Gość: Życie
IP: 195.205.230.*
26.02.04, 14:21
Baron z Pierdziszewa
Dawno, dawno temu... jesienią 2001 roku, tuż po zakończeniu zwycięskiej dla
Sojuszu Lewicy Demokratycznej kampanii wyborczej do parlamentu Leszek Miller,
świeżo upieczony kandydat na nowego premiera III RP, otwierając jedno ze
spotkań zwycięskiego ugrupowania zwrócił się się do swoich partyjnych
towarzyszy następującymi słowy: "Panowie Baronowie! Droga Księżno! " (to do
Krystyny Łybackiej). Jak Polska długa i szeroka dowiedzieliśmy się, że w III
Rzeczpospolitej tytuły szlacheckie przysługują... byłym działaczom Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej. Okazało się, że tytuły te w naszej
kapitalistycznej rzeczywistości przysługują niedawnym obrońcom uciśnionej
klasy robotniczej, gnębionej w przeszłości przez tychże baronów, książąt itd.
W zasadzie można by spuścić kurtynę miłosiernego milczenia nad swoistym
poczuciem humoru byłych towarzyszy, gdyby nie to, że niesie ono realne i
odczuwalne konsekwencje dla polskiego życia publicznego. Tu mała dygresja.
Młodszym czytelnikom "Życia" chciałbym przypomnieć czasy na szczęście
odeszłego PRL.
W minionej rzeczywistości jedno z naczelnych haseł rządzącej doktryny
komunistycznej brzmiało: Rząd rządzi, partia kieruje. W praktyce oznaczało
to, że w województwie, powiecie, gminie rządziły lokalne władze sterowane
przez aktyw partyjny, na czele którego stał miejscowy kacyk PZPR, czyli I
Sekretarz Komitetu - gminnego, powiatowego, wojewódzkiego.
W tamtych czasach wszyscy zdroworozsądkowo myślący wiedzieli dobrze, że
decyzje szeroko rozumianych władz lokalnych nie miały większego znaczenia,
jeśli nie uzyskały akceptacji miejscowego lidera PZPR. Ważne było bowiem to,
jakie pomysły wspomnianemu liderowi w danej chwili "chodziły" po głowie. W
praktyce bowiem to jego decyzje i opinie miały decydujące znaczenie dla biegu
spraw. Ale w tamtych czasach w PZPR-owskich głowach nie urodził się pomysł
nazywania tych ludzi baronami.
Przekształcenie Socjaldemokracji Rzeczpospolitej Polskiej w Sojusz Lewicy
Demokratycznej zaowocowało m.in. przyjściem do nowej partii politycznej osób,
które w minionym dziesięcioleciu nie funkcjonowały w życiu publicznym. To
działacze o dużym doświadczeniu i mentalności minionej epoki. Objęcie władzy
przez SLD w 2001 roku oznaczało dla nich powrót starych, dobrze znanych
mechanizmów sprawowania władzy. SLD-owskie hasło z ostatniej parlamentarnej
kampanii wyborczej "Przywróćmy normalność" było powrotem do reguł gry z
minionej epoki. Warto zauważyć, jak łatwo dzisiejsi baronowie - liderzy
lokalnych struktur SLD - wpasowali się w "buty" regionalnych decydentów. Znów
o wszystkim zaczęli decydować "Oni". Pół biedy, jeśli wojewodą, szefem
sejmiku wojewódzkiego, rady powiatu czy gminy zostawali wspomniani liderzy
lokalnych struktur SLD. Wówczas decyzje władzy samorządowej były/są tożsame z
przemyśleniami miejscowych szefów tej partii. Gorzej, gdy tak się nie działo.
Wówczas wracał stary PRL-owski system działania politycznego: rząd rządzi -
partia kieruje.
Doświadczamy tego dziś w sposób bardzo widoczny. Po raz kolejny w dziejach
naszego kraju o najważniejszych sprawach politycznych i gospodarczych znów
decydują liderzy lokalnej struktury politycznej. Tym razem nie jest to I
sekretarz komitetu (gminnego, powiatowego, wojewódzkiego - do wyboru), ale
bohater dzisiejszego felietonu, czyli baron. I nie przesadzę, jeśli powiem,
że te decyzje dotyczą najważniejszych spraw gospodarczych i politycznych
regionu (kontrakty, zlecenia, posady), jak i pomoc w zdobyciu pracy dla
sprzątaczki (z pełnym szacunkiem dla tego zawodu). To on - baron - a nie
wojewoda, szef sejmiku wojewódzkiego, rady gminy czy powiatu ma decydujący
głos w najważniejszych sprawach. Powrót tej patologicznej formy sprawowania
władzy to praktyczna realizacja SLD-owskiego hasła "Przywróćmy normalność".
Rozumiem, że politycy Sojuszu w kampanii wyborczej kierowali się nie tylko
chęcią objęcia władzy, ale i dobrymi intencjami. Ale tymi wybrukowane jest
piekło. Liczy się praktyka. A praktyka rządów tzw. baronów stoi w jaskrawej
sprzeczności z regułami demokratycznego państwa prawa. Rodzi m.in. sytuacje
patologii gospodarczej, korupcję. W minionych dwóch latach byliśmy świadkami
spektakularnych upadków SLD-owskich baronów. Wystarczy przypomnieć skandale,
których bohaterami byli: Andrzej Pęczak, Mariusz Łapiński, Jerzy Jędykiewicz
itd. W sytuacji dramatycznego bezrobocia, rządu kiepskiej jakości, fatalnej
jakości prac legislacyjnych Sejmu i paru jeszcze "mało istotnych spraw"
rządząca w Polsce partia zawraca głowę aferami swoich lokalnych bonzów,
przepraszam baronów.
Chyba, że stworzenie patologicznej struktury politycznej jest diabelską
zagrywką rządzących, który ma odwrócić uwagę społeczną od własnej
nieudolności. Ale ja w to nie wierzę. Dla realizacji tak "wyrafinowanych"
pomysłów potrzeba trochę inteligencji. Dlatego też dla autorów
hasła "Przywróćmy normalność" idolem winien być baron (a jakże) Muenchhausen.
Ten będąc w potrzebie wykazał się nie lada pomysłowością: wydobył się z bagna
ciągnąc się za własne włosy. Tylko jak ma to zrobić Józef Oleksy?
ROBERT LUFT