Dodaj do ulubionych

Małgorzata Musierowicz a chic-lit

03.04.09, 09:45
Zaniedbałam ostatnio swoje obowiązki, aby przeczytać od deski do
deski wszystkie, kolejno, książki Marian Keyes – i faktycznie czuję
się, jakbym dostała w głowę drewnianą okładką.

Tak czuć może się tylko fan The Simpsons, który odkrył istnienie
Family Guy.

Albo płaszczak, wprowadzony w świat trzech wymiarów.

A mówię, zauważcie, nie o dramatycznej Sonieczce i ponurym
Raskolnikovie – tylko o genre mającym w swoich szeregach Bridget
Jones. Zatkało mnie, bo nie spodziewałam się, że bohaterki
literatury uważanej za niższą biją na głowę i nokautują zupełnie
blade, wymęczone i papierowe postaci z ostatnich tomów naszej
tracącej wenę MM.

Chyba przez ten kontrast jeszcze bardziej dotarło do mnie to, o czym
pisałam na okoliczność ‘Sprężyny’. No bo jak porównać taką na
przykład pełnokrwistą Helen Walsh z
niskotłuszczową i udającą femme fatale Laurą? (spell check wyłożył
się na ‘fatale’, zmieniając mi je na ‘fatalne’ – i słusznie w sumie,
bo tak właśnie wypada to zestawienie). Czy w ogóle można, nawet
eksperymentalnie, postawić koło siebie Claire i Gabrysię? Wiem, że
powinnam być mądrzejsza z racji profesji i wieku, ale - na Boga! -
dopiero przy książce ‘Watermelon’ dotarło do mnie, jak kompletnie
sztuczna, bzdurna i pozbawiona realizmu psychologicznego jest
sytuacja Gaby (tym razem poprawione na ‘Laby’ – też niegłupio, bo
zaiste ma kobieta labę od rzeczywistości przez jakieś ostatnie 5
tomów). Jedynym moim wytłumaczeniem jest to, że nie patrzę na
książki MM trzeźwo, bo wchłonęłam je w siebie w wieku młodym i
niewinnym. Tak mi to wszystko krążyło po głowie, ale po tym, jak
spłakałam się i mało serce mi nie pękło przy ‘Anybody out there?’
(gdybym przez chwilę domyśliła się, o czym to jest, żadna siła nie
zmusiłaby mnie do przeczytania – na szczęście nie wiedziałam) –
ostatnie sentymenty do MM mnie opuściły i uciekły z krzykiem.

A jednak można, kurka wodna, pisać o sprawach poważnych, i robić to
jednocześnie dowcipnie i lekko, bez przerysowywania problemu w
karykaturę! Bohaterki mają infekcje uszu (‘Lucy Sullivan is Getting
Married’), popadają w nałogi (‘Rachel’s Holiday’), są bite,
maltretowane i gwałcone (‘This Charming Man’), a także zostawione w
połogu przez męża (‘Watermelon’) – a jednocześnie jest cholernie
zabawnie i człowiek śmieje się jak dziki. Opis depresji z ‘Lucy
Sullivan is Getting Married’ to IMHO jeden z bardziej celnych, jakie
zdarzyło mi się czytać – a wiem, niestety, o czym bohaterka mówi
(przepraszam za długi cytat, ale świetnie pokazuje to, o co mi
chodzi):

‘The worst bout of depression that I ever had was actually my first
one. I was seventeen and it was the summer that I had left school,
and for no reason – apart from all the obvious ones – I got the idea
into my head that the world was a very sad, lonely, unfair, cruel,
heart-breaking kind of place.

I got depressed about things that were happening to people in far-
flung corners of the world, people that I didn’t even know and
wasn’t likely to know, considering that the main reason that I felt
depressed about them was that they were dying of hunger or of a
plague or from their house falling in on top of them during an
earthquake.

I cried at every piece of news that I heard or saw – car crashes,
famines, wars, programmes about AIDS victims (…), interviews with
men who had been laid off in their thousands from coalmines and knew
that even they were only forty they would never work again (…). Even
the funny bit at the end of the news, where a dog cycles a bike or
says ‘sausages’ pierced me with pain, because I knew it was only a
matter of time before the dog would die.

I found a child’s blue and white mitten on the pavement near my
house one day and the grief that it triggered was almost unbearable.
The thought of a tiny chilled hand, or of the other mitten, all
alone without its mate was so poignant that I cried wet, hot,
choking tears every time I saw it.

After a while, I wouldn’t leave the house. And shortly after that I
wouldn’t get out of bed.

It was horrendous. I felt as though I was personally in touch with
every ounce of grief in the world, that I had an Internet of sorrow
in my head, that every atom of sadness that had ever existed was
being channelled through me, before being packaged up and
transported on to outlying areas, like I was a kind of centralized
misery depot.

(…) eventually dr Thornton was sent for (…). And he diagnosed
depression and – surprise, surprise – prescribed antidepressants for
me, which I didn’t want to take.

‘What good will they do? I sobbed at him. ‘Will the antidepressants
give those men in Yorkshire back their jobs? Will the
antidepressants find the pair to this … to this …’ (by now I was
gasping and incoherent with crying) ‘… to this MITTEN!?’ I wailed’.

No i to jest realizm, widziany ostatnio u mojej ukochanej Ewy
Jedwabińskiej, kiedy wyrzucała przez okno Pieska. Co się stało z
prawdziwością Jeżycjady? Źle nikomu nie życzę, ale depresja jednak
sprowadza człowieka down to earth.

(ciąg dalszy w następnym poście)
Obserwuj wątek
    • croyance Małgorzata Musierowicz a chic-lit II 03.04.09, 09:48
      W ‘Rachel’s Holiday’ z kolei jest świetnie opisany mechanizm
      wyparcia i chociaż, oczywiście, pewne rzeczy są z konieczności
      uproszczone, jestem pełna podziwu dla dobrej roboty Marian,
      rozpowszechniającej i popularyzującej w narodzie wiedzę na temat
      terapii odwykowej.

      Faktem jest, że Marian sama jest niepijącą alkoholiczką. W jej
      książkach rzuca się w oczy, że przeszła jakąś terapię – od
      pierwszego kopa można było powiedzieć, że pewne rzeczy ma
      rozpracowane: zbytni (nie w sensie ‘niepotrzebny’, ale ‘większy, niż
      u przeciętnej osoby’) u niej jest zawsze nacisk na stanie nogami na
      ziemi i reality-check. W porównaniu z nowszą MM książki jej głębokie
      są jak jeziora (wódki). MM przydałby się jakiś nałóg, swoją drogą,
      bo widzę, że bez tego odlatuje gdzieś nam w chmury.

      Zszokowało mnie, że z wszystkimi pretensjami i snobizmami MM, taka
      na przykład Gabrysia z dzielnym uśmiechem to po prostu duch, a nie
      człowiek, wycinanka jeno, a całe borejkowskie siedlisko jest po
      prostu rzeczywiste w jakichś 5%. Zwłaszcza zgrzytałam zębami przy
      opisach sióstr Walsh – walki o ubrania, kosmetyki, dyskusje,
      normalne babskie sprawy, a jak prawdziwie (chociaż dowcipnie)
      pokazane. I te wszystkie Bridget Jones, na które MM by chyba nie
      spojrzała nawet, o wiele prawdziwsze od dzisiejszych kobiet MM,
      które wypadają przy nich jak cienie samych siebie. Ale za to jakie
      zadęcie!* A tymczasem to MM popełnia błędy wynikające z brak
      korekty, a w ‘Rachel’s Holiday’ na końcu czytamy:

      ‘During my research the one common thread I fund was the
      recommendation that recovering addicts attend the
      appropriate ‘Anonymous’ meeting. Therefore I found it necessary to
      mention Rachel attending Narcotics Anonymous meetings, while at the
      same time taking care to preserve the confidentiality of the
      meetings’ procedure’.
      Nie chcę znowu krytykować, ani tym bardziej brzmieć jak neofitka,
      która po raz pierwszy w życiu przeczytała jakąś inną książkę i jest
      podekscytowana ponad miarę – nie wiem, czy udało mi się wytłumaczyć,
      o co mi chodzi; o kontrast między poziomem ‘prymitywnego’ chic-litu
      a ‘intelektualną’ MM, który tak ma się do rzeczywistości –
      oczywiście IMHO – jak zachowanie Gabrysi do jej opisu odautorskiego.

      Na koniec, kilka pytań:

      Czy wczesne książki MM, z konkretną bohaterką w środku
      (np. ‘Kłamczucha’, ‘Ida Sierpniowa’, można określić jako chic-lit?
      (albo pre-chic-lit? albo raczej chic(k)let-lit, bo bohaterki nie są
      po trzydziestce)

      Jaka byłaby opinia MM na temat tego genre, i czy pozwoliłaby czytać
      go swoim bohaterkom?

      Nie jestem specjalistką od tego gatunku i są tu na forum osoby,
      które znają się na tym znacznie lepiej, niż ja. Z tego, co
      przeczytałam w sieci-skarbnicy wiedzy, chic-lit plasuje się gdzieś
      między romansem, a Harlequinem, z Jane Austen po jednej stronie, a
      Sex in the City po drugiej stronie spectrum.

      P.S. Po kilkudniowym ryczeniu jak bóbr przy czytaniu ‘Anybody Out
      There?’ (nie chcę spoilerować, więc nie piszę co tam się stało)
      uważam, że nasza Gabrysia-szczęściara z ‘dramatem’ Pyziaka w tle
      powinna dostać porządnie w d. Dzielna! Dzielnie się uśmiecha! No
      trzymajcie mnie …

      P.S.2 Jeśli ktoś czytał ‘Watermelon’, chętnie podyskutuję w
      wątku ‘Claire vs Gabriela’

      *nie dotyczy starych książek MM, zwłaszcza OwR, które jest absolutną
      perełką
      • villanden Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit II 03.04.09, 12:09
        Dziekuje za ten watek, croyance!
        Odkrylam Marian Keyes 2 lata temu i pochlonelam wszystkie dostepne
        wtedy ksiazki jak leci. Potem doczekalam sie "This charming man" a
        teraz czekam na nastepna... Polecam te ksiazki kazdemu kto sie
        nawinie i zazwyczaj spotykam sie z uprzejmym niedowierzaniem, bo
        okladki sugeruja najbardziej typowa chick-lit o milosci, podczas gdy
        (moim zdaniem) zawieraja po prostu literature. Maria Janion
        powiedziala kiedys, ze dla niej literatura jest "sztuka rozumienia
        ludzi"- mysle, ze Marian ludzi rozumie, a juz na pewno rozumie swoje
        bohaterki. Nie mozna tego samego powiedziec o nowych ksiazkach pani
        MM....
        W Jezycjadzie straszliwie brakuje tych niuansow, ktorych u Marian
        jest pelno- tego wymieszania pozytywnych cech z negatywnymi, humoru
        ze smutkiem, problemow na ktore nie ma prostych i banalnych
        rozwiazan, pokazania zycia z roznymi jego elementami..w tym
        takimi "ekstremalnymi" jak uzaleznienia, przemoc i seks. Oczywiscie
        nie chodzi mi o to, zeby nagle Jezycjada skrecila w strone "Dzieci z
        dworca ZOO, ale glownie o to ze DA SIE, da sie napisac o wszystkim,
        nie zabierajac czytelnikowi poczucia ze ma do czynienia z feel good
        novel a nie ze "Zbrodnia i Kara". Poza tym, te "ekstremalne" tematy
        tak naprawde sa obecne w zyciu kazdego z nas - albo moga byc
        obecne...
        To tak na szybko- jak troche pozbieram mysli to dopisze wiecej - no
        i bardzo chetnie podyskutuje na temat Claire a Gaba! :-)
        • supervixen Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit II 03.04.09, 12:55
          Croyance, tu masz artykuł o chick licie dla nastolatek (niestety
          sprzed 5 lat, ale zawsze coś):

          www.publishersweekly.com/article/CA480067.html
          Mój instynkt na pytanie: czy wczesna Jeżycjada zalicza się do tego
          gatunku, odpowiada... nie.
        • croyance Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit II 03.04.09, 17:38
          Dzięki, Villanden. Produkowałam się przez dwa długie posty, a Ty
          ujęłaś to, co chodziło mi po głowie w jednym akapicie :-) Właśnie o
          tym myślałam, tym wymieszaniu rzeczy dobrych i złych - do
          połowy 'Anybody Out There' nie mogłam uwierzyć, że dobre
          podejrzewam, co się stało - ale jak już do mnie dotarło (przy czym
          płacz Lucy z powodu samotnej rękawiczki to nic w porównaniu z tym,
          co ja czułam przy czytaniu - wybuchając jednak co chwila śmiechem,
          bo mix jest niesamowity).

          Jestem po prostu pełna podziwu, że Marian nie ucieka od takich
          tematów - zatkało mnie po prostu, że porwała się na taki temat i
          podołała mu (jak tam Grzesia była żona?). A w innych książkach mamy
          i poronienia, i nowotwór, a jednak - wciąż jest zabawnie i jest
          ten 'feel good', o którym pisałaś.

          Postaram sie wiecorem założyć wątek o Claire, muszę się przygotować
          do dyskusji :-)
        • croyance Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit II 05.04.09, 17:03
          Villanden, nie dalam rady napisac watku o Claire, ale nic sie nie
          boj, pamietam i zaloze go :-)
    • makrauchenia06 Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit 03.04.09, 12:04
      Zaciekawiłaś mnie. Właśnie złożyłam stosowne zamówienie w bibliotece. Na
      początku przyszłego tygodnia książki powinny trafić w moje piekne łapki.
      • croyance Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit 03.04.09, 17:41
        Najbardziej polecam 'Rachel's holiday' i 'Watermelon'. 'Anybody out
        there?' to IMHO mistrzostwo, ale nie dla słabych dusz.
    • tosia_4 to o tych książkach mówisz? 03.04.09, 13:08
      merlin.pl/Marian-Keyes/browse/search/1,,1.html?phrase=Marian+Keyes§ion=1&place=0+simple&offer=O&sort=rank&x=36&y
      =7

      od której z dostępnych po polsku najlepiej zacząc?
      • jottka Re: to o tych książkach mówisz? 03.04.09, 13:29
        no ja przeczytałam 'sushi dla początkujących', bo the_dzidka w którymś wątku tak
        kazała:) dobrze się czyta, innych nie znam, ale nie wykluczam, że się zapoznam,
        choć na kolana nie padłam.


        ale co do pożądanych podobieństw z mm, to ja mam wrażenie, że to nie ta bajka. i
        nie chodzi mi o jeżycjadę dawną czy nową, tylko o to, że pani mm chyba w ogóle
        takiego genre'u uprawiać nie zamierza. owszem, te ostatnie powieści rozjeżdżają
        się m.in. z tego powodu, że już nie wiadomo, czy to dla 15latki, czy dla jej
        mamusi pisane, czy też może w ogóle dla tworu wyimaginowanego - ale autorka
        chyba coraz mocniej z upływem lat przybiera pozę dobrej pani z 19w., dobrotliwej
        pisarki dla dziewczątek, tak cuś między Ćwierczakiewiczową a tą Ariadną, pisarką
        kryminałów z Agaty Christie:) Sama jest już nieco znudzona swymi dziełami, ale
        jakby co, to to ma być ku pouczeniu, pokrzepieniu i zbudowaniu, z wyraźnym
        wskazaniem na dobrego i złego szeryfa, a nie jakieś kotłowanie się w moralnie
        podejrzanej codzienności.
        • croyance Re: to o tych książkach mówisz? 03.04.09, 17:41
          'Sushi' mnie tez nie powaliło, w mojej opinii najlepsza jest seria o
          siostrach Walsh :-)
      • villanden Re: to o tych książkach mówisz? 03.04.09, 13:59
        Z tej listy, zaczelabym od "Wakacje Rachel" (ktore w ogole sa moja
        ukochana czescia cyklu). Nie wiem czy zostal po polsku
        wydany "Watermelon", jesli tak to polecam bardzo na poczatek, bo to
        pierwsza czesc z serii o siostrach Walsh.

        P.S A "Sushi dla poczatkujacych" podobalo mi sie mniej niz inne
        tomy...
        • the_dzidka Re: to o tych książkach mówisz? 03.04.09, 14:29
          Wszystkie są fajne, Watermelon wyszedł w PL jako "Arbuz". Inny -
          Ostatnia szansa, Lucy Sullivan wychodzi za mąż... Ale jest ich dużo
          więcej, a mojej bibiliotece przeczytałam chyba z sześć.
          • kotbert Re: to o tych książkach mówisz? 03.04.09, 15:58
            O, fajny wątek, dobrze, że mi przypomniałyście :] Jakiś czas temu polowałam na
            angielską Lucy Sullivan i nigdzie nie mogłam dorwać, a teraz sobie zajrzałam na
            Allegro i się okazało, że jest.
            Swoją drogą pamiętacie jeszcze jakieś autorki chic-lit? Pamiętam, że swego czasu
            czytałam artykuł w Wysokich Obcasach chyba i tam było kilka nazwisk
            wymienionych, ale zapamiętałam właściwie tylko Marian Keyes.
            • dakota77 Re: to o tych książkach mówisz? 03.04.09, 16:02
              Jenny Colgan, Lisa Jewell.
              • kotbert O, sękju! / nt 03.04.09, 16:11

            • croyance Re: to o tych książkach mówisz? 03.04.09, 17:43
              A ja kupiłam sobie 5 książek w charity shopie, płacąc za wszystkie
              razem mniej niż 4 funty :-D
        • tosia_4 Re: to o tych książkach mówisz? 03.04.09, 18:09
          W takim razie wrzuciłam "Wakacje Rachel" do koszyka na Merlinie :)
          • croyance Re: to o tych książkach mówisz? 03.04.09, 18:17
            Dobry wybór :-) Jak przeczytasz, daj znać, jestem ciekawa Twoich
            opinii.
            • tosia_4 Re: to o tych książkach mówisz? 03.04.09, 18:56
              Na pewno, skoro nie przeczytałam całej Jeżycjady (jeszcze! bo coraz
              większej ochoty przez was nabieram ;) to postaram się dyskusjami o
              innych lekturach pobyt na forum usprawiedliwic
    • nessie-jp Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit 03.04.09, 16:16
      Nie czytałam nigdy nic z chic-lit. Nie dlatego, żebym nie lubiła (bo skąd
      miałabym wiedzieć, czy lubię, skoro nie czytałam) tylko właśnie dlatego, że
      jestem bardzo wrażliwa na przygnębienie płynące z książki. Ten opis depresji
      jest świetny, zbyt świetny
      • dakota77 Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit 03.04.09, 16:19
        Ale Nessie, chic-lit zwykle jest lekka literatura, nie skupiajaca sie na
        powaznych problemach typu depresja. Chyba Keynes jest tu wyjatkiem, zwykle sa to
        takie wspolczesne romansidelka. Sympatyczne, zabawne, ale nie sklaniajace do
        glebyszch przemyslen. Ale ja malo znam powiesci z tego gatunku, a wspomnianej tu
        Keynes jeszcze nie czytalam, choc zamierzam.
      • supervixen Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit 03.04.09, 17:09
        Nessie, chick lit to raczej Bridget Jones niż opisy stanów
        depresyjnych. Czytałam jakieś powieści z tego gatunku (oczywiście
        wspomnianą wyżej Bridget, coś Jane Green, Nianię w Nowym Jorku i
        jeszcze jakieś, ale tytułów nie pomnę:)) Czytałam też Sushi for
        Beginners Keyes i bardzo mi się podobało - w przeciwieństwie do
        większości typowych chick litów. Faceci (oczywiście długo, długo ci
        niewłaściwi), przyjaciółki wymieniające dowcipne uwagi o owych
        facetach, drinki, diety, praca w redakcji/agencji reklamowej i te
        osławione buty od Blahinka... no ile można. Słabość większości tych
        książek absolutnie nie wynika z ich bolesnego realizmu:)

        A w Sushi for Beginners też jest o depresji i akurat ta część
        książki chyba podoba mi się najbardziej - choć sama nigdy na nią nie
        cierpiałam, to i tak doskonale rozumiem Weltschmerz bohaterki. A
        jest i happy end, a jakże:)

        Natomiast zgadzam się jak najbardziej, że książki MM to nie są
        książki realistyczne, że to współczesne bajki i kolejne wcielenia
        Ani z Zielonego Wzgórza. Przy takiej konwencji jaką obrała sobie MM,
        wystarczyłoby mi natężenie głębi i prawdy psychologicznej, jaką
        prezentuje 'stara Jeżycjada' - uważam, że tamten styl sprawdzał się
        doskonale.
      • croyance Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit 03.04.09, 18:16
        To bardzo ciekawe, co piszesz o tych baśniach, Nessie. Zastanawiałam
        się nad tym, bo jednak - mimo wszystko - od MM zaczęła się moja
        sympatia do różnych Bridgets, a także takiego np. Adriana Mole'a.

        Ja widzę podobieństwo, i najbardziej dla mnie chic-litowe są właśnie
        np. 'Kłamczucha' i 'Szósta Klepka'; tam jest realizm, podglądanie
        uczuć bohaterek od kuchni. Anielka zaklinowana biustem w okienku,
        Cesia krytykująca swoje łydki i ucząca się zachęcającego
        uśmiechu ... Te bohaterki są, owszem, młodsze, nie ma seksu ani
        picia, ale widzimy starania w relacjach damsko-męskich właśnie od
        ich strony, ich oczami, bez mniszkopodobnych sentymentów,
        realistycznie i dowcipnie (tu piękny brodacz, a tu cieknące karpie) .

        Czego na przykład nie można już powiedzieć o Pulpecji, która jest
        IMHO fajną książką, przesyconą erotyzmem, ale zdecydowanie nie chic-
        litem.

        W 'Sprężynie' bohaterek właściwie nie znamy; MM próbuje wprowadzać
        jakies chic-litowe wstawki typu Laura w zaciszu domowym z kiełbaską,
        ale IMHO to nie działa. Albo nie mamy dostepu do uczuć Laury, albo
        nie czuje ona jak normalna kobieta. Dlaczego Laura ma jakieś
        metafizyczne przeżycia typu złota nić, a nie martwi się, na
        przykład, czy jej włosy ladnie pachną, kiedy już zarzuca je
        przypadkowo człowiekowi na twarz? Te jej podróże po drzewka nie są
        realne, no.

        MM próbuje przełamywać patos codziennościa, zwyczajnością, ale
        wychodzi to groteskowo, jakby posuwała się o krok za daleko.
        Doceniam ten zabieg pokazania jakby akceptacji rzeczywistości i
        tego, że nawet po śmierci bliskiego trzeba zjeść obiad, ale ...

        Uwielbiam wypowiedź Emily, aspirującej scenarzystki, skarżącej się
        Maggie, która z kolei przeszła depresję po dwóch poronieniach
        ('Angels'):

        'But that script was like my baby. I loved it. I wanted the best for
        it, and it kills me to see it torn apart like that, my poor baby'
        Aghast, she stopped. 'Oh, Maggie, I've done it again. I'm so sorry.'

        Jak w tym kontekście wyglądają rozmowy, a raczej ich brak, o
        Pyziaku? Czy któraś z sióstr Borejko powiedziałaby do Gaby: wiem, że
        mam być dla ciebie miła, bo mąż cię zostawił, ale skoro nie masz
        faceta i nigdzie nie wychodzisz, dawaj niebieską bluzkę i kolczyki?
    • watermelon_woman Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit 04.04.09, 15:38
      Dziewczyny, kochane! Dziekuje za ten watek!
      Przepraszam, ze tak sobie pozwalam na spoufalanie sie, choc zwykle czytam "zza krzaczkow", ale nie moglam sie powstrzymac :)

      To tylko taki nieprzewidziany wybuch pozytywnych emocji, a moze ESD. Dzieki za uwage :)

    • lezbobimbo Re: Małgorzata Musierowicz a chicken-lit 04.04.09, 16:48
      Po pierwsze wypraszam sobie, Family Guy jest wobec klasycznych Simpsonów wtórny
      ;) Co prawda jak dla mnie "it picked up where Simpsons ended", mamy nowe,
      ciekawe przygody jeszcze niezuzytej i nieoklepanej do cna familii, a zjelczale
      teraz Simpsony powinny byly zostac zadziobane mizerykordia conajmniej 10 lat
      temu.. ;)

      Co do MM i chick-lit.
      Otóz wg. mnie MM od poczatku pisze tzw. Bildungsromany, czyli literaciure
      krzepiaco-wychowawcza dla mlodziezy zenskiej. Z przeslaniem, ze jak bedziesz sie
      dziewcze dobrze sie zachowywac (bedziesz grzeczna, mila, romantyczna i pomagasz
      wszystkim) to w nagrode zainteresuje sie Toba jakis ciekawy facet. Po drodze
      bohaterki do szczesliwego happy endu poznajemy przy okazji jakas smieszna
      rodzine serialowa, z postaciami komediowymi i sakramentalnymi
      dzieckami-blazenkami. I to wszystko, jak jottka napisala, w atmosferze
      obyczajowej z dziewietnastego wieku. Kobieta nóg nie ma i najwyzszym szczesciem
      dla niej jest zamazpójscie oraz dzidziusia piastowanie po ukonczeniu pensji
      (liceum;), ewentualnie jak juz praca poza chalupnicza, to tylko jako Polonistka
      Judymowa, krzepiaca serca i krzewiaca polszczyzne zlotymi zgloski wsród
      nieokrzesanej mlodziezy.
      No po prostu idealy z czasu zaborów! Do tego romantyzm wiktorianski.

      Do dzisiejszego schematu chick-lit to nie pasuje, bo chick-lity sa zbyt
      realistyczne, zbyt mocno osadzone w dzisiejszej rzeczywistosci ;) W dodatku
      wiekszosc chick-lit to dla nieco starszych chicks, takich okolo 30 i pózniej.
      Niby podobny punkt wyjscia jak u MM czyli desperacja kobieca bez faceta i
      sciganie owegoz, ale u MM targetem sa nastolatki..... tylko z 19-ego wieku. O
      ile w ogóle jest jakis target jeszcze, jak to tez zauwazyla jottka :)
      W dodatku mamy "harujacy" dzielny ideal, pseudosilaczke, kukulcza macierz, Nasza
      Klacz Gabe, ale to chyba nadal po to, aby ukazac kwitnacym dziewczetom, jak sie
      winny zachowywac juz PO szczesliwym zlapaniu mensza juz przed matura.

      A do tego chick lity trafiaja sie tez, jak to piszecie, dobrze napisane, z
      prawdopodobnymi postaciami, zamiast zgrzytania zebów i kakofonii psychopatycznej
      u nowej, coraz bardziej niechlujnej MM ;)

      jottka napisala:
      >MM Sama jest już nieco znudzona swymi dziełami, al
      >jakby co, to to ma być ku pouczeniu, pokrzepieniu i zbudowaniu, z >wyraźnym
      wskazaniem na dobrego i złego szeryfa, a nie jakieś >kotłowanie się w moralnie
      podejrzanej codzienności.

      Otóz to. Dylematów zadnych, idealy z 19-wieku, a jakby co, to rodzina jest
      rozwiazaniem na wszystko.
      MM nie tylko znudzona swoimi dzielami, ale najwidoczniej coraz bardziej ich nie
      lubi. Nie jest ona pisarka zawodowa (w odróznieniu od autorek chick-litów) co
      widac na kazdym kroku i na co drugiej stronie nowych dziel po Noelce; a i sama
      przyznaje, ze najpierw wazna dla niej rodzina i dom, a nie przykre chalturzenie.
      Gdyby nie naleganie wydawnictwa, zajmowala by sie swoim ogrodem a nie jakims tam
      pisaniem, co dla niej tak nieprzyjemne, ze przy tym pisaniu czuje, ze "znikad
      ratunku, znikad pomocy".
      • croyance Re: Małgorzata Musierowicz a chicken-lit 05.04.09, 17:05
        No prosze, wiedzialam, ze ktos sie na tym zna i powie mi ...
        Bildungsroman, hmm.

        (BTW, czytala ktoras z Was 'Szkole Narzeczonych?')

        Bimbo, czy chcesz powiedziec, ze dalam sie nabrac jako mlodziez i
        potraktowalam humor jako oznake realizmu?
        • nessie-jp Re: Małgorzata Musierowicz a chicken-lit 05.04.09, 19:23
          > (BTW, czytala ktoras z Was 'Szkole Narzeczonych?')

          Coś mi słabiutko dzwoni
          • melmire Re: Małgorzata Musierowicz a chicken-lit 05.04.09, 19:39
            Czytalam, mam :) Bardzo mubie koncept "pamietnika od chrztu" pisanego dla
            wybranca serca, koniecznie o wszystkim i szczerze, zeby potem znal CALE NASZE
            ZYCIE...
        • lezbobimbo Re: Małgorzata Musierowicz a chicken-lit 06.04.09, 18:31
          croyance napisała:
          > No prosze, wiedzialam, ze ktos sie na tym zna i powie mi ...
          > Bildungsroman, hmm.

          A to mundre slowo to ja z tegoz naszego foruma sama podkradlam, nieprawdaz :)
          Ktos tu kiedys raz uzyl przy wspólnem naszem okreslaniu formuly MM - i
          zapamietalam w ramach recyclingu -
          • croyance Re: Małgorzata Musierowicz a chicken-lit 07.04.09, 13:06
            Nic takiego nie napisalas, ale ja jestem ostatnio tak bystra, ze w
            mig wszystko lapie i transformuje w glowie :-D

            Chodzilo mi o to, ze dalam sie wpuscic w maliny byc moze, bo
            dowcipne opisy rzeczywistosci potraktowalam jako dowod na realizm,
            bo przeciez jak cos jest z humorem i bez koturnow, to nie moze byc
            kit i propaganda, co nie :-/

            a propos (a moze i nie, ale nic nie szkodzi) opowiem Wam fajna
            historie, ktora opowiedziano mi z 10 lat temu, ale zapamietalam do
            tej pory.

            Otoz na jakims osiedle w bodajze Wolominie postawiono pojemniki na
            segregacje odpadkow. Byla to wtedy troche nowosc. Moja kolezanka
            przechodzila tamtedy i zobaczyla grupke chlopakow, ktora przygladala
            sie tym smietnikom, zajrzala nawet do nich i nie mogla wyjsc ze
            zdumienia na widok tego, co zobaczyla w srodku: w kuble na papier -
            papier, w kuble na butelki - szklo, w kuble na puszki - puszki ...

            - Ty zobacz!- powiedzial jeden do drugiego - Ludzie do tych
            smietnikow PRAWDE wrzucaja!
    • nighthrill Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit 04.04.09, 17:12
      Croyance i dziewczyny, mi się "Arbuz" ( czytałam po polsku) niespecjalnie
      podobał, ale to było dawno temu, więc merytorycznie nie podyskutuję, co i jak.
      Pamiętam tylko, że facet zostawia kobietę tuż po porodzie, bo ona go niby
      odepchnęła od siebie, przynajmniej on tak twierdzi (?). Nic innego Marian Keyes
      nie czytałam.
      Ale mam swoją ulubioną chick-litową autorkę, a jest nią Jennifer Weiner, autorka
      "Good in bed", która to powieść została przetłumaczona jako "Kochając większą
      kobietę". Świetna, zabawna, ale i smutna ( realistycznie przedstawia rozstanie i
      depresję poporodową), no i porusza bliski mi temat - zmagania kobiety, która ma
      problemy z nadwagą, ale nie taką wyimaginowaną jak Bridget Jones ( która ważyła
      w porywach 60 kg), tylko prawdziwą.
      Czytałam też kilka innych książek tej autorki i z czystym sumieniem polecam.

      Co do typowych chick-litów po 5 zł, kupowanych w taniej książce, to nabyłam
      kilka podczas zeszłych wakacji, gdy byłam uwięziona w gorącym mieszkaniu bez
      internetu, nie pracowałam prawie i miałam bardzo mało pieniędzy. Tylko na takie
      książki starczyło. Czytałam kilka wieczorów non-stop. Z pięciu, które kupiłam,
      warta zachodu okazała się może jedna. Na pewno nie chcę do nich wracać, bo
      schemat jest zwykle taki sam ( on i ona są razem, on ją rzuca/zdradza, ona szuka
      pracy/przeprowadza się do innego miasta, poznaje innego, a ten pierwszy chce do
      niej wrócić itp. zwykle obowiązuje happy end), ale w momencie czytania wydają
      się ciekawe. Sporo zyskują dzięki niezłemu językowi dialogów, wprowadzeniu
      prawdopodobnych postaci i sytuacji, opisom jedzenia, produktów, ciuchów, okolicy
      itp.
      Bardzo też lubię, gdy akcja dzieje się w Stanach.
      • croyance Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit 05.04.09, 17:05
        Moze tlumaczenie bylo do niczego!
    • wushum Re: Małgorzata Musierowicz a chic-lit 04.04.09, 20:24
      Wstyd przyznać, o chic-lit nie wiem nic.
      Jeżycowa seria zawsze przypominała mi jakąś czkawkę po Jane Austeen - myślałam,
      że autorka rozpoczęła pisanie naczytawszy się o stadzie sióstr w "Dumie i
      uprzedzeniu", albo "Małych kobietkach", bodaj pani Alcott. A potem trzeba było
      to jakoś ciągnąć dalej. No i się ciągnie:)
      • kotbert Trochę obok tematu 07.04.09, 19:35
        Machina skojarzeń u mnie ruszyła i przypomniał mi się Nick Hornby. Czy któraś z Was czytała produkcje tego pana? Poluję na "High Fidelity", nie będąc nawet pewną, czy warto.
        • alitzja Re: Trochę obok tematu 07.04.09, 19:42
          Ja czytałam. "Wierność w stereo" to fajne czytadło - Croyance ma
          nawet fragment w sygnaturce:-) Dla niektórych wielbicieli muzyki to
          podobno wręcz Biblia.
          Inne książki też miałam w swoich rękach, ale tradycyjnie, jako
          wielka sklerotyczka (a może nawet - Wielka Sklerotyczka?) niewiele z
          nich pamiętam. "High Fidelity" w wersji polskiej stoi na półce, więc
          zawsze mogę odświeżać pamięć.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka