Gość: POLITYKA 27/2003
IP: 195.205.230.*
05.04.04, 18:12
Będzie afera
Premier, który zręcznie pozbył się wielu kłopotów, może mieć jeszcze jeden.
Będzie wielka afera czy nie będzie? – zastanawiają się od kilku miesięcy
politycy SLD, parlamentarna opozycja i dziennikarze. Afera ma dotyczyć Leszka
Millera juniora – syna premiera. Kim jest zatem, gdzie się udzielał i co robi
teraz pierwszy jedynak III RP?
BIANKA MIKOŁAJEWSKA
Piątek 13 czerwca Leszek Miller junior spędził przed telewizorem. Obserwował
sejmową batalię swego ojca o utrzymanie fotela premiera. Odetchnął z ulgą,
gdy podano wyniki głosowania w Sejmie. Chociaż dla niego może lepiej by było,
gdyby Miller nie był już szefem rządu. Może wtedy Junior mógłby wreszcie
zostać osobą prywatną.
Gdy działacze SLD rozmawiają o Leszku Millerze juniorze, nie używają
nazwiska. Mówią: Junior, Młody, On. Choć Miller junior związany jest z ich
środowiskiem od lat (sam nie należy jednak do SLD), niewiele o nim wiedzą. –
Kanclerz trzyma go trochę z boku. Z jednej strony Junior bywa na imprezach
SLD, z drugiej – nie jest w bliskich stosunkach z nikim z Sojuszu – mówi
działacz SLD, rówieśnik Millera juniora. Leszek Miller wciąż opowiada mediom
o swojej wnuczce Monice, ale o synu jedynaku prawie nie wspomina.
Edward Kuczera, skarbnik SLD, jeden z najbliższych współpracowników premiera
Millera w partii, jest jedną z niewielu osób, które w ogóle godzą się na
temat Juniora rozmawiać. Ale i on niewiele może o nim powiedzieć: – Zdolny,
rzutki, towarzysko atrakcyjny – bez kompleksów i bez skrępowania. Dobrze
wpisał się w swoje czasy. Nie trzyma się stanowisk urzędniczych, chce coś
robić na własną rękę.
Junior jest uważany za tubę nasłuchową premiera Millera. Ma mu powtarzać
plotki zasłyszane na warszawskich i okolicznych salonach. A ojciec potem
tylko te plotki weryfikuje. – Ci, którzy nie wiedzą o tym nasłuchu,
podziwiają premiera za przenikliwość. Ale są też tacy, którzy doskonale zdają
sobie z tego sprawę i nauczyli się ten kanał informacyjny wykorzystywać.
Podrzucają Młodemu albo któremuś z jego przyjaciół to, co chcieliby, żeby
dotarło do premiera – mówi poseł SLD z wieloletnim doświadczeniem w Sejmie i
partii. Miller junior twierdzi, że właśnie przez to, że wie za dużo o
rozmaitych interesach ludzi lewicy, słynna „grupa trzymająca władzę”
przypuściła na niego nagonkę w mediach.
Kariera absolwenta SGH
Leszek Miller ukończył ekonomikę produkcji w Szkole Głównej Handlowej.
Wkrótce po uzyskaniu dyplomu w lipcu 1996 r. został wiceprezesem firmy
Fly&Drive – właściciela taksówek obsługujących Okęcie. Jej większościowym
udziałowcem była wówczas spółka Sobiesław Zasada Centrum SA, część udziałów
należała do państwowych Portów Lotniczych. Prezesem był Jerzy Siwicki, syn
Floriana Siwickiego – peerelowskiego ministra obrony narodowej. Junior nie
ukrywa, że pierwszą pracę dostał dzięki politycznym koneksjom. – Nie pamiętam
już, kto polecił mnie wówczas Zasadzie. Prawdopodobnie był to Andrzej Pęczak,
bo chyba ze znanych mi wówczas osób tylko on był blisko z Zasadą – mówi.
Andrzej Pęczak, wówczas wojewoda, a potem wiceminister Skarbu Państwa, był
udziałowcem jednej ze spółek Zasady, a jako minister podjął kilka decyzji
prywatyzacyjnych korzystnych dla tego biznesmena.
Miller pracował we Fly&Drive tylko pół roku – potem spółka została
zlikwidowana.
Pod koniec rządów poprzedniej koalicji SLD-PSL w sierpniu 1997 r. Miller
został zatrudniony jako pełnomocnik do spraw kapitałowych zarządu
Dolnośląskiej Spółki Inwestycyjnej KGHM Polska Miedź. Jest to jeden z dwu
funduszy inwestycyjnych KGHM, zarządzających jej 37 spółkami. Sprawę opisała
pięć lat temu „Gazeta Wrocławska”. Dziennikarze dotarli do umowy między
DSI KGHM, z której wynikało, że Junior miał „reprezentować DSI wobec
potencjalnych akcjonariuszy i prowadzić negocjacje kapitałowe”. W umowie
zapisano, że „faktyczny czas pracy pełnomocnika wyznaczany jest wymiarem
zadań i obowiązków bez szczególnej rejestracji i może być przez pełnomocnika
organizowany samodzielnie”. Innymi słowy mógł nie pokazywać się w ogóle w
siedzibie firmy, która go zatrudnia. Dostawał za to 5 tys. zł i – dodatkowo –
premię uznaniową. Pełnomocnikiem był do grudnia 1997 r. Za rządów AWS-UW
zmienił się zarząd DSI KGHM. Nowy prezes Ryszard Kabat mówił wówczas „Gazecie
Wrocławskiej”: „Być może konsultacje pana Millera były bezcenne dla firmy, w
dokumentach brak jest jakiegokolwiek śladu świadczącego o efektach pracy
pełnomocnika”.
Sam Junior nie pamięta już, w jakiej spółce KGHM był zatrudniony. Przekonuje,
że raczej była to spółka Aquakonrad SA zarządzana przez drugi fundusz KGHM –
Fundusz Inwestycji Kapitałowych KGHM Metale SA. – Przecież pamiętam, że
miałem teczkę z napisem Aquakonrad – mówi z namysłem. Wspomina, że jako
doradca tej spółki miał jej pomóc w uzyskaniu dofinansowania z Narodowego
Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej na budowę rozlewni wód
mineralnych. – Spółka musiała i tak odpompowywać wodę z kopalni. Chciała ją
butelkować i sprzedawać – mówi młody Miller. Okazuje się, że Leszek Miller
jr. był zatrudniony w obu spółkach. W Aquakonrad był od lutego do lipca 1997
r. pełnomocnikiem zarządu ds. kapitałowych. Wysokość jego zarobków jest
tajemnicą.
Koledzy Piotrek i Jarek
Kolejne szczeble kariery zawodowej Miller jr. pokonywał w niemal
nieodłącznym towarzystwie swojego przyjaciela Piotra Majchrzaka. Wspominają,
że poznali się ponad dziesięć lat temu na jakiejś imprezie u Jarosława
Mątkiewicza, syna Zdzisława Montkiewicza (do niedawna szef PZU, zmienił
pisownię nazwiska, by ułatwić życie zachodnim biznesmenom). – Ja chodziłem z
Jarkiem do szkoły, siedzieliśmy w jednej ławce. Jarek i Leszek poznali się
przez swoich ojców – mówi Majchrzak.
Najpierw Majchrzak został dyrektorem generalnym londyńskiego Berkeley Bank w
Polsce. Ściągnął do firmy Millera juniora. Znowu „los” zetknął go z KGHM.
Berkeley Bank wraz z dwiema innymi firmami wygrał przetarg na opracowanie
prospektu emisyjnego spółki KGHM Polska Miedź – czyli krótko mówiąc
opracowanie strategii jej prywatyzacji. – Wprawdzie ja podpisywałem umowę na
opracowanie prospektu, ale BB wygrał przetarg przed moim przyjściem do firmy.
A Leszek przyszedł już w połowie realizacji projektu. Starał się nam pomóc w
zdobyciu kontraktu na prywatyzację PKO SA, ale się nie udało – zastrzega
Majchrzak. Berkeley koordynował także prywatyzację PZU SA.
Potem Majchrzaka upatrzyli sobie łowcy głów z Société Générale Securities –
spółki z grupy kapitałowej Société Générale. Skusili Majchrzaka prezesurą, a
on ściągnął za sobą Millera jr. W SG pracował także Grzegorz Wieczerzak. W
1999 r. Majchrzak zaczął tworzć w Polsce polsko-amerykański fundusz
inwestycyjny TDA. Miller dołączył do zespołu w styczniu 2000 r., kiedy
fundusz był już gotowy do działalności. Został młodszym konsultantem z pensją
około 6 tys. zł netto. Pracował kolejno w trzech spółkach z grupy TDA: TDA
Central Europe, TDA TFI, oraz TDA Capital Partners.
W czasie gdy Miller pracował w TDA TSI, należące do Skarbu Państwa PZU Życie –
kierowane wtedy przez Grzegorza Wieczerzaka – zleciło mu zarządzanie swoimi
środkami, łącznie 225 mln zł. TDA otrzymało za to ogromną prowizję – 5,6 mln
zł. TDA pieniądze PZU po prostu zdeponowało na koncie w ABN AMRO Corporate
Finance, której prezesem był przyjaciel Millera Marek Dojnow. – Leszek
odszedł z TDA w listopadzie 2001 r., jak zaczęły dochodzić informacje, że
przeciwnicy SLD będą chcieli wykorzystać jego obecność w firmie do walki
politycznej – mówi Majchrzak.
Pracując w TDA Miller jr. zasiadał