Gość: sziszka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.02.04, 01:23 newsweek.redakcja.pl/archiwum/artykul.asp?Artykul=9009 ps. Dzięki za link, katarsis. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
katarsis Re: Dlatego trzeba prześwietlić idacą do władzy P 15.02.04, 01:29 Cały artykuł moge wrzucić na forum jak ktoś chce :) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: sziszka Re: Dlatego trzeba prześwietlić idacą do władzy P IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.02.04, 01:31 Z miła chęcią. Ziemkiewicz rządzi. merci beaucoup Odpowiedz Link Zgłoś
katarsis Re: To polactwo właśnie 15.02.04, 02:06 autorstwa R. A. Ziemkiewicza: Politycy kłamią - można się tego dowiedzieć w pierwszym z brzegu sklepie, barze, pociągu, wszędzie tam, gdzie rodacy mają wolną chwilę, żeby powymieniać uwagi o otaczającej ich rzeczywistości. I kradną - doda każdy zagadnięty w taki sposób rozmówca. Nie ma dwóch zdań: politycy to banda oszustów i złodziei. Ale skąd się wzięła ta banda? Kto ich wybrał do Sejmu, Senatu, kto dał im prawo zasiadania na najwyższych w państwie stołkach? Czy to możliwe, że w kraju zamieszkanym przez ludzi przyzwoitych, brzydzących się kłamstwem i dorabianiem na lewo - nagle, jakimś podstępem, prześlizgnęła się na salony władzy tak liczna banda obwiesiów? Załóżmy, że tak. Teoretycznie mogło się tak zdarzyć, że grupa cwanych drani, ukrywając swe grzeszki i udając ludzi uczciwych, omamiła wyborców i zdołała wyłudzić od nich wystarczająco wiele głosów, żeby przyssać się do stołków. Ale tak mogło się zdarzyć raz. Góra - dwa. Powiedzmy, w społeczeństwie wyjątkowo naiwnym - trzy. I tyle, do trzech razy sztuka. Jeżeli jednak w wolnym i demokratycznym kraju każda kolejna władza okazuje się bardziej skorumpowana, każdy kolejny rząd gorszy, a sondaże z roku na rok przyznają pierwszeństwo coraz to bardziej podejrzanym typkom, to tezę o wiecznie oszukiwanym społeczeństwie trzeba chyba wreszcie poważnie przemyśleć. Tu koniecznie muszę wtrącić dwa słowa o tym, co stanowi warunek skutecznego szwindlu. Najprościej swego czasu sformułował to pewien zawodowy oszust, który, zanim go złapano, naciągnął na grube pieniądze kilka tysięcy ludzi. Z tych kilku tysięcy, co samo w sobie jest znaczące, na procesie zeznawało bodaj kilkudziesięciu, pozostali wstydzili się do poniesionej szkody przyznać. Otóż człowiek ten, na oko zresztą bardzo prosty (ale może powierzchowność naiwniaka była tu zawodowym przebraniem), powiedział w wywiadzie-„Uczciwego człowieka, wie pan, to bardzo trudno podejść, go to mi się nigdy oszukać nie udało". I dalej wyjaśnił, żeby kogoś oskubać, musisz go podpuścić, że to on oszukuje ciebie, robi świetny numer, skok, przekręt i że jest sprytny jak wszyli. A uczciwy, kiedy mu zaproponować lewy interes, po prostu z oszustwa nici. Przypomniał mi się ten wywiad z zawodowym oszustem ładnych temu, kiedy to wiadomością dnia we wszystkich mediach był protest łódzkich bezrobotnych, którzy domagali się zmiany godzin wydawania im zasiłków. Sprawa była tak oczywista, że protestujący ile starali się jej ukrywać - urząd otwarty jest tylko rano i wczesnym południem, czyli wtedy, kiedy to oni, bezrobotni, są w pracy, przecież zasiłek zasiłkiem, a pracuje się na czarno, każdy to wie. wizja poprosiła o komentarz ówczesnego ministra pracy i spraw socjalnych Leszka Millera, który bynajmniej protestujących nie tępił, choć też nie próbował udawać, że nie wie, o jakich to bezrobotnych mowa. Jak zwykle błąkał mu się przy tym po ustach charakterystyczny uśmieszek. Może to autosugestia, ale j a wyczyta-tym uśmieszku: „Myślicie, że ja nie wiem? Myślicie, że jesteście sprytni , że robicie nas w bambuko ? Myślcie tak dalej. O to chodzi". skorumpowane, nieuczciwe, samolubne i pod każdym innym względem paskudne elity polityczne nie spadły Polakom z nieba. Po prostu mamy takich polityków, jacy sami jesteśmy. A jeśli patrzymy na nich z niechęcią i obrzydzeniem, to dlatego, że widzimy w nich jak w lustrze siebie samych. Probblem nie polega na tym, że politycy kradną i kłamią. Problem nie polega nawet na tym, że ci, którzy kradną i kłamią, są wybierani. Istota sprawy tkwi w tym, że polityk, który- nie kradnie i nie kłamie, po prostu nie ma szans na sukces. Umiejętność organizowania lewej kasy oraz umiejętność łgania w żywe oczy to w tym fachu kwalifikacje niezbędne do osiągnięcia sukcesu. Co może powiedzieć swoim wyborcom kandydat na posła, który, powiedzmy, złożył jakieś śluby uczciwości i chce pozostać im wierny? Ktoś taki musiałby powiedzieć: nie obiecam wam, że będziecie mogli leżeć do góry brzuchem i dostawać pieniądze za nic, bo to, po pierwsze, niemożliwe, a po drugie - podłe. Dalej taki polityk może mówić co chce albo nie mówić nic, jego szansę wyborcze i tak już spadły do kilku procent. Jeśli polityk w ogóle chce być brany pod uwagę, musi mówić: należy się wam. Jesteście skrzywdzeni, oj, jak bardzo jesteście pokrzywdzeni, oj, jak wam się należy. Jeśli polityk poważnie myśli w Polsce o władzy, to musi udawać, że wie o jakichś wielkich pieniądzach, po które aby tylko wyciągnąć rękę, a wystarczy ich na dostatnie i spokojne życie dla wszystkich. Nasza polityka aż kipi od cudownych pomysłów na zasilenie dziurawej państwowej kasy kwotami tak potężnymi, że nie trzeba będzie niczego zmieniać. Po pierwsze, oczywiście, nieśmiertelne „rozliczenie afer". Po drugie - opodatkowanie zagranicznych koncernów, a zwłaszcza hipermarketów. Po trzecie - rozliczenie prywatyzacji. „Złodziejskiej prywatyzacji" - bo polityk, który chce odnieść sukces, inaczej o niej nie mówi. Po czwarte - banki. Zmuszenie banków, żeby udzielał}' „tanich kredytów", zużycie rezerwy walutowej NBP, a jeszcze lepiej rezerwy rewaluacyjnej czy wręcz nałożenie na „bankowe pijawki" specjalnego podatku. Do pewnego czasu politycy lubili jeszcze obiecywać miliardy, które załatwią z Unii Europejskiej, ale ostatnio ten wątek stał się jakby passe. Nie ma znaczenia, czy w opowiadanych przez polityków bajkach jest jakieś racjonalne jądro, czy go nie ma. Obietnice „tanich kredytów" czy sięgania po rezerwę rewaluacyjną (kto w Polsce w ogóle wie, co to jest?) to przecież już kompletne androny, a polactwo i tego słucha niczym muzyki. Jednemu z amerykańskich magnatów' telewizyjnych przypisuje się powiedzenie, że pogarda dla widza zawsze owocuje wzrostem oglądalności. Polską polityką zdaje się rządzić podobna zasada: pogarda dla wyborcy zawsze owocuje wzrostem poparcia. Kolejne wybory i coroczne sondaże pokazują, że polityk, który chciałby zwracać się do wyborców w miarę uczciwie, zawsze przegra z tym, który uważa ich za bezmyślny motłoch, łaknący tylko paru prostych obietnic i - ale to osobna sprawa - seansu nienawiści. Sztandarowy przykład takiego sukcesu, Andrzej Lepper, zdobył się nawet w jednym z wywiadów na rozbrajająco szczere wyjaśnienie mechanizmu swego sukcesu: trzeba mówić to, czego motłoch chce słuchać. I z dumą powołał się przy tym na „Psychologię tłumu" Gustave'a Le Bona. Mógł sobie na taką chwilę szczerości pozwolić, bo polactwo gazet nie czyta, a jeśli nawet coś przeczyta, nie zrozumie. Jednak składanie obietnic bez pokrycia to u nas dla politycznego sukcesu warunek konieczny, ale bynajmniej niewystarczający. Trzeba jeszcze dwóch rzeczy. Po pierwsze - kasy. To nie jest polska specyfika, to jest ogólne prawo rządzące demokracją w epoce mass mediów. Miało być tak, że lepszy program będzie wygrywać z gorszym, a mąż godny zaufania z mniej godnym, ale w praktyce wyszło tak, że dwa miliony dolarów wygrywają z milionem, a dziesięć wygrywa z pięcioma. Żeby wygrać wybory, trzeba mieć struktury organizacyjne, pracowników, specjalistów od PR i od wizerunku, doradców, ulotki, billboardy, fachowców od kręcenia telewizyjnych reklamówek i tak dalej. W Stanach Zjednoczonych, zanim jeszcze zacznie się dziurkowanie wyborczych kart, media liczą uważnie stan wyborczych kont kandydatów i przeważnie już z samej liczby tych, którzy chcieli je zasilić, przewidują trafnie wynik. Ale USA to stara demokracja, której obywatele od pokoleń przyuczeni są wybierać swoich obywateli i ich finansować. W krajach takich jak Polska, na które demokracja spadla z dnia na dzień jako fanaberia elit współspiskujących przy jakimś tam okrągłym stole, politycy na grosik od prostego człowieka nie mają co liczyć. Zresztą, nie żeby ich to martwiło - bez trudu załatwiają sobie fundusze z innych źródeł. Ale kasa plus obietnice Odpowiedz Link Zgłoś
katarsis Re: To polactwo właśnie 15.02.04, 02:07 Ale kasa plus obietnice to wciąż jeszcze za mało. Potrzebna jest swoista „wiarygodność". Tak swoista i tak specyficzna, że nie mogę nie wziąć tego słowa w cudzysłów. A tej specyfiki nie sposób zrozumieć, jeśli się nie wie, że Polska to wielki, pańszczyźniany folwark, z którego wicher dziejów wymiótł przed laty Pana i na którym nagle powiedziano fornalom, że teraz będą mieli wybory i będą sobie mogli panów i ekonomów wybrać sami. Wybory na folwarku dzielą się, jeśli chodzi o ich mechanizm psychologiczny, na dwa rodzaje. Mówiąc brutalnie - w wyborach prezydenckich cham wybiera Pana. Nie potrafią tego zrozumieć partie chłopskie, uparcie wystawiające wciąż własnych kandydatów do Belwederu i dziwujące się, kiedy dostają oni mniej głosów niż sama partia. Pan to musi być Pan, a nie drugi fornal, przy czym powinien to być pan dobry, oczywiście wedle pojęć folwarku - a więc taki, co się nie będzie za bardzo wtrącał w codzienne sprawy. Wałęsa nie był dobrym panem, bo choć przyjmowała go angielska królowa i prezydent USA, nie potrafił ukryć swych gminnych korzeni. I ciągle mącił, ciągle z kimś się użerał - nie dawał się szanować. Kwaśniewski to jest dobry pan. Że gdzieś tam trochę popił czy nakłamał w jakichś papierach... Nie byłby ludzkim panem, gdyby nie miał jakichś grzeszków. A Kwaśniewska - o, to będzie dopiero dobra pani. Jeszcze lepsza. Co proszę? Dlaczego? A dajcie mi spokój, całe legiony publicystów i analityków wyrabiają od wielu miesięcy wierszówki, usiłując znaleźć racjonalne przyczyny, dla których polactwo gremialnie zakochało się w swej Matce Boskiej Eseldowskiej, i sam fakt, że tego próbują, jest najlepszym dowodem, że nic nie rozumieją. Rzeczy irracjonalnych nie można tłumaczyć racjonalnie. Polactwo albo nienawidzi, albo kocha. Jeśli kogoś nienawidzi, to w zupełności wystarcza mu, że nie może patrzeć na tę wstrętną gębę. Natomiast jeśli kocha, to kocha na zabój. Krótko przed ostatnimi wyborami socjologowie zapragnęli ustalić, jakie konkretnie cechy kandydatów decydują o preferencjach elektoratu, i zlecili proste badanie: ankietowani mieli konkretnym kandydatom przypisać wyróżniające ich cechy. Potem dostali wyniki i stanęli nad nimi, jak to pięknie ujął poeta, niczym dziecko z usty zdumionymi. Bo okazało się, że ponad połowa wyborców przypisuje wszystkie cechy pozytywne Kwaśniewskiemu, a wszystkie negatywne - jego konkurentom. Ze w ich oczach niedoszły magister Kwaśniewski ma wykształcenie, a doktor Krzaklewski nie, ba - nawet, że Kwaśniewski jest wysoki, a Olechowski niski. Wybory, obywatelskie debaty, dyskurs publiczny, programy... Ludzie, jak rany, o czym wy mówicie?! Natomiast wybory parlamentarne - o, to już całkiem inna sprawa. Gdzieś tam w Warszawie jest wielki wór z kasą. Z tego wora chcą brać wszyscy i każdy głupi wie, że dla wszystkich nie starcz}". I trzeba tam posłać swojaków, zaufanych, zobowiązanych. Takich, co dopilnują, abyśmy to my właśnie, a nie kto inny, dostali z wora jak najwięcej. Jeśli spojrzeć na sprawę powierzchownie, to może się wydać, że polactwo jest po prostu bezbrzeżnie głupie i naiwne: obieca im niestworzone rzecz}-jeden, wybiorą go, potem się czują oszukani, przychodzi drugi, obiecuje to samo i wybierają z kolei jego, i znowu się historia powtarza, i tak w nieskończoność. Jak znienawidzili Mille-ra, to wybiorą Leppera, a jak i Lepper okaże się kolejnym „zdrajcą", który się sam nakradł, a ludowi nie dał, to jego miejsce w sondażach zastąpi jakiś typek spod jeszcze ciemniejszej gwiazdy. Ostatni dureń doszedłby do wniosku, że wciąż mu się składa obietnice bez pokrycia - a polactwo nic, choć bij łbem o kamień! Oczywiście, słowo głupota jest tutaj na miejscu. Ale to nieco inny rodzaj głupoty, niż się wydaje - ta, do której odwoływał się cytowany wcześniej oszust. Polactwo nie wierzy w gruszki na wierzbie, aż tak durne nie jest. Ale nie umie oprzeć się pokusie, gdy polityk mniej lub bardziej wyraźnie obieca mu współudział w szwindlu. Gdy zasugeruje: wszystkim lepiej nie będzie, ale o ciebie zadbam. Obrobię z kasy tamtych, a dam swoim. Pewnie że przede wszystkim chcę ustawić siebie i znajomych, ale jak to zrobię, to i wam coś niecoś skapnie. Polactwo jest na taką pokusę i zawsze pozostanie nieodporne, bo dzisiejszy statystyczny Polak nie chce patrzeć dalej własnego nosa. Nie obchodzi go los folwarku jako takiego, nigdy nie było to jego troską i nie ma najmniejszego powodu, by nagie się nią stało. O tym niech myślą panowie. On troszczy się przede wszystkim, żeby z jednej strony jak najwięcej od pana dostać, a z drugiej, jak można wykręcić się od swoich wobec niego powinności. Ot, „chytry niewolnik", jak go genialnie trafnym skrótem podsumowała mentalność mieszkańców krajów postkomunistycznych Tatiana Zasławska. Jeśli polityk przyjdzie do takiego „chytrego niewolnika" z tekstami o wspólnym dobru, o ojczyźnie, to zobaczy zgiętą w łokciu rękę. On, owszem, czuje się Polakiem, ale tylko wtedy, gdy akurat przyjeżdża papież albo wygrywa Małysz. A tak na co dzień czuje się przedstawicielem swojej branży, swojej grupy czy wreszcie regionu, myśli o swa im zasiłku, dotacji, miejscu pracy, tak dalej, tak dalej, l to go czyni bez bronnym wobec pokusy kombinowania: ten a ten jaki jest, taki jest, ale to nasz facet. On nam co trzeba załatwi, a więcej nie trzeba. Potem jest oczywiście rozczarowanie, bo okazuje się, że cwaniak--wybraniec sam, owszem, wziął, co miał wziąć, a co miał załatwić „ludziom", nie załatwił. Marna to pociecha, że szczerze by chciał i że dałby, gdyby mógł, bo przecież chce zostać wybrany na następną kadencję. Tylko naprawdę nie ma już z czego dawać - chętnych liczba nieskończona, a Folwark Rzeczypospolitej splądrowany już do cna. I koniec końców nawet ci, którzy jeszcze dostają pieniądze za nie, czują się rozczarowani, że dostają za mało. l reagują po chłopsku, zamknięciem w sobie i utwierdzaniem się w nieufności do wszystkiego i wszy kich. Aż znowu dadzą się skusić jakiemuś cwaniakowi, który podpuści ich do strajku czy blokady, obiecując podzielić się kasą. Kiedy słyszę, z jaką pogardą i nienawiścią mówi polactwo o swoich przywódcach, to czerpię z tej nienawiści pewną nadzieję. Bo oznacza ona, że gdzieś w duszy wciąż kołacze się w tym gnojonym przez poi lenia polactwie sumienie. Że przeglądając się w swoich wybrańcach jak w lustrze, nie jest zadowolone z tego, co widzi. A to dobrze. To znaczy, że gdyby tylko ktoś chciał tego spróbować, jest w nim iskra którą można rozdmuchać. Odpowiedz Link Zgłoś
katarsis Re: To polactwo właśnie 15.02.04, 02:15 Ależ właśnie, że Pan - o ile Rafał to męskie imię...(proszę czytać od początku a nie od końca. A przykleiła go tu Pani. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Homosovieticus Re: To polactwo właśnie IP: *.gdynia.mm.pl 15.02.04, 09:37 Honosovieticus pisząc ,że nie Pan pisał chciał dać do zrozumienia ,że raczej fornal jest autorem :) Odpowiedz Link Zgłoś
freemason Ależ ten felieton jest naprawdę bardzo dobry!!!! 15.02.04, 02:07 Jak wszystkie publikacje pana Ziemkiewicza! Osobiście mam dokładnie takie same przekonania na temat "polactwa". Powiecie, że się wywyższam? A niech to.:)) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Re: Dlatego trzeba prześwietlić idacą do władzy P IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 15.02.04, 04:51 Dla poznania aktualnego stanu zdrowia delikwenta. Grypa z żadka pozostawia ślady. W stosunku do innych przypadłości medycyna ma znacznie mniej optymistyczne opinie. Odpowiedz Link Zgłoś