piotr7777
02.10.13, 11:29
" W areszcie Wałęsa siedział cztery dni. Przed zwolnieniem podpisał papiery, na których podstawie został zarejestrowany jako tajny współpracownik SB o pseudonimie Bolek. [...] Dokumentacja sprawy "Bolek" zaginęła, najpewniej została zniszczona, stąd trudno dokładniej przedstawić historię kontaktów. Odnaleziono jednak kilka raportów, które dowodzą, że Wałęsa w 1971 r. spotykał się z oficerem SB i rozmawiał o nastrojach w stoczni, groźbie ponownego strajku i "nieodpowiedzialnych" demonstracji; wymieniano też nazwiska ewentualnych prowodyrów. Był przeciwny wystąpieniom, zaostrzaniu sytuacji, angażował się w związkach zawodowych, zawierzył Gierkowi."
Fakt, że pisze to przychylny Wałęsie historyk właściwie powinien sprawę zamknąć. Teraz obrońcy Wałęsy mogą co najwyżej twierdzić, że był to epizod bez znaczenia dla jego późniejszej działalności, albo że to nasza ikona i nie należy podważać jej światowego wizerunku. Natomiast po tym - mocno pokrętnym zresztą- artykule upieranie się, że Lech Wałęsa nie był TW "Bolkiem" naraża na śmieszność.
Oczywiście profesor wie, jak daleko może się posunąć. Nie napisze, że w zniszczeniu dokumentacji duży udział miał prezydent Wałęsa, choć ta akurat kwestia była zawsze oczywista. Nie napisze też, że Wałęsa kablował na kolegów, choć z tekstu to właściwie wynika. Nie ma też żadnych opowieści o grze jaką przyszły przywódca Solidarności prowadził z esbekami czy że trudno oddzielić fałszywki spreparowane pod koniec lat 70 od autentycznych dokumentów.
Oznacza to, że przynajmniej na poziomie naukowym (a nie emocjonalnym czy ideologicznym) obrońcy byłego prezydenta ponieśli porażkę. A Newsweek publikując tekst profesora ( i reklamując go na portalu, przez oponentów zwanych "parówkowym") wyrządził Wałęsie wilczą (bo nawet nie niedźwiedzią) przysługę.