Gość: Marek
IP: 12.32.31.*
17.05.04, 23:06
Uważaj, żeby sąd nie capnął cię za myszkę.
Historia jest nieprawdopodobna. Gdyby nie dokumenty, które mamy przed sobą,
nie uwierzylibyśmy, że coś takiego mogło się wydarzyć.
27 grudnia 2002 r. Wojciech Łapiński z Bielska Podlaskiego gawędził na
internetowym forum „Gazety Wyborczej”. Ponieważ wydarzeniem w okolicy był
wypadek samochodowy miejscowego klechy, zainicjował rozmowę: Czy to prawda o
Wasaku-pijaku?? wlap37 (...) Czy to prawda, że Wasak chciał dokonać cudu
przemiany Coca Coli w wino mszalne, za pomocą stłuczki jego samochodu z
dostawcą tejże Coca Coli? Rozpoczęła się dyskusja. Po jakimś czasie pojawiła
się kolejna wypowiedź. Parę banałów o księżach, którzy po pijaku rozbijają
bryki, łażą po burdelach i takie tam. Żadnych obraźliwych wypowiedzi i
wulgaryzmów. Ale jeden z autorów podpisał się jako „biskup Dydycz”. Czyli
użył nazwiska szefa kurii w Drohiczynie.
20 stycznia 2003 r. na biurku komendanta powiatowego policji w Bielsku
Podlaskim wylądował cud kwitek z Kurii Diecezjalnej w Drohiczynie podpisany
przez kanclerza kurii, nazwisko nieczytelne. Kanclerz pisze: Uprzejmie
przedstawiam wydruk komputerowy ze strony internetowej www2.gazeta.pl/forum
dotyczącej miasta Bielsk Podlaski, gdzie wśród różnych wypowiedzi na stronie
3 znajduje się tekst podpisany: „biskup Dydycz”, z prośbą o wszczęcie postę-
powania przygotowawczego z uwagi na fakt, iż powyższy tekst nie został
sporządzony przez Księdza Biskupa Antoniego Dydycza, ani przez któregokolwiek
przedstawiciela Kurii Diecezjalnej w Drohiczynie, jak również nie uzyskał
aprobaty zarówno Księdza Biskupa Antoniego Dydycza jak i jego
przedstawicieli. A teraz najciekawsze: Dane zawarte w niniejszej wypowiedzi
nie polegają na prawdzie i prowadzą do dezintegracji społecznej, podważając
zaufanie do osób i instytucji.
W jaki sposób żartobliwe podpisanie się czyimś nazwiskiem w Internecie może
doprowadzić do dezintegracji społecznej, pan kanclerz nie wyjaśnił. Poprosił
za to komendanta o pociągnięcie winnych do odpowiedzialności karnej.
W Pomrocznej prośba funkcjonariusza Kościoła kat. jest rozkazem dla
funkcjonariusza państwowej policji. Gliny zabrały się więc żwawo do roboty.
* * *
Po roku żmudnego śledztwa (m.in. przesłuchiwanie świadków, korespondencja z
Agorą S.A. i Telekomunikacją Polską) namierzono Wojtka Łapińskiego. Gdy już
był delikwent, trzeba było znaleźć jakiś paragraf. I gliniarze z Bielska
Podlaskiego znaleźli – art. 61 §1 k.w., który stanowi: Kto przywłaszcza sobie
stanowisko, tytuł lub stopień albo publicznie używa lub nosi odznaczenie,
odznakę, strój lub mundur, do których nie ma prawa, podlega karze grzywny do
1000 zł albo karze nagany. Rozumowanie glin jest takie: jeśli ktoś podpisał
się „biskup”, to uczestnicy dyskusji uwierzyli, że gadają z samym biskupem!
6 kwietnia 2004 r. do Sądu Rejonowego w Bielsku Podlaskim wpłynął wniosek
Komendy Powiatowej Policji o ukaranie Łapińskiego, który przywłaszczył i użył
tytułu „Biskup Dydycz”, do którego nie miał prawa. We wniosku asystent ds.
wykroczeń aspirant sztabowy Aleksander Kalinowski napisał, że za zgodą
obwinionego prosi o wymierzenie kary. Tymczasem Łapiński żadnej zgody na
ukaranie siebie nie wyrażał. Nawet nie przyznał się do winy!
W sądzie poleciało już migiem. 20 kwietnia, czyli w ciągu dwóch tygodni (!),
Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim, Wydział VI Grodzki, pod przewodnictwem
sędziego Tadeusza Radziwona rozpatrzył sprawę i uznał Wojtka Łapińskiego za
winnego popełnienia zarzucanego mu czynu i skazał go na karę 200 zł grzywny
plus 30 zł opłat i kosztów sądowych. Oskarżycielem nie była kuria, tylko
Komenda Powiatowa Policji.
* * *
Wyrok jest nieprawomocny. Wojtek zastanawia się, czy składać odwołanie.
Obawia się, że z czarnymi nie wygra. Niezależnie od tego, czy podpisał
się „biskup Dydycz”, czy nie, wyrok sądu jest kretynizmem do potęgi entej.
Stwarza jednocześnie niebezpieczny precedens. Wystarczy wejść na jedną z
setek polskich list dyskusyjnych. Nikt nie podpisuje się swoim imieniem i
nazwiskiem. Roi się za to od „prezydentów Kwaśniewskich”, „premierów
Millerów” i innych znanych osobistości. Trudno sobie nawet wyobrazić, do
czego by doszło, gdyby policja i prokuratura chciały ścigać, a sądy karać
internautów za coś takiego.
Autor : Andrzej Sikorski