30.07.11, 19:29
Faktycznie tak łatwo było adoptować dziecko w tamtych czasach? Nie wspominając już o tym że w większości domów Ania robiła za służbę a nie dziecko wyczekiwane i utęsknione. Tak myślę właśnie nad tym że przyjechała do domu sierot Pani Spencer i powiedziała że dla Maryli i Mateusza Cuthbertów chce dostać dziewczynkę i ją dostała? Dziwne choć nie twierdzę oczywiście że niemożliwe,inne czasy inne podejście do dzieci jak i do zagadnienia sierot w społeczeństwie. Choć może wbrew pozorom znacznie zdrowsze było takie właśnie podejście niż aktualne. Wtedy raczej brało się dziecko do pomocy i czegoś od niego oczekiwało zapewnienie wykształcenia co oferuje rodzeństwo Cuthbertów już na starcie było raczej wyjątkiem. Teraz mam wrażenie pary adoptujące dziecko mają całkowicie nirealny obraz dziecka, jego wychowania itp.
Oczywiście zmieniło się całkowicie podejście do dzieci jako takich wpłynęło to zapewne i na sprawy adopcyjne. No i nie wyobrażam sobie mimo wszystko by ktoś wszedł do DD i wziął dziecko dla siebie i znajomych bo też by chcieli.Współcześnie oczywiście, bo jakoś w powieści LMM mnie to nie razi.
Obserwuj wątek
    • jadwiga1350 Re: Adopcje 30.07.11, 20:25
      zapewnienie w
      > ykształcenia co oferuje rodzeństwo Cuthbertów już na starcie było raczej wyjątk
      > iem.

      Ale tylko Ani. Hipotetyczny chłopiec miał pomagać w gospodarstwie, raczej nie było mowy o jego kształceniu.
      • invisse Re: Adopcje 30.07.11, 22:28
        A Ania pomagała Maryli, co nie wykluczało jej edukacji. Myślę, że chłopca też posłaliby do szkoły, tym bardziej, że jest kilka razy powtarzane, że np. Ania skończyła seminarium w rok MIMO ŻE NIE JEST CHŁOPCEM :)

        Fakt, trochę przerażające, ale widać, że wówczas sierocińce uważano za bezpłatne wypożyczalnie pomocy domowej. Teraz to się zmieniło, ale też wskażcie mi rodzinę z trzema parami bliźniąt! Kobiety sobie nie radziły, a nie mając pieniędzy decydowali się na sierotę - w końcu po wyjściu z sierocińca nikt nie sprawdzał co się z dzieckiem dzieje, więc mogło być bite, głodzone i wykorzystywane - tak jak Ania u Hammondów, gdzie jako ośmioletnie dziecko miała się opiekować ośmiorgiem dzieci. Zastanawiam się prawdę mówiąc, czy ten wątek nie jest trochę nierealny...

        Podejście pań z sierocińca też było wyjątkowe - podam przykład z biografii Montgomery - ktoś z rodziny brał chłopca, więc w gratisie dorzucono jego młodszą siostrzyczkę.
        • jadwiga1350 Re: Adopcje 31.07.11, 14:01
          Chłopiec miał pomagać Mateuszowi w polu i obejściu. Raczej nic nie wskazuje, że opiekunowie mieli zamiar go kształcić.Tak jak panna Lawenda nie kształci Karoliny Czwartej.
          Ania ma być taką wychowanką-towarzyszką Maryli. Mateusz chcąc przekonać siostrę do zatrzymania Ani , mówi:" miałbyś towarzystwo." Owszem, Ania ma obowiązki w domu opiekunów(tak jak jej koleżanki w domu rodziców), ale pomaganie Cuthbertom nie jest sensem jej istnienia na Zielonym Wzgórzu.
          I taki wiele mówiący szczegół. Maryla przygotowała dla chłopca pokój tuż obok kuchni. Dla Ani nie wydaje się jej odpowiedni, więc prowadzi dziewczynkę na facjatkę.

          >gdzie jako ośmioletnie dziecko miała się opiekować ośmio
          > rgiem dzieci. Zastanawiam się prawdę mówiąc, czy ten wątek nie jest trochę nier
          > ealny...

          Ośmiolatka, wychowana przy dzieciach, mogła sobie zupełnie dobrze radzić z opieką. Dla mnie nierealne jest to, że mimo opiekowania się dziećmi, Ania uczęszczała do szkoły.
          • ananke666 Re: Adopcje 01.08.11, 12:47
            Maryla mówi ładnym, zdrowym, dziesięcio- lub jedenastoletnim chłopcu:
            "Uważamy, że to wiek najodpowiedniejszy - chłopiec jest dość duży do załatwiania drobnych sprawunków, a dość młody, by móc nim pokierować wedle naszej myśli. Znajdzie u nas ciepły rodzinny kąt i odpowiednią opiekę."

            Rodzinny kąt i opieka to słowa kluczowe.

            "Ja sama przez długi czas nie wiedziałam, czy się na to zgodzić. Ale Mateusz bardzo tego pragnął. Widziałam, jak mu na tym zależy, więc ustąpiłam. Mateusz tak rzadko żąda czegoś, że jeśli to już czyni, uważam za swój obowiązek spełnić jego prośbę. Co się tyczy ryzyka, to trudno przewidzieć z góry skutki wielu spraw na świecie. Ci, którzy mają własne dzieci, także nie są pewni, co z nich wyrośnie."

            Czemu Mateusz miałby tak bardzo pragnąć parobka? Chcieć do pomocy, tak. Ale nie pragnąć bardzo. A pani Linde wspomina, że Cutbertowie nie mają pojęcia o wychowywaniu dziecka. A któż sobie zawracał głowę wychowaniem parobka?

            Przypuszczam, że chłopiec pracowałby na farmie, ale skończyłby avonlejską szkołę jak inne dzieci i otrzymałby jakąś możliwość życiowego startu. Zapewne nie tak dobrą jak Ania, która skończyła uniwerek - ale jakiś zawód pewnie miałby.

            Karolina natomiast nie jest dzieckiem wziętym pod opiekę, a służącą, czwartą z kolei siostrą z rodziny Bowmanów, tanią służącą "za życie i ubranie". Do obowiązków pracodawcy należą różne rzeczy, ale na pewno nie jest to kształcenie pracownika. A i panna Lawenda nie zamierzała żadną z sióstr Bowman "kierować" - wszystkie, kiedy podrosły na tyle, żeby zarabiać normalne pieniądze i znalazły lepszą pracę, po prostu odeszły.
            • leute Re: Adopcje 18.08.11, 12:22
              ananke666 napisała:

              > "Ja sama przez długi czas nie wiedziałam, czy się na to zgodzić. Ale Mateusz ba
              > rdzo tego pragnął. Widziałam, jak mu na tym zależy, więc ustąpiłam. Mateusz tak
              > rzadko żąda czegoś, że jeśli to już czyni, uważam za swój obowiązek spełnić je
              > go prośbę. Co się tyczy ryzyka, to trudno przewidzieć z góry skutki wielu spraw
              > na świecie. Ci, którzy mają własne dzieci, także nie są pewni, co z nich wyroś
              > nie."
              >
              > Czemu Mateusz miałby tak bardzo pragnąć parobka? Chcieć do pomocy, tak. Ale nie
              > pragnąć bardzo. A pani Linde wspomina, że Cutbertowie nie mają pojęcia o wycho
              > wywaniu dziecka. A któż sobie zawracał głowę wychowaniem parobka?

              Ten cytat pada już po zatrzymaniu Ani na Zielonym wzgórzu, Maryla tłumaczy pani Linde powody tej decyzji. Mateusz pragnął zatrzymać Anię, a nie mieć parobka, rzecz jasna. :)
              • ananke666 Re: Adopcje 26.08.11, 16:09
                > Ten cytat pada już po zatrzymaniu Ani na Zielonym wzgórzu, Maryla tłumaczy pani
                > Linde powody tej decyzji. Mateusz pragnął zatrzymać Anię, a nie mieć parobka,
                > rzecz jasna. :)

                Nieprawda - te słowa padają w rozdziale pierwszym i mowa jest o chłopcu, a Maryla nie miała pojęcia o istnieniu Ani.
                • leute Re: Adopcje 29.08.11, 16:13
                  > Nieprawda - te słowa padają w rozdziale pierwszym i mowa jest o chłopcu, a Mary
                  > la nie miała pojęcia o istnieniu Ani.

                  O przepraszam, masz rację, pomyliło mi się ostro. W ramach rehabilitacji wklejam cytat z oryginału: "But Matthew was terrible set on it. I could see that, so I gave in. It's so seldom Matthew sets his mind on anything that when he does I always feel it's my duty to give in."

                  To by chyba znaczyło bardziej, że Mateusz był bardzo zdecydowany, niż że pragnął?
            • jadwiga1350 Re: Adopcje 26.08.11, 17:43
              > Znajdzie u nas ciepły rodzinny kąt i odpowiednią opiekę."
              >
              > Rodzinny kąt i opieka to słowa kluczowe.

              Ale nie pada tu słowo o kształceniu. Utrzymanie, ciepło rodzinne w zamian za pomoc w gospodarstwie.


              > Czemu Mateusz miałby tak bardzo pragnąć parobka? Chcieć do pomocy, tak. Ale nie
              > pragnąć bardzo.

              Bo( jak mówi Maryla) najemni pracownicy, jak się tylko czegoś nauczą, to zaraz uciekają do fabryk. Chłopiec z domu dziecka, bez żadnej rodziny, wdzięczny Cuthbertom za przygarnięcie, czułby się moralnie zobligowany do rzetelniejszej pracy niż najemny parobek. No i nie opuściłby swych opiekunów, gdyby trafiło się mu coś lepszego. Pomagałby w gospodarstwie a później zaopiekowałby się już niedołężnymi Cuthbertami.

              >A któż sobie zawracał głowę wychowaniem parobka?

              Jedenastoletniego dzieciaka raczej trzeba wychowywać. Byłby wychowywany pod kątem pracy na farmie. Oczywiście nie byłby parobkiem sensu stricto jak Jerry. Ale to pomoc w gospodarstwie stanowiłaby jego cel istnienia na Zielonym Wzgórzu. Gdy Mateusz był młodszy, silniejszy, w ogóle nie było mowy o przygarnięciu sieroty.

              > Przypuszczam, że chłopiec pracowałby na farmie, ale skończyłby avonlejską szkoł
              > ę jak inne dzieci i otrzymałby jakąś możliwość życiowego startu

              Raczej nie. Gdyby chłopiec poszedł w świat, Mateusz i Maryla musieliby korzystać z najemnej pomocy, a tego chcieli uniknąć, gdy decydowali się na adopcję. Pewnie robiliby wszystko, żeby związać chłopaka jak najściślej z Zielonym Wzgórzem.

              >ale jakiś zawód pewnie miałby.

              Byłby rolnikiem, jak Mateusz. Z czasem przejąłby gospodarkę.
              • ananke666 Re: Adopcje 26.08.11, 20:59
                > Ale nie pada tu słowo o kształceniu.

                Ani o myciu i ubraniu. Ani o butach. Jak dla mnie, szkoła wchodzi jak najbardziej w zakres odpowiedniej opieki i ciepła rodzinnego kąta. Pewnie nie seminarium, ale avonlejska szkoła na pewno. A skończenie takowej szkoły to już coś. Pi razy oko jak dzisiejsza matura.
                Maryla nie zastanawiała się nad kształceniem Ani - pójście do szkoły było oczywistą oczywistością.

                Oczywiście, że chłopiec czułby się zobligowany do pracy i późniejszej opieki. Nie inaczej czują, a przynajmniej powinny czuć własne dzieci...

                > Jedenastoletniego dzieciaka raczej trzeba wychowywać.

                Moim zdaniem jak najbardziej trzeba. Jedenastolatek to dziecko.

                > Byłby wychowywany pod kąt
                > em pracy na farmie. Oczywiście nie byłby parobkiem sensu stricto jak Jerry. Ale
                > to pomoc w gospodarstwie stanowiłaby jego cel istnienia na Zielonym Wzgórzu.
                (...)
                > Raczej nie.
                Moim zdaniem na pewno tak. Szkoła avonlejska nie dawała zawodu, tylko solidną podstawę. I jestem w stu procentach pewna, że Maryla posłałaby dzieciaka do szkoły.

                > Gdyby chłopiec poszedł w świat, Mateusz i Maryla musieliby korzysta
                > ć z najemnej pomocy, a tego chcieli uniknąć, gdy decydowali się na adopcję. Pew
                > nie robiliby wszystko, żeby związać chłopaka jak najściślej z Zielonym Wzgórzem

                > Byłby rolnikiem, jak Mateusz. Z czasem przejąłby gospodarkę.

                Ee? A przepraszam, farma to mało jak na życiowy start?? Dla dziecka z domu sierot perspektywa posiadania własnego domu i ziemi, w zamian za pracę na farmie i opiekę nad parą starych ludzi, to jest bardzo dużo. Zielone Wzgórze to nie była jakaś koślawa lipecka chata z morgą piachu, to było całkiem spore i porządne gospodarstwo. Pola, pastwiska, solidny niemały dom, Mateusz też nie zasuwał po Anię wozem drabiniastym czy inną linijką, tylko kabrioletem. Takie gospodarstwo to więcej niż dość, żeby spokojnie się utrzymać i bez obaw zakładać rodzinę.
          • raszefka Re: Adopcje 13.08.11, 20:05
            jadwiga1350 napisała:

            > . Maryla przygotowała dla chłopca pokój tuż obok k
            > uchni. Dla Ani nie wydaje się jej odpowiedni, więc prowadzi dziewczynkę na facj
            > atkę.
            >
            > >
            >
            Sprostuj, jeśli się mylę, ale odniosłam wrażenie czytając, że to raczej Ania nie była dość odpowiednia dla tego pokoju.
            • jadwiga1350 Re: Adopcje 04.09.11, 14:02
              > Sprostuj, jeśli się mylę, ale odniosłam wrażenie czytając, że to raczej Ania ni
              > e była dość odpowiednia dla tego pokoju.

              Skąd to przekonanie? Myślę, że ten pokój koło kuchni, to taka służbówka.( Może zajmował go ten pracownik z rodziną, o którym Maryla wspominała przy okazji ślubu Ani??)
              A pokój na facjatce, to odpowiednie miejsce dla córki/wychowanki państwa domu. Diana też zajmowała facjatkę na Sosnowym Wzgórzu.
      • moleslaw Re: Adopcje 31.07.11, 17:58
        "...Planujemy stwożyć dla niego dom i zadbać o stosowne wykształcenie.Listonosz...." tłumaczy Maryla Małgorzacie Linde i pózniej Ani mówi (gdy ta już wie że zostaje na ZW) "Musisz wrócić do szkoły." Czyli chłopca postanowili od samego początku kształcić, równie oczywiste jest kształcenie Ani choć to już nie było powszechne. Pamiętacie że ojciec Diany przerwał na jakimś etapie naukę córki uważając ją za zbędną (naukę nie córkę).
          • simply_z Re: Adopcje 31.07.11, 21:53
            Pamiętam ,że kiedyś przeglądałam stare numery "Przyjaciółki" z 1939 albo 38 r. i w dziale ogłoszeń często pojawiały się wzmianki o oddaniu w dobre ręce 2 letniego ,dobrze odżywionego chłopca albo 8 latki ,która umie czytac i pisać. Wydaje się więc ,że tego typu praktyki były na porządku w tamtych czasach i nie tak dawno temu w Polsce.
      • soova Re: Adopcje 01.08.11, 11:31
        Właśnie. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba w żadnym miejscu w AzZW nie pada stwierdzenie, że między Cuthbertami a Anią jest jakaś więź formalna. Mówi się o tym, że chcieli "wziąć" czy "przygarnąć" chłopca (a trafiła im się dziewczynka).

        Przypuszczam, że adopcje jak najbardziej były również, ale jednocześnie sierocińce stanowiły źródło praktycznie bezpłatnej pomocy domowej czy gospodarskiej. Epizod z Piotrową Blewett jest jedną z najohydniejszych i najbardziej emocjonalnie szarpiących scen, jakie w "Ani" czytałam.
        • ananke666 Re: Adopcje 01.08.11, 12:14
          Otóż to. Między dzieckiem adoptowanym a adopcyjnymi rodzicami jest związek podobny do dziecka urodzonego naturalnie, może np. po nich dziedziczyć. Między Anią i Mateuszem takiej więzi nie ma. A już na pewno nie byłoby jej w przypadku pani Blewett. Ania była wzięta na wychowanie i ewentualnie do pomocy, ale porządne warunki, wykształcenie i zapewnienie jakiegoś życiowego startu zależały tylko od dobrej woli opiekunów. Ania po śmierci Maryli nie miała absolutnie żadnych praw do farmy.
          Myślę, że gdyby do Cuthbertów trafił chłopiec, również otrzymałby dobre warunki i możliwość ukończenia szkoły, choć pewnie nie poszedłby na uniwersytet.
          • ananke666 Re: Adopcje 01.08.11, 12:16
            O Boru. Nie patrzcie na gramatykę w zdaniu z dzieckiem. Związek jest podobny do związku z dzieckiem urodzonym naturalnie, a nie do dziecka...
            • moleslaw Re: Adopcje 01.08.11, 19:00
              Tak właśnie skojarzyłam że jest termin również obecny w lit. jak "usynowienie" mam wrażenie że to dopiero była adopcja w formie nam znanej i pozwalającej róznież na pełnię praw jakie ma dziecko biologiczne.
              • mist3 Re: Adopcje 14.08.11, 20:11
                W Polsce również po wojnie oddawano dzieci na służbę do obcych albo do bliższej lub dalszej rodziny. Wielodzietne rodziny, których nie było stać na opiekę nad dziećmi, oddawały dziecko w zamian za wikt i opierunek mialo się ono opiekować maluchami, pracować w polu, pasać krowy, w miastach wykonywać inne rzeczy. Tak więc nie jest to tak odległe i nierealne jakby się mogło wydawać.
              • nessie-jp Re: Adopcje 18.08.11, 23:29
                moleslaw napisała:

                > Tak właśnie skojarzyłam że jest termin również obecny w lit. jak "usynowienie
                > " mam wrażenie że to dopiero była adopcja w formie nam znanej i pozwalającej ró
                > znież na pełnię praw jakie ma dziecko biologiczne.

                Ale oczywiście tylko dziecko rodzaju męskiego, bo dziedziczyli (i w ogóle prawa miewali) przecież chłopcy... Dziewczynek nikt nie "ucórczał" (w jakiejś książce ktoś się zresztą z tego terminu nabija, ale nie pamiętam kto i gdzie).
            • ananke666 Re: Adopcje 26.08.11, 16:14
              jhbsk napisała:

              > Farmę przejął przecież Tadzio. Nie mógł jej dziedziczyć, ale mógł otrzymać w da
              > rowiźnie.

              Miał większe szanse na przejęcie farmy niż Ania, jego ojciec był jakimś kuzynem Cuthbertów. Ale wyznam, że nie pamiętam, jak to było.
              • soova Re: Adopcje 27.08.11, 15:18
                Mowa o kuzynostwie trzeciego stopnia (czyli że Maryla i Mateusz mieli z kimś - ojcem czy matką bliźniąt, nie wiem, z kim - wspólnych pradziadków) i o tym, że to dalekie pokrewieństwo.
                • ananke666 Re: Adopcje 27.08.11, 17:10
                  Lepsze jakieś dalekie, niż żadne. Ale nie pamiętam, jak to było z przejmowaniem Zielonego Wzgórza przez Tadzia, tzn, czy były jakieś podstawy tego przejęcia opisane.
                  • slotna Re: Adopcje 27.08.11, 18:15
                    Mnie sie to zawsze wydawalo oczywiste - Tadzio tam mieszkal, byl wychowankiem, wiec przejal gospodarstwo. Jego siostra wyszla za maz i miala wlasne, tj. mezowskie. Gdyby Ania zostala stara panna pewnie farma bylaby jej, mimo ze nie stanowilo to zwyczaju. W koncu sama Maryla jako niezamezna kobieta wcale nie byla na lasce Mateusza.
                    • nessie-jp Re: Adopcje 27.08.11, 19:31
                      slotna napisała:

                      > Mnie sie to zawsze wydawalo oczywiste - Tadzio tam mieszkal, byl wychowankiem,
                      > wiec przejal gospodarstwo. Jego siostra wyszla za maz i miala wlasne, tj. mezow
                      > skie. Gdyby Ania zostala stara panna pewnie farma bylaby jej,

                      Obawiam się, że jednak nie
                        • jadwiga1350 Re: Adopcje 28.08.11, 12:59
                          Rządziła i podejmowała decyzję bo była panią domu. Wcale nie musiała być współwłaścicielką farmy. Czy Gilbert wpisał Anię do ksiąg wieczystych gdy kupował Wymarzony Domek, a potem Złoty Brzeg??
                          To nie takie czasy jak dziś, że kobieta nie mająca własnych dochodów i własnego majątku musi cicho siedzieć bo jest tylko "utrzymanką".
                      • jhbsk Re: Adopcje 29.08.11, 08:42
                        essie-jp napisała:

                        Gdyby Mateusz się ożenił, pozycja Maryli natychmiast zosta
                        > łaby zredukowana z "pani domu" do "niepotrzebnej starej panny na utrzymaniu".

                        Coś jak w przypadku Pat. Brat się ożenił, bratowa zaczęła rządzić.
                        • jadwiga1350 Re: Adopcje 04.09.11, 13:55
                          >
                          > Coś jak w przypadku Pat. Brat się ożenił, bratowa zaczęła rządzić.

                          To jednak coś innego. Sid miał rodziców. Maja musiałaby poczekać na śmierć teściowej, żeby naprawdę zacząć w domu rządzić. Na razie to mogla sobie tylko w swoim pokoju porządzić.
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka