pakują w nie wszystko to, czego sami nie mieli...

      A owsiankę uwielbiam (jako jedyną zupe mleczną, no, jeszcze manną też lubię, ale
      już nie tak) i robię sobie często jako łakoć ;-). W brytyjskim stylu - to znaczy
      taka, że się ją łyżka nakłada, nie nalewa :-))).
      • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 19:21
        W mojej klasie było kilka grubych osób, jak jest teraz - nie wiem, widuję i takie, i takie. A to, jak wyglądają nasze dzieci, w dużej mierze zależy od nas samych. Ja córce (niecałe 3 lata) w ogóle nie daję słodyczy. Nie zna smaku coli, a czekoladę jadła, jak trafiliśmy na kaszkę stracciatella z kawałkami czekolady. Zjadła zresztą bez entuzjazmu. Na deser zamiast cukierków chętnie dam jej Krwawy Mózg albo Czarcią Kupę (w sezonie), albo jogurty, albo owoce...
        Pewnie niektórych zastanawia, co to jest Krwawy Mózg i Czarcia Kupa - otóż Krwawy Mózg to rozkawałkowany banan polany zmiksowanymi truskawkami. Nazwa dość dokładnie opisuje wygląd, ale dziecko bardzo lubi :) Natomiast Czarcia Kupa to górka owocowego serka homo, oblana dokładnie zmiksowanymi jagodami. Widok kojarzy mi się ściśle, stąd nazwa.
        Swoją drogą, z perspektywy lat słodkości PRL-owskie oceniam jako koszmarne, z niewielkimi wyjątkami. Wyroby czekoladopodobne były fatalne. Prawdziwa czekolada droga. Pamiętam jakieś lody - Calypso? - czy jakoś podobnie się nazywały, małe kostki w niby-złotym papierku, z Murzynkiem, po których na podniebieniu zostawała gruda tłuszczu. Rozmaite oranżady, cytronety, mandarynki (napoje! nie owoce), co jedne to gorsze, z uczciwych soków pamiętam tylko Bobo-Fruty. Dropsy w niesamowicie niechlujnych opakowaniach, zawsze zlepione w jedną grudę, podobnie jak landrynki. Za luksusowe uchodziły galaretki w cukrze, moim zdaniem paskudztwo, choć niektórzy lubią ;)
        Dobre słodycze też bywały, niestety trudno dostępne i drogie, np. krówki, wiśnie i śliwki w czekoladzie, niektóre batoniki... czekoladki z 22. Lipca (tak przemianowali, gady, Wedla - pamiętacie? :)). Można było sobie do nich wypić wstrętną herbatę typu "Popularna" :p
        • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 19:57
          Cudowne nazwy!!!! Wypróbuję chętnie (przepisy, nie nazwy ;-), mam w domu
          owocowego wszystkożercę, który też nie zna smaku coli. Ani żadnego gazowanego
          napoju. Chociaz czekoladę jada od czasu do czasu).
          Słodyczowe wspomnienia PRL-owskie mam z grubsza podobne do twoich. Wyroby
          czekoladopodobne podobne były wyłącznie z wyglądu, a i to nie zawsze. I ciągle
          istnieją, niewykluczone, że jako słodycze typu "light", z reguły lightów nie
          jadam, poczestowano mnie czyms i zamarłam. Ten sam brak smaku i wrażenie
          śliskiego tłuszczu na podniebieniu. Lubiłam wafle "Harcerskie" (wiem, że nie ja
          jedna, kiedys się zgadalismy ze znajomymi i okazało się, że wszyscy sie
          zajadali) i takie drobne, brązowe cukiereczki, których nazwy nie pamiętam.
          Przyznam się, że do teraz kupuję czasem taki groszek i sprawdzam, czy to ten
          smak - ale nie trafiłam, jak dotąd :-). Natomiast nie znosiłam (i nie
          znoszę)galaretek i owoców w czekoladzie, mozliwie, ża natrafiłam na owoce w
          polewie czekoladopodobnej i mam taki uraz, że nie próbuję ponownie :-).
          • ding_yun Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 22:27
            Ja się urodziłam w 89 więc PRL znam już tylko z opowiadań. Poruszyła
            mnie natomiast kwestia wychwalanych tu przez niektórych zup
            mlecznych, mnie tym paskudztwem karmili jeszcze w przedszkolu i
            zerówce, czyli pare dobrych lat po zmianie ustroju. Pełen przekrój -
            kaszka manna, i ryż na mleku, i makaron z mlekiem, i owsianka, a
            wreszcie syf nad syfami czyli obrzydliwe, grudkowate i wielkie
            zacierki, które łyżką do buzi wpychała mi kucharka jak nie chciałam
            jeść. Teraz to by ją mozna było oskarżyć o znęcanie się, a te pare
            lat temu to była norma :) Powiedzcie mi proszę, co teraz dają
            dzieciom w przedszkolach (państwowych) na śniadania?
            • mika_p Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 22:58
              To samo.
              Znaczy, horror mojego stołówkowego dzieciństwa (szkolnego) to był obiad pt
              "jajko w sosie chrzanowym". Ze zdumieniem odnalalzłam je kilkanaście lat później
              w jadłospisie syna-przedszkolaka. Ja nie chodziłam do przedszkola, więc
              śniadaniowych doświadczeń nie mam do porównania.
              Ale leżałam na patologii ciąży kilka lat temu i kaszę jęczmienną na mleku dostałam.

              Z PRL pamiętam stanie w kolejce po arbuza, po kawę - jak rzucili. Pamiętam
              dekretowane przez mamę stanie w kolejce do mięsnego po powrocie ze szkoły, od 16
              zaczynała się sprzedaż, krótko wczesniej mama wracała z pracy.
              Niekulinarnie pamiętam, jak łaziłam z koleżanką po mieście i trafił się papier
              toaletowy, kupiłyśmy po chomoącie i w drodze powrotnej ludzie nas zaczepiali
              pytając "gdzie rzucili?".

              A z drugiej strony, pamiętam ten chleb z chrupiącą skórką. Czasami trafiałam na
              taki w sklepie na drugim końcu ulicy, zawsze obgryzałam piętkę i planowałam
              wprowadzenie do sprzedaży genialnego produktu - płaskiego chlebowego placka
              składającego się tylko ze skórki.
              Kilka razy fragmentarycznie asystowałam przy produkcji wiejskich wędlin -
              kręciłam maszynką, na której końcu był flak na kiełbasę, uczestniczyłam w
              rozpalaniu ognia w wędzarni, mieliłam mięso na pasztet 3 razy przez maszynkę.
              Osobiście zbierałam pokrzywy i kroiłam je na paszę dla kaczek; siekałam gorące
              kartofle dla świń ustrojstwem w kształcie litery S, sypałam ziarno kurom. Jajka
              zbierałam - nie tylko w kurniku, ale i w stodole.
              Nie miałam więcej niż 11-12 lat.
              Miejskie dziecko na wakacjach u babci na wsi.
              • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 06:19
                > A z drugiej strony, pamiętam ten chleb z chrupiącą skórką. Czasami trafiałam na
                > taki w sklepie na drugim końcu ulicy, zawsze obgryzałam piętkę i planowałam
                > wprowadzenie do sprzedaży genialnego produktu - płaskiego chlebowego placka
                > składającego się tylko ze skórki.

                Ooo, bratnia dusza :-)

                > Miejskie dziecko na wakacjach u babci na wsi.

                Och, też mam przepiękne wspomnienia z wakacyjnych wypadów do rodziny na wieś. I
                właśnie jedno chlebowe wspomnienie wiąże się z pobytem na wsi - to prawda, że
                chleb był co drugi dzień w sprzedaży, ale co to był za chleb! Ogromny, z
                błyszczącą skórką, miał zapach i smak.
                A poza tym, kulinarnie ze wsi pamiętam głównie to, co można było znaleźć do
                jedzenia pod gołym niebem - dziadek miał maliniak i sad. No i niestety zupę
                zwaną czerniną - kto wie, co to jest? Też wtedy jadłam.
                A nie miałaś ochoty podbierać świniom tych ich ziemniaków? Pachniały bosko. Ja
                miałam, ale jakoś się nigdy nie odważyłam.
                Jeszcze się tak zastanawiam, czy "jasność" moich wspomnień nie bierze się stąd,
                że moje wczesne dzieciństwo przypadło na epokę gierkowską, nędzne lata
                osiemdziesiąte to już czasy liceum, kiedy to człowiek zaczął zwracać się raczej
                ku innym przyjemnościom, życiu towarzyskiemu, co do otoczki którego nie ma się w
                tym wieku wielkich wymagań.
                • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 10:30
                  Czernina to zupa z kaczej krwi...na szczęście nigdy jej nawet nie widziałam.Też
                  mam wspomnienia ze wsi fajne-tam gdzie ja raz byłam(nie u rodziny,to było
                  gospodarstwo ludzi,których syn podczas internowania nabawił się jakiejś okropnej
                  choroby i babcia pomagała załatwiać leki dla niego.Stąd my-miejska dzieciarnia
                  mogliśmy pobyć trochę na wsi na ich zaproszenie)dla świń robiono specjalna paszę
                  z jakiegoś proszku wsypywanego do takiej mieszarki-zapach amoniaku w chlewiku
                  był zupełnie zbijający z nóg,ale uzależniający jednocześnie.Najbardziej z
                  jedzeniowych rzeczy pamiętam stamtąd niedzielny rosół-bardzo żółty i bardzo
                  tłusty.Ale najdziwniejsze wspomnienie związane z tym wyjazdem to ja,lat
                  12,siedzę na podłodze w jakiejś szopie i obrywam korzonki czy coś z jakichś
                  ziemniaków,czy czego innego,a na przeciwko mnie gospodarz(człowiek zamknięty w
                  sobie i nieśmiały),lat około 60,robi to samo i równocześnie opowiada mi historię
                  swojego życia(której nie pamiętam).
                  Moja rodzina na wsi zawsze po pierwszym dniu odpoczynku po podróży do
                  nich,zaganiała do pracy przy gospodarstwie,co było absolutną przyjemnością i
                  gwoździem programu.Tylko obiadów o nich nie lubiłam-wszelkiego rodzaju podroby
                  to było żelazne menu-już sam zapach skłaniała do ucieczki z "pokoju stołowego"
                  • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 12:03
                    No to jeszcze moje wiejskie wspomnienia:
                    Na wieś jeździłam w dzieciństwie co roku, w domu była nas trójka i na inne wakacje nie bardzo były pieniądze. Też pamiętam zapach ziemniaków dla świń :p Pomoc w gospodarstwie była normalna, więc dzieciaki zbierały codziennie warzywa w ogródku, w porze zbiorów owoce, plewiły pola - u cioci nie używało się herbicydów i takie na przykład buraki i ziemniaki plewiło się ręcznie, ogródek oczywiście też. Karmiło się kury i insze zwierzaki, wyprowadzało i palikowało krowy, oczywiście próbowało je doić także. Pomagaliśmy też w żniwach i zbiorach ziemniaków.
                    Kulinarne wspomnienia z wakacji na wsi mam wspaniałe. Warzywa hodowane były na nawozach naturalnych i pożerane codziennie w sporych ilościach. Jajka tylko od swoich kur. Chleb już opisywałam, był super, ogromny, okrągły i pachnący. Do mleka nikt mnie szczęściem nie przymuszał, brrrrr. Za to ciotka robiła własne sery (przy produkcji sera wynosiłam się z domu, ohydny zapach) i śmietanę, tę ostatnią w jakimś ustrojstwie do odwirowywania mleka. Chodziliśmy do lasu na grzyby i jagody, trafiały się poziomki i dzika morwa. Po powrocie zeżerało się przysmak światowej klasy, czyli kapelusze grzybków upieczone na blasze węglowej kuchni. Sosy z kurek albo prawdziwków to było coś fantastycznego, gęste i przepyszne. Ciotka, jak to na wschodzie kraju, piekła w chlebowym piecu drożdżowe wielkie pierogi z rozmaitym nadzieniem. W dniach pieczenia robiła także podpłomyki - pojęcia nie mam jak, to były płaskie przepyszne placki, posypane pod koniec pieczenia cukrem, który tworzył potem taką glazurę. Na co dzień jedzenie było zwykle proste, ale bardzo smaczne. Wędliny były w większości własnego wyrobu, zdaje się, że we wsi co jakiś czas ktoś przerabiał świnię na żarcie i sąsiedzi odkupowali część mięsa. Kury jak to kury, od czasu do czasu wyrok zapadał. Uczestniczyłam w wyrobie wędlin oczywiście, szynki i boczki robili dorośli, a my kręciliśmy maszynką do mięsa napychającą kiełbasy, mieszaliśmy nadzienie tych kiełbas, a najlepszy przysmak był późno w nocy, kiedy kończyło się wędzenie - pierwszy, gorący kawałek kiełbasy. Tak było u siostry Taty.
                    U sióstr mojej Mamy bywałam rzadziej, ale też - i kulinarnie można było również się podelektować - siostry otrzymały porządne, szlacheckie wychowanie :) i gotowały doskonale. Nic dziwnego, że i moja Mama gotowała świetnie, niestety nie zdążyłam się od niej tgo nauczyć. Jedna z sióstr słynęła z wypieków, zatrudniano ją na wszystkich weselach w kilku okolicznych wsiach, takiego drożdżowego placka nie jadłam nigdzie indziej. Druga z ciotek dla odmiany robiła znakomite wędliny, jakieś wymyślne rolady i inne przysmaki. Konsumowane również przeważnie na weselach, zaliczyłam takich wiejskich wesel pokaźną liczbę ;)
                    No i miód... kto wąchał ciepłe plastry miodu, nigdy nie zapomni tego zapachu... przy okazji dowiedziałam się, jak nieuczciwi bartnicy zabarwiali miód, bo ten ciemny był zwykle droższy.
                    Żałuję, że w życiu tak dużo się pozmieniało i mojej córki już raczej nie mam gdzie zawieźć na wieś...
                    • yowah76 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 17.08.08, 00:22
                      Mnie nikt do rycia w ogrodku nie pedzil, ale tez ja sie rwalam
                      bardziej do zywiny wszelakiej, wiec zbieralam jajka, wyganialam i
                      przyganialam krowy, doilam takze, pomagalam przy pracach polowych
                      wykonywanych kuniem itp. I owszem, jadlo sie czernine, skubalo
                      zarznieta kure i podgladalo swiniobicie... i przynajmniej czlowiek
                      wiedzial, skad jedzenie przybywa, a nie ze kura to sie nazywa tak
                      samo, jak to zwierzatko;)
                      • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 17.08.08, 12:40
                        Świniobicia nie podglądałam, ale widziałam bezgłowe, biegające kurczaki :-(
            • mama_kotula Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 15.08.08, 23:56
              >Powiedzcie mi proszę, co teraz dają dzieciom w przedszkolach >(państwowych) na śniadania?

              Wg relacji mojego syna zupa mleczna jest 2 razy w tygodniu, raz to są płatki śniadaniowe z mlekiem a raz typowa zupa mleczna (ryż na mleku, owsianka, kaszka manna, zacierki mniaaam) - obie młody wsuwa jak małpa kit, zresztą dzieci nie są zmuszane - kto zupy nie chce, ten nie je. Na zebraniu rodziców nauczycielki otwarcie powiedziały, aby nie dawać dzieciom nielubiącym zup mlecznych lewych zaświadczeń o alergii na mleko, bo wtedy poza niejedzeniem zup dziecko będzie na diecie całkowicie bezmlecznej, co wyklucza budynie, jogurty i mnóstwo innego dobrego żarcia.

              W pozostałe dni tygodnia są kanapki, jajecznica, sałatki jarzynowe.

              W ogóle dobre jedzenie mają w tym przedszkolu :DDDD
              No ale moje dzieci z gatunku tych, co pożrą wszystko (np. oliwki nadziewane tuńczykiem prosto łychą ze słoika, zagryzane sałatką śledziową), więc mogę mieć skrzywiony obraz :P
          • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 12:27
            Dodam, że do Czarciej Kupy nadaje się serek o sztywniejszej konsystencji, typu danonek. Inaczej się rozleje i nici z efektu ;)
        • carlissima Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 02:20
          Ha! W sumie glupi offtopik, ale chcialam powiedziec,ze ja jestem przykladem
          dzieciecia, ktore coca-cole i inne tego typu napitki zaczelo spozywac dopiero w
          liceum i bardzo sobie to chwali :) Owszem, nawet lubie chlusnac sobie w gardlo
          cola od czasu do czasu, ale nie jestem glupio przywiazana do marki i mysle,ze ma
          to pozytywne odbicie w stanie moich organow wewnetrznych. Niech zyja madre mamy! :)
          • mama_kotula Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 10:30
            > ja jestem przykladem dzieciecia, ktore coca-cole i inne tego typu
            > napitki zaczelo spozywac dopiero w liceum i bardzo sobie to chwali :)

            Nie wiem, jaki jesteś rocznik, ale podejrzewam, że spora grupa ludzi z tego
            forum należy do pokolenia, które coca-colę i inne tego typu napitki zaczęła
            spożywać około liceum - siłą rzeczy, bo wcześniej tego nie było w ogólnej
            sprzedaży :DDDD
            • carlissima Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 20:15
              hehe, rzeczywiscie glupio napisalam :) A coca-cole trzymala ode mnie z dala moja
              mama, nie system :)
              • croyance Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 11.10.08, 00:47
                Ja pierwszego batona zjadlam, jak mialam 14 lat ... byl to Snickers.
                A swoja droga, jestem chyba jedyna osoba na swiecie, ktorej od
                wielkiego dzwonu pozwalano pic ... ciepla Pepsi. Mama dolewala
                goracej wody, zebym sie nie przeziebila.
                • lezbobimbo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 12.10.08, 12:53
                  croyance napisał:
                  > Ja pierwszego batona zjadlam, jak mialam 14 lat ... byl to Snickers.

                  Gratuluje zdrowia :)
                  Ja w PRLu zajadalam Princessy i takie nadziewane batoniki od czasu do czasu
                  obecne w sklepach - ciemnoczekoladopodobne, z lejacym sie nadzieniem.. blogosc
                  to dla mnie byla :)

                  > A swoja droga, jestem chyba jedyna osoba na swiecie, ktorej od
                  > wielkiego dzwonu pozwalano pic ... ciepla Pepsi. Mama dolewala
                  > goracej wody, zebym sie nie przeziebila.

                  :-)
                  Czy mi sie wydaje, czy w któryms polskim serialu (40-latek czy Alternatywy 4)
                  byl motyw o ojcu, co robil rodzinie "zdrowotna zupe" wlasnego pomyslu - z coli i
                  kawalków jablka? :P
        • marajka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 13:59
          Co prawda jako rocznik 87 nic z czasów PRL nie pamiętam, ale
          przepisy nie skończyły się wraz z ustrojem;)
          Pamiętam domowy budyń(babcia) i kisiel(mama). Teraz tej leguminy do
          ust nie wezmę.
          Słodycze dostawałam, zgodnie z zasadą: wszystko jest dla ludzi. Z
          umiarem. Ale tylko "normalne":czekoladę, ciastka, wafle...Nigdy
          chipsy czy wściekle zielone żelki. Trochę współczuję dzieciom
          niejedzacym słodyczy, a trochę im zazdroszczę-nie wydadzą nigdy 5,50
          na paczkę Maltesers.
          Wracając do głównego wątku. Z początku lat 90` pamiętam ciepłe lody
          i wspomniane już napoje w folii, ze słomką. A mleczne zupki też
          były, pamiętam-lubiłam nawet przedszkolne. Ale najlepszą owsiankę
          robi moja babcia. Kropka.
    • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 01:13
      Jeszcze sobie przypomniałam. Były czasy, kiedy gałkowanych lodów praktycznie nie było, bywały tylko z maszyny. Zanim człowiek zeżarł górę, dół zaczynał kapać, najlepiej było brać w podwójnym waflu.
      W tym samym czasie lodów pakowanych w sklepach w ogóle nie było. Żeby mieć lody w domu, na elegancki deser na przykład, trzeba było poginać do lodziarni ze słoikiem, a potem galopem do domu, żeby się po drodze nie rozmroziły. Sprzedawali chyba na wagę.
      Jak się skończyły ogórki kiszone własnej roboty, a chciało się nabyć w warzywniaku większą ilość, np. na zupę, nie od rzeczy było przybyć ze słoikiem. Kwas z beczki dolewali gratis ;)
      Kto miał znajomości w mięsnym, to ohoho...
      Chrzan w słoikach chyba nie istniał za często, bo w pamięci mam zmagania z tarciem owego na balkonie. Kiedyś jak głupia powąchałam świeżo zrobiony, mocny chrzan. Nie polecam, mało się nie udusiłam.
      Niewiarygodne dziś, ale nawet mleko bywało na kartki (fajki i buty zresztą też, ale tego się nie jada, offtop :p)
      Kiedyś moja Mama dostała skądś większą ilość niezłych jabłek, do dziś pamiętam jak spieszyłyśmy się wracając z nimi do domu, przebierałam dziecinnymi nogami zdrowo, bo akurat trwał stan wojenny i zbliżała się godzina milicyjna.
      • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 01:16
        Ach i "lodziarnia" jest określeniem umownym, mogła być to rzeczywista buda, a mogło być miejsce, w którym akurat postawili maszynę do lodów. U nas kiedyś w lecie stała w mięsnym, bo dlaczego nie.
      • paszczakowna1 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 17.08.08, 01:16
        A czy jadalas, Ananke, (jako ze lublinianka jestes) tzw. 'szczypki'? Na
        odpustach i jarmarkach bywaly (ja jestem z W-wy, ale jezdzilam na letnisko pod
        Lubartow). Zasadniczo barwiony cukier, roznokolorowy, dlugosci jakis 10 zm,
        zawiniety w celofan, przypominajacy wygladem i faktura male polanko - stad chyba
        nazwa. Nie wiem, czy jeszcze bywaja...

        Moja mama mi to zawsze kupowala, bo miala sentyment z dziecinstwa. Jakos nie
        mialam serca jej powiedziec, ze moim zdaniem to paskudne jest.

        Pieczywo w Lublinie i okolicach zawsze dobre bylo. Dalej robia prawdziwe
        cebularze, z cista chlebowego? (W W-wie sie nie znaja zupelnie, cebularze przy
        duzej czujnosci mozna nabyc, ale bulkowate.)
        • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 17.08.08, 02:10
          Oczywiście, że jadałam :) Paskudztwo, przeważnie żółte albo różowe, lekkie i porowate. Kupowali mi to na wiejskich odpustach - jeszcze jedna wakacyjna atrakcja :p Z odpustów pamiętam też niby-jojo, czyli kulkę z grubej kolorowej folii czy czegoś podobnego, wypchaną trocinami, zaczepioną na gumce, wiatraczki do dmuchania, ohydne znaczki na szpilce z aktualnymi gwiazdami (najbardziej Limahl mi zapadł w pamięć, gość z blond szopą), jeszcze ohydniejsze pozłacane i posrebrzane precjoza i inne tego typu badziewie.

          Cebularze można było kupić, jak teraz, to już nie wiem, z Lublina wyjechałam blisko 4 lata temu...
          • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 17.08.08, 12:39
            Ach, wiatraczki! I pierścionki z oczkami w kolorze landrynek!
            Nie wiem, czy jakikolwiek zakup sprawił mi tyle przyjemności, co tamte.
          • yowah76 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 17.08.08, 19:38
            To ne=ie jojo, nie... to pilka do pacania byla;)
            • verdana Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 17.08.08, 21:59
              Alez to wszytko jeszcze jest! Chocby w drodze do ZOO w Warszawie.
              Jesli chodzi o mięso, to jedzono chyba wiecej. A. bo bylo tanie. B.
              bo nie bardzo było co innego - makaron rozgotowywał sie paskudnie,
              ryż był dobrem rzadkim, z fasoli tylko biała, z warzyw - owszem,
              dostatek, ale polowa tego co teraz (np. kukurydzy w puszkach nie
              było). papryka pojawila się w czasch Gomulki, baklazany nie gbyły
              znane, salata tylko tzw. masłowa,td.. Cytrusy były od swięta. Ser
              biały - raczej paskudny, choć na nalesniki mogł być. Olej -
              rzepakowy, smierdzacy w alym mieszkaniu.
              I ja tu mowie o czasach lepszego zaopatrzenia, nie "na kartki".
          • kebbe Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 18:40
            szczypki :) nadal do nabycia w Lubartowie, w największym wyborze w odpust Św
            Anny - 26.07 :)
            • idomeneo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 18:52
              a czy warszawska pańska skórka nie jest czasem lokalnym wariantem szczypki? To
              jest też taki lepiący się cukieras, do nabycia na straganach pod cmentarzami.
              • kebbe Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 19:11
                idomeneo napisała:

                > a czy warszawska pańska skórka nie jest czasem lokalnym wariantem szczypki? To
                > jest też taki lepiący się cukieras, do nabycia na straganach pod cmentarzami.
                o kurczę. no to mi zabiłaś ćwieka...bo mi pańska skórka jako żywo kojarzy się z wypiekiem do nabycia np na Starówce...;/
                • ginny22 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 19:22
                  A nienienie, pańska skórka to jest takie cóś, co jak wsadzisz do
                  dzioba, to go nie otworzysz potem przez kwadrans. Słodkie i lepkie,
                  sam cukier.
                  • kebbe Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 19:55
                    ginny22 napisała:

                    > A nienienie, pańska skórka to jest takie cóś, co jak wsadzisz do
                    > dzioba, to go nie otworzysz potem przez kwadrans. Słodkie i lepkie,
                    > sam cukier.
                    aha :) no to się, ginny, zgadzałoby. Sam cukier w spiralnej postaci, podbarwiony
                    dzikim kolorem :) (Z pozdrowieniami
                    PS odnośnie cebularzy [nigdy! cebulaków] na gruncie mym lokalnym (lubelskie):
                    ciasto (podobne jak na bułkę, ale przyprawione) + cebula (dużo) + mak (dużo).
                    Polecam :)
        • the_dzidka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 11:05
          > Pieczywo w Lublinie i okolicach zawsze dobre bylo. Dalej robia
          prawdziwe
          > cebularze, z cista chlebowego?

          Cebularze sa pyszne, czy z ciasta chlebowego to nie wiem, ale
          przepadłam dla nich :-)
        • kebbe Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 18:36
          SZCZYPKI!!!
          w Lubartowie do nabycie nadal, a z pewnością 26.07. - odpust Św. Anny! Zapraszam
          moje drogie!
        • aleska Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 30.09.08, 18:25
          Takie "polanka" sprzedają co roku na Wszystkich Świętych przed
          cmentarzem we Lwówku Śląskim. Co roku kupuję je wraz z całą moją
          rodziną - chociaż wszystkim średnio te słodycze smakują. Ale mamy
          taką listopadową tradycję.

          A tak w ogóle to witam i podrawiam. Podczytuję to forum z wielką
          przyjemnością:)
          • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 30.09.08, 20:38
            Witamy i pozdrawiamy. I pisać prosiemy :-).
    • mama_kotula Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 16.08.08, 22:48
      metwoh napisał:
      > Zgadza się. Była tylko pepsi, przynajmniej w Polsce pn, ale ponoć w pd. dla
      odmiany była coca cola.

      Nie wiem, czy to zależało od regionu, bo jestem z Polski południowej i pamiętam
      pepsi w szklanych dużych butelkach z białym napisem, ale nie pamiętam w którym
      to było roku - ale na bank jak byłam w podstawówce, bo kiedyś kupowałam taką na
      urodziny mojej siostry i zalałam sobie w reklamówce podręcznik do angielskiego,
      taki obrazkowy :PPP
      • anchema Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.11.18, 11:37
        to zależało od regiony, w PRL podzielono kraj między Colę i Pepsi

        "Nowe w dziejach związków Polaków i coca-coli przyszło wraz z rządem Edwarda Gierka. Wiosną 1971 roku do Polski przyjechali na negocjacje przedstawiciele The Coca-Cola Company (TCCC) z przedstawicielstwa w Rzymie. Umowę-porozumienie (m.in. na licencencyjne rozlewanie napojów na terenie PRL) ze strony rządowej podpisał Mieczysław Jagielski, ówczesny zastępca Prezesa Rady Ministrów. W tym samym czasie sukcesem zakończyły się starania Pepsi-Coli o uzyskanie licencji. Nastąpił podział Polski na strefy "wpływów" Coca-Coli i Pepsi-Coli: Pepsi-Cola "otrzymała" Gdańsk, Szczecin, Poznań, Łódź, Kraków i Wrocław, a później Żywiec, Tarczyn, Leżajsk i Białystok; Coca-Cola zaś - Warszawę, Zabrze i Tychy."
    • sir.vimes Dziwactwo pozytywne 18.08.08, 11:38
      z tym, że to schyłek PRL..

      Nie dało się kupić badziewnych serków homo, których teraz jest zatrzęsienie.

      jak serek był (a ja, może dlatego, ze byłam dziecięciem, braków serka sobie nie
      przypominam) - był świetny.

      teraz bez trudu mogę kupić 10 rodzajów serka homo - i porównaniu wszystkie są
      kiepskie...

      Ser żółty gumowy jest obecny także współcześnie, podobnie jak "blok serowy
      kanapkowy" i inne "cuda".

      Także jabłka - były. Różne, smaczne, porządnie opisane,. Teraz w Warszawie chyba
      tylko na wolumenie można takie dostać.

      A ciasta z marchwi są obecnie całkiem modne - i jak zwykle smaczne.



      • yowah76 Re: Dziwactwo pozytywne 18.08.08, 13:52
        Ha, w Lodzi jest przyzwoity serek homo, prawie taki jak za dawnych
        dobrych czasow. Robi go Lodzka Spoldzielnia Mleczarska, co wiele
        wyjasnia. I twarozek tez robia swietny, nie kulki w smietanie ale
        twarozek... drugi dobry twarozek jest z bylego PGR na Brusie.
        • sir.vimes Dzięki! 18.08.08, 13:58
          poszukam i sprawdzę

          :)
      • truscaveczka Re: Dziwactwo pozytywne 18.08.08, 14:19
        Spróbuj serka waniliowego z Augustowa :) Pycha! Nie taki klejuch, jak z innych
        mleczarni.
      • dakota77 Re: Dziwactwo pozytywne 18.08.08, 16:19
        Jestem przekonana, ze wciaz da sie kupic dokladnie te marke serka homo, ktora
        pamietam z dziecisntwa. Nazwy formy nie pamietam, choc ten produkt kupuje, ile
        razy mam ochote nas taki serek:-). Sentyment, ech.
        • sir.vimes No i gdzie to kupujesz???? ja szukam 18.08.08, 19:45
          od lat...
          • dakota77 Re: No i gdzie to kupujesz???? ja szukam 18.08.08, 21:45
            Mam nadzieje, ze nie wprowadzilam cie w blad i ze to jest to samo. Moze
            sprawdzaj w takich mniejszych sklepach z nabialem? Sama juz nie wiem, gdzie to
            moglam widziec? Moze w Zabce, ale kazda ZAbka ma inny asortyment, hmm..
      • ayo2137 Re: Dziwactwo pozytywne 24.06.20, 13:02
        No, za PRL ser żółty był niedrogi i łatwo dostępny (jak wiemy między innymi z "Kwiatu kalafiora", a teraz... szkoda gadać...
    • biljana Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 12:18
      Moje dziecinstwo przypadało na późne lata siedemdziesiąte i lata osiemdziesiąte, zatem mam co wspominać:)
      Moim najgorszym koszmarem kolonijnym (bo na stołówkę szkolną nie chodziłam) była przedziwna potrawa składająca się z ohydnego, rozgotowanego makaronu z białym serem.
      Nie znosiłam też serków topionych (teraz bardzo lubię, ale tamte były jakieś inne)i oczywiście kultowej potrawy wszystkich peerelowskich przedszkolaków - czyli papki ze szpinaku.

      Odnośnie zaopatrzenia w sklepach w warzywa i owoce, to pamietam że był duży wybór jabłek i były pyszne. Natomiast warzyw było mało i to raczej podstawowe... typu marchew, buraki, cebula. Ziemniaki były bardzo niedobre i moi rodzice przywozili na zapas całe worki "od chłopa" Potem trzeba było ganiać z wiaderkiem do piwnicy po ziemniaki na obiad...:)
      Mięso... my mieliśmy chyba "szczęście" bo moja mama pracowała w szpitalu na zmiany, więc gdy miała dni wolne, mogła polować w sklepach na różne "frykasy" które np. akurat rzucili. Często też rodzice kupowali mięso na wsi i potem tata trudnił się wyrobem np. kiełbas (!)Oczywiście na potrzeby naszej rodzinki:)
      Mama z babcią jakoś sobie radziły, aczkolwiek było to szalenie pracochłonne: często w domu były pierogi, kartacze, kopytka, parowce itp. No i moja mama codziennie gotowała pyszne, pożywne zupy.
      Wegetarianinem było byc raczej cięzko, a jeśli już to raczej takim "mącznym" niż "warzywnym" z powodu słabego wyboru warzyw...:)
      W ogóle byłam niejadkiem, więc raczej nie przywiązywałam dużej wagi do tego, czy mięso jest czy też nie.
      Toteż moje peerelowskie wspomnienia mniej wiążą się z jedzeniem, a bardziej ze zdobywaniem różnych niedostępnych przedmiotów codziennego użytku. Kiedyś np. zostałam bohaterką całej rodziny, bo upolowałam w papierniku (mój ulubiony sklep) cały sznur papieru toaletowego:) i dzielnie go dotaszczyłam do domu. Pamiętam, że potem miałam pręgi na szyi bo mi się sznurek wrzynał:)
      • paulina.galli Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 12:29
        biljana :
        >>>Moje dziecinstwo przypadało na późne lata siedemdziesiąte i lata
        osiemdziesiąte, zatem mam co wspominać:)

        Moje podobnie:):):)
        Pamietam szkolno-stołówkowe koszmary typu szpinak, kompocik (do dzis
        gwarantowany odruch wymiotny), jajecznica, zylaste miecho, kluski z truskawkami
        i bialym serem
        Apogeum ohydy zas byla taka dziwna drobna biala kaszka ktora zastygała i kroilo
        sie ja w kostke . Potem wrzucało np. do zupy i rozmiekała w tej zupie.
        Za cholere nie wiem co to moglo byc.... bo w moim rodzinnym domu nikt na taki
        szatanski pomysl zeby takim ohydztwem mnie karmic - nie wpadł.
        Danie bylo typowo stolowkowe (w przedszkolu)
        Z domowych "koszmarkow" pamietam rybe - niesmiertelne filety - kostki (z
        mintaja?:))oraz kurczaka.
        Samo w sobie niezłe ale serwowane tyle razy ze do dzis nie zjem kostkowego
        fileta a i za kurakiem pieczonym nie przepadam :)

        Ale pamietam tez fajne rzeczy:
        - oranżadę Ptyś (pyyycha!:))
        - pierwsza cocacola :) (ta w malutkiej kapslowanej szklanej buteleczce)
        - pyszne ziemniaki !!!
        - bardzo dobre pomidory pachnace i soczyste
        - kukurydze gotowana - ale nie ta słodka amerykanska ale taka ktora sie
        potwornie dlugo gotowala (ze 2 godz:)) ale byla pycha - chyba to taka pastewna
        dla swinek :)
        • mmaupa Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 13:35
          Ja pamietam troche mniej (rocznik '84), ale tez sie dopisze. Przedszkolne menu
          wspominam dosc pozytywnie, oprocz lazanek z grzybami (koszmar i powrot do domu z
          placzem), budyniu z soczkiem i kaszy manny stajacej w gardle. O dziwo moj brat i
          kasze i budyn pozeral bez protestow. Z kolei ja wypijalam na podwieczorek szesc
          kubkow mleka, bo nikt z mojego stoliczka mleka nie lubil.
          Poza przedszkolem byly gumy Donald z komiksem w srodku (do kolekcjonowania),
          cukierki na amen przyklejone do papierkow, suche herbatniki posypane cukrem,
          oranzadka w proszku na sucho, serek homogenizowany, zielone banany i kwasne
          pomarancze raz na rok, kolorowe gumy-kulki w plastikowym pasku...

          Kulinarnych achow i ochow nie pamietam, poniewaz mama i babcia (mimo ze
          szlachcianki :) ) uwazaly gotowanie za strate czasu - zreszta i tak bylismy
          niejadkami, wiec pewnie by sie ich wysilki na nas zmarnowaly. Obiady u drugiej
          babci - pozywne, wielodaniowe i niekonczace sie - docenilam dopiero po latach.
          • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 14:07
            Szpinak!!! Błee!!! A juz udało mi się wyprzeć z pamięci, wchodzę na forum i co?
            Trauma mi się odnowiła ;-). Moja siostra dopiero po wyjeździe do Włoch zaczęła
            jadac szpinak, ciężko zszokowana, że nie musi on przybierać postaci
            bezkształtnej brudnozielonej brei, przywozi tu masę przepisów, ale ja się i tak
            nie moge pzemóc. Jest nawet taka herbata japońska, która pachnie (moim zdaniem)
            szpinakiem, wskutek czego nie byłam w stanie jej przełknąć, choć była niezwykle
            wykwintna podobnież :-).
            A w ogóle to okres PRL-u obfitował dla mnie w liczne traumy kulinarne, byłam
            bowiem niejadkiem zmuszanym do jedzenia, a lubiłam z własnej nieprzymuszonej
            woli tylko kluski ziemniaczane i pierogi ruskie, do których to potraw produktów
            zawsze było pod dostatkiem :-))).
            A propos karmienia, Ananke, wykonałam deser według twojego przepisu (określiłam
            go "rozdyźdany mózg", bo zapomniałam, jaki ten mózg powiniem być według Autorki,
            a nie chciało mi sie do kompa lecieć i sprawdzać), sprawdził się nad podziw,
            dziękuje bardzo :-)!
            • biljana Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 14:11
              anutek115 napisała:

              > A w ogóle to okres PRL-u obfitował dla mnie w liczne traumy kulinarne, byłam
              > bowiem niejadkiem zmuszanym do jedzenia, a lubiłam z własnej nieprzymuszonej
              > woli tylko kluski ziemniaczane i pierogi ruskie, do których to potraw produktów
              > zawsze było pod dostatkiem :-))).

              o tototo, ja tak samo:) A najlepiej było żywić mnie wyłącznie kanapkami z
              dżemem, na co moi rodzice z jakichś nieznanych mi przyczyn nie chcieli się na
              dłuższą metę godzić. Nie rozumiem dlaczego, w końcu bardzo ekonomiczna byłam,
              nie? :)
              • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 14:15
                Mnie kanapkami z miodem :-). No i tymi kluskami też. A lekarz mojej mamusi
                zalecił przegłodzic mnie raz, żebym wszystko zaczęła jeść, jednakowoż dla mojeej
                mamy (kobiet z traumą posiadania nie jedzącego dziecka ;-)) "przegłodzić"
                oznaczało "nie wciskać jedzenia przez góra dwie godzinki", i z terapii nic nie
                wyszło...
                • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 14:25
                  Ja szpinaku nienawidziłam i nie cierpię nadal.Pamiętam jak mi nie pozwalano
                  obejrzeć Załogi G (czy jakoś tak) dopóki nie zjem szpinaku.Do dziś podchodzi mi
                  wszystko do gardła jak sobie to przypomnę.
                  A znał ktoś pyszne "draże mleczne"? Takie średniej wielkości, białe, smakowały
                  jakby mlekiem w proszku.Uwielbialiśmy je i zwane były w domu "suchymi
                  myszami",przez to,że często mama nam dawała po jednej z kieszeni a najpierw
                  długo w tej kieszeni trzymała dłoń i my się dopytywaliśmy co tam ma, na co
                  nieodmiennie padała odpowiedź "suchą mysz".Nie zniechęcało nas to jednak:)
                  A jeszcze pamiętam jak nie wiem skąd pojawiło się w kuchni coś niesamowicie
                  pachnącego, dziwne, żółtawe i o nieregularnym kształcie.
                  Pachniało tak mocno i niebiańsko że nie wytrzymałam i nadgryzłam toto, by się
                  przekonać że smak ma okropny i jest cierpkie. Mama była wściekła bo cudem
                  zdobyła gdzieś pigwę i jej drogocenną sztukę tak paskudnie napoczęłam...
                  • yowah76 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 23:05
                    Najlepsze to byly draze smietankowe, male, zolte i kruche; mleczne
                    SA, moze nie takie jak kiedys ale takze niezle. Jutrzenka je robi.
                    A krooowki z Milanowka, takie czekoladowe, plaskie? Te to wyginely
                    do szczetu...
                    • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 23:12
                      Krówki były cudowne-zwłaszcza te ciągnące się.Były też cukierki "mordoklejki",
                      alkoholizowane kukułki-te można jeszcze kupić, teraz to są ekskluzywne cukierki
                      w drogich sklepach "z tradycjami".A pamiętasz irysy?Uwielbiałam te z makiem
                      • yowah76 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 00:14
                        Iryski chyba tez jeszcze bywaja, raczej na takich stoiskach na wage.
                        A jak sie czlowiek wtedy cieszyl, jak sezamki rzucili;)
                        I byly jeszcze takie lizaki, troche grubsze od olowka - teraz bym
                        pewnie do ust nie wziela;) w ogole to czlowiek sie cieszyl z byle
                        czego i dobrze mu z tym bylo;)))
                        • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 00:19
                          Prawda, pamiętam jak w hali targowej kupowałam banana,na którego zbierałam przez
                          kilka dni grosze pozostałe z zakupów.To było święto,celebrowało się zjadanie z
                          należytym szacunkiem i w kompletnej ciszy,w miejscu ustronnym,by łakome
                          rodzeństwo nie zatruwało przyjemności konsumpcji błaganiem o choćby najmniejszy
                          kawałeczek:)
                          • biljana Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 10:09
                            A propos bananów, pamiętam jak w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych (mój
                            początek podstawówki mniej więcej) jeden kolega przyniósł do szkoły banana, a
                            potem go jadł na przerwie w klasie... reszta uczniów stała na przeciwko niego i
                            się patrzyła. A on jadł w ciszy:)
                            Potem było zebranie z rodzicami i zakaz przynoszenia tego typu niedostępnych
                            dóbr konsumpcyjnych do szkoły:)O ile ktoś miał.

                            Kolejne traumatyczne przeżycie dotyczy dla odmiany lizaków. Środek stanu
                            wojennego. Ja z mama w sklepie. Wszystko (łącznie z butami, zeszytami i wyprawką
                            dla niemowlęcia na kartki bądź na talony) A ja w ryk, bo mama nie mogła kupić mi
                            lizaka (takiego zwykłego, okrągłego białego z kwiatkiem) bo kartki na słodycze
                            się skończyły... brrr
                            • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 11:57
                              Czy być może, że chodziłaś do podstawówki z moją siostrą? Pewnie nie, bo mnie
                              się wydaje, że w jej opowiadaniu występowała pomarańcza jako do niedostepne
                              dobro konsumpcyjne, o ile dobrze pamietam... ale reszta się zgadza, łącznie z
                              zebraniem rodziców (w dodatku przyznam, że się z ideą tego zebrania nadal zgadzam).
                              Twoje wspomnienie dotyczące lizaków to z kole kalka mojego wspomnienia
                              dotyczącego irysów... Brrr, rzeczywiście...
                              • biljana Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 12:37
                                Moja podstawówka była na warszawskim Ursynowie (hehe a Pawełka ogólniak w
                                Poznaniu - wybaczcie głupie skojarzenie). Natomiast w roli niedostępnego dobra
                                konsumpcyjnego występował z całą pewnością banan.
                                Co do zebrania celem naświetlnia rodzicom (niektórym przynajmniej) problemu, to
                                też jestem za. Aż się dziwię, że moja wychowawczyni na taki pomysł mądry wpadła,
                                bo była to osoba pod wpływem której wracałam do domu (dziecko np. 9 letnie) i
                                wołałam do zdumionych rodzicieli że kocham partię, bo dzięki niej mamy w domu
                                pralkę i telewizor ;-)))))))
                                • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 13:20
                                  A no to faktycznie, nasza (moja i siostry) podstawówka była na toruńskim
                                  Rubinkowie. To znaczy, podstawówki, bo chodziłysmy do różnych :-). Czyli to, co
                                  nas spotkało, to było przezycie doświadczenia pokoleniowego :-))).
                                  Ja twierdziłam (też dziecko tak jakoś 9 letnie), że jakby był mecz Polska-ZSRR
                                  nie wiedziałabym, za kim kciuki trzymać :-))). Przerazony ojciec mnie na dobrą
                                  droge sprowadzał :-))).
                                  • biljana Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 14:00
                                    masz rację Anutek, doświadczenie pokoleniowe:) pokolenia dzieci stanu wojennego
                                    i okolic...
                                • paszczakowna1 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 15:57
                                  > Moja podstawówka była na warszawskim Ursynowie
                                  ciach!
                                  > Aż się dziwię, że moja wychowawczyni na taki pomysł mądry wpadła
                                  > ,
                                  > bo była to osoba pod wpływem której wracałam do domu (dziecko np. 9 letnie) i
                                  > wołałam do zdumionych rodzicieli że kocham partię, bo dzięki niej mamy w domu
                                  > pralkę i telewizor ;-)))))))

                                  Hmm, czy to aby nie ursynowska Sz P 81 byla (trojklasowa)? Ja taka pania
                                  dyrektor mialam. Ale w domu balabym sie cokolwiek cytowac, bo mama emocjonalnie
                                  reagowala. Jak mi w 1-szej klasie kazali czerwona flage na pochod 1-majowy
                                  zrobic, to nie dosc ze nie pomogla patyka wystrugac (ojciec pomogl, ale
                                  technicznie uposledzony w stopniu ciezkim byl, i flaga wyszla slabej jakosci),
                                  to jeszcze kazala to swinstwo schowac tak, zeby jej oczy na to nie padly. No i
                                  jak schowalam, to tak doskonale, ze chyba ze 12 lat pozniej (juz w III RP)
                                  znalazlam. A na pochod i tak dostalam anginy.

                                  Pani dyrektor zapisala takze cala szkole do TPPR (oczywiscie bez pytania
                                  kogokolwiek o zdanie). Jednakze chyba nigdy nie nalezalam, bo ani skladki nie
                                  zaplacilam, ani zdjecia do legitymacji nie dalam. Nawet nie z racji
                                  uswiadomienia politycznego (choc chyba bylam stosunkowo uswiadomiona), tylko
                                  wkurzylo mnie zapisywanie mnie gdziekolwiek bez mojej wiedzy i zgody.
                                  • biljana Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 16:33
                                    paszczakowna1 napisała:

                                    > Hmm, czy to aby nie ursynowska Sz P 81 byla (trojklasowa)? Ja taka pania
                                    > dyrektor mialam.

                                    Nie, to była też trójklasowa ale 310ka :)
                                    Ale panią dyrektor (która z reszta uczyła nas, o zgrozo, polskiego) miała
                                    identyczną. Myślę sobie, że może te dyrektorki w czasach stanu wojennego, na
                                    rzekomo inteligenckim a więc politycznie niepewnym Ursynowie, wszystkie były
                                    takie same? Dobierane z klucza ? Ale kurcze, przecież to były pierwsze lata
                                    podstawówki! Nie żadni tam niepokorni licealiści:)tylko małe dzieci...
                                    Do TPPR w prawdzie nie byłam przymusem wcielona ale za to pamiętam inne "kwiatki".
                                    Np. jak umarł Breżniew czy też Andropow (już nie wiem, bo oni tak jakoś po kolei
                                    się przenosili do wieczności:) to zwolnili nas z lekcji! I żałoba była! Czarne
                                    flagi i tym podobne. Były też paczki świąteczne z ZSRR, pamiętam taki fajny
                                    plastikowy zegar, który w środku miał ruble z czekolady:). Kwestię paczek pani
                                    dyrektor podsumowała komentarzem, że dzięki ZSRR mamy czekoladę ;(
                                    No i różne pogadanki na tematy historyczne o wielkości radzieckiego żołnierza,
                                    braterstwie broni i przewodniej roli partii... ech
                                    Na szczęście w domu miałam odtrutkę:)
                                    • idalialemirowska Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 09.02.09, 14:05
                                      "No i różne pogadanki na tematy historyczne o wielkości radzieckiego żołnierza,
                                      > braterstwie broni i przewodniej roli partii... ech"

                                      "Dzień Zwycięstwa,maj zielony
                                      białe pachną bzy.
                                      Dziadek usiadł zamyślony
                                      wspomniał wojny dni.

                                      Jak z radziecką armią sławną
                                      w bój na wroga szedł.
                                      Działo się to tak niedawno
                                      A zda się że wiek

                                      Jak miał Miszę-towarzysz
                                      Co w okopach padł...
                                      Można było z takim Miszą
                                      zawojować świat.

                                      Dzień Zwycięstwa,maj zielony
                                      białe pachną bzy.
                                      Dziadek usiadł zamyślony.
                                      Wspomnij z nim i ty..."

                                      To tak trochę nie na temat,bo nie o kulinariach a le a propos dzielnej
                                      Armii.Pamiętam i ciepłe lody i oranżadę w proszku,herbavit, pierniki
                                      pt."katarzynki lubuskie lukrowane"-najczęściej twarde jak kamień.Trzeba je było
                                      odłamywać a potem długo trzymać w buzi żeby dało się przełknąć.A kto pamięta
                                      watę cukrową? Ostatnio jadłam ją w centrum rozrywki typu wesołe
                                      miasteczko-we...Włoszech.Miejscowość nazywa się Carrara Avenza.Oczywiście
                                      kupiłam od razu-zemdliło mnie od tej słodkości jak za czasów dzieciństwa.
                                      • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 10.02.09, 22:17
                                        > A kto pamięta
                                        > watę cukrową? Ostatnio jadłam ją w centrum rozrywki typu wesołe
                                        > miasteczko-we...Włoszech.

                                        A ja nie tak dawno temu we... Wrocławiu :p jeszcze bywają sprzedawcy waty
                                        cukrowej, acz rzadko.
                                        • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 10.02.09, 22:35
                                          Zgadza się, we Wrocławiu w lecie watę cukrową, białą albo różową, sprzedaje pan
                                          na Wyspie Słodowej. Urządzenie do wytwarzania tej waty pamięta jeszcze czasy
                                          popularności tego przysmaku dla szczególnych amatorów:)
                                          • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 10.02.09, 22:58
                                            kaliope3 napisała:

                                            > Zgadza się, we Wrocławiu w lecie watę cukrową, białą albo różową, sprzedaje pan
                                            > na Wyspie Słodowej. Urządzenie do wytwarzania tej waty pamięta jeszcze czasy
                                            > popularności tego przysmaku dla szczególnych amatorów:)

                                            Mimo kupy lat na karku kocham watę cukrową. Do tego stopnia, że rodzina nabyła
                                            mi pod choinkę mini-urządzonko do wytwarzania takowej :)

                                            Cóż poradzę, lata PRL-u zostawiły mi trwałą bliznę na psychice. Na widok waty
                                            cukrowej dostaję nawrotu do dzieciństwa...
                                          • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 11.02.09, 12:54
                                            > Zgadza się, we Wrocławiu w lecie watę cukrową, białą albo różową, sprzedaje pan
                                            > na Wyspie Słodowej.

                                            Ja jadłam pod pergolą. Zimno było, ale nie pamiętam, wiosna czy jesień.
                                          • filifionka-listopadowa Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 29.03.09, 19:41
                                            kaliope3 napisała:

                                            > Zgadza się, we Wrocławiu w lecie watę cukrową, białą albo różową, sprzedaje pan
                                            > na Wyspie Słodowej. Urządzenie do wytwarzania tej waty pamięta jeszcze czasy
                                            > popularności tego przysmaku dla szczególnych amatorów:)

                                            Poznań również możne stanowić mekkę dla koneserów tego przysmaku. Latem jeden,
                                            równie zabytkowy Pan tworzy te obłoczki w celach komercyjnych. Swego czasu
                                            zaprzyjaźniłam się z nim na tyle ,ze watę robiłam sobie sama. Podczas
                                            różnorakich jarmarków czy innych Kaziuków liczba wytwórców wzrasta do dwóch,
                                            ponoć czasem trzech.
                                            • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 29.03.09, 19:55
                                              A moja siostra jak miała kilka lat i mama chciała jej taką watę kupić, tak się
                                              tej waty wystraszyła,że dostała spazmów i histerii :)
                                              • jota-40 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 30.03.09, 12:11
                                                Kulinarnym dziwactwem był dla mnie fakt, że w latach 70-tych, przy ogólnie
                                                przaśnym charakterze zaopatrzenia, pojawiło się mnóstwo przepysznych produktów,
                                                których już nigdy później nie widziałam - jak wspominane tu już
                                                pomarańczowo-mleczne czekolady. Albo konfitury figowe, bodajże bułgarskie.
                                                Podobnie w latach 80-tych, na tle ogólnej żenady i braku czegokolwiek kupowało
                                                się za jakieś grosze fenomenalne grejpfruty z Kuby - gigantyczne i nieopisane w
                                                smaku! Żyłam tym przez połowę zimy. Ale były w sklepach tylko jeden sezon (widać
                                                jakaś interesująca wymiana barterowa - my im lokomotywy, oni nam - cytrusy),
                                                chyba w '85 albo '86 ;)).
                                                Te szyszki z płatków owsianych to ja czasem tez wykonywałam własnoręcznie. I
                                                robiło się takie z ryżu dmuchanego, klejonego rozpuszczonymi krówkami ;).

                                                Nie powinnam narzekać, bowiem miałam (i mam do dziś zresztą) olbrzymią rodzinę,
                                                która solidarnie się wspierała, mając tzw. dojścia: znajomi na wsi, wuj
                                                pracujący przy stawach rybnych, kuzynka w sklepie mięsnym...
                                                Jeśli idzie o napoje, na przykład - to uwielbiałam owe, potajemnie kupowane,
                                                oranżady w proszku (zżerane na sucho) - natomiast nie trawiłam słynnych soczków
                                                Dodoni w puszkach. I słusznie, bo musiało to być okropne świństwo ;).
                                                • bupu Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.11.18, 12:57
                                                  jota-40 napisała:

                                                  > Kulinarnym dziwactwem był dla mnie fakt, że w latach 70-tych, przy ogólnie
                                                  > przaśnym charakterze zaopatrzenia, pojawiło się mnóstwo przepysznych produktów,
                                                  > których już nigdy później nie widziałam - jak wspominane tu już
                                                  > pomarańczowo-mleczne czekolady. Albo konfitury figowe, bodajże bułgarskie.
                                                  > Podobnie w latach 80-tych, na tle ogólnej żenady i braku czegokolwiek kupowało
                                                  > się za jakieś grosze fenomenalne grejpfruty z Kuby - gigantyczne i nieopisane w
                                                  > smaku! Żyłam tym przez połowę zimy.

                                                  Za to dla odmiany kubańskie pomarańcze stanowiły zgrozę. Zielone, w pancernej, grubaśnej skórze i włókniste jak broda Fidela Castro.
                                                  • tt-tka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 25.11.18, 18:09
                                                    bupu napisała:

                                                    >
                                                    > Za to dla odmiany kubańskie pomarańcze stanowiły zgrozę. Zielone, w pancernej,
                                                    > grubaśnej skórze i włókniste jak broda Fidela Castro.

                                                    A ja je lubilam ! byly prawie bez soku, za to slodsze niz te zwykle, a skorke sie podsuszalo i wrzucalo do szafy/szuflady, potem przyodziewek pieknie pachnial :)
                                            • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 30.03.09, 15:16
                                              > kaliope3 napisała:
                                              >
                                              > > Zgadza się, we Wrocławiu w lecie watę cukrową, białą albo różową, sprzeda
                                              > je pan
                                              > > na Wyspie Słodowej. Urządzenie do wytwarzania tej waty pamięta jeszcze cz
                                              > asy
                                              > > popularności tego przysmaku dla szczególnych amatorów:)
                                              >
                                              > Poznań również możne stanowić mekkę dla koneserów tego przysmaku. Latem jeden,
                                              > równie zabytkowy Pan tworzy te obłoczki w celach komercyjnych. Swego czasu
                                              > zaprzyjaźniłam się z nim na tyle ,ze watę robiłam sobie sama. Podczas
                                              > różnorakich jarmarków czy innych Kaziuków liczba wytwórców wzrasta do dwóch,
                                              > ponoć czasem trzech.

                                              I Legionowo - wystarczy w święto zmarłych wybrać się pod cmentarz. Swoją drogą,
                                              co roku zastanawiam się, kiedy w tym miejscu i czasie znajdzie się jeszcze
                                              karuzela :-/
                                              • ding_yun Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 30.03.09, 16:08
                                                onion68 napisała:

                                                > I Legionowo - wystarczy w święto zmarłych wybrać się pod cmentarz. Swoją drogą,
                                                > co roku zastanawiam się, kiedy w tym miejscu i czasie znajdzie się jeszcze
                                                > karuzela :-/

                                                Przypomina mi się taki jeden z frywolitkowych felietonów MM w którym obnaża ona
                                                niedoskonałości gotowych wypracowań z bryków. W jednym z nich znalazła
                                                streszczenie przebiegu Święta Zmarłych. Opisywał on stragany ustawione dookoła
                                                cmentarza - z watą cukrową, balonikami etc właśnie. MM skomentowała to zdaniem
                                                "Nie masz to jak znicz z barwnym balonikiem pospołu. To ożywia atmosferę".
                                                Nieodmiennie co roku wygłaszam sobie pod nosem to zdanie, marznąc na którymś z
                                                cmentarzy.

                                                Kolorową watę cukrową sprzedawali też namiętnie w dni świąteczne w Łodzi pod
                                                katedrą. Moja kuzynka po spałaszowaniu takiego błękitnego mogła kręcić teledysk
                                                do piosenki "I'm blue".
                                                Swoją drogą, co to musi być za parszywy barwnik co daje taki farbkowy kolor.
                                                • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 30.03.09, 20:02
                                                  E tam, nie marudźta. To święto zawsze było bardzo pozytywne i wbrew wszelkim
                                                  ponurym modłom raczej radosne
                                                  • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 30.03.09, 20:07
                                                    > Swoją drogą, większą nawet zgrozą napełniają mnie znicze w kształcie Jana Pawła
                                                    > ,
                                                    > niż ta wata cukrowa i obwarzanki...

                                                    Muszę powiedzieć, że mnie jednak potrzeba jedzenia świństw pod bramą cmentarza
                                                    trochę zgrozą napawa...zapewne, irracjonalnie, skoro jest tradycja styp po
                                                    pogrzebach.
                                                    Może bardziej chodzi o jarmarczność, i tu, owszem, wszelkie "bozie" też się łapią.
                                                  • kkokos Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 30.03.09, 20:38
                                                    nessie-jp napisała:

                                                    > E tam, nie marudźta. To święto zawsze było bardzo pozytywne i wbrew wszelkim
                                                    > ponurym modłom raczej radosne
                                                  • jota-40 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 31.03.09, 08:40
                                                    Mnie też wata cukrowa i inne jarmarczne historie przed cmentarnymi bramami nie za bardzo przeszkadzają. Wręcz smutno byłoby bez nich - moje dzieci chyba by pękły z oburzenia, gdyby przyszło im zrezygnować z pańskiej skórki!!... Co do meksykańskich obyczajów - to kto wie - pamiętacie, jak ciepło było 1 listopada w zeszłym roku? ;)
                                                    Nie mogę natomiast zdzierżyć grających idiotyczną muzyczkę lampionów. Wybitnie przykra mania.
                                                  • the_dzidka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 31.03.09, 11:17
                                                    > Nie mogę natomiast zdzierżyć grających idiotyczną muzyczkę
                                                    > lampionów.

                                                    Słuchajcie, może Wy mi powiecie: to prawda z tymi zniczami, ktore
                                                    graja "Wstan, powiedz nie jestem sam..." Ich Troje?
                                                    Bo ja to zawsze miałam za głupie żarty, ale?...
                                                  • jota-40 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 31.03.09, 12:30
                                                    Wszystko możliwe ;), ale jeśli to prawda, na miejscu lidera zażądałabym opłat
                                                    wynikających z prawa autorskiego.
                                                    Mega-znicz, który grał nieopodal grobu stryja popiskiwał akurat "Cichą noc". Tak
                                                    czy owak - koszmar.
                                                  • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 31.03.09, 16:31
                                                    > graja "Wstan, powiedz nie jestem sam..." Ich Troje?

                                                    Popytam pod cmentarzem Bródnowskim w tym roku, jeśli uda mi się nabyć, to
                                                    zrelacjonuję na forum... :)

                                                    I pomyśleć, że moja babcia uważała (25 lat temu), że biało-czarne papierowe
                                                    chorągiewki ("Wieczne odpoczywanie" itepe) wtykane w znicze są w bardzo złym
                                                    guście i w ogóle, co za upadek obyczajów...
                                                  • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 31.03.09, 17:04
                                                    > I pomyśleć, że moja babcia uważała (25 lat temu), że biało-czarne papierowe
                                                    > chorągiewki ("Wieczne odpoczywanie" itepe) wtykane w znicze są w bardzo złym
                                                    > guście i w ogóle, co za upadek obyczajów...

                                                    Miała rację :-)
                                                  • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 31.03.09, 17:29
                                                    Ach, jak sobie pomyślę, co by powiedziała na widok zniczy we wściekle wesołych
                                                    kolorkach (żółciutkie! zielone! fioletowe! różowe! czerwone! pomarańczowe!
                                                    ultramaryna i jasny błękit!) oraz niespecjalnie cmentarnych kształtach (jaja
                                                    wielkanocne malowane w bazie, mikołaje z zadzierżystym uśmiechem, blade jany
                                                    pawły, chińskie lampiony, ufo...)

                                                    Coraz trudniej kupić te stare, otwarte znicze w glinianych miseczkach z grubym
                                                    knotem zalewanym zwykłą parafiną.
                                                  • ding_yun Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 31.03.09, 17:51
                                                    nessie-jp napisała:

                                                    > Ach, jak sobie pomyślę, co by powiedziała na widok zniczy we wściekle wesołych
                                                    > kolorkach (żółciutkie! zielone! fioletowe! różowe! czerwone! pomarańczowe!
                                                    > ultramaryna i jasny błękit!) oraz niespecjalnie cmentarnych kształtach (jaja
                                                    > wielkanocne malowane w bazie, mikołaje z zadzierżystym uśmiechem, blade jany
                                                    > pawły, chińskie lampiony, ufo...)
                                                    >
                                                    > Coraz trudniej kupić te stare, otwarte znicze w glinianych miseczkach z grubym
                                                    > knotem zalewanym zwykłą parafiną.
                                                    >

                                                    Ja też takie najbardziej lubię. Ale postawić taki znicz to nie honor, bo one są najtańsze i zaraz ciotki i sąsiadki powiedzą, że na zmarłym oszczędzamy :P

                                                    Co to jarmarcznych dewocjonaliów to najpiękniejsze perełki są pod Jasną Górą. Uwielbiam buteleczki na wodę święconą w kształcie Maryi, z odkręcaną główką (w wersji lajtowej - odkręcaną koroną) oraz takie obrazki, które podłącza się do prądu i one wtedy mrygają jak lampki choinkowej tysiącem barw. Ot, na przykład Jezus na krzyżu w otoczeniu pulsującej na srebrno tęczy. Cud miód. Wśród tych różnych akcesoriów walają się chińskie zabawki (głównie akustyczne, żeby dzieci mogły robić pieroński hałas tuż pod sanktuarium). Można kupić też wizerunek Żyda liczącego pieniądze (to przynosi powodzenie w domowych finansach).P Popieram - walczmy z antysemityzmem.
                                                    OT: fascynuje mnie, co dzieje się z datkami, które ludzie dają na Jasną Górę - tam nie ma nawet porządnej toalety. Zawsze się tam stoi w kolejce i wchodzi zatykając nos i podwijając nogawki spodni (niekoniecznie jednocześnie). A może Matka Boska Częstochowska jest już passe i teraz się daje na Licheń i świątynię Opatrzności Bożej w Wilanowie? Coś się słabo braciszkowie starają, jadą na opinii od czasu Potopu Szwedzkiego, a tu świat poszedł do przodu i PR trzeba budować.
                                                    Nie musicie się koniecznie do tego ustosunkowywać, chciałam wylać żale :))
                                                  • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 07.04.09, 14:26
                                                    > Co to jarmarcznych dewocjonaliów to najpiękniejsze perełki są pod Jasną Górą. U
                                                    > wielbiam buteleczki na wodę święconą w kształcie Maryi, z odkręcaną główką

                                                    No to jest hardcore jakich mało... :)
                                                  • klymenystra Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 07.04.09, 16:32
                                                    Ja bylam w szoku, jak chcialam wziac prysznic przy Domu Pielgrzyma w
                                                    Czestochowie (spalam pod namiotem, jezdzilam stopem i bylam brudna strasznie :))
                                                    i okazalo sie, ze jest platny... Znaczy - kazdy pielgrzym musi miec kase.
                                                    A zeby chociaz tam czysto bylo...
                                                • alitzja jak zwykle się wtrącę offtopowo 30.03.09, 20:21
                                                  ding_yun napisała:

                                                  > Przypomina mi się taki jeden z frywolitkowych felietonów MM w
                                                  którym obnaża ona niedoskonałości gotowych wypracowań z bryków. W
                                                  jednym z nich znalazła streszczenie przebiegu Święta Zmarłych.

                                                  Eeee... a co powiedzieć o autentycznym sprawozdaniu z wyjazdu do
                                                  obozu w Oświęcimiu, w którym najważniejszą informacją było to, że
                                                  koleżance autorki pracy cały czas chciało się siku?
                                                • kkokos Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 30.03.09, 20:33
                                                  Moja kuzynka po spałaszowaniu takiego błękitnego mogła kręcić teledysk
                                                  > do piosenki "I'm blue".
                                                  > Swoją drogą, co to musi być za parszywy barwnik co daje taki farbkowy kolor.
                                                  >

                                                  jeśli daje podobne efekty co lody smerfowe - od 10 lat z mniejszym lub większym
                                                  natężeniem przebój nadmorskich "kurortów" - czyli wściekle niebieską kupę, to
                                                  nie ma się czym martwić. jak to zobaczyłam u trzylatka, byłam przerażona, ale
                                                  lekarz powiedział, że znacznie gorzej byłoby, gdyby ten barwnik został w
                                                  organizmie :)

                                                  przepraszam za skatologię, ale tylko częściowo OT :)
            • dakota77 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 16:17
              Anutku, moj maz tez z dziecinstwa wyniosl przekonanie, ze szpinak to taka
              obrzydliwa breja, a potem sie przekonal, ze wcale nie musi tak byc i dzis
              szpinak uwielbia:-). Ja zawsze lubilam.
        • paszczakowna1 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 00:37
          > Apogeum ohydy zas byla taka dziwna drobna biala kaszka ktora zastygała i kroilo
          > sie ja w kostke . Potem wrzucało np. do zupy i rozmiekała w tej zupie.
          > Za cholere nie wiem co to moglo byc.... bo w moim rodzinnym domu nikt na taki
          > szatanski pomysl zeby takim ohydztwem mnie karmic - nie wpadł.

          Prawdopodobnie kasza manna (mozna tez z krakowska). Ja nawet bym lubila (jako
          dziecko lubilam, ale ja lubilam wszystkie kasze), gdybym jadala rosol.

          > - oranżadę Ptyś (pyyycha!:))

          A tak, Ptys byl swietny. Ciekawe, czy teraz by tez smakowal...
        • k_linka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 24.08.08, 21:59

          > Apogeum ohydy zas byla taka dziwna drobna biala kaszka ktora zastygała i kroilo
          > sie ja w kostke . Potem wrzucało np. do zupy i rozmiekała w tej zupie.
          > Za cholere nie wiem co to moglo byc.... bo w moim rodzinnym domu nikt na taki
          > szatanski pomysl zeby takim ohydztwem mnie karmic - nie wpadł.





          Grysik ugotowany w malej ilosci wody, wg mnie pyszny w rosole, oczywiscie w
          wersji nierozmoknietej!
        • turzyca Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.04.09, 20:19
          > Apogeum ohydy zas byla taka dziwna drobna biala kaszka ktora zastygała i kroilo
          > sie ja w kostke . Potem wrzucało np. do zupy i rozmiekała w tej zupie.

          No prosze, umiarkowany kontakt z stolowkami PRL-u dal mi jedno z milszych odkryc
          kulinarnych doroslego zycia. W Niemczech jada sie Grießklöschensuppe czyli zupe
          z kluskami z grysiku. Musi byc porzadny grysik, nie kasza manna, zagotowuje sie
          to z dodatkiem mleka i ew. jajka, doprawia sensownie w tym galka muszkatalowa,
          gotuje w zupie. Mniamusne.
          Drugim wariantem jest taki, gdzie sie te mase wylewa na talerz, jak sie zwiaze,
          to kroi w kawalki i dorzuca do zupy. Tez dobre.

          Za to grysiku luzem w zupie nie lubie.
          • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.04.09, 20:56
            Właśnie nabyłam i czytam "Przez dziurkę od klucza" Siesickiej i tam przepis na
            kluski z kaszy też jest. Nie wzbudził on we mnie większych negatywnych emocji,
            za to przy przepisie na serdelową w sosie pomidorowym omal nie pojechałam do
            Rygi - składniki to serdelki, koncentrat pomidorowy, cebula - ok, jeszcze ok -
            oraz smalec! i mąka pszenna!
            Cóż, jadłospis Borejków za nocy komunizmu wydaje mi się jednak o wiele bardziej
            przyjazny. Może dlatego, że będąc niezaradnymi, wcinali głównie nabiał.
      • yowah76 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 13:55
        No co wy z tym szpinakiem, mnie przez 3 lata w przedszkolu raz to
        dali. A makaron z serem akurat lubilam;) A takiej owsianki jak z
        duzego gara na kolonii w domu zrobic sie tez nie da...
        • biljana Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 14:08
          yowah76 napisała:

          > No co wy z tym szpinakiem, mnie przez 3 lata w przedszkolu raz to
          > dali.

          ha no widzisz, u mnie w przedszkolu najwyraźniej bywał częściej, bo wiąże się on
          z traumą mojego dzieciństwa:) Pamiętam jak ukrywałam nieszczęsny szpinak to pod
          ziemniakami, to w kubku z kompotem i niestety raz zostałam przyłapana:) i
          publicznie napiętnowana za ten ohydny czyn:)
          • paulina.galli Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 15:23
            A u nas w przedszkolu bylo tak ze jak sie dostawalo "drugie danie" to zwykle
            byly tam: ziemniaczki (w postaci puree) , miesko (czesto konystencji zelówki) i
            coś zielonego (czesto ten nieszczesny szpinak albo "pyyyszna" surówka - blech)
            No i byla taka "zasada" ze trzeba bylo zjesc wszytko - tzn miesko i zieleninke a
            ew. mozna bylo te nieszczesne ziemniaczki puree zostawic.
            Ponieważ puree bylo jedyna rzecza jaka mozna bylo strawic - jako madre dzieci
            wymyslilismy sposob :):):)
            Zjadalismy puree zostawiajac jego niewielka ilosc - mieso i zielone
            uklepywalismy na malownicza kupke po czym pracowicie oblepialismy z zewnatrz
            pozostalym pureee.
            Efekt koncowy - kopa niezjedzonych ziemniakow ktora "oficjalnie"mogla zostac nie
            zjedzona i odniesiona do kosza w stolowce :):):)
        • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 14:10
          Próbuj, próbuj... ja juz wypróbowałam z dziesięć rodzajów płatków, by uzyskac te
          idealna kleistość...
          • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 14:12
            Biljana pisała ze mną jednoczesnie i teraz wyszło, że radzę próbować gotować
            szpinak z płatków do stanu idealnej kleistości...
            • limotini Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 18:05
              Nawet gorzej :)
              Wyszło, że radzisz próbować, że kupki z puree ukrywające szpinak uzyskają
              idealną konsystencję...
              • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 18:40
                A, to potem. Jak się kolejna osoba przede mnie wkleiła. Ja się przyznaję tylko
                do idealnej kleistosci szpinaku ;-))).
        • lutecja4 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 22:29
          ja zspinak znalam tylko z opowiesci nigdy mi nie dali czegos takiego do jedzenia
          w przedszkolu-pierwszy raz w zasadzie sprobowalam szpinaku kiedy moj facet
          postanowil zrobic sobie diete kopenhadzka-szpinak byl obrzydliwy,bo ugotowany na
          wodzie i tylko posolony
          na szczescie sie nie zniechecilam i sprobowalam takiego z czosnkiem-mniam
          mniam-teraz robie nalesniki lub canelloni i bardzo mi smakuje
          a z czasow dziecinstwa pamietam jeszcze ze an podworko jedna z kolezanek
          wynosila kanapki z bulki posmarowanej maslem i posypanej cukrem-bardzo nam
          wszystkim smakowaly( a w domu nie wiezdiec czemu juz nie byly tak dobre)
          no i pamietam jeszcze kawe inke na mleku
          • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 21:36
            O tak, ja też jadłam chleb z masłem i z cukrem (niektórzy przynosili takie
            kanapki do szkoły), w wersji luksusowej - z gęstą śmietaną (od Pani Od Śmietany)
            z cukrem. U ojca moich dzieci często bywał z kolei chleb z esencją herbacianą i
            cukrem.
            • dakota77 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 21:49
              Ja tez pamietam chleb z cukrem. A jedliscie chleb z orzechami? Bardzo dobra
              rzecz:-).
              • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 22:07
                A z orzechami nie jadłam, chociaż zaraz, ale to już za nowej Polski, był kiedyś
                chleb wegetariański z orzechami w Globi; dobry :-)
                OT: Dakota, ale masz ładne buty na tej ławeczce, stwierdziły zgodnie Onion i jej
                córa.
                • dakota77 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 22:30
                  Dziekuje, mialam je na sobie pierwszy raz:-). Planuje kupic wiecej takich
                  babcinych, jedne ida do mnie z ebaya, ale jakos dojsc nie moga:-(
                  Pozdrow core:-)
    • limotini Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 18:12
      Jestem dzieckiem wychowanym na stołówkach, całe życie tam się pożywiałam i
      pożywiam, po dzień dzisiejszy. Domowy obiad widzę tylko w weekend, a i to, od
      czasu gdy wyprowadziłam się z domu rodzinnnego, nie zawsze.

      Moje przedszkole przypda na lata osiemdziesiąte.

      Pamiętam rzecz dla mnie straszną: obiad wyglądał tak, że jadło się a dopiero
      przy oddawaniu talerza można było wziąć kompot. Nie potrafię jeść bez popijania
      i już wtedy była to dla mnie tortura.

      Inna rzecz, może nie straszna, co śmieszna, to że dopiero w zerówce dali nam do
      rąk widelce. Tak, tak, wcześniej ziemniaczki jadło się łyżką.

      Podobna historia powtórzyła się w podstawówce, tylko że tym razem noże były
      dostępne tylko i wyłącznie dla nauczycieli (ewentualnie podkradało się je z
      pojemniczków na ze stołów nauczycielskich).

      Za to na samo jedzenie nie narzekałam - czasem było lepsze, czasem gorsze, ale
      co tam.
      • sir.vimes widelce i noże 18.08.08, 19:44
        koleżanka mojej córki zdziwiła się, że córka w przedszkolu miała widelce - u
        nich, jak u Ciebie, były tylko łyżki. Nawet w zerówce.

        więc to nadal się zdarza.

        > Inna rzecz, może nie straszna, co śmieszna, to że dopiero w zerówce dali nam do
        > rąk widelce. Tak, tak, wcześniej ziemniaczki jadło się łyżką.
        >
        > Podobna historia powtórzyła się w podstawówce, tylko że tym razem noże były
        > dostępne tylko i wyłącznie dla nauczycieli (ewentualnie podkradało się je z
        > pojemniczków na ze stołów nauczycielskich).
    • idomeneo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 18:14
      Komiksy z gum Donald służyły u mnie na podwórku jako obowiązująca waluta - coś
      jak karteczki ze szkółki niedzielnej w Tomku Sawyerze. W tym roku za to
      przejeżdżałam obok sadów pomarańczowych, takich na skalę przemysłową, ciągnących
      się całymi hektarami, gdzie pod drzewami leżało sporo opadniętych pomarańczy. I
      moim pierwszym odruchem była bolesna myśl, że oto tyle cennego dobra się marnuje
      - wszystko przez te pomarańcze zdobywane w latach osiemdziesiątych jako wielki
      rarytas na święta. Czy Wy też przezywaliście srogie rozczarowanie, kiedy można
      było dostać tylko takie kubańskie zielone kisiory zamiast porządnych owoców?

      Mój znajomy miał też w latach 90 refleksję, że chyba tkwi w nim homo sovieticus,
      po tym jak kiedyś podczas wyjazdu na żagle przez pół godziny pracowicie otwierał
      konserwę nożem, by następnie odkryć, że po jej drugiej stronie miał zamocowany
      klucz.
    • yowah76 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 18.08.08, 23:14
      Mnie sie w ogole zdaje - to w kwestii homoserka itp - ze smaki z
      dziecinstwa bardzo ksztaltuja pozniejszy odbior. Moj przyjaciel w
      Niemczech zajada sie tureskim chlebem, taka plaska bula pszenna. I
      wiecie, to smakuje jak taka bulka z prxzedzialkiem z tradycyjnej
      piekarni, byc moze jeszcze nawet recznie gnieciona, bez polepszczy
      itp, jak mu powiedzialam - a mogl w dziecinstwie jesc pieczywo z tej
      samej piekarni co ja, tylko ladnych pare lat wczesniej - to tez
      uznal, ze rzeczywiscie tak jest. Z nowoczesnych homoserkow kiedys
      przez moment byla fajna pomaranczowa staciatella Danona, wyginela
      oczywiscie jak wszystko co mi posmakuje, np, milka z cynamonem,
      ktora po 2 sezonach wycofali albo Mars migdalowy, ktory przemknal i
      zniknal... w tej chwili trzymam sie serka homo z Lodzi, bo on
      wlasnie ten dawny najbardziej przypomina.
      • idomeneo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 19.08.08, 00:30
        yowah76 napisała:

        > wyginela
        > oczywiscie jak wszystko co mi posmakuje

        o, ja bym w tej kategorii zamieściła jeszcze lody banana split Carte d'Or...
      • sir.vimes Faktycznie, była taka 19.08.08, 08:48
        i to całkiem pyszna

        Z nowoczesnych homoserkow kiedys
        > przez moment byla fajna pomaranczowa staciatella Danona, wyginela
        > oczywiscie

        Milka z cynamonem to chyba była limited edition, zresztą, jak co lepsze
        czekoladowe twory z masowych wytwórni.

        • kaliope3 Re: Faktycznie, była taka 19.08.08, 08:55
          Te cynamonowe czekolady zarówno milki jak lindta pojawiają się zazwyczaj przed
          świętami bożonarodzeniowymi, jako taki "zimowy" smak więc może w tym roku też będą
    • paszczakowna1 nie tylko PRL 19.08.08, 00:54
      Ale wiecie co, po czesci ubostwo kulinarne bylo sprawa kulturowa, nie tylko
      problemem komunizmu. Mam znajomego Anglika, ktory wyjechal z UK jako 14-latek na
      poczatku lat 60-tych, i gdy kilka lat temu wrocil na stale (z USA), byl zdumiony
      i oczarowany sklepami spozywczymi. (Przedtem bywal w UK glownie w hotelach, wiec
      kwestia zaopatrzenia do niego nie dotarla.) Mowil, ze gdy on wyjezdzal (co
      prawda z malego miasteczka), w sklepie byl ser pod nazwa ser (ze istnieja jakies
      gatunki, nawet niektore podobno angielskie, to on owszem czytal, ale na oczy nie
      widzial), a o warzywach innych niz brukselka, marchew i ziemniaki nikt nigdy nie
      slyszal.
      • yowah76 Re: nie tylko PRL 19.08.08, 01:23
        Bo Anglia to byla jeszcze w czasach przedkolonialnych prosta
        spolecznosc rolnicza oparta na kapuscie w roznych odmianach i
        naplywowych ziemniakach. I wystarczy spojrzec na ich dania
        tradycyjne, tj. takie, ktore je sie raz do roku, typu "Bubble and
        squeak", zeby zobaczyc, jak to sie tam kiedys jadalo (nie mam na
        mysli nowych wersji ze slodkimi ziemniakami itp tylko klasycznie,
        pyry, kapusta, brukselka) , na cala, ciezka, maczno-lojowa
        tradycyjna kuchnie. I do pewnego momentu ten kolonialny wplyw do
        nizszych warstw nie docieral z wyjatkiem jakis bakalii moze czy cos.
        A teraz szaleja, kombinuja - jest dostep. To samo mamy i u nas,
        tradycyjne potrawy typu kapusta z grzybami to reliekty dawnego
        sposobu odzywiania. Tyle, ze od Niemiec na wschod kapuste i inne
        warzywa konserwuje sie przez kiszenie (im bardziej na wschod i
        polnoc, tym wiecej produktow spotyka ten los) a Angole bardziej w
        ocet poszli i nawet kiszona kapusta nazywa sie u nich po niemiecku...
    • lezbobimbo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 07:47
      ananke666 napisała:
      > Pomyślałam sobie, że może starsza część forumowiczów zebrałaby swoje wspominki
      > kulinarne z tamtych lat?

      Achhh, temat rzeka, mlekiem chudym plynaca! :) Ja lata 80 pamietam doskonale.
      Moja rodzina przez pierwsza czesc lat 80 byla uboga, wiec bardzo mnie wzruszyl
      opis w KK o siostrach oczytanych, ale zawsze lakomych i wyglodnialych.. "Przy
      jedzeniu dochodzilo do scen gorszacych, zwlaszcza przy artykulach zawierajacych
      czekolade" - to bylo jak o nas! Albo ze Idusia i Gaba chca isc na prywatke
      sylwestrowa nie tak bardzo ze wzgledu na zabawe, jak na placek drozdzowy.
      Ksiazki bylo nam latwiej zdobyc niz jedzenie, i tez czasem trzeba bylo sprzedac
      mniej lubiane w antykwariacie lub komisie, aby dotrwac do pierwszego. Potem na
      szczescie zaczela nam pomagac rodzina mieszkajaca na wsi, wiec zaopatrzenie
      poprawilo sie znacznie. Ogólnie dalo sie zyc, ale bylo przasnie :) Do dzisiaj
      kocham wszelakie kluchy i pyzy poznanskie, i pamietam z tamtych lat takie
      eksluzywne pysznosci jak kalafior z bulka tarta oraz mizerie z ogórkami albo
      kaszke Milupe która jadly nie tylko dzieci :)
      W moja pamiec wryly sie na przyklad:
      - butelki mleka z grubego szkla, ze staniolowym kapslem. Byly tez male butelki,
      rzadko dostepne, ze smietana (na wierzchu smietany plywal widoczny, zbierajacy
      sie juz tluszcz). Jedno okropne wspomnienie to sklepy, w których te butle mleka
      staly juz tak dlugo, ze wytwarzalo sie w nich cos na ksztalt wielkiego twarogu w
      przezroczysto-zóltawej zalewie...
      - chleb, podstawa naszego zywota, byl dobry, bez dwóch zdan. W Poznaniu na
      deptaku, przy którym mieszkalysmy, czesto stawala slynna Nysa, z której
      bagaznika kupowalo sie swiezutkie bochenki. Pieczywo z lat 80 wspominam bardzo
      przyjemnie - chleby pszenne, tak milo szare, nieulepszane, z trzeszczaca skórka;
      jasny razowiec; slodkawe wielkie chaly z makiem; bulki przepyszne, takie
      wyrosniete z przedzialkiem, cosmy nazywaly z siostra "dupkami";) rogaliki;
      buleczki slodkawe ze specjalna glazura (nie lukrem!).. rogali marcinskich raczej
      nie znalam. Za to paczki i drozdzówki to bylo cos, na co zawsze mialam apetyt.
      Babcia raz na rok czyli na Tlusty Czwartek smazyla chrusciki oraz paczki z
      konfitura. Mama od czasu do czasu, jak dorwala olej, proszek do pieczenia i
      make, to piekla pyszne babki w takich klasycznych formach babowych z karbowanymi
      brzegami. W domach w ogóle sie duzo pieklo placków, szarlotek itd. Byly nawet
      wypozyczalnie sprzetu kuchennego, w tym i blach wszelakich. Dzisiaj kiedy bywam
      w Polsce, nie lubie chleba baltonowskiego ani tych wacianych kajzerek, bez
      smaku, jak na Zachodzie :( Ale na szczescie nadal mozna cos lepszego upolowac,
      n.p. urocze, male, prostokatne chlebki.
      - maslo w latach 80 w Poznaniu na szczescie nie bylo roslinne, tylko zwyczajne,
      w zlotoniebieskich kostkach. Od czasu do czasu bywal w naszym domu olej jakis
      zagraniczny chyba, w takich wielkich prostokatnych puszkach "pozlacanych" z
      czarnymi nadrukami dloni. Jak raz na ruski miesiac udalo sie upolowac makaron
      (egzotyczne!) to mama gotowala i podawala nam spaghetti jeszcze gorace, z samym
      maslem i pieprzem jako okrasa (pyszne!).
      - ryz, trudny do zdobycia, ale czasem sie zdarzalo. Wtedy mialysmy risotto z
      wydatna pomoca przecieru pomidorowego w malutkich puszeczkach. Jak byl sezon na
      jablka, to mialysmy ryz pieczony z jablkami i cukrem :) Na Starym Rynku w
      Poznaniu byla w koncu lat 80 niesamowicie popularna jadlo-podajnia risotto i
      spaghetti w trumienkach z folii aluminiowej, oba z tym samym przecierowym sosem
      - to byl wypas! Oprócz ryzu czasem mama robila kasze gryczana. A z przecieru bez
      ryzu byla cudna zupa pomidorowa z lanymi kluseczkami z zóltka i maki.
      - slodycze - te na kartki czekoladopodobne kuleczki w przezroczystych
      woreczkach. Czekoladopodobne wafelki Princessa, wafle zwykle, cukierki
      wszelakie, ciasteczka rózne, "galaretki" i biszkopciki, i swiete gumy Kaczora
      Donalda. Potem jeszcze doszly wypasione gumy owocowe Maoam i HubbaBubba, o
      których chodzily legendy, ze rakotwórcze. W cukierni Goplana (poznanski
      odpowiednik Wedla, czyli 22 Lipca;) kupowalo sie trufle na wage, irysy i krówki
      kruche z wierzchu z cieklym wnetrzem :) Cukier byl nie calkiem bialy, wyzeralam
      go lyzkami, a takze na chlebie (chleb nasaczony woda, posypany cukrem). Jak mama
      zdobyla gdzies jajko, to robila nam kogiel-mogiel.
      - warzywa: jako przekaske w mojej szkole wszystkie niemal dzieci, z wlasnej woli
      kupowaly w pobliskim sklepiku... kapuste kiszona w woreczkach! Wcinajac te
      kapuste, szlo sie do domu :-) Moja siostra traktowala równiez groszek konserwowy
      w puszkach jako slodycze. W warzywniakach pamietam specyficzny zapach i
      ciemnosci, wielkie beczki kapuchy w kazdym kacie i ogórki kiszone caly rok - za
      to swieze warzywa od czasu do czasu i to glównie cala w ziemi marchew z nacia,
      seler i wloszczyzna jako podstawa wszystkich zup; i bezcenne bo sycace ziemniaki
      i jablka wykupywane od razu. Fascynowaly mnie te wielkie wagi z czarodziejskimi
      odwaznikami.. Szpinak widzialam z daleka, jako czarnozielona breje w barach
      mlecznych i mialam nieprzyjemnosc jesc tylko raz. Za to teraz bardzo lubie
      potrawy ze szpinakiem, wszelkie omlety, nalesniki, lasagne wege itd, pycha!
      - bary mleczne to tez byla podstawa egzystencji. Jadlysmy co bylo, nie bylysmy
      specjalnie wybredne. Bardzo rzadko mama zabierala nas do pewnej restauracji obok
      baru mlecznego i do dzis pamietam tamtejszy gwózdz programu: jajko sadzone z
      frytkami i buraczkami. Co to byl za luksus niesamowity, glowa spada! Jak ktos
      mial olej i ziemniaki w tym samym momencie, to mozna bylo usmazyc domowe frytki
      w garnku (wystawna potrawa, bo duzo oleju szlo - to ludzie potrafili chowac ten
      zuzyty olej do nastepnego razu).
      - napoje wyskokowe: mozna bylo czasem dostac bulgarski sok pomidorowy, pyszny! W
      sklepach bywal tez rodzimy sok porzeczkowy, w ciemnych butelkach z kapslem. I
      zawsze woda grodziska w zielonych lub brazowych butelkach. Niektórzy mieli tez
      syfon w domu (ach woda z sokiem). Bardzo rzadko mama kupowala nam jedna butelke
      Pepsi, albo szlysmy na to do kawiarni. To byla ambrozja i slodycz, pilysmy
      bardzo wolniutko i z celebracja kazdego babelka. W Poznaniu mozna bylo tez
      dostac Mirinde, jak w BBB.
      No i na szczescie mialysmy dostep do rodziny na wsi, a w tamtych czasach to bylo
      na wage zlota. Cala dzialka byla nastawiona na hodowanie i produkcje jadla,
      drzewa, krzaki, cale poletka, pomidory pod folia (nie pod szklarnia) kury,
      kaczki, gesi, króliki - wszystkie niestety zwierzatka szly na jadlo, od czego mi
      pekalo serce :( ..czasem babcia polowala, tzn. znajdowala na drogach wiejskich
      zwloki potraconych samochodami zwierzat - sarny i zajace! Las tez byl zródlem
      pozywienia - grzyby, lwyby, ryby, jagody, poziomki, jezyny, borówki. Na jesien
      te wszystkie swieze warzywa i plony konserwowalo sie do imentu, babcia smazyla
      dzemy i gotowala kompoty, suszyla i mrozila wszystko, i potem sie jadlo
      przetwory caly rok (lub lizalo pokrywke jak Idusia).

      > Pamiętam też urodziny koleżanki, w czasie których atrakcją był banan, sztuk
      jed> en, podzielony na plasterki...

      Pamietam, ze w mej szkole na polskim jednym z cwiczen bylo opisywanie róznic i
      podobienstw miedzy ogórkiem a bananem. Ogórek znalismy wszyscy, ale ten banan to
      trzeba bylo przepisywac z obowiazujacych kanonów ;) Banana spróbowalam tylko
      raz, ktos dostal w paczce, tez tak podzielil na czastki. Niestety nie smakowal
      mi, wiec usilowalam dac psu, ale jemu tez nie smakowal :) Banan to byl synonim
      bogactwa i raju - pamietam jak dorosli fantazjowali, ze uciekna na Zachód i beda
      jedli banany co dzien! Figa susz. tez raz doszla w paczce i tez mnie nie
      zachwycila, do dzisiaj unikam ;) Mama miala znajoma we Francji, która czasem
      slala w paczce niesamowitosci jak z bajki: mandarynki i czekolade z truskawkami.
      Bogowie! Co to byl za szal!! Pozeralysmy wszystko w pól godziny; nawet jak mama
      usilowala zamknac na lancuch w
      • agnieszka_azj Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 18:06
        Urodziła się w 65r. więc, jak by nie patrzeć, ponad połowa zycia
        upłynęła mi w PRL.
        Rzeczywiście temat rzeka ;-)

        Lat sześcdziesiatych świadomie nie pamietam, ale poczatek epoki
        Gierka już tak. Wtedy pojawiły się w sklepach francuskie krakersy,
        czekolady Van Hutten i Toblerone, nawet anansa kiedys rodzice
        kupili w zwykłych delikatesach. To dolce vita jedna trwało nizbyt
        długo.

        Po czerwcu 76 wprowadzono kartki na cukier - po 2 kg na osobe
        miesięcznie. Okazało się to za dużo jak na moją rodzinę, ale
        Babcia, która przeżyła trzy wojny (w tym dwie światowe) twardo
        wykupywała co nasze. W pewnym momencie nie mieliśmy już gdzie tego
        cukru chować ;-)

        Przydał się dopiero w stanie wojennym. W latach osiemdziesiątych
        Mama zaczęła robić więcej przetworow, m.in. powidła śliwkowe.
        Po grudniu 81 roku zaczęły przychodzić dary z Zachodu. Przychodnia
        mojej Mamy dostała w ramach takich zrzutów holenderskie masło
        klarowane. Po komisyjnym podziale wypadło po 2 wiadra na
        pracownika. Był mróz, wiadra stały na balkonie (część oczywiście
        została rozdana krewnym i znajomym), a my z Mamą wypiekałyśmy duże
        ilości murzynków, bo skądeś była też w domu duża paczka
        holenderskiego kakaa (paczka od cioci z Londynu ?)i przekładałysmy
        je tymi powidłami. Nigdy potem taki już takich pysznych murzynkow
        nie robilam jak na tym maśle.

        lezbobimbo napisała:
        > - chleb, podstawa naszego zywota, byl dobry,

        Często, wracając ze szkoły kupowałyśmy z koleżankami ćwiartkę albo
        połowkę chleba (jeszcze ciepłego). Rwało się to palcami, najperw
        wyjadało miąsz, potem samą chrupiącą skórką. Delicje :-)

        > Jak mama
        > zdobyla gdzies jajko, to robila nam kogiel-mogiel.

        W 81 roku w llutym byłam na harcerskim zimowisku w Zwardoniu. Jajek
        wtedy nie można było dostać, trafiliśmy na nie podczas rajdu w
        Koniakowie. Niosłam w plecaku po 2 na głowę i kiedy już doniosłam
        była burza mózgów - co z nich zrobić. Tyle możliwości - jajecznica,
        na twardo, na miękko... Wreszcie komenda zdecydowała, ze każy
        dostaje swoje 2 jajka i robi z nimi co chce. wszyscy jak jeden mąż
        zrobili kogel - mogel.

        > - warzywa: jako przekaske w mojej szkole wszystkie niemal dzieci,
        z wlasnej woli
        > kupowaly w pobliskim sklepiku... kapuste kiszona w woreczkach!
        Wcinajac te kapuste, szlo sie do domu :-)

        Mój mąż do dziś twierdzi, że kapusta kiszona po wyjęciu z woreczka
        traci smak ;-)

        W warzywniakach pamietam specyficzny zapach i
        > ciemnosci, wielkie beczki kapuchy w kazdym kacie i ogórki kiszone
        caly rok - za
        > to swieze warzywa od czasu do czasu i to glównie cala w ziemi
        marchew z nacia,
        > seler i wloszczyzna jako podstawa wszystkich zup; i bezcenne bo
        sycace ziemniak
        > i jablka wykupywane od razu. Fascynowaly mnie te wielkie wagi z
        czarodziejskimi odwaznikami..

        Polskie sklepy warzywne były fantastycznie zaopatrzone w porównaniu
        z czechosłowackimi. W latach osiemdziesiątych byłam w Pradze. Był
        sierpień, a w ichnim warzywniaku tylko ziemniaki i kapusta.
        Ktoregoś dla przeleciałam kawał miasta do miejsca, skąd szli ludzie
        z arbuzami, a po przekroczeniu granicy dosłownie rzuciłam się na
        owoce.

        W latach osiemdziesiątych byłam kilka razy kwatermistrzem obozów
        harcerskich, więc o absurdach peerelowskiego zaopatrzenia w żywność
        moglabym napisać książkę (może nawet w kilku tomach ;-).
      • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 18:56
        > Fascynowaly mnie te wielkie wagi z czarodziejskimi
        > odwaznikami.

        A kto pamięta takie wielkie młynki do kawy z kolorowym lśniącym kielichem na
        górze w sklepach spożywczych? Jak ktoś nie miał młynka w domu, to można było
        poprosić o zmielenie kawy od razu w sklepie. Strasznie hałasowały, ale jaki
        boski zapach był dzięki temu!
        • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 20:23
          Ja pamiętam!!! To jedno ze wspomnień z mojego najwczesniejszego dzieciństwa :-).
          Jako malutka dziewczynka (chyba jeszcze do przedszkola wtedy nie chodziłam, bo
          coś mi się z czasem, gdy rodziców nie było w domu ,w pracy byli, znaczy)
          chadzałam do sklepu osiedlowego z babcią, babcia nabywała kawę, a pani ja na
          miejscu mieliła :-)...
          • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 22:53
            I ja też :) chociaż bardzo niewyraźne jest to wspomnienie. Zwłaszcza, że my mieliśmy młynek, a właściwie coś robotopodobnego, okropny grzmot z dwoma młynkami, w jednym mieliło się kawę, w drugim pieprz.
        • truscaveczka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 11:03
          onion68 napisała:
          > A kto pamięta takie wielkie młynki do kawy z kolorowym lśniącym kielichem na
          > górze w sklepach spożywczych? Jak ktoś nie miał młynka w domu, to można było
          > poprosić o zmielenie kawy od razu w sklepie. Strasznie hałasowały, ale jaki
          > boski zapach był dzięki temu!

          Melduję, ze w mojej lokalnej palarni kawy są nadal - jeden do kawy
          aromatyzowanej, drugi do porządnej ;) Mają kilka "grubości przemiału i w ogóle
          są piękne :)
          • lutecja4 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 25.08.08, 23:16
            > onion68 napisała:
            > > A kto pamięta takie wielkie młynki do kawy z kolorowym lśniącym kielichem
            > na
            > > górze w sklepach spożywczych? Jak ktoś nie miał młynka w domu, to można b
            > yło
            > > poprosić o zmielenie kawy od razu w sklepie. Strasznie hałasowały, ale ja
            > ki
            > > boski zapach był dzięki temu!
            ja tez pamietam-do dzisiaj zapach swiezo zmielonej kawy kojarzy mi sie z
            delikatesami w naszym miescie
            a kilka lat temu zaskoczyl mnie widok takiego wlasnie mlynka w zwyklym markecie
            spozywczym (potraviny) na Slowacji
            w Polsce takie wielkie mlynki sa teraz w sklepach z kawa na wage,ale to juz nie
            to samo
    • klymenystra Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 08:58
      Gdy komuna padła, miałam lat 4, więc niewiele pamiętam. Ale wiecie, co mi
      utkwiło? Puste masarnie. Pamiętam, jak długo po '89 ze zdziwieniem patrzyłam na
      szynki, mięsa i inne cuda- których było w sklepach pod dostatkiem. Gdzieś miałam
      zakodowane, że tego wcześniej nie było.
      A jeśli chodzi o jedzenie, to mam wrażenie, że dużo reliktów przeszłości przez
      lata było obecne w jedzeniu kolonijnym: zupy mleczne na każde śniadanie,
      rozdyźdane ziemniaki z żylastym mięskiem, niedoprawione surówki... I nad tym
      wszystkim pani wychowawczyni, która nie pozwala odejść od stołu, dopóki się nie
      skończy...Brr.
      • meduza7 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 14:21
        Odnoszę wrażenie, że za nieboszczki komuny były lepsze parówki. Takie zwykłe,
        śniadaniowe, w folii. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek mi w gotowaniu
        "spuchły", jak to potrafią robić teraźniejsze.
        • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 14:33
          Parówki bywały różne, ohydne i całkiem niezłe. Ja raczej pamiętam te lepsze od dzisiejszych. Nie tak dawno temu usiłowałam wykonać zapiekankę, której częścią są parówki - bardzo dobre i bardzo niezdrowe danie - parówki należy pokroić na kawałki i podsmażyć/poddusić w towarzystwie innych składników. Z braku laku posłużyłam się parówkami znanej firmy na M. Rozleciały się na strzępy, a w smaku były tak wstrętne, tak ohydne, że okropnie zezłoszczona wyrzuciłam wszystko do śmieci. Jadalne parówki kupuję indycze, albo trudno dostępne i drogie cienkie paróweczki cielęce. Koniec.
          • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 15:43
            Ja pamiętam że parówki jakoś tak nagle zaczęły być ohydne,strasznie czymś od
            nich ciągnęło. U nas cyklicznie pojawiała się na obiad mortadela opanierowana w
            bułce tartej i jajku i faktycznie często bywały zupy z "lanymi" kluskami.Wtedy
            za nimi nie przepadałam, teraz bym z ciekawości chciała sobie przypomnieć. Mama
            kiedyś zrobiła też coś o nazwie "kluski kładzione", bardzo dobre, chyba to z
            poznańskiej kuchni (a może śląskiej?)
            • paszczakowna1 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 15:59
              > nich ciągnęło. U nas cyklicznie pojawiała się na obiad mortadela opanierowana w
              > bułce tartej i jajku

              Oj, wróciła mi trauma mortadelowa. Panierowana to bylo dno dna, to juz w sosie
              pomidorowym byla bardziej jadalna.
            • mmaupa Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 16:04
              Kluski lane zawsze robie do zupy pomidorowej: jedna kopiasta lyzke maki na jedno
              jajko, mieszasz dokladnie, po czym dyndasz widelcem nad wrzaca zupa. Jajeczna
              ciapa wpada do ukropu i natychmiast sie gotuje i wyplywa. Trzeba wycelowac z
              proporcjami, jesli jest za rzadkie, to wychodzi taka kaszka, jesli zbyt geste to
              nie chce sie porzadnie lac.
            • idomeneo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 16:22
              co do ohydnych parówek, to mój kolega ma bardzo przedsiębiorczego wuja, który
              jest właścicielem sporego zakładu przetwórstwa mięsnego. Po wizycie w wujowych
              włościach kolega ten poprzysiągł, że nigdy więcej nie tknie parówki ni pasztetu
              ze sklepu. Na opakowaniach tych produktów jest napisane, że w składzie jest
              kurczak albo cielęcina, ale ponoć wcale niekoniecznie oznacza to mięso.
              • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 16:41
                A sojowe parówki (lecz nie takie w puszce i w zalewie) firmy na P. pyszne są
                :-)Lecz około dwa razy droższe od tych mięsnych.
                • meduza7 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 18:15
                  Też kiedyś usiłowałam zrobić jakąś potrawę w skład której wchodziły parówki
                  podziabane na kawałki i przysmażone. Cholerstwo rozpadło mi się na jakąś
                  paskudną mamałygę i przywarło do patelni jak nie przymierzając, morszczuk Gabrysi.
              • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 20:10
                Mój mąż, który jest biotechnologiem żywności i wegetarianinem, parówek (innych
                niz sojowe) nie spożywa. Ale w studenckich latach odbywał niezliczone staże lub
                wizyty w zakładach produkujących żywność - zawsze dziwnym trafem wiedziałam, z
                jakiej branży, bo wpadał do mnie do domu (raz w tygodniu, bo wtedy nie bylismy
                małżeństwem, a on studiował w Gdańsku) z okrzykiem: "Tego masła/mleka/
                musztardy/wody mineralnej/czego tam jeszce juz nigdy nie kupisz!!!!!", po czym
                następowała mrożąca krew w żyłach opowieść o tajemnicach produkcji... Nie
                chciałybyście ich znać, dziewczynki, tyle wam powiem...
                • kaliope3 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 22:12
                  Amutku, ale uchyl choć rąbka tajemnicy-byśmy wiedziały czego się na pewno
                  wystrzegać...
                  • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 09:56
                    Mleka UHT. I wszelkich "uht", dowolnej firmy. O innych rzeczach nie wspomnę, bo
                    musiałabym firmami rzucać, kto wie, jak by sie to mogło dla mnie skończyć ;-)...
                    bo jedna woda mineralna jest bardzo popularna, a i masło (chociaz ono może tylko
                    tu, a w innych częściach kraju nieznane)...
    • nula8 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 22:34
      Pamiętam wszystko, o czym piszecie! Z wyjątkiem szpinaku. Szpinak znałam tylko z
      książek i dopiero pierwsza pizzeria we Wrocławiu odkryła przede mną tę roślinę :)
      Za to o jednym obrzydlistwie mojego dzieciństwa nikt jeszcze nie pisał - o
      potrawce z kurczaka, składającej się głównie ze skóry i chrząstek, ugotowanych.
      W takim bladym sosie, podawane obowiązkowo z pure(e?) ziemniaczanym. Bleee... W
      mojej podstawówce także panowała zasada, że nie wolno nic zostawić na talerzu,
      więc w dni, kiedy była na obiad potrawka z kurczaka, dzieci próbowały
      najprzeróżniejszych sposobów na pozbycie się jedzonka. Najlepiej się sprawdzały
      szuflady w stołach stołówkowych. Po takim obiedzie były zapchane kurczakowym
      obrzydlistwem. Współczuję sprzątaczkom do dziś...

      Za to kluski na parze (tzw. pampuchy) robiła szkolna kucharka jak nikt. Nawet
      moja własna, genialna babcia, Jej pod tym względem do pięt nie dorasta :)
      • kebbe Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 23:17
        AAA!!! pamiętam "potrawkę"...straszna. A czy w Waszych szkolnych stołówkach też
        bywało tak, że można było, ostatecznie, zostawić ziemniaki, ale NIGDY mięcho? I
        wielu usiłowało rozmaite mięsne "frykasy" zakopać po przaśnym ziemniurkiem?
        ...a mi najbardziej na stołówce smakowały kluski śląskie ze skwarkami..:)
      • paszczakowna1 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 22:44
        > Pamiętam wszystko, o czym piszecie! Z wyjątkiem szpinaku. Szpinak znałam tylko
        > z
        > książek i dopiero pierwsza pizzeria we Wrocławiu odkryła przede mną tę roślinę
        > :)
        > Za to o jednym obrzydlistwie mojego dzieciństwa nikt jeszcze nie pisał - o
        > potrawce z kurczaka, składającej się głównie ze skóry i chrząstek, ugotowanych.
        > W takim bladym sosie, podawane obowiązkowo z pure(e?) ziemniaczanym. Bleee... W
        > mojej podstawówce także panowała zasada, że nie wolno nic zostawić na talerzu,
        > więc w dni, kiedy była na obiad potrawka z kurczaka, dzieci próbowały
        > najprzeróżniejszych sposobów na pozbycie się jedzonka.

        Szpinak musialam chyba w swoim czasie lubic (moze w moim przedszkolu jakos
        nienajgorzej go przyrzadzali?) Bo pamietam, jak chorujac uprosilam mame, zeby mi
        szpinak zrobila, mama, nie kryjac odrazy, spelnila zyczenie, po czym sie
        okazalo, ze nie moglam na ta wstretna papke patrzec, a proba skosztowania malo
        sie jazda do Rygi nie skonczyla.

        I potrawke z kurczaka (znana w moim przedszkolu jako 'sos z kurczaka' -
        pierwszego dnia byl kurczak, nastepnego sos) uznawalam tez za rzecz jadalna.
        Zaczynam podejrzewac, ze swoja opinie wyjatkowo grzecznego dziecka zawdzieczalam
        nietypowym gustom zywieniowym (zupy mleczne tez lubilam). Nie znosilam natomiast
        wiekszosci kompotow (ktorych na szczescie nie wmuszali) oraz, ale to juz
        panicznie, zup owocowych.

        Swoja droga, chetni do odnowienia wspomnien z zakladow zbiorowego zywienia PRL,
        a bywajacy w W-wie w okolicach Kasprzaka, moga wstapic do stolowki Instytutu
        Chemii Fizycznej PAN. Wspanialy relikt przeszlosci, kompletny z fajansowymi
        talerzami z nadrukiem i menu (zupa + kotlet_ziemniaki tluczone_surowka + kompot
        z suszonych owocow lub mrozonych truskawek w kubku). Skansen.
    • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 20.08.08, 23:19
      Mieliśmy w domu kiedyś książkę kucharską z lat siedemdziesiątych, rzadko zresztą używaną, gdzieś pewnie w domu jeszcze się kurzy, a ja niedawno odnowiłam z nią kontakt z powodu mamy mojego Lubego ;) uszczęśliwiła mnie tym dziełem w głębokim przekonaniu, że nie umiem gotować (to, że sterczę w kuchni od lat bez mała dwudziestu umknęło jej uwagi, hihi - bo w moim wieku nie umiała, jak sama bez oporów się przyznała :))
      Oprócz zupełnie normalnych przepisów znajduje się w niej przezabawny wstęp. Między innymi jest tam opisana dokładnie organizacja kuchni. Myślicie może, że są tam uwagi na temat rozmieszczenia szafek i zlewu? Nie! tam są uwagi, owszem, ale na temat ośrodka obróbki wstępnej, ośrodka mycia naczyń, ośrodka przechowywania produktów, ośrodka obróbki cieplnej oraz ośrodka wydawania posiłków. A jest to opisane w takim na przykład duchu:
      "Ośrodek ten ze względów higienicznych i funkcjonalnych powinien być wyposażony w płaszczyznę roboczą i zlewozmywak, przy czym część zmywakowa zawiera płaszczyznę przyległą do pomieszczeń spiżarnianych"..."Z badań przeprowadzonych nad częstotliwością pokonywanych dróg między poszczególnymi ośrodkami wynika, że w naszych warunkach prawidłowa kolejność jest taka, jak pokazano na stronie"... - i zapewniam, że mowa o normalnej, domowej kuchni, a nie zakładzie zbiorowego żywienia :p
      Przepisy utrzymane w podobnym duchu, choć oczywiście nie aż takim, a fotografie tak ohydne, że na sam widok odechciewa się jeść. Niemniej mam to tej publikacji sentyment, w końcu lata dzieciństwa robią swoje.
      Przepisy na największe koszmary chyba trafiały się albo w cienkich broszurkach, albo w gazetach, albo chodziły pocztą pantoflową, niestety już ich nie pamiętam. Byłabym całkiem zapomniała - obrażonego przeze mnie i bronionego przez forumki ciasta marchewkowego próbowałam raz jeden i było to paskudztwo okropne. Pewnie z normalnego przepisu wyjdzie coś smacznego, tamten, o ile pamiętam, był z gatunku rozpaczliwców wykwitłych w okresie największych napięć rynkowych.
      • agnieszka_azj Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 00:57
        ananke666 napisała:
        > Mieliśmy w domu kiedyś książkę kucharską z lat siedemdziesiątych,
        rzadko zreszt
        > ą używaną, gdzieś pewnie w domu jeszcze się kurzy,

        > Przepisy utrzymane w podobnym duchu, choć oczywiście nie aż
        takim, a fotografie
        > tak ohydne, że na sam widok odechciewa się jeść. Niemniej mam to
        tej publikacj
        > i sentyment, w końcu lata dzieciństwa robią swoje.

        Jesli to jest "Kuchnia polska" to też ją mam. Co Ty chcesz od tych
        zdjęć ??? Piękne są ;-) i odają klimat lat siedemdziesiątych. Te
        brązowe talerze, serwetki w kratki i szklanki z brzeegiem
        oblepionym cukrem... Łza się w oku kręci.
        A kuchnia na pierwszym zdjęciu to kuchnia z bloku, w którym
        mieszkała moja koleżanka. Jeden taki był w Warszawie i byle kto w
        nim nie mieszkał ;-) Swoją drogą - ciekawa jestem, co w nim zostało
        z tamtego (podwyższonego w stosunku do siermiężnych bloków dookola)
        standardu ?
        • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 12:39
          Tak, to oczywiście "Kuchnia polska"! z 77 roku. Co ja chcę od tych zdjęć? Ja nic nie chcę od nich, nawet na nie patrzeć :p moje oko, przyzwyczajone do własnoręcznie przyrządzanych rumianości, chrupkości, że o kulinarnych fotkach z fotoforum nie wspomnę... i w ogóle widoków miłych - staje w słup, kiedy widzi na talerzu kawałki zatłuszczonej ryby surowej, rozdzielonej bladymi kulkami czegoś i udekorowanej sinozieloną fasolką i groszkiem... (fotki za stroną 480) albo blade jajco sadzone na anemicznych plastrach bloku szynkowego... ;)
          • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 15:02
            Też mam "Kuchnię polską" PWN lub PWE, ale jeszcze starszą ode mnie - z lat
            sześćdziesiątych. Uwielbiałam ją jako dziecko właśnie ze względu na kolorowe
            ilustracje (podobnie jak Encyklopedię PWN z ilustracjami "Ubiory"), teraz też
            mnie jakoś nie rażą. A ciasta z tej książki udają się zawsze (robię szarlotkę i
            drożdżowe, a sernik bez ciasta z podręcznika dla szkół zawodowych, też z czasów
            PRL).
            A propos opisów organizacji pracy w kuchni, to zawsze miałam z powodu tej
            książki kompleksy, że my tak nienaukowo, zwyczajnie, a czasami wręcz bezhołownie
            podchodzimy do tych czynności ;-)
            • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 15:19
              onion68 napisała:
              > A propos opisów organizacji pracy w kuchni, to zawsze miałam z powodu tej
              > książki kompleksy, że my tak nienaukowo, zwyczajnie, a czasami wręcz bezhołowni
              > e
              > podchodzimy do tych czynności ;-)
              O, to tak jak ja (bo zdaje się, że tez jestem w posiadaniu jakiejś "Kuchni",
              nie tyle ja, co moja mama, dlatego nie moge teraz sprawdzić. Ale jutro, podczas
              wizyty u rodzicielki, nie omieszkam tego zrobić). Jako dziecko przepadałam też
              za książką "Lekarz domowy", ryciny oglądałam w upojeniu, a i teraz sobie
              poczytam czasem dla niewinnej rozrywki, chcichocząc w czasie lektury. I w tymże
              "Lekarzu..." (starszym ode mnie, z lat 60-tych) jest instrukcja przewijania
              niemowlęcia. Wypisz wymaluj porównywalna z instrukcją urzadzenia kuchni, mam
              dwoje dzieci, ale jak tak sobie czytam, to wierzcie mi, w kompleksy popadam, jak
              ja je nieumiejętnie przewijałam dotąd... jak niewłaściwie z boczku na boczek
              przekładałam...
            • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 15:31
              Ta u mnie jest z PWE. A ta domowa to diabli wiedzą, skąd była, starszawa była, kiedy ja byłam jeszcze malutka. Tyle wiem, że starsza miała szarą płócienną oprawę, a ta pomarańczowawą. I też oglądałam namiętnie jako dziecko te ilustracje. Dziś większość wydaje mi się b. nieapetyczna, bynajmniej nie ze względu na zastawę.
              A sernik robię zawsze bez ciasta, z przepisu, który kiedyś zapomniałam i zażądałam, żeby mi siostra smsem przysłała. Uczyniła to. Na końcu figurował składnik "raczka pedzymej" - w pierwszej chwili zbaraniałam xD tak to jest, jak się walnie literówkę korzystając ze słownika w Nokii i wyśle bez sprawdzania, co się napisało :)
              • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 16:05
                Paczka rodzynek??
                O rany, aż mi się mózg spocił na koniec dnia pracy ;-)
                "Nie podpalać niecko" mi się przypomniało przy tej okazji.
                • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 16:49
                  Oczywiście, że tak :)
                  I "nie podaplac niecko" ;) przynajmniej ja tak pamiętam, podaplanie. Xzekac wiafocxi.
                  • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 17:10
                    Chyba poprosimy ekspertki od JCh o arbitraż albo sprawdzę w domu ;-)Możliwe,
                    chociaż pamiętam, że bohaterowie zastanawiali się, co to jest niecko, a nie co
                    znaczy podaplanie.
                    Jeszcze gdzieś były kotki napędzane parą.
                    • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 17:20
                      Kotki gnane parą :D
                    • jottka podaplać:) 21.08.08, 17:20
                      NIC NIE ROBI KATEGORYCZNIE STOP ZBYSZEK ZALATA OD GORME STOP XZEKAC WIAFOMOCXI E
                      TOBIC ZAMEK STOP NIE PODAPLAC NIECKO HIPOLIT


                      ofiarnie przepisałam, ale podaplanie mogę z pamięci cytować:) kotki gnane parą
                      to wyczyny maszynistek z 'wszyscy jesteśmy podejrzani', tam gdzie pies miał
                      zatkany otwór i strasznie kopcił:)
                      • onion68 Re: podaplać:) 21.08.08, 17:30
                        Dzięki :-)
                        :-D
                        • jottka Re: podaplać:) 21.08.08, 17:34
                          Tak, masz rację, siostrzyczko moja. Wezmę na siebie ten ciężar. Dwa dziesięć na
                          osiemdziesiąt pięć.

                          :)
                          • onion68 Re: podaplać:) 21.08.08, 17:41
                            Pewnie znów przekręcę, ale:
                            "Są tu inne buty, których śpiew byłby milszy Pani uszom!".
                            • jottka Re: podaplać:) 21.08.08, 17:47
                              Ach, wszak to zwykła dziewicza przekora! Lecz jakże okrutna!
                      • klymenystra Re: podaplać:) 21.08.08, 19:46
                        Jezusicku, jak ja kocham tę książkę! I Bobek, Bobek! "Ile długo.. szczy".
                        Yhyhyhhy :D
                        • onion68 Re: podaplać:) 21.08.08, 20:57
                          Ten papier... dawa ty...
                          • lezbobimbo Re: podaplać:) 22.08.08, 00:01
                            Powiedzcie kochane, która to kniga :) Podejrzanych mam ale tych nowych
                            twórczosci nie!
                            • ananke666 Re: podaplać:) 22.08.08, 00:08
                              "Lesio" - lektura absolutnie obowiązkowa :D Ze starszych polecam jeszcze "Romans wszechczasów", "Całe zdanie nieboszczyka" i "Wszystko czerwone". W "Romansie" zabiły mnie angorskie krokodyle, wyjące do księżyca i ucierające marchew na tarce.
                              • lezbobimbo Re: podaplać:) 22.08.08, 00:19
                                Ach, to Leeesio.. Tego tez ni mom ani Romansy wszechczesnej. Nabede, dzieki :)
                                Obowiazkowo: Cale zdanie i Wsz.Cz. posiadam i uwielbiam. Grona syte jad :)
                                • anutek115 Re: podaplać:) 22.08.08, 09:43
                                  Czy ta dama to wasza mać? Tak, to jest jego mać... - zapozyczyłam i w życiu
                                  stosuję :-))).
                                  Że nie wspomnę o "Pan Bobuś i pani Biała Glizda takoż proszę won!".
                                  • jottka Re: podaplać:) 22.08.08, 11:18
                                    no ale lezbobimbo w danii (?), to logiczne, że czytuje 'wszystko czerwone', a
                                    nie 'lesia':) z niezapomnianych tekstów pana muldgaarda czy raczej pod jego
                                    wpływem stworzonych absolutnie wielbię jeden, tj. 'ciemno było na góra kadłuba'
                                    i całą wymianę zdań wokół tego:)

                                    lezbobimbo, a cykl z tereską i okrętką znasz? bo jak nie, to też warto się
                                    zaopatrzyć:)
                                    • lezbobimbo Re: podaplać:) 24.08.08, 19:46
                                      jottka napisała:
                                      > no ale lezbobimbo w danii (?), to logiczne, że czytuje 'wszystko czerwone', a>
                                      nie 'lesia':)

                                      Logicznosc mojego czytania i zapamietywania cytatów z JCh jest o wiele bardziej
                                      prozaiczna: z racji zamieszkania w Wegorzewie (miliardy kilometrów od Allerød)
                                      mam utrudniony dostep do polskich ksiegarni, przez co moje stany posiadania sa
                                      dosc przypadkowe. W dodatku co przyjade do krainy macierzystej, to pani JCh
                                      nastuka nowe tomy i nie wiem co kupic - embarasse du richesse :)

                                      Swoja droga Muldgaard to wyjatkowy ewenement i chyba mial polska rodzine od
                                      malego. Znam tylko jedna, jedyna pól-Dunke, urodzona tutaj, która potrafi
                                      plynnie mówic po polsku tak samo jak po dunsku, bo wychowywala ja polska babcia
                                      i polska mama.
                                      Inni Dunczycy po dlugim treningu potrafia wypowiedziec krótkie i proste w
                                      transliteracji slowa jak "piwo", "leb w leb" albo pewne przeklenstwa.. ale przy
                                      trzeszczacych szelestach i dyftongach troche sie zalamuja - n.p. przy czesc albo
                                      ksiezyc - nie do pokonania dla nich, jesli nie nauczyli sie tego od dziecinstwa.
                                      Nawet niemiecki, chociaz pokrewny, nieco przekrecaja; francuski juz w ogóle
                                      masakruja, a co dopiero nasze krzaczki i chrabaszcze..
                                      O wiele lepiej nasze polskie slowa wymawiaja bez przygotowania inni cudzoziemcy,
                                      nawet Latynosi, a najlepiej to wszelacy bliskowschodniowcy, zwlaszcza ci z
                                      zonami polskimi :)

                                      Tak wiec pan Muldgaard, jesli nie mialby polskiej rodziny, to budzilby wesolosc
                                      sama wymowa, nie tylko bibilijnym slownictwem, i raczej lecialby po niemiecku
                                      czy angielsku (jednak prosciej, wiec praktyczniej). No ale wtedy oczywiscie
                                      przepieknej ksiazki z cudownosci cytatami by nie bylo :)))))

                                      > lezbobimbo, a cykl z tereską i okrętką znasz? bo jak nie, to też warto się>
                                      zaopatrzyć:)

                                      Znam, a jusci, znam i wielce sobie chwale - lubie takie zamaszyste dziewoje,
                                      którym przydarzaja sie komplikacje wielofigurowe i kryminalistyczne. Zwyczajne
                                      zycie nawet posiadam, a przy opisach biednego kotka w samochodzie na Mazurach
                                      (czytane u znajomej) kwiczalam, pokladajac sie ze szczescia i smiechu :))))
                                      • klymenystra Re: podaplać:) 24.08.08, 22:38
                                        de la richesse!
                                      • ready4freddy Re: podaplać:) 06.09.08, 00:45
                                        O wiele lepiej nasze polskie slowa wymawiaja bez przygotowania inni cudzoziemcy
                                        > ,
                                        > nawet Latynosi, a najlepiej to wszelacy bliskowschodniowcy, zwlaszcza ci z
                                        > zonami polskimi :)


                                        a juz naprawde najlepiej wymawiali je dwaj na oko 7-8-letni Wietnamczycy,
                                        ktorych obserwowac moglem w wietnamskim supermarkecie na stadionie X-lecia
                                        (swoja droga polecam "ziupe", ponoc autentyk jak w prawdziwym Wietnamie) -
                                        pierwszy raz czegos takiego doznalem, obcokrajowiec (i to nie jakis tam zwykly
                                        Slowianin czy chocby iny Europejczyk, ale Azjata!) mowiacy po polsku bez cienia
                                        obcego akcentu czy obcej wymowy glosek. fakt faktem, ze pewnie urodzili sie w
                                        Polsce, a z pewnoscia wychowali, ale tak czy siak wrazenie bylo niesamowite.
                                        no i herbatke imbirowa nabylem wielce pyszna, ale to inna historia :)
                                        • dakota77 Re: podaplać:) 06.09.08, 09:02
                                          Ja codziennie widuje azjatyckie dzieci mowiace idealna polszczyzna:-). Przeciez
                                          tu w warszawie jest juz kolejne pokolenie Wietnamczykow, ktorzy pewnie nawet nie
                                          widzieli Wietnamu:-).
                                          • ready4freddy Re: podaplać:) 06.09.08, 12:03
                                            :) do tej pory tylko o tym wiedzialem, jako ze w Warszawie bywam raz do roku :)
                                            na zywca robi wrazenie :)
                                            a ziupe polecam, chyba ze nalezysz do osob, kierujacych sie estetyka i
                                            czystoscia lokalu przy jego wyborze :) tzn. ja naleze, ale tak mi zareklamowano
                                            ziupe jako wydarzenie nie tylko gastronomiczne, ale i kulturalno-oswiatowe,
                                            tudziez podrozniczo-przygodowe, ze przymknalem oko :)
                                            a herbatka jest naprawde pyszna, cium cium pyszulka :)
                                  • lezbobimbo Re: podaplać:) 24.08.08, 19:20
                                    anutek115 napisała:
                                    > Że nie wspomnę o "Pan Bobuś i pani Biała Glizda takoż proszę won!".

                                    :)))))))))))
                                    Za pozwoleniem, tam bylo chyba "Pani Biala Glista i pan podrapano na glowa takoz
                                    prosze won!"
                                    - pan Muldgaard raczej nie uzywal imienia Bobus :)
                                    • anutek115 Re: podaplać:) 24.08.08, 19:41
                                      Sama słuszność przez ciebie mówi. Moje "Wszystko czerwone" mi zginęło w trakcie
                                      przeprowadzek, ostatnio je czytałam z pięć lat temu, a z latami wiadomo, pamięć
                                      już nie ta...
                                      • szprota Re: podaplać:) 24.08.08, 19:47
                                        anutek115 napisała: a z latami wiadomo, pamięć już nie ta...

                                        "Zaprawdę na pamięć waszą zaległo, a musicie rozjaśnić mroki" :)
                                        • anutek115 Re: podaplać:) 24.08.08, 19:59
                                          Zaprawdę pamięć nasza nie podwiada nam nic... no, czasem nic, a czasem nie to,
                                          co byśmy chcieli, żeby nam podwiedziała. Ale pracujemy nad nią :-).
                                      • lezbobimbo Re: podaplać:) 24.08.08, 19:48
                                        Skad ja to znam, moja pamiec takoz jeszcze krótsza niz ogon rysia, a cala n.p.
                                        Jezycjada spoczywa w któryms niepozornym kartonie w nie mojej piwnicy (jak Arka
                                        Przymierza na koncu Indiany Jonesa;). Tak wiec musicie mi wybaczyc wybrakowane
                                        cycaty tu na forum..
                                  • lutecja4 Re: podaplać:) 25.08.08, 23:26
                                    Biala Glista :))
            • yowah76 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 23:29
              Ja sobie "Kuchnie Polska" - tez jakies starsze wydanie, nie chce mi
              sie sprawdzac - poczytuje dla rozrywki, wlasnie te czesci o spizarni
              itp; jeszcze lepsza rozrywka jest jakies dzielko o szyciu z lat
              chyba 5o, gdzie jako wymarzony stroj kazdej dziewczynki opisuja
              stroj krakowski, pokazuja, co zrobic jak sie przescieradlo posrodku
              wytarlo i zalecaja uszycie sobie zapasowych kolnierzykow do koszuli -
              ta ksiazke kiedys z kolezankami na glos czytalysmy dla uciechy.
              Swietna jest tez broszurka o wychowywaniu dzieci, tez chyba lata 50,
              z opisami jak to dziewczynka podkrada matce jajka z kurnika zeby
              sobie kupic ponczochy czy cos, a inna matka daje synowi zly przyklad
              na przyszlosc, wysylajac go rano na pole sasiada po seradele dla
              krolikow - tu zaluje, ze mam tylko ta jedna pozycje;))) bo to cala
              seria byla.
              A juz hitem absolutnym jest angielskie dzielko z 1937 bodajze, taki
              poradnik o wszystkim dla pani domu z poradami w rodzaju "do
              wielkiego sprzatania najlepiej wziasc kogos dwa razy do roku jesli
              nie ma sluzacej lub jest zbyt zajeta;)"
              • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 00:04
                Absolutnym hitem to była jakaś przedwojenna książka, nabyta w postaci reprintu już w latach 90. Obśmiałam się nad nią do usmarku, były tam teksty w stylu "kury wkładają się do gorącej wody, z której się zaraz wyjmują" i opis skrajnie masochistyczny opis tego, co kura czyniła ze sobą potem. Ja wiem, że język się zmienił, że składnia, blablabla, ale zaśmiewałam się do rozpuku. Co to za dzieło, wyleciało mi z głowy, musiałabym zadzwonić do siostry z pytaniem, ale boję się, że za telefon o północy z pytaniem o książkę kucharską chyba popełniłaby morderstwo ;p
                • paszczakowna1 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 00:22
                  > Absolutnym hitem to była jakaś przedwojenna książka, nabyta w postaci reprintu
                  > już w latach 90. Obśmiałam się nad nią do usmarku, były tam teksty w stylu "kur
                  > y wkładają się do gorącej wody, z której się zaraz wyjmują" i opis skrajnie mas
                  > ochistyczny opis tego, co kura czyniła ze sobą potem. Ja wiem, że język się zmi
                  > enił, że składnia, blablabla, ale zaśmiewałam się do rozpuku. Co to za dzieło,
                  > wyleciało mi z głowy, musiałabym zadzwonić do siostry z pytaniem, ale boję się,
                  > że za telefon o północy z pytaniem o książkę kucharską chyba popełniłaby morde
                  > rstwo ;p

                  Sadzac po jezyku, to ksiazka jest pewnie sprzed 1 wojny, a moze wrecz sprzed
                  francusko-pruskiej. W latach 30-tych wydano mnostwo reprintow ksiazek
                  kucharskich z lat 1860-1900. A z "kury wkladaja sie" nasmiewano sie juz 100 lat
                  temu - ksiazki kucharskie mialy specyficzny jezyk.

                  Szkoda, swoja droga, ze tak malo wiadomo o autorkach szalenie w swoim czasie
                  popularnych ksiazek kucharskich. Teraz wiedza juz nie do odtworzenia.
                  Cwierciakiewiczowa Prus spopularyzowal, ale co z innymi? A przeciez z ich
                  dorobku korzystamy do dzis.

                • lezbobimbo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 00:25
                  Moja mama z kolei posiadala nabyta dla bibliofilstwa malutka ksiazeczke
                  kucharska wydana pod zaborami i drukowane w Lwowie czy gdzies indziej na kresach
                  - to byl reprint, wiec slownictwo i czcionka byly uhoczo stahoswieckie :) Wielce
                  nadobna, pamietam zaczytywalam z przyjemnoscia i cieknaca slinka (przasny PRL, a
                  tam jakies kopice jaj), ale nie pamietam wiele oprócz tego, ze jajka przed
                  wynalezieniem lodówki trzymalo sie w popiele, a mieszkanie odkurzalo sie za
                  pomoca skrzydla gesi. I jeszcze przepis jak robic specjalna baaaardzo gesta
                  marmolade z zurawin, tak aby potem krajac ja na grube talarki i przekladac owe
                  papierem :)
                  • k_linka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 24.08.08, 22:28
                    www.kucharz1935.republika.pl/
                    Tu wydanie z 1935 z Warszawy wiec bardziej nowoczesnie... Ale tez chyba
                    nowoczesne jak na czasy podejscie autorki
                    • yowah76 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 25.08.08, 22:49
                      O, to, to, to:
                      Kury, przeznaczone do gotowania, kładą się zaraz po zarżnięciu w
                      zimną wodę na godzinę, potem wyjmują się, otrząsają z niej,
                      trzymając za nogi kładą do gotującej się wody, z której się zaraz
                      wyjmują, próbując czy pierze da się łatwo wyrywać; jeżeli nie, to
                      trzeba je jeszcze raz zamaczać, żeby pióra łatwo wyskubać się dały i
                      nie zadzierała się skórka. Kurczęta i gołębie zanurzają się tylko w
                      niezbyt gorącą wodę. Ptastwo, przeznaczone na pieczyste, skubie się
                      zaraz po zarżnięciu, póki jeszcze ciepłe, uważając, żeby skórki nie
                      zadrzeć. Gęsi i kaczki, po oskubaniu, opalają się jeszcze nad
                      płomieniem, a potem dobrze wrzącą wodą obmywają, żeby ręką można z
                      nich zetrzeć resztę puszków i piórek, które jeszcze pozostały. Nogi
                      parzą się i obdzierają z twardej skórki.



                      528. Poproszenie drobiu. Paproszenie kur robi się następującym
                      sposobem: Najprzód wyjmują się oczy, wierzchnia część dzioba
                      oczyszcza się, a spodnia urzyna się do połowy, kurę kładzie się na
                      grzbiet, przerzyna gardło przy piersi w poprzek, wyjmuje się
                      gardziel ostrożnie, żeby skóry nie rozedrzeć, Jeżeli kura ma być
                      pieczona, obcinają jej się nogi w stawach, jeżeli gotowana, obcinają
                      się tylko pazurki, przecinają ścięgna i zakładają się nogi. Wierzch
                      tylnego otworu odcina się, brzuch rozrzyna się trochę wzdłuż,
                      wyjmują wnętrzności, oddziela się ostrożnie żółć od wątroby, wyrzyna
                      się z żołądka twardość, a sam żołądek rozcina wpoprzek i zdejmuje
                      się wewnętrzną błonkę. Kura wymywa się parę razy czysto zimną wodą,
                      uda zakładają się w tył za przecięcia w słabiznie, aby pierś w górę
                      się wzniosła. Za prawe skrzydło zakłada się żołądek, za lewe
                      wątróbka i zakręca w górę na grzbiet.Gołębiom ukręca się główkę,
                      wyjmuje ostrożnie gardziel a szyi trochę ucina. Po wypaproszeniu
                      zakłada się wątróbka i żołądek za skrzydła, jak u kur, nogi
                      przecinają się w stawach kolan; po obu bokach nacięcia robią się
                      nożem małe otwory, w które zakładają się wtył wygięte nóżki. Gęsi i
                      kaczki, gdy po wymyciu zupełnie zastygną, paproszą się tak jak kury.
                      Tłuszcz, który się na spodzie u gęsi znajduje, jako i ten, który
                      wnętrzności otacza, wyjmuje się. Flaki wyciskają się, rozrzynają,
                      wycierają dobrze solą i moczą się. Szyja i skrzydła odcinają się,
                      szyja przerzyna się przez pół, nogi odcinają w stawach i pazury przy
                      nich będące; z nóg zdziera się skóra, zakłada się na nie żołądek,
                      okręca go się flaczkami i to nazywa się dróbkami.



                      529. Rozbieranie drobiu. Indykowi, indyczce równie jak pulardzie i
                      kapłonom ucina się łeb, a gdy krew iść przestanie i są jeszcze
                      ciepłe, kość pacierzowa się wyciska lub przetrąca dużą łyżką
                      drewnianą, kładąc na piersi poprzednio na kilka razy zwiniętą
                      serwetę, aby się skóra nie przedarła. Powinny się także wyciągnąć
                      żyły z tak zwanych pałek, które czynią owe pałki twardsze. Indyk
                      oskubuje się z piór, resztę opala się, szyi ucina się trochę, nogi
                      odrzynają, a kadłub się paproszy. Po wymoczeniu, wymyciu i ościeniu
                      go, uda po obu stronach przetykają się szpikulcem, aby się piersi w
                      górę podniosły. Ponieważ rozbieranie drobiu niejednej gosposi
                      ...
                      • lezbobimbo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 25.08.08, 22:54
                        [*] znicz dla tych biednych zwierzatek (sorry, nawet nie doczytalam do konca :(
              • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 05:50
                Przypomniała mi się taka scena z "Klaudyny w szkole", kiedy to Klaudyna z
                koleżankami delektują się wziętym z poradnika wiejskiej gospodyni opisem, jak
                urządzić latrynę. Rezultatem starań gospodyni miało być uzyskanie cienistego i
                wonnego zakątka, altany bardziej ;-)
                Czyli rozrywka polegająca na czerpaniu złotych myśli z poradników z dziedziny
                gospodarstwa domowego ma już dość długą tradycję.
                • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 14:21
                  Całkiem jak Scarlett O'Hara, która chciała mieć dom w stylu szwajcarskiego szaletu xD
                  • agnieszka_azj Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 14:57
                    ananke666 napisała:

                    > Całkiem jak Scarlett O'Hara, która chciała mieć dom w stylu
                    szwajcarskiego szal
                    > etu xD

                    Ale szalet chyba tylko po polsku oznacza ubikację ?
                    • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 15:57
                      Tak myślę :) chalet to dom w stylu alpejskim, ale wymawia się inaczej niż polski szalet. Myślę, że cały wic jest w zniekształceniu słowa o podobnej pisowni tak, aby wyszło coś kompletnie bez sensu, po polsku akurat szalet. Swoją drogą, wie ktoś, jak ten dialog wygląda po angielsku?
                      • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 16:15
                        Proszę :-)

                        "Oh, no, Rhett. Not anything old fashioned like these New Orleans
                        houses. I know just what I want. It's the newest thing because I
                        saw a picture of it in--let me see--it was in that Harper's Weekly
                        I was looking at. It was modeled after a Swiss chalet."

                        "A Swiss what?"

                        "A chalet."

                        "Spell it."

                        She complied.

                        "Oh," he said and stroked his mustache.

                        "It was lovely. It had a high mansard roof with a picket fence on
                        top and a tower made of fancy shingles at each end. And the towers
                        had windows with red and blue glass in them. It was so stylish
                        looking."

                        "I suppose it had jigsaw work on the porch banisters?"

                        "Yes."

                        "And a fringe of wooden scrollwork hanging from the roof of the
                        porch?"

                        "Yes. You must have seen one like it."

                        "I have--but not in Switzerland. The Swiss are a very intelligent
                        race and keenly alive to architectural beauty. Do you really want
                        a house like that?"
                        • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 16:28
                          Czyli przekład wierny.
                          Kurczę, jak ona wymówiła ten chalet? Bo Rhett albo skojarzył go z czymś dziwnym, albo w ogóle nie zrozumiał, o co biega. Może shallot? Byłby styl szwajcarskiego szczypiorku? :)
                          • lezbobimbo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u szaletu i scarlettu 22.08.08, 16:58
                            Chalet jest z francuskiego, a tam sie nie wymawia t na koncu.
                            Czyli cos jak "szale"!
                            W zwiazku z czym Anglicy i Amerykanie zrobili z chaletem to samo co zrobili z
                            Monetem i bidetem: do francuskiej wymowy dodali jeszcze lekkie jot na koncu.
                            Monet i bidet wymawia sie po angielsku monej i bidej :)
                            I tak samo chalet: po angielsku szelej :-D

                            Chalet to francusko-alpejskie okreslenie na skromna acz wesola, drewniana,
                            szwajcarska chatke w górach, z wystajacym okapem itd - co potem przeszlo na
                            ogólnie górskie domki letniskowe. Slowo oznaczalo kiedys chate pasterza w górach
                            i pochodzi ponoc ze sredniowiecznej laciny: callitum.
                            Do nas dotarlo jak widac dosc specyficzne znaczenie chaletu - budka z drewna
                            owszem, ale bynajmniej nie letniskowa ;)
                            Tlumaczce czy tlumaczowi na polski wdzieczne sie slówko podlozylo - smieszniej
                            niz w oryginale!
                            • lezbobimbo Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u szaletu i scarlettu 22.08.08, 17:02
                              Acha, a Scarlett miala widac gust Waldemaryczny ;>
                            • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u szaletu i scarlettu 22.08.08, 17:44
                              Czyli, Scarlett nie zmieniła wymowy "chalet" w jakieś inne słowo znaczące coś głupiego, tylko po prostu zniekształciła francuski wyraz na modłę angielską? Jeśli tak, to trochę rozczarowana jestem, polski szalet podoba mi się znacznie bardziej. Myślałam, że po angielsku też była jakaś gra słów.
                              • jottka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u szaletu i scarlettu 22.08.08, 20:55
                                istnieje pewne cokolwiek mniej popularne dzieło, a mianowicie 'w szwajcarii'
                                słowackiego, czyli poemat liryczny o fabule romansowo-tragicznej, gdzie autor
                                siem rozmarza, jak to alpy, mgły 'i my w tym szalecie' ku nieodmiennej radości
                                czytelnictwa:)
                                • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u szaletu i scarlettu 22.08.08, 22:05
                                  O, faktycznie, wyleciało mi z głowy :) a od razu mi się skojarzyło, jak w podstawówce przerabiało się - żeby nie zełgać - "Antka", a w scenie pożegnania Antka padają słowa "każdemu stworzeniu, co się rucha"... cóż, klasa chyba składała się z samych zboczuchów, tyle Wam powiem.
                                  • onion68 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u szaletu i scarlettu 22.08.08, 23:12
                                    >cóż, klasa chyba składała się z samych zboczuchów, tyle Wam powiem.

                                    Nasza też, co wyszło na jaw w trakcie lekcji łaciny w pierwszej klasie - lekcji,
                                    na której była omawiana odmiana zaimka "hic, haec, hoc" ;-) Przy genetivusie już
                                    było wesoło, przy dativusie odlecieliśmy.
                                    • agnieszka_azj Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u szaletu i scarlettu 22.08.08, 23:16
                                      Pamietam jeszcze podobne reakcje przy "Panu Tadeuszu", gdy (mam
                                      wrażenie, że od razu w pierwszej scenie) ktoś pociągał za.. proszę
                                      wszystkich o wybaczenie... kutasik. Chyba nawet Tadzio osobiście ;-)
                                      • truscaveczka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u szaletu i scarlettu 25.08.08, 07:49
                                        agnieszka_azj napisała:

                                        > Pamietam jeszcze podobne reakcje przy "Panu Tadeuszu", gdy (mam
                                        > wrażenie, że od razu w pierwszej scenie) ktoś pociągał za.. proszę
                                        > wszystkich o wybaczenie... kutasik. Chyba nawet Tadzio osobiście ;-)
                                        Przypominam sobie jedynie pociąganie za sznurek, by "stary Dąbrowskiego usłyszeć
                                        Mazurek" :)

                                        Jednakowoż...

                                        "Pan Tadeusz wszedł pierwszy, drżącymi rękami
                                        Drzwi za sobą zamyka..." ;) Ale to jakby Fredro :)
                                        • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u szaletu i scarlettu 25.08.08, 09:12
                                          Ale jest też:

                                          Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,
                                          Przy którym świecą gęste kutasy jak kity.

                                          :)
                    • minerwamcg Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 26.08.08, 13:48
                      BTW w języku polskim ubikacja też kiedyś znaczyło po
                      prostu "pomieszczenie". I jeśli u Prusa czy Orzeszkowej wyczytamy,
                      że mieszkanie miało tylko dwie ubikacje, nie będzie to znaczyło, że
                      był w nim kibelek damski, męski i nic więcej :))), tylko że było
                      dwuizbowe.
                      • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 26.08.08, 16:31
                        O, albo sklep - dzisiaj miejsce handlu, kiedyś pomieszczenie zwykle piwniczne, (które miało sklepienie; sklepione).
                        • lutecja4 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 26.08.08, 21:51
                          a wracajac do tematu-mam pytanie zwiazane z Szosta Klepka-napisane tam jest, ze
                          odkad u Zakow zamieszkal Bobcio, salon przestal byc elegancki, bo m.in w dywan
                          wdeptane byly banany i herbatniki czy pod koniec 1975r (bylam juz wtedy na tym
                          pieknym swiecie ale raczej nie bylam tego za bardzo swiadoma) banany i
                          herbatniki byly dobrem na tyle powszechnym,zeby mozna je bylo wdeptywac w dywan?
                          • dakota77 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 26.08.08, 21:57
                            Ja '75 nie pamietam, urodzilam sie dwa lata pozniej, ale faktem jest, ze czasy
                            Gierka charakteryzowaly sie pewnym dobrobytem w stosunku do wczesniejszych.
                            Mysle, ze banany dawalo sie dostac, choc na pewno nie codzienne.
                            • yowah76 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 26.08.08, 22:02
                              Ja pamietam banany w normalnym sklepie, tj. moze to delikatesy byly
                              ale mozna bylo kupic... to jedno z moich pierwszych wspomnien jak
                              stalam juz na wlasnych nogach wiec pewnie 78/79. Nawet pamietam,
                              ktory sklep to byl;)
                          • agnieszka_azj Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 26.08.08, 23:05
                            lutecja4 napisała:

                            czy pod koniec 1975r (bylam juz wtedy na tym
                            > pieknym swiecie ale raczej nie bylam tego za bardzo swiadoma)
                            banany i
                            > herbatniki byly dobrem na tyle powszechnym,zeby mozna je bylo
                            wdeptywac w dywan
                            > ?

                            Herbatniki z całą pewnością były dobrem ogólnodostępnym ;-) Banany
                            bywały, można je było zdobyć. Bobcio jako przyszłość narodu zapewne
                            miał pierwszeństwo przed resztą rodziny.

                            Mam takie wspomnienie z końca podstawowki - to pewnie był 77 albo
                            78 rok. Odwiedziła mnie koleżanka. W pokoju na misce z owocami
                            leżały banany - sztuk cztery. Jej się oczy zaświeciły i zapytała,
                            czy może jednego, a ja powiedziałam, ze nie. Bananow było tyle, ile
                            osób w domu i nie wyobrażałam sobie, ze mogłabym jej oddać owoc
                            przynależny Mamie, Tacie czy Babci, a swojego tym bardziej. Byłyśmy
                            w domu same, a ja byłam tak rygorystycznie wychowywana, ze w głowie
                            mi się nie mieściło, ze w ogóle mogłabym ruszyć taką rzecz nie
                            uzyskawszy pozwolenia dorosłych. Pamietam moje zdziwienie kiedy
                            inna koleżanka wyjęla z kredensu czekoladki, rozpakowala i mnie
                            poczęstowała. Dla mnie nie do pomyślenia bez zgody Mamy czy Babci ;-
                            )

                            Kiedy to potem opowiedziałam Mamie, to się obruszyla i powiedziała,
                            ze oczywiście trzeba było ja poczęstowaćtym bananem. Ta dziewczynka
                            była wychowywana przez samotną mamę, ale ja sobie z tego nie do
                            końca zdawałam sprawę. Nie z tego, że nie było tam taty, tylko że
                            zwyczajnie mogło ich nie byc stać na banany. Stało się, a mi do
                            dziś jest przykro, jak sobie przypomnę jej minę.
                            • agnieszka_azj A propos bananów w PRL... 07.09.08, 17:19
                              ... przypomniało mi się coś jeszcze. Otóż zawsze były one z
                              granatową naklejką "Chicita" (tak się pisze ?).

                              Kiedy w latach osiemdziesiatych wyjachałam pierwszy raz na tzw.
                              Zachód, bardzo się zdziawiłam, że bywają też banany z innymi
                              naklejkami. Jakoś tak miałam przekonanie, że one z tą Chicitą już
                              na drzewach rosną ;-)))
                              • ananke666 Re: A propos bananów w PRL... 07.09.08, 21:33
                                Chiquita? tak pamiętam...
              • anutek115 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 09:41
                yowah76 napisała:

                > A juz hitem absolutnym jest angielskie dzielko z 1937 bodajze, taki
                > poradnik o wszystkim dla pani domu z poradami w rodzaju "do
                > wielkiego sprzatania najlepiej wziasc kogos dwa razy do roku jesli
                > nie ma sluzacej lub jest zbyt zajeta;)"

                No co chcesz, bardzo przytomna rada ;-).
              • biljana Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 10:37
                yowah76 napisała:


                > Swietna jest tez broszurka o wychowywaniu dzieci, tez chyba lata
                50,
                > z opisami jak to dziewczynka podkrada matce jajka z kurnika zeby
                > sobie kupic ponczochy czy cos, a inna matka daje synowi zly
                przyklad
                > na przyszlosc, wysylajac go rano na pole sasiada po seradele dla
                > krolikow - tu zaluje, ze mam tylko ta jedna pozycje;))) bo to cala
                > seria byla.

                dla mnie hitem była książka z późnych lat 40 tych bądź poczatku 50
                tych p.t zdrowie kobiety. Należała chyba swego czasu do moje babci,
                bo mamy nie podejżewam o zakup tego wiekopomnego dzieła.
                Można było sie podczas tej pouczającej lektury dowiedzieć, jak uszyć
                sobie biusthalter:) albo ... podpaski (były tez rysunki) no i co z
                nimi robić. Ja rozumiem, że w tamtych czasach takie były realia, ale
                z dzisiejszej perspektywy brzmi przerażająco. Było też np o myciu
                włosów - co najmniej raz w miesiącu! (o mamma mia:) i o nacieraniu
                tychże naftą...
                W każdym razie, mieszkając jeszcze u rodziców, czytywałam sobie tę
                książkę siedząc w miejscu, gdzie król chodzi piechotą:)
          • agnieszka_azj Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 21.08.08, 18:26
            ananke666 napisała:

            > Tak, to oczywiście "Kuchnia polska"! z 77 roku.

            Sprawdziłam - ta moja jest z 87 roku. Mama ją dla mnie kupiła w
            posagu ;-)
            Wczesniejsze wydanie mielismy w domu, ale nie wiem, z którego roku.
            Tam rzezczywiście ilustracje były mniej apetyczne.
            • meduza7 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 22.08.08, 10:01
              Ja mam "Kuchnię polską" z 1971, podpisaną, a raczej opieczątkowaną przez moją
              mamę, jeszcze jej panieńskim nazwiskiem. Zgadzam się, że najlepsze ze
              wszystkiego są rozdziały dotyczące organizacji żywienia :D Ale wzruszyłam się
              też, gdy zobaczyłam, że niektóre przepisy uwzględniają fakt, że część osób
              gotuje jeszcze na kuchniach węglowych ("zmniejszyć gaz lub odsunąć garnek na bok
              płyty").
              Mam też "Kuchnię polską" z lat dwutysięcznych i prawdę mówiąc - i to polska, i
              to, a przepisy jakieś całkiem inne... ;)
              • minerwamcg Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 26.08.08, 13:58
                meduza7 napisała:

                > Ja mam "Kuchnię polską" z 1971 (...)
                >Ale wzruszyłam się też, gdy zobaczyłam, że niektóre przepisy
                >uwzględniają fakt, że część osób gotuje jeszcze na kuchniach
                >węglowych ("zmniejszyć gaz lub odsunąć garnek na bok płyty").

                Hi,hi :) U nas w domu piec kuchenny był do 1981 roku, a pewien
                krakowski aktor w latach 90. stoczył bój z administracją domu, żeby
                sobie nie dać takowego wyburzyć. Moja babcia gotowała na kuchni
                węglowej jeszcze na początku XXI wieku (choć gazową miała też), a
                teściowa na letnisku robi to do dzisiaj. I powiedz, że takie
                przepisy nie są potrzebne :)))
                • lutecja4 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 05.09.08, 09:17
                  kuzynka mi to wlasnie przyslala na poczte, wydalo mi sie bardzo adekwatne do
                  tematu tego watku i mam nadzieje ze nikt sie nie obrazi,w sumie to smieszne ale
                  i prawdziwe
                  staralam sie wykropkowac wszystkie "brzydkie" wyrazy :))

                  "BUDYŃ"
                  Miałem już dzisiaj nic nie pisać ale się wk... jak nigdy! Muszę
                  odreagować. Sorry za błędy i ogólny chaos, ale mam to w d.... Niech to
                  ch... strzeli, j.... dr Oetker! No co mnie k... podkusiło, żeby kupić
                  budyń z tej za... firmy? Siedziałem sobie w domu, czytałem to tamto, aż mnie
                  nagle złapała ochota na budyń. A z dziesięć lat już tego nie jadłem. No to się
                  wziąłem ubrałem, pobiegłem do sklepu.
                  - Poproszę budyń.
                  - Proszę.
                  - Dziękuję.
                  Szybki powrót do domu. Na opakowaniu napisane, że gotować mleko, potem
                  wsypać, bla, bla, bla. Zrobiłem jak kazali. I co? I wyszło mi kakao!
                  Rzadkie jak sraczka. Tego się nie da jeść. Jak te p... chamy mogą
                  nazywać to coś budyniem i jeszcze chwalić się nową recepturą czy formułą
                  (dziś słowa skład nie używa się, wszystko ma w sobie formuły!).
                  Mam tego dość. Dość j... demokracji, kapitalizmu i całego tego
                  ścierwa. Chce takich budyniów jak za komuny! W brzydkich opakowaniach,
                  ale gęstych z takimi wk.... grudkami! I kisieli też chcę!
                  Niedawno na własne oczy widziałem jak moja znajoma PIŁA kisiel! Jak
                  k... można pić kisiel? Czy nasze dzieci już nie będą pamiętały, że to
                  należy wyjadać łyżeczką do której wszystko się lepi i na koniec trzeba
                  oblizać?
                  Kto mi zabrał szklane litrowe butelki z mlekiem? Komu one przeszkadzały?
                  I mleko w butelkach i śmietana, które kwaśniały, bo były prawdziwe! A
                  teraz po tygodniu stania na kaloryferze dalej jest "świeże" - co to
                  k... za mleko? A dzieci myślą, że to mleczarnia mleko daje a krowa jest
                  fioletowa. A te butelki takie fajne kapsle miały, skoble do strzelania w
                  dupę się z nich robiło!...
                  A gumki się z szelek wyciągało. Gdzie teraz takie szelki?
                  Dlaczego teraz nawet wafelki prince polo są w tych cudnych opakowaniach
                  zachowujących świeżość przez pięćcet lat? Ja chce wafelków w sreberkach!
                  I nie tylko prince polo, ale i Mulatków!
                  Jaki dziad sk... się zachodnią technologią, dzięki której teraz
                  wszystkie cukierki rozpływają się w ustach, a nie tak jak kiedyś, trzeba
                  je gryźć było, tak normalnie jak ludzie!? No pytam się, no!
                  P.... mieć do wyboru setki rodzajów lodów i nie móc zdecydować się,
                  na jaki mam ochotę! Kiedyś były tylko bambino w czekoladzie i wszyscy
                  byli szczęśliwi, a jak rzucili casatte to ustawiała się kolejka na pół
                  kilometra.
                  Czy ktoś pamięta jak smakuje prawdziwa bułka? Nie, k..., nie tak jak w
                  waszych wielkich p.... sklepach, napompowane powietrzem kruche gówna.
                  Prawdziwe bułki są twardawe, wyraziste w smaku, a najlepiej z prawdziwym
                  masłem, które wyjęte z lodówki jest niemożliwe do rozsmarowania! O
                  margarynie za komuny można było tylko pomarzyć, a jak była, to taka
                  ch...., chyba Palma się nazywała.
                  Wielkie p.... koncerny wy.... na amen z rynku moją ukochaną
                  oranżadę, którą za młodu gasiłem pragnienie, a mordę przez pięć godzin
                  miałem czerwoną. I jej młodszą siostrę - oranżadkę w proszku, której
                  nikt nigdy nie rozpuszczał w wodzie, Bo służyła do wyjadania oblizanym
                  palcem.
                  Nawet ukochane parówki mi za...., dziś już nie robi się takich dobrych
                  jak kiedyś...
                  W telewizji były dwa kanały, programy kulturalne, teatry, programy naukowe i
                  westerny na które czekało się cały tydzień. Teraz mamy sto kanałów i
                  nic nie ma. Każdy filmy niemożliwie obsiekany tymi j...
                  reklamami, że człowiek traci wątek fabuły.
                  Możemy wp.... pomarańcze, banany i mandarynki, a kiedyś jak
                  przyszedłeś z czymś takim do szkoły, to cię szefem nazywali.
                  Fast foodów też nie było i każdy żywił się w drewnianych budach i
                  żarliśmy z aluminiowych talerzy i jakoś nikt sraczki nie dostał, a
                  śmieci wokoło nie było bo nie było zasranych jednorazówek. A jak
                  chcieliśmy Ameryki to żywiliśmy się zapiekankami z serem i pieczarkami i
                  hod-dogami nabijanymi na metalowe pale. Buła, parówka, musztarda! Alergii
                  nie było i jakichś p.. chorób udziwnionych. Nic więcej do
                  szczęścia nie potrzebowaliśmy.
                  S... zasrana Ameryko. A taką k.. miałem ochotę na budyń!"
                  • dakota77 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 05.09.08, 14:16
                    Fajne, tylko:
                    -da sie kupic mleko w butelce
                    -maslo, ktorego nie da sie rozsmarowac po wyjeciu z lodowki tez
                    -kisiel czy galaretke da sie pic, tylko tak jak za naszegod ziecinstwa trzeba to
                    robic zanim sie zetnie, wiadomo
                    itd.itd.

                    Ja nie podzielam sentymentow goscia. Fakt, nie wszystko zmienilo sie na lepsze,
                    za duzo sztucznosci w naszym jedzeniu. Ale w czasach, ktore wspomina z takim
                    sentymentem, nie bylo wyboru, a dzis jest. I ja wole sie zastanawiac, ktory
                    gatunek krewetek i jakiej firmy kupic, niz przegryzac suchawa bulke z
                    pociachanym, nierosmarowanym maslem:-). Co nie zmienia faktu, ze tesknie za
                    wieloma smakami dziecinstwa, ale jednak nie takimi:-)
                    • truscaveczka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 08.09.08, 11:14
                      Ja tam lubię pić kisielek. Cium cium :)
                      A są też takie rzeczy, których w sklepach nie było, a teraz są. Chemiczne serki,
                      chemiczne jogurty, chemiczne wszystko...
                      • minerwamcg Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 08.09.08, 11:24
                        A bo gupie gadanie, że kiedyś kisiel był gęsty, dzisiaj rzadki.
                        Pogotować moment dłużej, to będzie gęsty. Jeszcze dłużej - będzie
                        betonik :) Jakby to taki problem był...
                        A w ogóle to kisielek można sobie wyprodukować samemu, z mąki
                        kartoflanej i syropu owocowego, najlepiej domowej roboty.
                  • the_dzidka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 09.02.09, 14:12
                    > kuzynka mi to wlasnie przyslala na poczte, wydalo mi sie bardzo
                    adekwatne do
                    > tematu tego watku i mam nadzieje ze nikt sie nie obrazi,

                    Nie obraziłam się absolutnie, ale zdecydowanie lepiej czytałoby mi
                    się to bez tych wszystkich... środków wyrazu. Mimo iz
                    wykropkowanych. ja nie wiem, co za jakies dziwne przekonanie, że
                    nawrzucanie chamskich wyrazów poprawia atrakcyjność tekstu...
                • filifionka-listopadowa Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 05.09.08, 12:54
                  Jkaby ktoś chciał mam zeskanowaną Ćwierczakiewiczówny "Jedyne praktyczne
                  przepisy..." z 1858. I mogę wrzucić na Rapid Share i podzielić się linkiem.
                  • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 05.09.08, 14:31
                    Ja chcę!!!!
                  • pola_lawendowe Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 06.09.08, 18:05
                    filifionko-listopadowa:)

                    Gdybyś była tak uprzejma i nie sprawiłabym kłopotu prośbą o skan,
                    to - bardzo, bardzo proszę o wysłanie na mail gazetowy
                    (pola_lawendowe@gazeta.pl)
                    Poluję na oryginał w cenie, która nie zabija od razu, tylko nieco
                    później:)
                    Pozdrawiam serdecznie wszystkie Panie:)
                    • filifionka-listopadowa Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 08.09.08, 03:07
                      rapidshare.com/files/143496542/LC1885.rar.html
                      Tu link do ściągnięcia książki.Duży to plik dlatego niestety odpada wysyłanie go
                      na maila.
                      Jak to działa:
                      Otwieramy link, klikamy na guziczek z napisem free user, czekamy wyznaczony czas
                      potem naciskamy wiele mówiące słowo download.
                      Smakowitego czytania przepisów na masło, likiery i drożdże domowe!
                      • pola_lawendowe Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 08.09.08, 20:52
                        dziękuję, filifionko:)
                        i przepraszam Panie i Panów za offtopic, bardzo chciałam mieć
                        chociaż namiastkę książki kobiety, która podczas mszy, spiżowym
                        głosem przeklinała biskupa do siódmego pokolenia:))
                        pozdrawiam, życząc miłego wieczoru:)
                      • the_dzidka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 11.09.08, 13:15
                        Oj super, też sobie ściągnę... ja jestem nawet Premium User :-)
    • czekolada72 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 06.02.09, 14:49
      Wiecie co, to ja chyba nie zylam w TYM PRLu!

      Masło, owszem – paskudne, słone, ale było tez normalne, nie kojarze,
      żeby ktokolwiek w rodzinie ubarwiał je czyms innym niż –
      sporadycznie – przecierem pomidorowym lunb szczypiorkiem, i to
      wyłącznie w celach estetyczno-kolorystycznych. Witaminy były pod
      postacia surowych owockow i jarzynek oraz witaminek tabletkowych,
      vibovitu, visolvitu i satu-cos dalej co nie pamiętam, ale było to w
      kwadratowych saszetkach, wieksze niż wibovit.
      Śmierdzącego oleju tez nie kojarze 
      Na białym serze się w sumie wychowałam, ze szczypiorkiem, pomidorem
      lub miętą i cukrem. Serki homo – zwykle i waniliowe, na które w
      pewnym momencie już patrzec nie mogłam i odruch wymiotny wzbudzaly,
      ale wyłącznie z tego powodu, ze pakowano we mnie je dzien w dzien.
      Wróciłam do nich gdy po 20 latach polubilo je moje dziecko 
      Jogurtu nie kojarze.
      Ser zolty – kojarze pomarańczowy – swoja droga – chetnie bym dzis
      taki nabyla!
      Pamiętam mleko, kefir i śmietanę w szklanych butelkach, z
      różnokolorowymi kapslami, mleko przywozila pani metalowym wozkiem w
      koszach – swoja droga to podziwiam dzis Kobiete, ze miala sile
      tachac to!
      Rodziny na wsi nie posiadałam, ale pamiętam wyprawy maluchem po
      kiełbase do Liszek i wedliny do Skały 
      Raz weszliśmy w posiadanie kury czy koguta?? Po zabójstwie, przez
      nieuwage łeb poirwał i skonsumował piesek i to dopiero była jazda!
      (aczkolwiek to były już jakies lata koncowe 80-te).

      >lansowano wówczas różne dziwaczne przepisy, w stylu babki ze
      skwarek, tortu marchwiowego względnie budyniu z kalafiora. Część
      przepisów można znaleźć w starych książkach kucharskich. Na
      szczęście moja Mama nie wygłupiała się z wypróbowywaniem takich
      cudów.
      Wystarczy otworzyc obecna prase kolorowa i znajdziesz mnóstwo tego
      typu przepisow lansowane jako najmodniejsze i najbardziej topowe…..

      >Pieczywo nader często bywało na przykład przedwczorajsze. Sposób
      funkcjonowania piekarni w związku z tym pozostał dla mnie niepojęty.
      Hmmmm, może to w miescie? Bo jak spędzałam cale wakacje w malej
      mieścinie, gdzie była piekarnia – to z tego czasu mam najwspanialsze
      wspomnienia związane ze świeżutkim, najlepszym i niezapomnianym
      pieczywem.

      Ryby – w ogole nie kojarze Centrali Rybnej, chyba w ogole dopytam
      czy cos takiego było u nas i skad ryby się braly w domu?

      Zamiast ochłapow mielismy normalne mieso na kartki, które przez
      jakis czas dostarczala znajoma – to był plus, fakt.
      Co do kolejek to pamiętam jak babcia „obracała” z 10 razy w celu
      nabywania ograniczonej ilości dżemów (EXTRA!!) sliwkowych – koniec
      lat 80-tych, a dzemy LUXUS, nigdy pozniej….

      W warzywniakach były wszelkie dostępne polskie owoce, nigdy potem
      nie było już takich czereśni, wisni, sliwek, jabłek, gruszek….
      Pomidorki, ogorki, no nie będę calej listy wymieniac! Owszem – nie
      było cytrusow, i mandarynki były moja obsesja – w listach do
      Mikołaja prosilam o cale kilogramy )

      >Pamięta ktoś jaja wapienne i jajka w proszku?
      Nie pamiętam, ale jaja w proszku SA reklamowane w kiper-super
      marketach \

      Albo zupę mleczną, którą katowali dzieci w stołówkach masowego
      rażenia, składającą się z mleka i kaszy gryczanej?
      > w zyciu taka mnie nie karmiono

      Banany, sporadycznie, bo sporadycznie, ale się jadało.

      Sztuczne lody – fakt – szczyt ohydztwa.
      • kkokos Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 06.02.09, 16:15
        czekolada72 napisała:

        > Wiecie co, to ja chyba nie zylam w TYM PRLu!

        ewidentnie nie. albo byłaś bardzo, bardzo mała, albo rodzina stworzyła ci z
        jakiejś przyczyny cieplarniane warunki :)

        > Śmierdzącego oleju tez nie kojarze
        bo sama nie gotowałaś, więc nie miałaś z nim kontaktu

        > Na białym serze się w sumie wychowałam,
        ja też, ale pamiętam, że w latach 80. były okresy, gdy było nawet o niego trudno

        > >Pieczywo nader często bywało na przykład przedwczorajsze.
        > Hmmmm, może to w miescie?

        owszem, w mieście - wiecznie były kolejki po pieczywo ustawiające się pod
        sklepami obok normalnego ruchu w sklepie. i były (bywały) ograniczenia w liczbie
        bochenków, które można było kupić. naprzeciwko mojego domu była malutka
        piekarenka z bagietkami, pojawiła się pewnego dnia i to była i rewolucja (bo
        bagietka nie była czymś zwykłym),i rewelacja - i stale tam stała kolejka, na
        zapleczu pieczono, przed sklepem tłumek czekał, aż się upieką.

        > Ryby – w ogole nie kojarze Centrali Rybnej, chyba w ogole dopytam
        > czy cos takiego było u nas i skad ryby się braly w domu?
        no nie żartuj, wszystkie sklepy rybne to były sklepy centrali rybnej, tak to się
        po prostu nazywało

        > W warzywniakach były wszelkie dostępne polskie owoce, nigdy potem
        > nie było już takich czereśni, wisni, sliwek, jabłek, gruszek….
        jasne, a niebo było bardziej błękitne - to się nazywa arkadyjski mit dzieciństwa :)


        > Albo zupę mleczną, którą katowali dzieci w stołówkach masowego
        > rażenia, składającą się z mleka i kaszy gryczanej?
        > > w zyciu taka mnie nie karmiono
        to ty chyba w życiu nie byłaś na koloniach za komuny. ani na wczasach fwp lub w
        ośrodku wypoczynkowym z zakładu pracy któregoś z twoich rodziców. albo też -
        powtórzę - rodzice stworzyli ci cieplarniane warunki :)

        > Banany, sporadycznie, bo sporadycznie, ale się jadało.
        w latach 70. jadało się nawet nie sporadycznie, bo były. w latach 80. nie jadało
        się nawet sporadycznie, bo nie było! wiem to z całą pewnością, bo jako dziecko
        uwielbiałam banany, a jako nastolatce mi je właśnie odebrano i dałabym się wtedy
        pokroić za banana... ale nie było.

        • soova Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 06.02.09, 17:00
          kkokos napisała:

          > czekolada72 napisała:
          >
          > > Wiecie co, to ja chyba nie zylam w TYM PRLu!
          >
          > ewidentnie nie. albo byłaś bardzo, bardzo mała, albo rodzina stworzyła ci z
          > jakiejś przyczyny cieplarniane warunki :)

          W takich warunkach, jak Czekolada, można było przeżyć PRL, pod warunkiem, że się mieszkało w domu z ogrodem, a obok była piekarnia. :) Ja tak miałam :-). Mieliśmy bezproblemowo warzywa i owoce, poza tym tato jako pracownik sektora rolnego i dodatkowo biegły do spraw wycen nieruchomości często na wsiach dostawał w charakterze upominku np. większą ilość ziemniaków czy wyborne jabłka. No, ale bananów nie było, słodyczy nie było (w stanie wojennym kartki na słodycze czy cukier moi rodzice w szponach nałogu ;) wymieniali na kartki na papierosy :)). Mięso mieliśmy od tzw. cielęciary, więc jestem wychowana na wybornej cielęcinie. Wtedy nie było mowy o takich dylematach moralnych, jakie dzisiaj mają ludzie rezygnujący z jedzenia mięsa, więc spokojnie jadłam tę cielęcinę z pełną świadomością, skąd to mięso pochodzi. Zresztą, szczerze mówiąc, jeszcze na początku lat 90-tych byłam przekonana, że wegetarianizm to postawa zdrowotna, a nie ideologiczna... :D :D :D

          Uwielbiałam kakao. W naszym mieście nie było, pamiętam, że albo dostawałam je od cioci z Warszawy albo od pewnego wujka, który mieszkał w Berlinie Zachodnim i od czasu do czasu przywoził nam ciuchy (z niemieckiego lumpeksu - wtedy jeszcze nikt nie wiedział, co to lumpeksy:)) i paczkę kakao Van Houtten lub tabliczkę czekolady.

          Na wczasy FWP nie jeździłam, na kolonie rzadko, więc nie znałam smaku szpinaku, po raz pierwszy zetknęłam się z nim w stołówce na koloniach w NRD właśnie. Z PRL-owskiego jedzenia masowego rażenia (a krótko chodziłam do stołówki) pamiętam zmorę stołówki: suchy, a ościsty filet rybny w grubej panierce, do tego suche ziemniaki i jakąś surówkę :(, śledzie w śmietanie i mizerię (do dziś nie znoszę, mężowi z rzadka przygotowuję, żeby mu zrobić przyjemność, sama nie tknę). Ale pamiętam też rzecz niesamowicie ekskluzywną: instytucja mojego ojca była niewielka, więc nie mieli stołówki, ale za to pracwnicy mogli sobie wykupić bony stołówkowe do zrealizowania w pewnej restauracji. I przez jeden rok, kiedy moja mama miała jakoś tak niesczęśliwie ułożony plan lekcji, że nie dawała rady wracać do domu i robić obiadu, chodziliśmy właśnie do tej restauracji, gdzie serwowano BRIZOL, czyli taki dość cienko zbity kotlet ze zwisającą po bokach nadwyżką jajka, które poszło na panierkę. Oczywiście ta nadwyżka to był dla mnie największy przysmak :).

          No i jest jeszcze jedna rzecz, która dla mnie, niejadka nienawidzącego przedszkola, była uśmiechem losu w tymże przybytku: budyń z sokiem na podwieczorek. :) Do dziś mam zawsze w lodówce jakiś syrop, właśnie po to, że gdyby naszła mnie ochota na budyń waniliowy, dodać go sobie do miski. :)
          • dakota77 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 06.02.09, 17:38
            No popatrz, a u mnie budyn z soczkiem nalezy do tych niezbyt pozytywnych
            wspomnien ze stolowek za czasow dziecinstwa;-)
            • soova Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 06.02.09, 18:25
              Bo ja jestem mlekopijem, dzieckiem, którego nie zmuszano do picia mleka. Moją mamę zmuszano, więc nie cierpi, ale ona mnie i siostry nie zmuszała, stąd obie lubimy. :) Podobno dorosłym ludziom mleko szkodzi, ale tym, co tak mówią, nie wierzę jak psom. :)
              • jhbsk Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 06.02.09, 19:36
                Bo to nie zupełnie tak jest, że szkodzi. Są ludzie, którzy mogą spożywać w
                dorosłości mleko, a są tacy, którzy nie mogą. Kwestia genów.
                Ja na szczęście należę do tych pierwszych.
              • croyance Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 07.04.09, 13:59
                Ja nie cierpie nabialu i go unikam, byc moze mam nawet nietolerancje
                laktozy. Najobrzydliwsza rzecz, jaka w zyciu pilam, to gorace mleko
                z woda (?) emska (wrzucano do nleka taka rozpuszczalna tabletke, nie
                pamietam, na co to bylo). Jak sobie przypomne ten zapach i smak, to
                do tej pory chce mi sie rzygac :-O
                • the_dzidka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 07.04.09, 14:04
                  Sól emska. Ale z mlekiem? Fuuuj.
        • czekolada72 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 08.02.09, 14:58
          kkokos napisała:

          > czekolada72 napisała:
          >
          > > Wiecie co, to ja chyba nie zylam w TYM PRLu!
          >
          > ewidentnie nie. albo byłaś bardzo, bardzo mała, albo rodzina
          stworzyła ci z
          > jakiejś przyczyny cieplarniane warunki :)
          coz - wychodzi w takim razie, ze "nie w TYM PRLu" zylo jednak
          calkiem sporo osob...

          > Śmierdzącego oleju tez nie kojarze bo sama nie gotowałaś, więc nie
          miałaś z nim kontaktu

          owszem, do ok 82 roku z goracym olejem nie mialam stycznosci, ale
          nie przypominam sobie, by wczesniej dorosle rodzinne kobity jakos
          specjalnie narzekały na smierdzacy olej...
          >
          > > >Pieczywo nader często bywało na przykład przedwczorajsze.
          > > Hmmmm, może to w miescie?
          >
          > owszem, w mieście - wiecznie były kolejki po pieczywo ustawiające
          się pod sklepami obok normalnego ruchu w sklepie. i były (bywały)
          ograniczenia w liczbie bochenków, które można było kupić.
          naprzeciwko mojego domu była malutka piekarenka z bagietkami,
          pojawiła się pewnego dnia i to była i rewolucja (bo bagietka nie
          była czymś zwykłym),i rewelacja - i stale tam stała kolejka, na
          > zapleczu pieczono, przed sklepem tłumek czekał, aż się upieką.

          pomijajac opisana piekarnie letniskowa, to od ok roku 80 pamietam
          piekarnie na przeciwko mojej szkoly (miasto raczej z tych
          najwiekszych ;) - w owej piekarni byly rankiem kolejki, owszem, ale
          te kolejki zostaly do konca lat 80-tych, kiedy to domek zostal
          zburzony. W tejze piekarni, gdzie buyyl oryginalny piec chlebowy,
          wypiekano takze najpyszniejsze placki z serem i dzemem, czesc z nich
          w koszach przenoszono do sklepiku szkolnego

          > > Ryby – w ogole nie kojarze Centrali Rybnej, chyba w ogole dopytam
          > > czy cos takiego było u nas i skad ryby się braly w domu?
          > no nie żartuj, wszystkie sklepy rybne to były sklepy centrali
          rybnej, tak to się po prostu nazywało

          nie zartuje - fakt - ja zakupy zaczelam robic , drobne, na poczatku
          lat 80-tych, w okolicznych4-5 spozywczych, ogolnospozywczych, w
          ktorych byly poprostu wydzielone stoiska miesno-rybne.

          > W warzywniakach były wszelkie dostępne polskie owoce, nigdy potem
          > > nie było już takich czereśni, wisni, sliwek, jabłek, gruszek….
          > jasne, a niebo było bardziej błękitne - to się nazywa arkadyjski
          mit dzieciństwa :)

          Nie wiem jak sie nazywa mit dziecinstwa Twojego, moje bylo
          absolutnie przecietne, z tym, ze moi rodzice w moim dziecinstweie
          mogli sobie pozwolic na duzo wiecej, niz ja w tym samym okresie
          dziecinstwa mojej Malej!. Ale ABSOLUTNIE nie dam sie wciagnac w
          polityke :)

          > to ty chyba w życiu nie byłaś na koloniach za komuny. ani na
          wczasach fwp lub w ośrodku wypoczynkowym z zakładu pracy któregoś z
          twoich rodziców. albo też - powtórzę - rodzice stworzyli ci
          cieplarniane warunki :)

          Na pierwszy oboz wyjechalam ok 82 roku, i tam na sniadanie serwowana
          byla zupa mleczna z makaronem, po poslodzeniu - calkiem zjadliwa,
          lub slony grysik - absolutnie niezjadliwy. Na wczasach FWP bylo w
          praktyce tak samo. Zas w domu bylam w stanie zjesc grysik z kostka
          czekolady, co bylo moim prawie codziennym posilkiem, az do
          obrzydzenia, zas po roku 82 - mleko z plartkami kukurydzianymi lub
          kuleczkami. Przez cale dziecinstwo zazdroscilam koledze, ktorego
          ojciec na podwieczorek serwowal grysik na gesto z koglem moglem.
          >
          > > Banany, sporadycznie, bo sporadycznie, ale się jadało.
          > w latach 70. jadało się nawet nie sporadycznie, bo były.

          Z opowiesci mojej mamusi wiem, ze bedac ze mna w ciazy (71/72)
          tesciowa wpychala w nia banany do obrzydzenia, do obrzydzenia na
          lata, jakos nie kojarze ich braku, mozliwe, ze zostalam nimi w ciazy
          tez napchana, w przeciwienstwie do ukochanych mandarynek :)

          w latach 80. nie jadał o się nawet sporadycznie, bo nie było! wiem
          to z całą pewnością, bo jako dziecko uwielbiałam banany, a jako
          nastolatce mi je właśnie odebrano i dałabym się wtedy pokroić za
          banana... ale nie było.
          >
          • kkokos Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 08.02.09, 16:15
            > > jasne, a niebo było bardziej błękitne - to się nazywa arkadyjski
            > mit dzieciństwa :)
            >
            > Nie wiem jak sie nazywa mit dziecinstwa Twojego, moje bylo
            > absolutnie przecietne, z tym, ze moi rodzice w moim dziecinstweie
            > mogli sobie pozwolic na duzo wiecej, niz ja w tym samym okresie
            > dziecinstwa mojej Malej!. Ale ABSOLUTNIE nie dam sie wciagnac w
            > polityke :)

            ale o ssso chodzi??? ja nie użyłam słowa polityka... coś mi tu strasznie chcesz
            udowodnić, ale kompletnie nie rozumiem, co :)))
            • dakota77 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 08.02.09, 17:08
              Moze to mala sugestia, dlaczego rodzice mogli sobie pozwolic na wiecej w tamtych
              czasach;-)
              • kkokos Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 08.02.09, 17:32
                dakota77 napisała:

                > Moze to mala sugestia, dlaczego rodzice mogli sobie pozwolic na wiecej w tamtyc
                > h
                > czasach;-)

                o przepraszam, od "cieplarniane warunki" do "dlaczego cieplarniane warunki" jest
                jeszcze parę kroków i ja ich nie zrobiłam :):)
              • czekolada72 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 10.02.09, 21:50
                dakota77 napisała:

                > Moze to mala sugestia, dlaczego rodzice mogli sobie pozwolic na
                wiecej w tamtyc
                > h
                > czasach;-)

                Nie Dakoto, to nie zadna sugestia, ale wiele dyskusji na roznych
                Forach, na tematy PRL-u, niewazne, czy dotyczace slodyczy, skakania
                w gume przedd domem czy mozliwosci lokalowych sredniozamoznych
                Polakow na przelomie roku 60/61 - sprowadzaja sie zawsze do
                polityki, a ja tego unikam.
                I Twoja sugestia jakos mnie specjalnie nie bawi.
                • dakota77 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 10.02.09, 21:57
                  Sama wmieszalas w to polityke, zupelnie niepotrzebnie. Gdyby nie twoja
                  wypowiedz, zostalibysmy przy wspomnieniach kulinarnych,li i jedynie.
                  • czekolada72 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 11.02.09, 19:50
                    Sorry, sorry, sorry
                    moze nie musze sie wieszac i wystarczy co wyzej?Ze zlosliwosciami
                    zreszta nie ja wyskakiwalam...
          • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 08.02.09, 16:55
            > Zas w domu bylam w stanie zjesc grysik z kostka
            > czekolady, co bylo moim prawie codziennym posilkiem, az do
            > obrzydzenia, zas po roku 82 - mleko z plartkami kukurydzianymi lub
            > kuleczkami.

            SKĄD na litość wszelkich bobaków twoi rodzice mieli czekoladę, żeby ci dawać
            codziennie do grysiku??

            Takie rzeczy, jak płatki kukurydziane czy kuleczki czekoladowe do mleka to w
            ogóle widywało się tylko w paczkach z darów
            • mmoni Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 08.02.09, 22:27
              Płatki kukurydziane to ja akurat z czasów mojego dzieciństwa przypadającego na
              lata 80te też pamiętam - w zgrzebnych opakownaiach foliowych z niebieskim
              napisem, produkowane zresztą przez ten sam zakład w Toruniu, który teraz
              produkuje je pod marką Nestle. Może dlatego były dostępne w moim mieście, że do
              Torunia blisko.

              Natomiast reszta opisu PRL-u czekolady72 też wydaje mi się podpadać pod
              kategorię "Już nigdy, nigdy nie będzie takich wędlin, takiej coca coli/Takiej
              musztardy i takiego mleka", że zacytuję Filandię, ewentualnie że jest jednak
              młodsza ode mnie i nie dostrzegała, ile czasu i energii jej rodzina musiała
              poświęcać na zdobycie tych smakołyków. Mnie owszem, rodzice chowali pod
              kloszem, ale co sobota zaliczałam rytualne stanie w kolejce po chleb w
              osiedlowym sklepie (po jakichś 40 minutach od otwarcia sklepu po chlebie już nie
              było śladu, jak się nie zajęło kolejki wcześniej, to d.pa zbita), a i na kolejkę
              do mięsnego też się załapałam, jak byłam większa, fakt, że to już w okresie
              bardzo schyłkowym.
              • agnieszka_azj Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 08.02.09, 22:43
                mmoni napisała:

                > Płatki kukurydziane to ja akurat z czasów mojego dzieciństwa
                przypadającego na
                > lata 80te też pamiętam - w zgrzebnych opakownaiach foliowych z
                niebieskim
                > napisem, produkowane zresztą przez ten sam zakład w Toruniu,
                który teraz
                > produkuje je pod marką Nestle. Może dlatego były dostępne w moim
                mieście, że d
                > o
                > Torunia blisko.

                Płatki kukurydziane pojawiły sie pod koniec lat siedemdzisiątych.
                Na pewno po 76, bo jak czytałam "Cukiernie pod pierożkiem z
                wiśniami", to nie wiedziałam jeszcze, co to jest. Za to przed 80,
                bo zanim czekolada była tylko na kartki, zdążylam zrobić chrupki
                czekoladowe z płatków i czekolady właśnie wg. przepisu z cukierni ;-
                )

                A wspominany przez kogoś wczesniej pomarańczowy ser znam tylko z
                widzenia ;-) Pojawił się w latach osiemdziesiątych, z importu, ale
                był tylko na kartki dla małych dzieci. Nastolatkom nie
                przysługiwał, a młodszego rodzeństwa na stanie nie miałam.
                • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 09.02.09, 01:54
                  Ale te czekoladowe kulki do mleka też pamiętacie? Ja zupełnie tego nie kojarzę...

                  Takie zwykłe "płaskie", pomarańczowe płatki kukurydziane chyba faktycznie były,
                  bo pamiętam z lat szczenięcych, że bawiliśmy się w Indian i to był pemikan... :)
                  • yowah76 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 09.02.09, 02:18
                    Platki kukurydziane byly, ale twardsze i bardziej chropowate niz te
                    dzisiejsze. A moja babcia przywiozla kiedys z Anglii taki zestaw
                    miniaturek platkow snianiowych, 8 rodzajow chyba i do dzis to mozna
                    tu kupic... mysmy to z bratem prawie po ziarenku dzielili;) A co
                    ciekawe, jak wtedy posmakowalam Frosties i Shreddies, tak do dzisiaj
                    lubie a np. Rice Crispies mi nie pasuja (chociaz rzadko kupuje takie
                    produkty, bo brak mi opanowania, paczka Cini Minis idzie w jedno
                    popoludnie...) Jak to wtedy niewiele bylo czlowiekowi potrzeba,
                    batonik Mars czy kakao w proszku i pelnia szczescia ;)
                  • mmoni Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 09.02.09, 13:45
                    U mnie rolę pemmikanu spełniała makrela wędzona - czytałam Londona i ją
                    wcinałam, aby się bardziej wczuć, dopóki raz ość z makreli nie wbiła mi się w
                    migdał.
                    • kkokos Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 09.02.09, 17:41
                      > dopóki raz ość z makreli nie wbiła mi się w
                      > migdał.

                      o, miałam podobną przyjemność, tyle że gdzieś niżej w gardle. ość oczywiście
                      była w filetach bezościowych, ja mam właśnie takie szczęście :( parę godzin się
                      męczyłam. było to było na wczasach; ponieważ się dusiłam, wezwano karetkę
                      pogotowia, która jechała kilkadziesiąt kilometrów, więc szybko nie była, a
                      przyjechał nią felczer, który rozłożył ręce i kompletnie nie wiedział, co robić.
                      pamiętam, że bez końca w to gardło mi zaglądał i powtarzał, że nic nie widzi...
                • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 09.02.09, 17:51
                  > Za to przed 80,
                  > bo zanim czekolada była tylko na kartki,
                  > zdążylam zrobić chrupki
                  > czekoladowe z płatków i czekolady

                  Gdy czekolady (i chrupków) już nie było, moja mama robiła nam taki deser --
                  płatki owsiane ulepione w 'szyszki' z domowej roboty masą czekoladopodobną
                  (margaryna z kakao). Mniam :)

                  Mama wykładała je łyżką na cały stół kuchenny (żadna taca czy stolnica nie miała
                  wystarczająco dużej powierzchni), a reszta rodziny zahipnotyzowanym wzrokiem
                  wpatrywała się w szyszki, żeby szybciej schły :)

                  Były też przepisy na szyszki z ryżu dmuchanego, ale z kolei nie było ryżu :D A
                  jaką sensacją był popkorn, który raz jeden jedyny sprzedawano w barze w naszych
                  okolicach!
            • czekolada72 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 11.02.09, 20:03
              nessie-jp napisała:

              > SKĄD na litość wszelkich bobaków twoi rodzice mieli czekoladę,
              żeby ci dawać
              > codziennie do grysiku??

              Szczerze mowiac - jakos nie wiem, pamietam z dziecinstwa, jest
              uwiecznione na fotkach jak siedze przy stole i w miseczce miszam esy-
              floresy z czekol;ady. Po ok 80-81 roku czekolada zas byla z paczek
              od rodziny. Tyle... wersja dryga - zamiast kostki czekolady - lyzka
              miodu, ale wtedy esy-floresy sie zlewaja.

              > Takie rzeczy, jak płatki kukurydziane czy kuleczki czekoladowe do
              mleka to w ogóle widywało się tylko w paczkach z darów
              • mmoni Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 11.02.09, 23:42
                czekolada napisała
                Po ok 80-81 roku czekolada zas byla z paczek od rodziny.


                Aha.

                czekolada napisała
                > > Takie rzeczy, jak płatki kukurydziane czy kuleczki czekoladowe do
                > mleka to w ogóle widywało się tylko w paczkach z darów
          • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 10.02.09, 22:58
            > pomijajac opisana piekarnie letniskowa, to od ok roku 80 pamietam
            > piekarnie na przeciwko mojej szkoly (miasto raczej z tych
            > najwiekszych ;) - w owej piekarni byly rankiem kolejki,

            A ja nawet nie wiem, gdzie była najbliższa piekarnia. Nie w okolicy, do nas
            chleb dojeżdżał do spożywczaka.

            > Nie wiem jak sie nazywa mit dziecinstwa Twojego, moje bylo
            > absolutnie przecietne, z tym, ze moi rodzice w moim dziecinstweie
            > mogli sobie pozwolic na duzo wiecej, niz ja w tym samym okresie
            > dziecinstwa mojej Malej!. Ale ABSOLUTNIE nie dam sie wciagnac w
            > polityke :)

            Ot widzisz. Twoi rodzice mogli sobie pozwolić, więc pewnie niektóre słodkie
            aspekty ówczesnego życia Cię ominęły. Jednym w PRL żyło się lepiej, innym
            gorzej, normalne przecież. Niestety, jeżeli Ty czegoś nie pamiętasz ani nie
            kojarzysz, to nie znaczy, że tego nie było.
      • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 10.02.09, 22:50
        > Wiecie co, to ja chyba nie zylam w TYM PRLu!

        Pozazdrościć :p

        > Masło, owszem – paskudne, słone, ale było tez normalne, nie kojarze,
        > żeby ktokolwiek w rodzinie ubarwiał je czyms innym niż...

        Powszechny był wówczas pogląd, że masło jest bdb źródłem witamin rozpuszczalnych
        w tłuszczach i o to w moim wpisie chodziło.

        > vibovitu, visolvitu i satu-cos dalej co nie pamiętam, ale było to w
        > kwadratowych saszetkach, wieksze niż wibovit.

        Były, tylko chyba nie dawało się ich kupić ot tak sobie. Takie mi wrażenie
        zostało, bo vibovit uwielbiałam, a nie pojawiał się w domu często.

        > Śmierdzącego oleju tez nie kojarze

        Ależ był! Rzepakowy zwłaszcza, capił jakby rybami.

        > Na białym serze się w sumie wychowałam, ze szczypiorkiem, pomidorem
        > lub miętą i cukrem.

        Ja też, i co z tego? Często był okropny. Z tym, że o warzywach typu pomidor w
        zimie można było pomarzyć.

        > Wystarczy otworzyc obecna prase kolorowa i znajdziesz mnóstwo tego
        > typu przepisow lansowane jako najmodniejsze i najbardziej topowe…..

        Tak, ale z zupełnie innych przyczyn. Wówczas były to przepisy typu "jak zastąpić
        towar drogi/trudno dostępny/na kartki". Koszt ciasta przeliczało się zwłaszcza
        na koszt jajek i cukru.

        > Hmmmm, może to w miescie? Bo jak spędzałam cale wakacje w malej
        > mieścinie, gdzie była piekarnia – to z tego czasu mam najwspanialsze
        > wspomnienia związane ze świeżutkim, najlepszym i niezapomnianym
        > pieczywem.

        Oczywiście, że w mieście. Na wsi był całkiem inny chleb. W mieście istniało
        zjawisko pieczywa rotacyjnego, chleb świeży bywał, ale czerstwy też. Piekarni w
        mojej okolicy w ogóle nie było, pieczywo docierało samochodami do dwóch placówek
        Społem.

        > Ryby – w ogole nie kojarze Centrali Rybnej, chyba w ogole dopytam
        > czy cos takiego było u nas i skad ryby się braly w domu?

        Wspominałaś, że były stoiska mięsne i rybne - u nas ryby były w rybnym,
        osobiście sterczałam w ogonie. Nie wiem, jak można nie kojarzyć Centrali Rybnej,
        szczerze powiedziawszy...

        > Zamiast ochłapow mielismy normalne mieso na kartki

        Mięso na kartki było normalne i ochłapowe niestety też. Zwłaszcza wołowina z kością.

        > Co do kolejek to pamiętam jak babcia „obracała” z 10 razy w celu
        > nabywania ograniczonej ilości dżemów

        I tylko tyle? Szczęściara. Ogon nierozerwalnie kojarzy mi się z PRL. Mięso,
        lepsze ryby, cytrusy, papier toaletowy, słodycze, świeży chleb, wata i
        dziesiątki innych rzeczy = ogon.

        > Pomidorki, ogorki, no nie będę calej listy wymieniac!

        Aha, zwłaszcza w zimie było co wymieniać...

        > w zyciu taka mnie nie karmiono

        Bo to prawdopodobnie wynalazek lubelski. U mnie w szkole był.

        > Banany, sporadycznie, bo sporadycznie, ale się jadało.

        O ile pamiętam, dobrych parę lat w ogóle ich nie było.
        • nessie-jp Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 10.02.09, 23:03
          > > Śmierdzącego oleju tez nie kojarze
          >
          > Ależ był! Rzepakowy zwłaszcza, capił jakby rybami.

          Z tym olejem to w ogóle był jakiś problem, bo nie tylko śmierdział (tego sama
          nie pamiętam, w domu używało się wyłącznie produktów wysokocholesterolowych...)
          ale jeszcze był szkodliwy.

          Nieoczyszczony olej rzepakowy zawiera kwas erukowy, który na coś tam szkodzi (na
          nerki?) i nie powinno się go jadać. A że jedyną odmianę bezerukową rzepaku
          wyhodowali Amerykanie (nazywa się Canola) to podejrzewam, że za PRL-u w oleju
          śmierdział właśnie kwas erukowy...


          > Ogon nierozerwalnie kojarzy mi się z PRL. Mięso,
          > lepsze ryby, cytrusy, papier toaletowy, słodycze, świeży chleb

          Oj tak. Zresztą, na każdym kroku w 'starej' Jeżycjadzie te ogony są obecne.
          Ogonkuje bezustannie Ida w IS (z butelkami na wymianę, po chleb, po bułki ("O
          tej porze?!"
        • czekolada72 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 11.02.09, 20:29
          ananke666 napisała:
          Ot widzisz. Twoi rodzice mogli sobie pozwolić, więc pewnie niektóre
          słodkie aspekty ówczesnego życia Cię ominęły. Jednym w PRL żyło się
          lepiej, innym gorzej, normalne przecież. Niestety, jeżeli Ty czegoś
          nie pamiętasz ani nie kojarzysz, to nie znaczy, że tego nie było.

          Widzisz, moi rodzice mogli sobie pozwolic na przecietnosc, podobnie
          jak wiekszosc rodzicow dzieci z mojej klasy, ale nie zgodze sie, ze
          w zwiazku z takim a nie innym ustrojem, takimi a nie innymi czasami -
          wylacznie na stolach goscily niejadalne obrzydliwosci. Wszystko
          zalezalo od checi pokucharzenia. Tak samo jak dzis - mozesz isc
          kupic schabopwy i na okraglo spozywac ten schabowy (mielismy taka
          znajomas, ktora na sniadanie i kolacje serwowala schabowe z chlebem,
          a na obiad z ziemniakami ; jej syn nie wiedzial praktycznie co
          znaczy np kubek mleka do wypicia). Jezeli komus sie chce - to z
          marnych produktow potrafi wyczarowac extra zarelko.

          > vibovitu, visolvitu i satu-cos dalej co nie pamiętam, ale było to w
          > > kwadratowych saszetkach, wieksze niż wibovit.
          >
          > Były, tylko chyba nie dawało się ich kupić ot tak sobie. Takie mi
          wrażenie zostało, bo vibovit uwielbiałam, a nie pojawiał się w domu
          często.

          Oczywiscie, bylo na recepte, nasza pediatra miala hopsa na witaminy
          sztuczne, po paru dobrych latach zmienila sie lekarka, dzis prowadzi
          moje dziecko i w zyciu nie zapisala ani nam ani Malej jednej
          sztucznej witaminki...

          > Na białym serze się w sumie wychowałam, ze szczypiorkiem, pomidorem
          > > lub miętą i cukrem.
          >
          > Ja też, i co z tego? Często był okropny. Z tym, że o warzywach
          typu pomidor w zimie można było pomarzyć.

          I to z tego, ze nie wylacznie bywal ochydny, niezjadliwy ser! Ze np
          moje babcie robily twarozek z mleka zsiadlego i doprawiały.
          Dzis, w lutym 2009 roku ja osobiscie marze o pomidorze, bo to co
          dzis kupilam to jest pomidorem tylko z nazwy. Tyle. Nie napisalm
          nigdzie, ze objadalam sie w zimie pomodorami, zreszta obecnie sie
          tez nie objadam. W zimie.

          > Wystarczy otworzyc obecna prase kolorowa i znajdziesz mnóstwo tego
          > typu przepisow lansowane jako najmodniejsze i najbardziej topowe…..
          >
          > Tak, ale z zupełnie innych przyczyn. Wówczas były to przepisy
          typu "jak zastąpić towar drogi/trudno dostępny/na kartki". Koszt
          ciasta przeliczało się zwłaszcza na koszt jajek i cukru.

          Hmmm, i na tym polega roznica, i dlatego dzis jest extra, a kiedys
          niejadalne?? No sorry....

          > Wspominałaś, że były stoiska mięsne i rybne - u nas ryby były w
          rybnym, osobiście sterczałam w ogonie. Nie wiem, jak można nie
          kojarzyć Centrali Rybnej, szczerze powiedziawszy...

          No bo wlasnie, miedzy jednym a drugim wpisem poprzyp[ominalam sobie
          w miare dokladnie nasze okoliczne sklepy, w ktorych takowe stoiska
          byly - glownie z rybami wedzonymi, a przynajmniej te byly na widoku.
          Co bardziej - w domu bywalo wiecej ryb w konserwach, i byly one
          najczesciej upolowane w podmiejsckich malych miasteczkach, gdzie je
          akurat rzucili - lata 70, zas 2 polowa - 80-tych - pustka w pamieci.


          > > Co do kolejek to pamiętam jak babcia „obracała” z 10 razy w celu
          nabywania ograniczonej ilości dżemów
          >
          > I tylko tyle? Szczęściara. Ogon nierozerwalnie kojarzy mi się z
          PRL. Mięso, lepsze ryby, cytrusy, papier toaletowy

          papier toaletowy - wymieniany w punkcie skupu makulatury

          słodycze
          dropsy, landrynki, mietowki pudrowe, i owocowe pudrowki - to bylo
          bez kartek i szczerze mowiac - szkoda, ze dzis tego nie ma.....

          Tak, przypominam sobie ogon za cukrem

          > > Pomidorki, ogorki, no nie będę calej listy wymieniac!
          >
          > Aha, zwłaszcza w zimie było co wymieniać...
          Chyba nie bylopowiedziane, ze to zima? Ja mam przed oczyma budki na
          placu z czeresniami, wisniami - w kilku odmianach, zapach jarzyn
          prosto "od chlopa" na takim straganie jest niezapomniany i nigdy nie
          da sie porownac z soczystozielona salatka z super marketu, ktora
          pada po przyniesieniu do domu.
          Co bardziej - od kad pamietam moja babcia, potem mama robily w lecie
          przetwory owocowe, warzywne, i w zimie wszystko bylo wykorzystane. I
          bylo smaczne :)
          • ananke666 Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 12.02.09, 01:43
            Ty chyba czegoś nie zrozumiałaś. Przejrzyj sobie jeszcze raz wątek i przede
            wszystkim tytuł. Który brzmi "Kulinarne dziwactwa" - i bynajmniej nie oznacza,
            że wszystko, co za PRL było jadalnego do kupienia, było obrzydliwe. W wątku
            zresztą nie brak i wspomnień pozytywnych, w tym moich własnych. Cytat z mojego
            postu, nie początkowego co prawda:
            "Ale ja nie twierdzę wcale, że wszędzie było beznadziejnie i nic się nie dało
            zjeść! Chciałabym tylko uwiecznić co większe głupoty i dziwactwa." O ile
            pamiętam też, nie narzekałam na kuchnię w domu, raczej przeciwnie, gdybyś
            przeczytała cały wątek, pewnie byś zauważyła.

            > Hmmm, i na tym polega roznica, i dlatego dzis jest extra, a kiedys
            > niejadalne?? No sorry....

            Jeśli dla Ciebie babka ze skwarek i budyń z kalafiora są extra, to świetnie. Dla
            mnie nie. Szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia, co się dziś lansuje, bo nie
            kupuję gazet typu "wielki świat kuchenny blat".

            > > Ja też, i co z tego? Często był okropny.
            >
            > I to z tego, ze nie wylacznie bywal ochydny, niezjadliwy ser!

            Ja piszę "często", a ty "wyłącznie". Gdzieś jest różnica, nie uważasz?

            > Dzis, w lutym 2009 roku ja osobiscie marze o pomidorze, bo to co
            > dzis kupilam to jest pomidorem tylko z nazwy.

            O dzisiejszych pomidorach bladych i bez smaku w wątku już pisano. Sama zresztą
            to zrobiłam.

            > Chyba nie bylopowiedziane, ze to zima?

            Nie zrozumiałaś. O szerokim wyborze warzyw i owoców sezonowych też już pisano. A
            także wspomniano, że poza sezonem wybór był słaby. Prawda, że dzisiejsze
            "zimowe" warzywa są do kitu, ale wiesz, ja wolę mieć zdychającą sałatę, niż jej
            nie mieć wcale.

            A tu się nie rozumiemy wcale:

            > Widzisz, moi rodzice mogli sobie pozwolic na przecietnosc, podobnie
            > jak wiekszosc rodzicow dzieci z mojej klasy, ale nie zgodze sie, ze
            > w zwiazku z takim a nie innym ustrojem, takimi a nie innymi czasami -
            > wylacznie na stolach goscily niejadalne obrzydliwosci. Wszystko
            > zalezalo od checi pokucharzenia.

            Wątek nie służy temu, żeby calutki PRL przejechać walcem. Służy temu, żeby
            powspominać co głupsze aspekty minionego ustroju, tu akurat spożywcze. I sorry,
            wyłącznie o obrzydliwościach tu się nie pisało, a i nostalgia z zachwytami się
            trafia. Zakładając temat myślałam o rzeczach dziwacznych, kiepskich, o
            niezrozumiałych brakach, nie zakładając tym samym, że ówczesna rzeczywistość
            _wyłącznie_ z nich się składała - tak trudno to zrozumieć? Załóż drugi temat, o
            tematyce przeciwnej - wpisów zapewne nie zabraknie. Sama polecę piać peany na
            cześć ciągnących się krówek na przykład. Co nie przeszkadza mi napluć na
            śmierdzący olej rzepakowy, herbatę popularną i pieczywo rotacyjne.
      • truscaveczka Re: Kulinarne dziwactwa PRL-u 11.02.09, 12:44
        czekolada72 napisała:

        > Wiecie co, to ja chyba nie zylam w TYM PRLu!
        Ja żyłam w tym samym, co Ty :) Przekarmiana owocami i jarzynami, jadająca
        normalnie, choć niekoniecznie zdrowo, i pasiona słodyczami.
    • kajaanna Sklepy komercyjne 08.02.09, 12:23
      Pod koniec lat '70 uruchomiono największe chyba dziwadło handlu
      PRLu - mianowicie "sklepy komercyjne".
      Było to coś pośredniego między Delikatesami (wiecznie pustymi) a
      Pewexami, w których kupować można było tylko za dolary.
      Tam, za ceny wielokrotnie wyższe (70% - 100%) od obowiązujących w
      normalnych sklepach, można było kupić "wszystko".
      Pamiętam, jak w drodze ze szkoły wpadaliśmy do komercyjnego po to
      tylko, żeby popatrzeć na szynkę, baleron i inne cuda. Staliśmy przed
      oszkloną chłodnią i pokazywaliśmy sobie palcami co by się zjadło.

      Później, bo w latach '80 na Śląsku uruchomiono sklepy "G" dla
      górników. Ale nabyć tam cokolwiek, to nie wystarczało być górnikiem.
      Dopiero za pracę w nadgodzinach górnicy dostawali talony, za które
      mogli kupować w tych sklepach. To była forma zmuszania ich do
      jeszcze większego wysiłku, bo talon dostawało się za tzw "bajkę",
      czyli dwie szychty pod rząd (pierwsza jako normalny etat, druga
      dopiero premiowana była talonem). Do tego, przy powszechnej mizerii
      zaopatrzenia sklepów, sklepy G budziły niechęć do górników, jako
      niesamowicie uprzywilejowanych.
      • myshen82 Re: Sklepy komercyjne 28.03.09, 14:15
        Ja pamietam Pewex i Baltone... w nich sie chyba dolarami placilo?

        Jestem rocznik 82 i pamietam tzw bale choinkowe na ktorych sie dostawalo od
        Mikolaja wielka reklamowke ze slodyczami. A wsrod tych slodyczy zawsze byla 1
        (slowem: jedna :D) pomarancza, ktora sie potem naboznie wachalo, hihi. I draze :D
        Pamietam gumy Donald. Pamietam wyroby czekoladopodobne (tragedia :D
        Pamietam tez lizaki z kwiatkiem, smak pierwszego banana (oczywiscie mi wtedy nie
        smakowal, ale sobie reke uciac ze te banany ktore mamy teraz nie smakuja tak
        samo). Pamietam frytki robione w domu. I wafle przekladane jakas masa kakaowa,
        ktore robila moja mama - pyszne byly! I napoje w woreczku ze slomka, ktore
        namietnie zlopalismy w podstawowce. I gumy kulki ktore sie na bazarze kupowalo.
        I oranzade w proszku tez pamietam. I vibovit, czy visolvit (zzeralismy pare
        torebek na raz i nas straszyli ze dostaniemy hiperwitaminozy).
        Pamietam wate cukrowa (rodzice nie chcieli mi jej kupowac, zeby mi sie zeby nie
        psuly - teraz jak tylko gdzies widze wate to mi sie od razu dziecinstwo przypomina).
        Pamietam pierwsze soczki w kartonikach ze slomka (pamietam ze na jednym
        opaakowaniu byla chyba pomarancza z oczkami i usmiechem, na drugim cytryna czy
        cos w ten desen :)
        Pamietam kolejki po mieso i papier toaletowy - ulubiona opowiescia mojej mamy
        jest ta, w ktorej ona kolejkuje po mieso a ja siedze na koszu na smieci
        (pamietacie takie metalowe kosze z klapa?) i na tymze koszu zasypiam :)
        Przepraszam ze moj post taki chaotyczny, tyle rzeczy mi sie przypomnialo naraz :)
        I kogiel mogiel - to byl najlepszy deser!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka