man_sapiens
20.01.14, 10:53
Jak wiadomo mają być w szybkim tempie wprowadzane. Tymczasem, jak pokazują studia w Szwajcarii, w Niemczech i Austrii, poza wielkimi kosztami te liczniki nic nie dają.
Historie o tym, że konsumenci będą włączać np. pralkę wtedy, kiedy jest tańsza energia i dzięki temu oszczędzać okazały się nierealne. Po krótkim czasie zabawy w sprawdzanie, ile energii i pieniędzy zużywa które urządzenie - pralka jest włączana wtedy, kiedy przepełnia się kosz z brudną bielizną, zmywarka gdy jest pełna, kuchenka kiedy jesteśmy głodni, światło kiedy się ściemnia a klimatyzacja kiedy upał staje się nie do wytrzymania.
Za to nowe liczniki powodują olbrzymie koszty - nawet jeżeli nie są one podawane wprost w rachunku, to i tak musi za nie płacić konsument. Wielkie zastrzeżenia budzi sprawa ochrony danych - gromadzenie informacji o której porze ile energii zużywa dom daje bardzo dobry wgląd w prywatne życie. Dystrybutorzy mogą trochę zredukować personel (nie potrzeba inkasentów do odczytu) ale także oni protestują przeciw kosztom nowych liczników. Zadowoleni są jedynie producenci liczników, tym bardziej, że czas życia nowych jest krótszy niż tradycyjnych i będą częściej wymieniane.
Wprowadzenie nowych liczników u minimum 80% odbiorców do roku 2020 nakazuje dyrektywa europejska. Ale ta dyrektywa pozwala odejść od tego, jeżeli z analizy kosztów i korzyści wynika, ze zmiana jest niecelowa. Czy takie analizy - np. w oparciu o doświadczenia z Niemiec, Szwajcarii, Szwecji, Włoch - będą u nas prowadzone? Ja wątpię, wszystko w rękach lobbystów a lobby konsumentów u nas nie ma.